Enola HolmesTekst

Z serii: Enola Holmes #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Powiedziałam się o nim w trakcie przygody, którą powinnam łaskawemu czytelnikowi przypomnieć. Kilka tygodni wcześniej mój brat Sherlock wpadł na mój trop i o mały włos mnie nie złapał. Jednak zanim wezwani przez niego policjanci zdołali dołączyć do pościgu, udało mi się znaleźć nieprawdopodobną kryjówkę przy Baker Street 221B, będącą prywatnym lokum mojego brata, do którego dostęp ułatwiły mi platan, dach i okno sypialni.

Od tamtej pory dręczy mnie ciekawość, jak zareagował mój brat, kiedy wracając o świcie do swoich pieleszy, odkrył w kominku nadpalony zakonny habit, a w szafie z ubraniami poczynione przeze mnie braki. Wyobrażałam sobie, że niezmiernie go to zafrasowało. I nie wiedzieć czemu, nie było mi do śmiechu.

Gdyby był to Mycroft...

Może innym razem. Do rzeczy, kiedy ukrywałam się przez kilka godzin w mieszkaniu Sherlocka, zajętego tropieniem moich śladów w każdym zaułku, na każdym podwórku i w każdej obórce w okolicy, wykorzystałam ten czas, by przejrzeć stan posiadania mojego brata. Odkryłam, że miał komodę wypełnioną perukami, sztucznymi brodami, wąsami i temu podobnymi rzeczami, ale trzymał w niej także przedmioty, o których istnieniu do tej pory nie wiedziałam: kit do modelowania twarzy, samoprzylepne krosty i blizny, koszmarne (jak sypiące się średniowieczne blanki nasączone kreozotem) nakładki, pod którymi ukrywał swoje świetnie utrzymane uzębienie, ściśle przylegające mycki imitujące pełną lub częściową łysinę, pomady do malowania twarzy w tonacjach od rumianej do śniadej, różnego typu sztuczne paznokcie (zaniedbane, pożółknięte, ukruszone, nieobcięte, z gotową „żałobą”), specjalny plaster zmieniający kształt ust do pozorowania zajęczej wargi... Aż otworzyłam oczy ze zdumienia. Szeroko. Gdzie można się zaopatrzyć w tak niezwykle przydatne akcesoria?

Buszując w szufladach jego biurka, natrafiłam na pokwitowania z różnych sklepów, które w większości znajdowały się w dzielnicy teatrów i zaopatrywały pracowników tamtejszych scen. Nie sądzę, bym mogła w przekonujący sposób udawać aktorkę. Ale znalazłam też kilka kwitów ze sklepu przy Holywell Street. O nazwie Pod Chaunticleerem.

Postanowiłam udać się pod ten adres w pierwszej kolejności, chociaż wszystko wskazywało na to, że Sherlock od dłuższego czasu tam się nie zaopatrywał. Może sklep już nie istnieje? Był tylko jeden sposób, by to sprawdzić. Jeśli sklep przetrwał, to świetna informacja, bo to by oznaczało, że brat z jakichś przyczyn zmienił dostawcę, więc nie ma obaw, że go tam spotkam.

Pod Chaunticleerem... Już wiem, dlatego nad sklepem wisiał kogut. Chaunticleer to kogut, tak jak Reynard oznaczał lisa. Skąd się wzięło to drugie, nie pamiętam, ale o pierwszym czytałam w Opowieściach kanterberyjskich Chaucera.

Przepychając się przez uliczny tłum – Holywell Street zawsze była magnesem dla londyńczyków przychodzących się tu gapić na frywolne ryciny na stoiskach i w witrynach – torowałam sobie drogę ku celowi mojej wędrówki.

Ale czy to na pewno był jej cel? Przystanęłam pod drewnianym kogutem – który wisiał tam zapewne od czasów Szekspira – by złapać oddech przed wejściem do środka. Nad otwartymi drzwiami widniał namalowany czerwoną farbą napis. Prosty i tajemniczy: U Perteloty.

Dziwna sprawa.

Weszłam do środka, żeby zorientować się w sytuacji. Przemieszczałam się ostrożnie, rzucając wokół trwożliwe spojrzenia, jednak żaden z moich braci nie wyskoczył z mroku, by mnie pochwycić; przeciwnie, sklep wydawał się pusty. Przy drzwiach piętrzyły się sterty nut, w kącie zalegała kupka starych książek, natomiast w koszach i na ladach dostrzegłam nader ciekawy towar. Przedmioty służące salonowym rozrywkom, domyśliłam się, lustrując je wzrokiem: różnego rodzaju karty (całe szczęście przyzwoitsze niż te, które mi oferowano na ulicy), kostki domina, gry planszowe, jaskrawe patyczki do gry w bierki, dialogi teatralne, stereoptykony z historyjkami obrazkowymi, bardzo zmyślna miniaturowa drukarenka z ruchomymi czcionkami i nasączoną tuszem poduszeczką... Kiedy przyglądałam się w zadumie ostatniemu przedmiotowi, z zamyślenia wyrwał mnie kontraltowy głos:

– Czym mogie służyć?

