Nie wiemy co przyniesie nam kolejna godzina ... Dziennik pisany w ukryciu w latach 1943-1944

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © for this edition by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Wydanie pierwsze

Redaktor prowadzący:

Jakub Petelewicz

Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach w latach 2018–2021, nr projektu 11H 18 0357 86, kwota finansowania 591 676,00 PLN



Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72

00–330 Warszawa

ISBN e-book: 978–83–63444-73-0

SPIS TREŚCI

Wstęp (Charlie Baum)

Nota edytorska

NIE WIEMY, CO PRZYNIESIE NAM KOLEJNA GODZINA…

Treblinka!

Wojna

Opaski

Jak naprawdę wyglądały żydowskie fabryki pod zarządem komisarycznym

Jak będą wyglądały fabryki, kiedy już będą judenrein?

[Gmina żydowska]

Getto

Obławy w getcie

Drugi transport

Treblinka

Rejestracja do Erec Isroel

Pociąg wysłany z szesnastu miast do Treblinki

Przeróżne zdarzenia

Przywrócony do życia

Dwustu robotników wysłanych do Starachowic

Rozstrzelanie wszystkich żydowskich lekarzy

Jak przepędzali czas Judel z Dawidem

Kim dla nas byli „Jędrusie”?

Czy Bóg zdradził naród żydowski?

Życie w kryjówce

Pani Ś. każe nam odejść

Strzały w lesie

Idziemy do Józka

Śpimy w skrytce

Życie w kryjówce

„Jędrusie” w domu!

Dawid idzie do pani Ś.

Woda w kryjówce

Wracam do pani Ś.

Kordanow wyjeżdża do Francji

ANEKS

Relacja Judla Bekermana

Relacja Moszka Bauma

FOTOGRAFIE

Posłowie (Barbara Engelking)

Przypisy

W serii

Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych świadectw z czasów Zagłady ocalało dużo. Ci, którzy nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę pisania o katastrofie podczas trwania katastrofy, najczęściej adresowali swoje zapiski „do przyszłego czytelnika”. Chcieli, aby świat ich usłyszał. Nie możemy pozwolić, aby ich świadectwa pozostały nieme — przysypane kurzem archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY zrodziła się z przeświadczenia, iż pomimo różnych inicjatyw edytorskich wciąż zbyt mało tekstów, w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych i udostępnionych czytelnikom. Zbyt mało wobec potrzeb badawczych i czytelniczych zainteresowań, a także wobec obecnych niemal w każdym ocalałym zapisie apeli, nakładających na nas wszystkich moralną powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY skupia się na prezentacji dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form autobiograficznych i spisywanych hic et nunc, tzn. w gettach bądź w ukryciu poza murami, ale jeszcze w czasie trwania wojny i okupacji. Teksty są publikowane w ich kształcie integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ZAGŁADY jest wydawana przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

WSTĘP

Chciałbym powiedzieć kilka słów o moim ojcu, ponieważ to właśnie on – Moszek Majer Baum – jest autorem tej książki. Pozostawił świadectwo w imieniu swoich bliskich, którzy stracili życie: żony, dwóch małych córeczek, rodziców, braci i sióstr, a także tych, którzy przetrwali w ukryciu, żyjąc w ciężkich warunkach, w stałym poczuciu zagrożenia.

Chciałbym opowiedzieć o ojcu, ponieważ żałuję, że nigdy tak naprawdę z nim nie rozmawiałem. Prawdę mówiąc, nie mieliśmy żadnego wspólnego języka; nigdy nie opanował dostatecznie dobrze francuskiego. Miał wyraźny akcent jidysz, który był jego językiem ojczystym. Posługiwał się nim, rozmawiając z moją matką i nielicznymi znajomymi. Co do mnie, nawet jeśli rozumiałem trochę jidysz, nie chciałem się go nigdy uczyć i w nim mówić, a moi rodzice podchodzili do tego ze zrozumieniem.

Ta szczególna sytuacja sprawiła, że ojciec nigdy nie mógł się ze mną prawdziwie porozumieć; rozmowa nie była nam dana – nie tylko dlatego, że znałem jedynie francuski. Nie mieliśmy wspólnego języka, ponieważ w gruncie rzeczy ojciec nie chciał, żebym poznał jidysz. Było to dla niego z pewnością niejakie poświęcenie. Jednak jego język ojczysty – ten, w którym rozmawiał z moją matką, swoim bratem i bratową, z nielicznymi przyjaciółmi – był zarazem językiem cierpienia, w którym wyrażano trudne do zniesienia świadectwa; był językiem, który miał zniknąć z powierzchni ziemi. Ojciec pragnął chronić mnie, jedynaka. On, który stracił już wcześniej dwoje dzieci, chciał zatem, bym miał obywatelstwo francuskie (urodziłem się jako bezpaństwowiec, apatrydami byli wtedy także moi rodzice). Co za tym idzie, moją mową ojczystą miał być język francuski. Oznaczał nowe życie, nowe perspektywy na przyszłość i nowy kraj, z którym będę mógł się utożsamić i stać się kiedyś jego pełnoprawnym obywatelem. Co do ojca – sam nie czuł takiej potrzeby, z pewnością wcale o tym nie marzył. On – którego życie tak strasznie doświadczyło, który tyle przeżył, tracąc ukochanych bliskich i całe swoje środowisko – chciał już tylko pracować, dbać o moją matkę i o mnie, żyć swoimi wspomnieniami, nigdy mi ich jednak nie narzucał. Podejrzewam, że w gruncie rzeczy nie wiązał żadnych nadziei z przyszłością.

Nigdy mi nie mówił o swojej utraconej rodzinie.

Pewnego dnia opowiedziała mi o tym moja matka. Chciała mi wyjaśnić, dlaczego ojciec jest smutny.

Moja matka, Sara Łaja Karaś, jest dla mnie wielką niewiadomą. Chciałbym bardzo móc o niej opowiedzieć, jeszcze bardziej niż o ojcu. Ojciec zostawił bowiem swoje zeszyty; wiele lat po jego śmierci mogłem je przeczytać. Miał małą skórzaną teczkę, bardzo już zniszczoną, w której z pietyzmem przechowywał kilka zdjęć z czasów przedwojennych i rękopis, o którym jeszcze w dzieciństwie wiedziałem, że musi być czymś niezwykle cennym i że zawsze będę musiał go strzec. Ta scheda sprawia, że ojciec nadal istnieje – moja matka natomiast zniknęła w niebycie.

Z jej przedwojennego życia znam dwa fakty – datę i miejsce urodzenia. Nic więcej, absolutnie nic. Jak gdyby w ogóle nie istniała, póki nie spotkała mojego ojca, gdy po wyjściu z obozów [była w Skarżysku i HASAG-u w Częstochowie] błąkała się wygłodniała, w towarzystwie jednej lub dwóch koleżanek, będących w podobnie nędznym stanie jak ona sama.

 

Kiedy czytam wspomnienia ojca, myślami jestem przy matce. Kim byli jej rodzice, bracia, siostry? Z pewnością była zbyt młoda, by mieć męża, niemniej odznaczała się urodą – ciekawe, czy miała jakiegoś narzeczonego? Czy chodziła na tańce w Ożarowie, by spośród obecnych tam młodzieńców wybrać tego właściwego? Kiedy została uwięziona? Jak wyglądało jej życie w okresie po wkroczeniu niemieckiego wojska, do czasu zatrzymania? Do jakiego obozu została wysłana? Czego była tam świadkiem? Co robiła? Co przeżyła?

We Francji przez wiele lat cierpiała z powodu powikłań po tyfusie i gruźlicy, chorobach, które dziesiątkowały więźniów w obozach. Tyle tylko wyjaśniała lekarzom leczącym ją w Paryżu. Nic więcej. Ona także pragnęła, żebym żył przyszłością, cieszyła się, że moim udziałem stała się szczęśliwa młodość w Paryżu lat sześćdziesiątych.

Często jednak popadała w cichą depresję, błądziła gdzieś wzrokiem, zapadała się w sobie. Nie mogła przelać tych emocji na papier – jak ojciec – by wykrzyczeć złość na Boga, który opuścił swój naród wybrany. Nie chciała oglądać się za siebie, ale przeszłość dopadała ją raz po raz. Zbudowała sobie nowe życie, pracowała, uśmiechała się, snuła marzenia o wyjeździe do Izraela. Nigdy jednak nie wspominała dawnych czasów, nie mówiła ani słowa o swojej rodzinie.

Spoglądam teraz na relację ojca. Na te polskie zeszyty, które przetrwały tyle lat, starannie ze sobą pozszywane. Zastanawiam się także nad milczeniem mojej matki.