Podniosłam wzrok i ujrzałam przed sobą uśmiechniętą twarz. Przede mną stała kobieta w średnim wieku odziana w prostą spódnicę i bluzkę, roztaczająca wokół swobodną, acz niedającą się pomylić z niczym innym aurę własności. To był jej sklep. I dopiero po chwili mój nadwątlony umysł przypomniał mi, że imię Pertelota nosiła u Chaucera pewna bardzo praktycznie myśląca kurka.

Nic dziwnego, że Sherlock Holmes przestał tu przychodzić. Jakimś cudem sklep przeszedł z koguta na kurę, że się tak wyrażę, a – jak powiedziała mi kiedyś żona naszego starego kamerdynera – żaden z moich braci nie potrafiłby znieść obecności przebojowej kobiety.

– Ee... pani Pertelota? – spytałam.

Jej uśmiech zrobił się jeszcze serdeczniejszy i szerszy, jakby ubawiła ją jakaś własna myśl.

– Pertelota – powtórzyła, poprawiając jednocześnie moją wymowę tak kordialnie, że odebrałam to jako komplement za podjętą próbę. Była to grubokoścista kobiecina o twarzy jak półmisek i nie zanadto urodziwej, z siwiejącymi gładko zaczesanymi włosami, zaplecionymi w warkoczyki, zwinięte w dwa ślimaki, osłaniające z obu stron mięsiste i zwisające małżowiny uszne.

– A co się stało z Chaunticleerem? – odpowiedziałam uśmiechem na uśmiech, gotowa uczestniczyć w zabawie.

– Aj, znalazł sobie lepsze zajęcie.

– Ale zostawiła pani zawieszkę z kogutem?

– No cóż, jest bardzo stara, a powinno się dbać o stare rzeczy, nieprawdaż? – Uśmiechała się coraz szerzej, a ja wyczułam, że temat jest zamknięty. – Czym mogie pannie służyć?

Mimo że zmiękczała końcówki, nie miała typowo cockneyowskiego akcentu. Wyrażała się całkiem przyjemnie, jak osoba, która liznęła nieco nauki. Próbowałam mówić w podobny sposób, pragnąc przedłużyć rozmowę.

– Czy da się na niej zrobić wizytówki? – spytałam, wskazawszy na przenośną drukarenkę.

Nie mrugnęła ani się nie zdziwiła, że tak nędznie odziana dziewczyna myśli o wizytówkach, i to na własny użytek. Bez wahania pospieszyła z odpowiedzią:

– Tak, da się, ale nie będą zbyt eleganckie. Mogłabym pannie wydrukować ładniejsze na zapleczu, jeśli panna nie potrzebuje ich dużo.

– Doskonale. – Kiwnęłam głową. – Dziękuję. Czy mogę się rozejrzeć w pani sklepie?

– Oczywiście.

Było tam mnóstwo fascynujących drobiazgów i ciekawostek do zbadania: kwadratowe drewniane układanki, w których nie dało się zdjąć płytek, tylko trzeba było przesuwać je w ramie, „gadające plansze” z numerami i literami do eksperymentów spirytystycznych, róże z aksamitu, pozytywki, wachlarze z piór, jedwabne szale, maski chroniące cerę, doskonałej jakości peruki z długimi włosami prawdopodobnie pozyskanymi od ofiar zarazy albo więźniarek. Wykorzystałam okazję, by zebrać myśli. Chciałam skorzystać z oferty Perteloty, ponieważ przeczuwałam, że wkrótce przyda mi się co najmniej jedna wizytówka. Ale skoro mam zlecić druk, to muszę na gwałt wymyślić sobie nowe alter ego.

Moje rozważania wróciły do momentu, w którym zostały przerwane: Ever me? Everme? Nie. Ever I? Everi? Jeszcze gorzej. Ever so, Everso? Może zapisane z francuska, Everseau?

Nieźle.

Może być, przypuszczalnie nie będę się tym nazwiskiem długo posługiwać. Ale co z imieniem? Violet? Nie, kwiatowe imię to zbyt wielkie ryzyko. Viola? To się kojarzy z instrumentem muzycznym, nie z kwiatem. Viola od biedy ujdzie.

Naszła mnie refleksja, że gdyby właścicielka sklepu była pazerna, mogłaby mi sprzedać drukarenkę, zarabiając więcej, niż kosztowałoby mnie skorzystanie z jej propozycji. Dlatego byłam skłonna jej zaufać, mimo że z całą pewnością nie miała na imię Pertelota. Mniejsza o to. Ona też nie pozna mojej prawdziwej tożsamości.

Czy poza zamówieniem wizytówek mogłabym się tu bezpiecznie zaopatrzyć w bardziej nietuzinkowe przedmioty?

Byłam skłonna uznać, że tak.

Ale jeśli popełniam błąd? Jeśli Pertelota należy do osób, które uwielbiają plotkować?

To akurat nie miało znaczenia, ponieważ prawdopodobieństwo, że Mycroft czy Sherlock zechcą z nią rozmawiać, było znikome. Wzdragaliby się przed bliższym kontaktem z kobietą, która jest samowystarczalna, prowadzi własną firmę i zarządza finansami.

Moi bracia nie uznawali i nie rozumieli kobiet niemających u boku mężczyzny, z którymi łączyłyby je więzy małżeństwa lub krwi. Obaj gardzili nimi, traktując je jako istoty niezdolne poddać się rygorom logicznego myślenia. Żaden z nich nie potrafiłby myśleć tak jak kobieta, tym bardziej tak jak ja. Kiedy ich siostra, tyczkowata dziewczyna z długim nosem, uciekła z domu, zakładali początkowo, że będzie się podawać za chłopaka. W głowie im się nie mieściło, że tak beznadziejnie nijaka dziewczyna może sobie poradzić sama.

Teraz, wiedząc już, że najpierw udawałam wdowę, a potem zakonnicę, nastawili się na kolejną wariację na temat „straszydło”: może zawoalowana stara panna o ostrych rysach? Albo „reformatorka” o morderczym spojrzeniu, forsująca przemiany w dzielnicach nędzy? Z pewnością zapomnieli już, że mogłabym podszyć się pod młodzieńca. Czy nadszedł zatem czas, by wskoczyć w spodnie?

Nie.

Po pierwsze wcale mi się to nie uśmiechało. Po drugie – i ważniejsze – uznałam, że chcąc poznać szczegóły zniknięcia doktora Watsona, powinnam się udać do jego drugiej połowy, a żeby to zrobić, muszę być kobietą. Ale nie taką, jaką moi bracia nawet w najśmielszych fantazjach by sobie wyobrażali.

Właśnie. Chociaż wiem, że wprowadzenie tego w czyn będzie wymagało ogromnych nakładów pracy, gdyż przeistoczę się w kogoś, kogo ani Sherlock, ani Mycroft nie potrafiliby we mnie dostrzec.

 

Stanę się pięknością.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Będę piękna.

Przyznaję, że spory wpływ na tę decyzję miały przygnębienie i żal, który czułam do matki. Przekierowałam te uczucia na mężczyzn. Zbyt często widziałam, jak traktują kobiety: te zwyczajne i te piękne. Postanowiłam przeprowadzić szalony eksperyment i dowieść, że nawet tych potężnych panów świata można wyprowadzić w pole.

Decyzja ta miała również walory praktyczne. Jeśli bowiem się okaże, że zmierzam jak po sznurku w zastawione sidła – nie mogłam do końca wyzbyć się podejrzeń, że mój brat pospołu z Watsonem uknuli spisek, by mnie schwytać – muszę się zmienić nie do poznania.

A jeśli nawet istotnie stało się coś złego (byłam coraz bardziej skłonna w to uwierzyć), to pani Watson z pewnością pozostaje w bliskim kontakcie z Sherlockiem Holmesem. Gdyby mu wspomniała o odwiedzinach wysokiej, chudej, niegrzeszącej urodą dziewczyny z wielkim nosem i wystającym podbródkiem, domyśliłby się, kto to taki, i podjął trop niczym posokowiec. Jeśli jednak pani Watson poinformuje go o wizycie kobiety nadzwyczajnej urody, z pewnością się tym faktem nie zainteresuje.

Bycie pięknością miało tylko jedną wadę: chciałam, by pani Watson mi zaufała, a przecież kobiety, nawet te, które same są śliczne, często reagują niechęcią na widok atrakcyjnych pań. I choć nie znałam żony doktora Watsona osobiście, wiedziałam, że jest to osoba o dość przeciętnej powierzchowności. W swoim znakomitym dziele Znak czterech doktor Watson wspominał o pierwszym spotkaniu z Mary Morstan (tak się bowiem wówczas nazywała), która przyszła poradzić się w pewnej sprawie do Sherlocka Holmesa. Opisał swoją przyszłą żonę jako osobę nieobdarzoną „ani regularnością rysów, ani pięknością cery”, jednak od razu dodał, że „była urocza i przemiła, a jej wielkie błękitne oczy były nad wyraz uduchowione i pełne życzliwości”.