Podobnie jak inni Żydzi w czasie okupacji, ojciec spotkał się zapewne z apelem głoszonym w wielu gettach: „Musicie to zapisać, opowiedzieć, zostawić świadectwo. Notujcie wszystko, co widzicie, słyszycie, co jest waszym udziałem. Ukryjcie potem dobrze swoje zapiski lub przekażcie je zaufanym ludziom. Prędzej czy później to szaleństwo się skończy, a wtedy dzięki waszym relacjom świat się dowie, co przeżyliśmy”. Ojciec posłuchał, w przeciwieństwie do mojej matki. Może była za młoda, może niezbyt biegle władała piórem.

Może też być tak, że historia moich rodziców odzwierciedla podwójną tragedię: losy Baumów, opisane i znane nam dzięki wspomnieniom ojca, splatają się z losami Karasiów, którzy odeszli bez śladu, ale właśnie dlatego przywodzą na myśl miliony innych, tych, którzy zniknęli, nie zostawiając po sobie żadnej historii, zdjęć, listów czy dzieł sztuki. Tych, którzy zostali unicestwieni.

Na książkę, którą przeczytacie, złożyło się siedem brulionów marnego gatunku. Każdy z nich liczy 38 kartek; zostały ponumerowane i zszyte w całość przez mojego ojca. Oryginalny rękopis jest w języku jidysz. Okładki mają łososiową barwę; jest też grubszy ósmy notes, liczący 47 kartek, ten ma niebieskie okładki i nie został opatrzony numerem.

Strony ponumerowano od 1 do 269. Niektóre zostały wycięte. Kartki w pierwszych zeszytach zapisane są tylko po jednej stronie, charakterystycznym kopiowym ołówkiem, którego rdzeń trzeba było często zwilżać śliną. Później prawdopodobnie ojcu zaczęło brakować miejsca, ostatnie kartki w zszytych brulionach, jak i te w osobnym, niebieskim notesie, zapisane są już po obu stronach.

To w sumie około 320 stron mocno już rozsypującego się rękopisu.

Nie umiem co prawda czytać w jidysz, widzę jednak, że ojciec miał staranny, wyrobiony charakter pisma. W tekście nie widać niemal żadnych skreśleń, jak gdyby każdą stronę najpierw przemyślał i wypowiedział na głos, zanim pewną ręką przeniósł słowa na papier.

Obserwuję ze wzruszeniem także niezapisane strony: przywodzą na myśl jakąś płaskorzeźbę, ojciec tak mocno dociskał ołówek do papieru, że na wielu kartkach pozostały zagłębienia. Pisał z wielkim przejęciem. Czynność ta musiała mieć dla niego zasadnicze, pierwszorzędne znaczenie. Łatwo się tego domyślić, nawet nie znając ani jednego słowa w jidysz. Rozgorączkowanie, napięcie i troskę autora widać na pierwszy rzut oka.

Ojciec pokazał mi te zeszyty po raz pierwszy, kiedy miałem mniej więcej 15 lat. Jakiś czas później dał mi je, bez szczególnej celebry, był jednak wyraźnie poruszony. Nie powiedział ani słowa na temat ich zawartości. To matka wyjaśniła mi potem, że ojciec robił te notatki w czasie wojny, kiedy ukrywał się z innymi, w tym z moim stryjem. I że skończył pisać po wkroczeniu Armii Czerwonej, kiedy mógł już wyjść z kryjówki.

Wspominała też, że ojciec miał te zeszyty w Polsce, potem w Niemczech, a w końcu we Francji. Przechowywał je wszędzie z niezwykłą pieczołowitością.

Po śmierci matki w Tel Awiwie ojciec podjął samotnie bolesne dla niego zadanie. Przepisał zeszyty na małej, ręcznej maszynie do pisania, stukając w klawisze dwoma palcami. Rezultatem był maszynopis w dwóch egzemplarzach; być może ojciec wprowadził zmiany lub pominął jakieś fragmenty oryginału, tego do końca nie wiem. Kiedy po jego śmierci przywiozłem wszystko z Tel Awiwu do Francji i postanowiłem przetłumaczyć, zawiozłem jeden z dwóch maszynopisów do znajomego emigranta, ocalałego z Zagłady podobnie jak moi rodzice. Mieszkał z żoną w Montreuil; spędziłem kilka wzruszających wieczorów w ich małej kuchni. Zabrali się z chęcią do lektury, z tłumaczeniem jednak było gorzej. Tekst ojca obudził w ich pamięci zbyt wiele wspomnień. Ostatecznie więc tematem naszej rozmowy stały się ich świadectwa, przeżycia wojenne, bagaż ich cierpień.