Być może, mając pogodne usposobienie, wcale mnie nie znienawidzi?

Z kart Znaku czterech dowiedziałam się także, że pani Watson „nie miała w Anglii żadnych krewnych” – i dlatego, będąc w tarapatach, zwróciła się do Holmesa. Oboje jej rodzice nie żyli. Po ukończeniu pensji pracowała jako guwernantka – osoba niebędąca już służącą, ale jeszcze nie traktowana na równi z chlebodawcami – większość pań wykonujących ten zawód spożywała posiłki w samotności. Teraz też zapewne czuła się osamotniona, ponieważ poślubiwszy lekarza, znalazła się w połowie drogi między klasą pracującą a wyższymi sferami. Skoro przed ślubem „wiodła życie na uboczu”, pozbawiona kręgu znajomych, to czy obecnie mogła się takowego kręgu dorobić? Uznałam, że nie. Ubodzy, znalazłszy się w tarapatach, biegli po pomoc do Mary, jak pisał Watson (niewątpliwie dobroć serca cechowała ich oboje), czy jednak kiedy sama znalazła się w kryzysowej sytuacji, ubodzy, którym pomogła, przybiegną ze słowami otuchy? Wątpię.

Niektórzy ludzie pragną być w trudnych chwilach pozostawieni sami sobie, inni tęsknią za towarzystwem. Nie znałam prawdy, musiałam zatem zaryzykować i założyć, iż pani Watson zaliczała się do drugiej kategorii i z ulgą powita odwiedziny – choćby nawet nieznanej sobie osoby – w tak trudnych dla niej chwilach.

Miałam taką nadzieję. Więcej, liczyłam na to, że zdradzi mi coś, nawet najbanalniejszy szczegół, który przybliży mnie choć trochę do rozwiązania zagadki zaginięcia jej męża.

Następnego popołudnia przed budynkiem mieszczącym domostwo i gabinet doktora Watsona zatrzymała się dorożka, z której wysiadła czarująca istotka. Czarująca za sprawą niewinnego, skromnego, ponadczasowego piękna, tak dalece pozbawionego sztuczności, że zdawała się płynąć w górę po wyszorowanych do czysta białych schodach jak powiew świeżego leśnego powietrza...

„Pozbawionego sztuczności”? Ha. Akurat. Wcielenie się w pannę Violę Everseau wymagało z mojej strony wielogodzinnych wysiłków, i gdyby nie płynąca w moich żyłach artystyczna krew, nie udałoby mi się stworzyć pozorów tak doskonałej naturalności. „Wrodzone” piękno to złudzenie, kwestia odpowiednio dobranych proporcji, które sprawiają, iż zmysły patrzącego jednogłośnie skłaniają się ku zachwytowi.

Pamiętam, jak sam Sherlock wpadł w pułapkę podobnego rozumowania. „Mycrofcie – powiedział do drugiego z moich braci – zauważ, dziewczyna ma nieproporcjonalnie małą głowę w stosunku do swojego nad wyraz wybujałego wzrostu”. Tym samym negatywnie ocenił moją inteligencję, wysnuwając mylne wnioski z obserwacji, choć jego spostrzeżenie à propos mojej sylwetki było zgodne z prawdą.

Dlatego też zaopatrzyłam się w sklepie pani Perteloty w perukę o wyjątkowo dużych gabarytach.

„Odpowiednio dobrane proporcje” w dziedzinie estetyki damskiej urody to przede wszystkim ułożenie fryzury. A moje włosy, choćby nawet nie miały barwy błota i konsystencji moczarów, porastały górną część głowy, uniemożliwiając mi ocenę ich wyglądu czy jakiekolwiek zabiegi fryzjerskie. Ale peruka! To coś zupełnie innego. Wystarczyło nasadzić ją na wysoki ciężki lichtarz i ułożyć lśniące pasma o barwie drewna różanego dokładnie tak, jak chciałam. Beztrosko upięte w koczek pukle i obfita grzywka w przedniej części.

Bez peruki – i bez gumowych wkładek zapewniających moim policzkom i nozdrzom pełniejsze kształty – byłam jedynie dziewczyną o ostrych rysach, haczykowatym nosie i ziemistej cerze, czyli damską wersją mojego brata Sherlocka. Ale urocze i przekonująco naturalnie wyglądające włosy sprawiły, że mój wydatny nos i wystająca broda nagle nabrały szlachetności greckiego profilu. Cera okolona puklami i kędziorkami o rdzawym połysku straciła chorobliwą bladość i nabrała cech alabastru. Sama nie mogłam uwierzyć w to, jak bardzo się przeistoczyłam.

Oczywiście całość wymagała jeszcze sporych wysiłków. Naturalne piękno należy podkreślić jakąś skazą, uroczym zaburzeniem symetrii. Przykleiłam zatem na prawej skroni maleńkie wypukłe znamię w kolorze porto (kolejny nabytek ze sklepu pani Perteloty), by skutecznie odciągała wzrok patrzących od krogulczego nochala. Następnie naniosłam na skórę cieniutką warstewkę pudru ryżowego, jakbym chciała tę niewielką skazę ukryć. Puder ryżowy był jednym z niewielu środków upiększających, których wolno było używać damom. W odróżnieniu od specyfiku, zastosowanego przeze mnie w następnej kolejności, czyli różu. Zadbałam o to, żeby zaledwie musnąć kości policzkowe i wargi tą okrytą hańbą substancją. Następnie w ruch poszły barwione „hiszpańskie płatki”, którymi potarłam powieki, dzięki czemu oczy wyglądały na większe i pełne blasku. Stosując metodę prób i błędów, udało mi się osiągnąć naturalny efekt. Jak już wspominałam, bycie pięknością wymaga długich godzin wytężonej pracy.

Ale to wszystko nie dawało mi gwarancji, że pani Watson zechce mnie przyjąć. Mogło się przecież okazać, że – zważywszy na okoliczności – skołatane nerwy kazały jej położyć się do łóżka, uniemożliwiając przyjmowanie nawet pożądanych wizyt.

A niech to dunder świśnie! Co będzie, jeśli po tylu zachodach przyjdzie mi pocałować klamkę?

Spróbować jednak nie zawadzi. W końcu byłam do tego przygotowana. Rzuciłam ostatnie spojrzenie w lustro. Przyznam, że przeniknęło mnie głębokie poczucie triumfu.

Nieszczęsnym trafem, kiedy opuszczałam swój pokoik, na schodach pojawiła się pani Tupper. Upuściła z wrażenia porcelanowy dzbanek, który rozbił się w drobny mak.

Po tak hucznym pożegnaniu zajechałam pod wskazany dorożkarzowi adres i wionęłam w górę schodów niczym leśny wiaterek, głównie za sprawą nabytej poprzedniego dnia wody toaletowej „Rajski Zagajnik”. Do tej pory nie zaprzątałam sobie głowy perfumami – chociaż rynsztoki śmierdziały okrutnie, nie chodziłam po ulicach, zasłaniając nos wonną chusteczką – ale, powtórzę raz jeszcze, wrażenie piękna kryje się nie tylko w oczach patrzącego, ale także w przemyślanym oddziaływaniu na każdy ze zmysłów, dlatego użyłam pachnidła. I łyknęłam trochę miodu, żeby złagodzić ton głosu. Sznurując gorset, starałam się nie dopuścić, by poukrywane w uzdatniaczu biustu przedmioty uwidoczniły się w postaci nieestetycznych zgrubień. Wybór sukni również wymagał wielkiej uwagi: nie chciałam wyglądać ani zbyt skromnie, ani zbyt arystokratycznie. Wszystkie „pozbawione sztuczności” elementy mojego przebrania, od zawiązanego szarfą pod brodą płaskiego kapelusika ozdobionego paroma drobnymi kwiatkami po wyglancowane zapinane na guziczki botki, zestawiłam ze sobą po długich przemyśleniach i licznych przymiarkach. Zarwałam pół nocy, żeby się przygotować do tej eskapady. Żywiłam cichą nadzieję, że niewyspanie przyda mojemu wzrokowi rzewnej głębi.

W chwili, gdy znalazłam się u celu, dopadły mnie wątpliwości. A jeśli zrobiłam z siebie pośmiewisko? Co będzie, gdy wszyscy się zorientują, że jestem wroną udającą pawia?

Naturalnie, akurat w tej samej feralnej chwili musiały się otworzyć drzwi frontowe. Całe szczęście, że trzymałam w ręku zgrabny bukiecik z przebiśniegów i jaśminu (nadzieja i współczucie) przewiązany żółtą wstążką, zdradzający cel moich odwiedzin, więc wszelkie wyjaśnienia były zbędne. Oby tylko pokojówka nie zauważyła drżenia obciągniętej rękawiczką dłoni, składającej jej na srebrnej tacce bilecik z napisem: Panna Viola Everseau.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Służąca zaprowadziła mnie do nader skromnego saloniku, a potem popędziła na tył domu, żeby poszukać swojej pani. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dolne skrzydło każdego z okien było uchylone na dwa cale. Na szczęście w tej części miasta wiosenne powietrze psuł jedynie swąd dymu i smród końskiego nawozu, przed czym skutecznie zabezpieczał mnie zapach trzymanych w dłoni kwiatów. Już wcześniej zauważyłam, że dla zamożniejszych londyńczyków przystrajanie wnętrz i ubrań żywymi kwiatami było nie tyle luksusem, ile koniecznością chroniącą zmysł powonienia.