W końcu zgłosiłem się do paryskiej Bibliothèque Medem, pytając o możliwość spotkania z Yitskhokiem Niborskim, profesorem jidysz z Narodowego Instytutu Języków i Kultur Orientalnych (Institut national des langues et civilisations orientales, INALCO). Profesor powierzył maszynopis trojgu swoim dzieciom, które pracowały nad nim kolejno w czasie studiów. W ten sposób powstała francuska wersja maszynopisu i mogłem go ostatecznie poznać. Miałem już wtedy prawie 60 lat! Lektura tekstu zajęła mi całe miesiące, nie byłem w stanie przeczytać więcej niż kilka stron na raz.

Niewiele osób czytało relację mojego ojca, czy to w oryginale, czy też w tłumaczeniu. Znaleźli się wśród nich jednak Georges Didi-Huberman, Henri Herré i Pascal Convert. Pascal Convert, artysta zainspirowany tym świadectwem, wygrawerował fragmenty manuskryptu na kobaltowym szkle; zostały wystawione w 2014 r. w Galerie Eric Dupont: „Na ścianach galerii widzimy szafirowe szklane dyptyki, przypominające stronice olbrzymich książek. Wygrawerowano na nich wersy wyjątkowego manuskryptu. To fragmenty z ośmiu zeszytów, zawierających tekst w jidysz, zapisany granatowym ołówkiem. Powstał w latach 1943–1944 w Polsce, w pobliżu miasta Kielce, i nosi tytuł «Treblinka»” (Georges Didi-Huberman).

Pascal Convert, Georges Didi-Huberman i Henri Herré sprawili, że o istnieniu manuskryptu usłyszano w Polsce. To dzięki nim nawiązałem kontakt z Barbarą Engelking, która stanęła wobec wielkiego wyzwania, jakim było przetłumaczenie tekstu na polski i jego opublikowanie. W taki oto sposób przekaz mojego ojca powraca do kraju, w którym został napisany. Z tego tytułu składam im czworgu najserdeczniejsze podziękowania.

Oni to sprawili, że żyją w naszej pamięci Moszek Baum, syn Szlamy Bauma i Szajndli z domu Wajnsztein, urodzony w 1908 r. w Wolbromiu, zmarły w 1991 r. w Tel Awiwie, mój ojciec, i Sura Łaja Karaś, córka Szlamy Karasia i Nechy z domu Lederman, urodzona w 1924 r. w Ożarowie, zmarła w 1979 r. w Tel Awiwie, moja matka.

Spotkali się po raz pierwszy w 1945 r. w Polsce. Matka wyszła z obozu, ojciec pracował w ośrodku pomocy społecznej.

Po wojnie zamieszkali w Paryżu, urodził im się syn, wzięli ślub, w 1954 r. dostali obywatelstwo francuskie. Pracowali przez całe życie, a w 1970 r. wyemigrowali do Izraela.

Po śmierci mojej matki ojciec oddał jej hołd, wydając niewielki tomik: opisał okoliczności, w jakich się poznali. Angielski przekład tego tekstu przesłał mi Manny Bekier, syn wspominanego przez ojca Judla Bekermana. To uzupełnienie świadectwa z czasów okupacji. Ojciec opisał czas po wkroczeniu Armii Czerwonej, kiedy opuścił swoją kryjówkę, odkrył, co się stało ze społecznością Żydów, poznał swoją przyszłą żonę i w końcu wyjechał do Francji.

W ten sposób klamra się domyka.

Z języka francuskiego przełożyła Joanna Wysocka

NOTA EDYTORSKA

Podstawą niniejszego wydania jest pierwotny tekst w języku jidysz. Został zapisany w siedmiu szkicownikach (o łososiowych okładkach) po 38 stron każdy, zszytych razem i ponumerowanych od 1 do 7. Mosze pisał ołówkiem, najczęściej na jednej stronie, jedynie ostatnie kartki zapisane są obustronnie. Strony są ponumerowane od 1 do 269, kilka pojedynczych kartek zostało usuniętych. Ostatni zeszyt, ósmy (w niebieskiej okładce), zawiera 47 nienumerowanych stron zapisanych odręcznie. Całość jest bardzo krucha i zawiera około 320 stron rękopisu.

Przy redagowaniu rękopisu wspomnień przestrzegaliśmy zasad obowiązujących przy wydawaniu źródeł, maksymalnie ograniczając zakres ingerencji edytorskich. Uwspółcześniliśmy interpunkcję i poprawiliśmy oczywiste błędy. Zastosowaliśmy uproszczoną, zgodną z fonetyką języka polskiego, transkrypcję słów i nazw własnych pochodzących z języków hebrajskiego i jidysz. Ujednoliciliśmy zapis imion i nazwisk pojawiających się w tekście. Imiona i nazwiska żydowskie w różnej pisowni nastręczają nieraz kłopotów. Na przykład żona Moszka, Rachel, występuje we francuskim wydaniu jako Rukhtshe (Ruchcze, Różka?). Nazwisko Porzycki czasem pisane jest przez „ż”, Moszek może być także Mojszem lub Moszem, a imię Judel można zapisać również jako Judl.

W nawiasach kwadratowych wstawiono opuszczone omyłkowo wyrazy, które udało się odgadnąć, i wszelkie uwagi redaktorskie. W przypisach umieściliśmy wyjaśnienia historyczne oraz informacje o osobach pojawiających się w tekście – tych, które udało się zidentyfikować.

Tytuł książki Nie wiemy, co przyniesie nam kolejna godzina… jest cytatem zaczerpniętym z dziennika.

***

Przekład rękopisu Moszka Bauma jest efektem wysiłku, którego podjęli się wraz ze mną uczestnicy zajęć translatoryjnych prowadzonych na kierunku Historia i kultura Żydów na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Składam serdeczne podziękowania Marii Barthanowej, Honoracie Boguckiej, Katarzynie Brodackiej, Dawidowi Kurkowskiemu, Miłoszowi Omietońskiemu, Piotrowi Smolińskiemu, Annie Styczyńskiej-Marciniak i Mateuszowi Szczepaniakowi, którzy uczestniczyli w pierwszej fazie przygotowań tekstu.

Monika Polit

NIE WIEMY, CO PRZYNIESIE NAM KOLEJNA GODZINA…

TREBLINKA!

Teraz, kiedy w gorące letnie dni słońce pali dojrzałe już do zżęcia zboże, teraz, kiedy człowiek rwie się ku życiu, siedzimy tu we trzech1, siedzimy na gorącym strychu obory, wdychając odór krowy, prosięcia i kilku królików. Mieszanka ta wydaje trudny do zniesienia fetor. Im gorętsze są dni, tym z większą siłą smród wdziera się na górę. A my stoimy i wyglądamy słonecznych promieni przez szpary dziurawego dachu i patrzymy na zielone pola. Stoimy i myślimy: „Ach, cóż to za świat! Natura robi swoje, zgodnie z nakazem czasu, i nie chce niczego wiedzieć o barbarzyństwie, które ma miejsce na świecie – że zabiera się kobiety z małymi dziećmi i w ogóle zabija się cały naród żydowski. Wycina się go w pień w taki sposób, że ludzki rozum nie jest w stanie tego pojąć”.

Stoimy i zastanawiamy się, jak to się stało, że z tak wielkiej rodziny, jaką byliśmy, nikt się nie uratował poza jednym tylko Bejniszem2, który cztery lata przed wojną, w 1935 r., wyjechał do Brazylii. No i nasza trójka, która stoi tutaj, na strychu, miotając się między śmiercią a życiem. Stoimy i nie wiemy, co przyniesie nam kolejna godzina. Prawdą jest, że już odechciewało nam się żyć, bo straciliśmy wszystko, dla czego warto byłoby to ciągnąć, ale jest jedna rzecz, która nas jeszcze trzyma. Chcemy się zobaczyć z moim szwagrem, Bejniszem, bratem tych dwóch, z którymi teraz jestem, i opowiedzieć mu o losie jego rodziców i sióstr oraz o losie narodu żydowskiego. Właśnie teraz, kiedy doczekaliśmy opublikowania w niemieckiej gazecie informacji, że brytyjsko-amerykańskie wojska wylądowały na Sycylii3, co z pewnością oznacza początek inwazji na Europę, zaczynamy myśleć, że być może będziemy jedynymi Żydami, którzy ujrzą zagładę barbarzyńskiego hitleryzmu i być może to my pomścimy krew naszych kobiet i dzieci, krew całego narodu żydowskiego. Chcemy żyć i zobaczyć na własne oczy Treblinkę przeznaczoną dla całego narodu niemieckiego.

 

Treblinka to jest miejsce, w którym pięć milionów Żydów4, kobiet i dzieci, starych i młodych, woła z ziemi do świata: „Ludzie, wiedzcie, że nasza krew nie przestanie wrzeć, dopóki nie pomścicie tego, że została niewinnie przelana przez barbarzyński hitleryzm. Nie spoczniemy, dopóki nie weźmiecie odwetu na narodzie niemieckim, oko za oko, ząb za ząb”. Będę jeszcze żył, żeby w szczegółach opisać, jakim to sposobem niemieccy sadyści wytoczyli krew z narodu żydowskiego. Muszę przekazać całemu światu to, co sami przeżyliśmy i widzieliśmy. Za dużo było tych straszliwości, by o nich opowiadać, dlatego zdecydowałem się opisać, jak przelano krew mojej rodziny, a zarazem, jak krwawił cały naród żydowski.