W głębi domu rozległ się cichy głos:

– Kto przyszedł, Rose? – Po chwili, nie czekając na odpowiedź, w drzwiach salonu pojawiła się, dzierżąc w dłoni moją wizytówkę, pani Watson, blada, lecz opanowana. – Czy przyszła pani z wizytą do doktora? Obawiam się, że go nie ma. Czy mogę coś dla pani zrobić? – zagadnęła mnie z serdeczną troską.

Stałam zdumiona, patrząc na jej czerwone, zapuchnięte powieki. Moje wątpliwości się rozwiały: doktor Watson naprawdę zniknął. Cierpienie jego żony było autentyczne, ale nawet w trudnych chwilach zakładała, że przyszłam tu szukać pomocy, a nie przynieść słowa otuchy.

Reakcja tej niezwykłej kobiety wzbudziła we mnie tak wielki wstyd, że wręczając jej bukiecik, nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów.

– Czytałam o tym w prasie i nie mogę pojąć, dlaczego, bo przecież jest tak zacny, pani mąż znaczy się, i mam nadzieję, że nic mu nie jest, i proszę mi wybaczyć najście w tak niefortunnych okolicznościach, ale pomyślałam, że może ten kwietny dar... – wyjąkałam. Zauważyłam, że mój bukiet nie był pierwszy, jednak liczba kwiatów w saloniku nie przytłaczała.

– Jak to miło z pani strony, dziękuję. – Wargi pani Watson drżały nieco, kiedy odbierała ode mnie bukiecik z przebiśniegów i jaśminu, jednak w jej łagodnym spojrzeniu malowało się lekkie zdziwienie.

– Byłam pacjentką pani męża – wyjaśniłam spiesznie na to nieme pytanie o powód mojej wizyty. Powinnam od tego zacząć.

Skinęła głową, godząc się pokornie z obecnością bardzo młodej, niezbyt rozgarniętej i raczej atrakcyjnej (oby!) nieznajomej w swoim domu.

– Ufam, że mi pani wybaczy. Nie znam wszystkich pacjentów męża.

– Przecież trudno tego od pani wymagać! A kiedy przeczytałam w gazecie... no wie pani... poczułam, że muszę coś zrobić, ponieważ pan doktor nie tylko mi dopomógł, ale także wykazał się wielkim taktem i zrozumieniem, zajmując się moim przypadkiem. – I było to w pewnym sensie zgodne z prawdą. Kłamiąc, zawsze staram się trzymać jak najbliżej faktów. Dzięki temu łatwiej mogłam zapamiętać swoje tłumaczenia.

– Ale to tak poczciwe i urocze, że pani tu przyszła.

Zrobiło mi się przykro, że ją oszukuję, ale szybko zbeształam się w duchu: przecież jestem tu, żeby jej pomóc.

– Jakie piękne kwiaty – zachwyciła się, tuląc wiązankę do piersi jak niemowlę. – Panno Everseau, byłabym niezmiernie wdzięczna... oczywiście, jeśli nie sprawi to pani kłopotu... Czy zechciałaby pani porozmawiać chwilę przy herbatce?

A jednak przeczucia mnie nie myliły: mimo wrodzonej powściągliwości pani Watson w obliczu swojego nieszczęścia potrzebowała towarzystwa przyjaznej i życzliwej osoby, żeby móc się wyżalić. I kiedy zajęłyśmy miejsca przy stoliku, właściwie bez żadnej zachęty z mojej strony zaczęła snuć opowieść o tym, jak jej mąż wyszedł w środowy ranek z domu, tryskając humorem, z zamiarem złożenia kilku wizyt domowych i być może wstąpienia do klubu. Niestety wieczorem nie wrócił.

 

– Trzymałam jego kolację na piecu, aż się całkiem zwęgliła – powiedziała. – I nie potrafiłam się zdobyć, by ją wyrzucić do śmieci, ponieważ oznaczałoby to, że jego nieobecność przeciąga się ponad miarę, a nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że coś... coś złego mogło go spotkać... Powtarzałam sobie, że przecież lada chwila się zjawi. Musi.