Białogon5, miasteczko leżące między Kielcami a Słowikiem, niedaleko asfaltowej drogi Kielce–Kraków, było miejscem zamieszkania Mendla Bekermana, który posiadał własny dom. Dom z frontu i z tyłu miał ogród. Niedaleko budynku, około 300 metrów, stała fabryka – garbarnia, którą Bekerman prowadził od lat. Domowe pokoje urządzono w miejskim stylu. Okna frontowe zawsze oblegali miejscowi, którzy pod nie przychodzili, żeby posłuchać radia, będącego zapewne jedynym odbiornikiem w całym miasteczku. Żydowskich rodzin było około siedemdziesięciu. Należał do nich mały dom modlitwy, a że był zadłużony, wybrano Mendla Bekermana na gabaja, by temu zaradził, i deficyt się zmniejszył.

Bekerman miał siedem córek i trzech synów. Posłał córki do miejskiej szkoły, w której prawie wszystkie wyróżniały się w nauce. Fryda, najstarsza, która, można powiedzieć, nie miała w życiu szczęścia, jako dziecko źle się fizycznie rozwijała. Rodzice jeździli z nią do wielkich doktorów, ci jednak nie mogli ustalić przyczyny takiego stanu rzeczy. Jakiś czas później Bekermanowie dowiedzieli się, że służąca uderzyła dziecko okiennicą i nikomu o tym nie powiedziała. Fryda nie ustępowała innymi dzieciom w rozwoju umysłowym. Urodziła się w 1904 r. Ojciec wydał ją za mąż dość młodo i dał jej ładny posag. Dostała męża z rodziny chasydzkiej, wyrwanego wprost z domu nauki i nieznającego innego życia, co również ją unieszczęśliwiło. Ojciec urządził jej piękne mieszkanie w Kielcach we własnym domu, który miał na ul. Warszawskiej.

W tym samym roku urodziło im się dziecko, z którego byli bardzo zadowoleni. Niestety jej mąż, jak większość sobie podobnych uczonych w Piśmie, w krótkim czasie roztrwonił pieniądze i Fryda musiała wrócić do rodzinnego domu. Teść nie darzył zięcia sympatią i ten co jakiś czas zatrzymywał się u swoich rodziców w Pińczowie. Dzięki działalności w Agudas Isroel6 otrzymał w końcu certyfikat na wyjazd do Izraela. Nie chciał jednak jechać sam. Po wielkiej naradzie rodzice zdecydowali, że Fryda z dzieckiem też powinna wyemigrować.

Wolbrom, miasteczko w powiecie miechowskim, w województwie krakowskim. Żydzi stanowili tam większość. Jeszcze za moich czasów, w 1925 r., mieszkało tam 2500 żydowskich rodzin. Miasteczko miało rabina i mojre chojroe. Mojre chojroe to taki Żyd, który siedzi i dniem i nocą studiuje. Ten wolbromski miał ośmioro dzieci, a czworo ostatnich to były dwie pary bliźniąt. Właściwie moja matka urodziła trzy pary bliźniąt, ale na szczęście7 pierwsza para zmarła w niemowlęctwie. Ja miałem przywilej być pierwszym dzieckiem z drugiej, żyjącej pary. Zaraz po porodzie zawiązano mi na przegubie czerwoną tasiemkę, żeby było wiadomo, że to mnie nadano imię Mojsze Meir. Mój brat i ja urodziliśmy się w 1908 r. Chowaliśmy się wszyscy dobrze, ale biednie, ponieważ ojciec mało zarabiał. Pomagaliśmy ojcu, byliśmy pośrednikami między nim a Żydówkami, które przychodziły na przykład z tacą kiszek i pytaniem, czy na pewno są koszerne. Prawdę powiedziawszy, nie czułem się w domu dobrze i w wieku trzynastu lat wyjechałem do Sosnowca. Tam spędziłem jakiś czas i pracowałem za przyzwoite pieniądze.

W 1927 r. otrzymałem list od mojego najstarszego brata8, który mieszkał w Białogonie. Pisał, że bardzo dobrze mu się powodzi i że jest jednym z najbardziej szanowanych ludzi w miasteczku. Prosił, żebym przyjechał do niego na trochę. W Białogonie poznałem się z dziećmi Mendla Bekermana i lubiłem się z nimi bawić. Najczęściej spędzałem czas z Ruchcze [Rachel], piękną dziewczyną, brunetką o ciemnych oczach, która była wtedy jeszcze bardzo młoda, bo urodziła się w 1910 r. Dopiero co skończyła gimnazjum w Kielcach. Mendel Bekerman był bardzo zadowolony, że sympatyzuję z jego córką, natomiast mniej cieszył go mój stan majątkowy. Mimo to zechciał mnie za zięcia. Pewnego wieczoru Bekerman powiedział mi, że jeśli nie wrócę do Sosnowca, to on jest gotów mnie zatrudnić. Ma się rozumieć, niczego lepszego nie mogłem sobie wymarzyć. Parę dni później Bekerman zlecił swojemu agentowi z kieleckiego składu wyrobów gotowych, żeby przekazał mi klucze, i w ten sposób zostałem sprzedawcą towarów, załatwiałem też wszystkie sprawy Bekermana w mieście. Każdego dnia jechałem do Kielc, a wieczorem wracałem do Białogonu, gdzie miło spędzałem czas. Zdarzało się, że Ruchcze z siostrami i braćmi przyjeżdżała do miasta i wtedy szliśmy do kina albo teatru. Wracaliśmy do domu dorożką późno w nocy.

Działo się to w czasie, kiedy najstarsza córka [Mendla] Fryda zamieszkała ze swoim małym dzieckiem w domu rodziców. Dzięki moim energicznym działaniom w biznesie zyski rosły z dnia na dzień i mój teść w pełni mi zaufał. Jakiś czas później przystąpiłem jako wspólnik do fabrycznego interesu. W 1931 r. wziąłem ślub i urządziłem sobie ładne mieszkanie w Kielcach, gdyż moja żona zażyczyła sobie mieszkać w mieście, żebym nie musiał codziennie jeździć do Białogonu, chociaż ze względu na fabrykę i tak musiałem tam często bywać. W 1932 r. urodziła się nasza córka9, z której mieliśmy wiele pociechy. Z roku na rok biznes rozwijał się i prowadziliśmy bardzo szczęśliwe życie. Każdego lata jeździliśmy na wieś do teściów, u których panowała domowa atmosfera, gdyż wszystkie dzieci były razem. Natomiast zimą codziennie przyjeżdżali do nas wszyscy szwagrowie, szwagierki oraz bracia. W 1937 r. przyszła na świat nasza druga córka10. Obie dziewczynki pięknie się rozwijały, zarówno fizycznie, jak psychicznie. Były brunetkami o czarnych oczach, wdały się w matkę. Byłem z żoną bardzo szczęśliwy. Bejnisz, pierworodny syn Bekermana, urodzony w 1906 r., choć był ode mnie starszy o dwa lata, wziął ślub później. Żonę miał z Radomia, mieszkał w Kielcach. Interesy nie szły mu najlepiej. W 1935 r. jego szwagrowie namówili go na wyjazd do Brazylii. Ruszył tam z żoną i dzieckiem. Aż do wybuchu wojny otrzymywaliśmy od niego pomyślne wieści.

Elka, trzecia córka, urodzona w 1911 r., tak jak wszystkie pozostałe dzieci Bekermana chodziła do gimnazjum w Kielcach i skończyła szkołę średnią z wyróżnieniem. Z tego dziecka rodzice nie byli zadowoleni. Jeszcze w szkole zaczęła zażywać sportów, takich jak jazda rowerem, pływanie w miejscowej rzece. Ma się rozumieć, że ojciec jako pobożny Żyd nie był rad z tego, jak się prowadziła. Żadne zakazy nie pomagały. W mieście gadali, że to nie do pomyślenia, żeby dziewczyna jeździła na rowerze i kąpała się w rzece. Jak to zwykle bywa, do takich jak ona ciągną chłopcy. Przyjeżdżali jej przyjaciele z Kielc, a ona i inne dziewczyny spędzały z nimi długie godziny, co budziło zazdrość białogońskich chłopaków. W domu dochodziło do kłótni o czytanie niedozwolonych książek i słuchanie radia w szabat. W końcu Elka przekabaciła swojego młodszego brata Judla, urodzonego w 1913 r., którego ojciec chciał wykształcić na rabina. Uczył się w jesziwach, ale ostatecznie przeszedł na stronę siostry.