Czekała tak całą noc, a o poranku posłała po policję i – rzecz jasna – po Sherlocka Holmesa. Nie wyjaśniła mi, kto to, zakładając – i słusznie – że wiem, co łączy jej męża ze sławnym detektywem. Funkcjonariusze zjawili się jako pierwsi, jednak odmówili wszczęcia śledztwa, nie mając żadnego dowodu na popełnienie przestępstwa.

– Poradzili mi, by jeszcze trochę zaczekać, gdyż nie należy do rzadkości to, że mężczyzna znika na dzień, dwa lub trzy, a potem wraca do domu z pokorną miną przepity albo odurzony opium, którym raczył się w melinie w towarzystwie kobiet lekkich obyczajów.

– Naprawdę tak powiedzieli?! – zdziwiłam się może nazbyt głośno.

– Może ujęli to nieco krócej, ale dobrze wiedziałam, co mają na myśli. Jak gdyby John był do czegoś takiego zdolny. – Mimo słusznego oburzenia wciąż mówiła cichym i spokojnym tonem. – Całe szczęście, że po chwili zjawił się pan Sherlock Holmes i zajął się wyjaśnianiem całej tej historii.

– Czy doszedł do jakichś wniosków?

– Powiedział, że skontaktuje się ze mną, kiedy będzie miał coś istotnego do zakomunikowania. Więcej się nie pojawił.

– Czy miał jakąś hipotezę?

– Nie wyklucza opcji, że może to być zemsta jakiegoś złoczyńcy skierowana przeciwko niemu. Bo przecież John nie miał żadnych wrogów.

– Nie zdarzali się marudni pacjenci?

– Naturalnie, to nieuniknione. Pan Holmes zabrał całą dokumentację medyczną Johna, żeby zbadać każdy trop.

Świetnie. Dzięki temu nie będzie jej kusiło, by szukać informacji na temat niejakiej Violi Everseau. Pochyliłam się w jej stronę.

– Pani Watson, a jakie są pani podejrzenia?

Jej opanowanie momentalnie prysło. Uniosła dłonie do twarzy.

– Sama nie wiem, co o tym myśleć. – W tej chwili do saloniku weszła służąca z tacą. Pani Watson opanowała z widocznym wysiłkiem nerwy i nalewając herbatę, zmieniła temat. – Czy pani i rodzina mieszkacie tutaj, w Londynie, panno... mmm... Everseau?

Odpowiedziałam, że mieszkam tu samotnie, do niedawna pracowałam w biurze, ale chwilowo nie mam żadnego zajęcia i szukam posady przy Fleet Street. Wszystko to było prawdą, choć niczego to nie zmieniało. Gdybym jej oświadczyła, że ujeżdżam w cyrku konie bez siodła, skwitowałaby to równie obojętnym skinieniem głowy. Rozpacz uniemożliwiała jej racjonalne myślenie.

Sączyłyśmy herbatę w krępującej ciszy. Pragnąc przerwać milczenie, wyraziłam podziw dla wystroju pomieszczenia, w którym przebywałyśmy.

– Jakież piękne litografie. Podziwiam osoby, które potrafią zadbać nie tylko o wygodę sprzętów, lecz także o aspekt estetyczny wnętrza.

Podziwiałam szczerze także i panią Watson, która dzielnie przystąpiła do nalewania drugiej filiżanki herbaty, rozglądając się po saloniku, jakby widziała go po raz pierwszy.

– I co za uroczy szpinecik – dodałam. Wiedziałam, że jako guwernantka pół życia spędziła na brzdąkaniu w klawisze, mimo to spytałam: – Grywa pani?

Biedactwo z ledwością pojmowało, o co mi chodzi.

– A... mmm... tak. Tak, ja... – Znękany umysł znalazł chwilowe wybawienie w stojących na instrumencie stokrotkach. – To prawda, że kwiaty niosą pociechę w strapieniu – zauważyła bez przekonania. – Niewielką, ale zawsze. Dostaję je nawet od nieznajomych. Ludzie są tacy życzliwi.

Kiwałam głową ze zrozumieniem, chociaż w duchu uznałam, że cieszy się na wyrost, ponieważ kwiatów nie było aż tak dużo. Oczywiście stał tam już mój bukiecik, który – ku mojemu zadowoleniu – pokojówka wstawiła do wazonu, nie naruszając kunsztownej kompozycji. Oprócz niego zauważyłam pęczek konwalii oznaczający życzenia powrotu szczęśliwych dni, a także wszechobecne goździki, trochę białych róż oraz... Na narożnej konsoli stał najdziwniejszy bukiet, jaki zdarzyło mi się dotychczas widzieć. Jestem pewna, że wyprostowałam się nagle, wybałuszając oczy, ale powstrzymałam się od wszelkich uwag, poza krótkim:

– A to szczególne.