Wieczorami do Bekermanów schodzili się sąsiedzi. Przychodził siedemdziesięcioletni Mojsze Kryształ, jeden z pierwszych członków Chowewej Syjon11, ze swoim czterdziestopięcioletnim synem Anszelem, a także mój brat Awrom Mordke, i toczyły się dyskusje na tematy religijne albo polityczne, mówiło się o syjonizmie, socjalizmie itd., wychylało szklaneczkę dobrej herbaty, grało się w szachy, karty i tak mijał czas.

W miasteczku było kilka fabryk – dwie garbarnie, fabryka dykty, tartak i chrześcijańska odlewnia żeliwa. Gdy Elka skończyła szkołę średnią, dostała posadę w tartaku, z której była bardzo zadowolona, bo skoro zarabiała pieniądze, to była samodzielna i ojciec nie mógł jej mówić, za kogo ma się wydać. Jakiś czas później w fabryce dykty nastał buchalter z Warszawy Heniek Nickin, bardzo inteligentny i oczytany człowiek. Zapoznał się z Elką i przepędzał z nią czas. Czytali rozmaitą literaturę – Romain Rollanda, Erenburga, Malraux, Maliszewskiego12 i innych. Pod wpływem tych lektur pozostawał też jej młodszy brat Judel. Elka prowadziła korespondencję ze studentem Zylbersztajnem z Kielc, który wyjechał na studia do Paryża. Z biegiem czasu zakochała się w Nickinie i zerwała z Zylbersztajnem.

Było bardzo gorące lato 1933 r. Do Białogonu na szabat przybył chęciński rebe i jak miał w zwyczaju, zatrzymał się u Mendla Bekermana. W sobotę przyszła policja i przeprowadziła rewizję. Chociaż nic nie znaleźli, aresztowali Elkę. To samo spotkało Nickina i jego towarzyszy z Kielc. Ponieważ u Elki nie znaleziono nic prócz listów miłosnych od Nickina i Zylbersztajna z Paryża, nazajutrz zwolnili ją z braku dowodów. Nickin miał bogatą rodzinę, która pomogła mu się wykręcić, ale musiał uciekać do Paryża.

Z czasem tartak w Białogonie został zlikwidowany, a jego właściciel Ajzenberg wyjechał do Erec Isroel. Elka, która została bez posady, zamieszkała w Warszawie u swojego wujka Rozenfarba. W Warszawie miała też kuzyna Bejnisza, technika dentystycznego. Bejnisz pochodził z Kielc, a jego ojciec i ojciec Elki byli braćmi. Bejnisz, bardzo uczciwy człowiek, pozostawał pod wpływem niejakiego Dobickiego, również technika dentystycznego, oraz kilku innych towarzyszy, m.in. Mońka Kowaltowskiego i Kołodnera. Elka też ich poznała. Bejnisz wygłaszał odczyty w ich kółku, zapraszał ich do domu, gdzie zbierało się trochę młodzieży. Dyskutowali na różne tematy. Po jakimś czasie Bejnisz zakochał się w Elce z wzajemnością. Wynajęli mieszkanie i zamieszkali razem. Rodzice, dowiedziawszy się o tym, rozgniewali się na córkę – jak to może być? Podobnie zareagowali rodzice Bejnisza. Rodziny zażądały, żeby wzięli ślub, ale oni nie słuchali. Oni, praktykujący ateiści, socjaliści mieliby wziąć ślub?! Co powiedzieliby towarzysze? Po obu stronach zapadła cisza. W końcu Judel postanowił doprowadzić do zgody między rodzicami a siostrą. Pojechał do Warszawy z zamiarem sporządzenia ketuby. Zwrócił się do rabinatu, ale tam mu powiedzieli, że dopóki para nie stawi się osobiście, ketuby nie wydadzą.

Judel ruszył na poszukiwania mojre chojroe, który zgodziłby się na spisanie ketuby. Wreszcie na ul. Zamenhofa 29 trafił na mojego wuja, mojre chojroe Mendla Rozencwajga, który usłyszawszy, że Judel jest moim powinowatym, dał mu papier, powołując się na jakiś religijny przepis o pośredniku. Wkrótce nastąpiło rodzinne pojednanie. Elka i Bejnisz latem jeździli do Białogonu, żeby sobie trochę podreperować zdrowie i miło spędzić czas z rodzeństwem, któremu przy okazji polecali jakieś książki do czytania. Zimą ich siostry i bracia zaglądali do Warszawy, chodzili do teatru, a także słuchali odczytów, które jednak niewiele im dawały. Bekerman wynajął Elce ładne mieszkanie w Warszawie na ul. Grochowskiej, cztery pokoje z kuchnią i wyposażonym gabinetem dentystycznym, z dentystką na pensji.