– Co? – Pani Watson odwróciła się niespiesznie, żeby zobaczyć przyczynę mojego zdumienia. – A, tak. Dziwne, prawda? Maki, które słyną z czerwonej barwy, są białe, a głóg, który kwitnie na biało, jest czerwony. I nie mam pojęcia, co to za zielone pędy.

– Szparagi?! – zdumiałam się. Oczywiście nie zielone jadalne pędy, ale pojawiające się później delikatne jak pajęczyna gałązki pokryte włosowatymi szarozielonymi listkami. – Przerośnięte, rzecz jasna. – Było to niezgodne z kalendarzem przyrody, trwała bowiem pora zbioru grubych pędów.

– Wielkie nieba, ale pani jest spostrzegawcza! Skąd to pani wie? – Pani Watson zatrzepotała rzęsami.

– Moja matka zajmowała się botaniką. – To też po części prawda. Zresztą można tak powiedzieć o wszystkich szlachetnie urodzonych damach w Anglii: zamiłowanie do kwiatów i roślin uznawano za typowo kobiece hobby.

– I badała szparagi? Jeszcze nie spotkałam się z czymś takim w bukiecie.

– Ani ja. – Chociaż zielone listki były co najmniej dziwaczne, to znacznie bardziej niepokoiły mnie kwiaty. Ich ukryte znaczenie zmroziło mi krew w żyłach. Starając się nie zdradzić, zmienionym tonem głosu spytałam: – Droga pani Watson, czy zna pani tak zwaną mowę kwiatów?

– Tylko z grubsza. Mało było w moim życiu okazji do przekazywania za ich pośrednictwem wiadomości. – Stwierdziła ten fakt z odrobiną dobrodusznej kpiny. – Głóg symbolizuje nadzieję, prawda? A mak ukojenie.

– W tradycji francuskiej, i owszem.

W folklorze Wysp Brytyjskich głóg to krzew od niepamiętnych czasów utożsamiany z pogańskimi bóstwami i wróżkami, symbolizujący pecha. Żadna wieśniaczka nie wniosłaby tych ślicznych baldachowatych kwiatuszków pod swój dach, ponieważ mogłoby to ściągnąć na całe domostwo nieszczęście, a nawet śmierć. Nie powiedziałam tego głośno. Przyznałam tylko rozmówczyni, że czerwony mak symbolizuje ukojenie, natomiast biały kojarzony jest ze snem.

– Doprawdy? – zastanowiła się przez chwilę, a potem się uśmiechnęła. – Sen stanowczo by mi się teraz przydał.

– Przedziwny jest ten bukiet. Kto go pani podarował?

– Nie mam pojęcia. Jakiś chłopiec go dostarczył.

Odstawiłam filiżankę i podniosłam się z krzesła. Przeszłam przez salon, żeby przyjrzeć się kwiatom. Maki z pewnością wyhodowano w oranżerii – o tej porze roku wszystkie kwiaty, prócz przebiśniegów, pochodziły ze szklarni. Nie było w tym nic dziwnego. Ale żeby uprawiać pod szkłem szparagi? Przedziwna sprawa. No dobrze, może ktoś był bardzo spragniony świeżych warzyw. A głóg? Komu przyszłoby do głowy pielęgnować tak bezużyteczny i ciernisty krzew w oranżerii, skoro można go było spotkać niemal wszędzie, bo rozsiewał się jak chwast?

Przyglądając się z bliska głogowym gałązkom, zauważyłam, że ich kolczaste pędy oplatało delikatne pnącze, którego białe kwiatki zdążyły już zwiędnąć.

Powój.

Polny chwast o trąbkowatych kwiatach, pojawiający się latem w polnych chaszczach i żywopłotach równie często jak wróble. Jednak o tak wczesnej porze roku roślina mogła pochodzić jedynie z cieplarni. I była tam hodowana razem z głogiem, skoro zdołała go tak opleść.

Powój? Chwast zwany niekiedy wilcem. Już sama nazwa kojarzyła się z czymś podstępnym, dławiącym, pokrętnym. Pomysł tak złowieszczego bukietu musiał się zrodzić w głowie pełnej równie pokrętnych myśli. Musiałam się dowiedzieć...

Ale kiedy miałam już zwrócić się do pani Watson z prośbą o szczegóły, drzwi otworzyły się z impetem i do salonu – nie czekając na zaanonsowanie przez służącą – wpadł wysoki, nienagannie ubrany, acz wzburzony dżentelmen. Przypominał drapieżnego ptaka, a wrażenie to potęgował wydatny orli nos. Był to Sherlock Holmes.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?