Arsène Lupin. Tajemnicze domostwoTekst

Z serii: Arsene Lupin
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Arsène Lupin. Tajemnicze domostwo
Arsène Lupin. Tajemnicze domostwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Arsène Lupin. Tajemnicze domostwo
Arsène Lupin. Tajemnicze domostwo
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maurice Leblanc

Arsène Lupin. Tajemnicze domostwo

Saga

Arsène Lupin. Tajemnicze domostwo

Tłumaczenie Magdalena Kamińska-Maurugeon

Tytuł oryginału La Demeure mystérieuse

Język oryginału francuskiego

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2009, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891195

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Powieść ta, którą Maurice skończył w grudniu 1927 roku, ukazywała się w „Le Journal” między 25 kwietnia a 31 lipca 1928 roku. W księgarniach pojawiła się 13 marca 1929 roku, i była szeroko reklamowana w licznych gazetach: „Rekordowy nakład: 2 285 000 egzemplarzy! Arsène Lupin walczy o pięknooką Arlette w „Tajemniczym domostwie”, powieści autorstwa Maurice’a Leblanca!” Była to, naturalnie, reklama kłamliwa (stały element wydawniczych strategii w tamtych czasach). Jednak książka i tak książka osiągnęła spory nakład: 30 000 egzemplarzy i 10 000 egzemplarzy w drugim wydaniu.

5 kwietnia 1929 roku Henri Kistemaekers, ówczesny przewodniczący Związku Autorów, napisał w liście do Leblanca: „Ach! Sprytny Maurice! Twoja niezwykła wyobraźnia pozostała przez dwadzieścia lat niezmiennie żywa! Przez cały wieczór nie mogłem się wczoraj oderwać od „Tajemniczego domostwa!” Cóż za rytm, cóż za swoboda konstrukcji, cóż za inteligentna dedukcja, i jakaż fantazja! Zdaje mi się, że przeczytałem właśnie najlepszego z Twoich Lupinów!”

FRAGMENT NIEPUBLIKOWANYCH PAMIĘTNIKÓW ARSÈNE’A LUPIN

Wracając do książek, opisujących możliwie najwierniej niektóre z moich przygód, zauważyłem, że każda z tych przygód wiązała się ze spontanicznym porywem serca, z uczuciem do kobiety. „Święty Graal” przez lata zmieniał oblicze, ale zawsze pragnąłem go zdobyć. A ponieważ okoliczności skłaniały mnie za każdym razem do zmiany nazwiska i tożsamości, czułem, że wraz z nową przygodą rozpoczynam nowe życie, i że nigdy wcześniej nikogo nie kochałem, ale też nigdy potem nie będę już kochał nikogo.

Tak więc, gdy patrzę wstecz, to u stóp Caligostro, Sonii Krichnoff, Dolores Kesselbach czy panny o zielonych oczach nie widzę Arsène’a Lupin, lecz Raula d’Andrésy, diuka de Charmerance, Paula Sernina albo barona de Limèsy. Wszyscy ci mężczyźni wydają się tacy odmienni ode mnie i odmienni od siebie nawzajem. Bawią mnie, niepokoją, budzą mój uśmiech, bulwersują, jak gdybym to wcale nie ja przeżył te wszystkie miłości.

Spośród wszystkich tych poszukiwaczy przygód, spośród wszystkich swoich „nieznanych braci”, największą słabość mam do wicehrabiego d’Enneris, szlachcica – żeglarza i dżentelmena – detektywa, który walczył w tajemniczym domostwie o serce ślicznej Arlette, paryskiej modelki…

I

Régine, aktorka

Paryska socjeta chętnie i z radością uczestniczy w dziełach charytatywnych, dlatego z wielką radością przyjęła nowy, uroczy pomysł. Chodziło o zaprezentowanie na scenie Opery, w przerwie między dwoma baletami, dwudziestu pięknych kobiet, artystek bądź członkiń śmietanki towarzyskiej, ubranych w suknie od największych projektantów. Publiczność miałaby, drogą głosowania, wybrać trzy najpiękniejsze suknie i cały dochód z wieczoru zostałby podzielony pomiędzy pracownie, które je wykonały. Cel: dwutygodniowy pobyt na Riwierze dla pewnej liczby midinetek.

Zapanowało wielkie poruszenie. W ciągu dwóch dni wyprzedano wszystkie bilety. W dniu przedstawienia w Operze stawił się tłum, elegancki, rozgadany i przepełniony rosnącym z minuty na minutę zaciekawieniem.

Pewne okoliczności sprawiły, że owo zaciekawienie dotyczyło, powiedzmy sobie od razu, jednego tylko punktu programu, a przedmiotem wszystkich rozmów było jedno tylko wydarzenie, niewyczerpane źródło tematów dla plotkarzy. Otóż chodziły słuchy, że wspaniała Régine Aubray, kiepska szansonistka z małego teatru, lecz niebywałej urody kobieta, wystąpi w sukni od Valmenta i w przepięknej tunice wyszywanej najczystszymi diamentami.

Zainteresowanie potęgowała jedna, poruszająca wszystkich zagadka: czy wspaniała Régine Abrey ulegnie wreszcie bajecznie bogatemu sprzedawcy drogich kamieni, Van Houbenowi, nazywanemu Diamentowym Cesarzem, który od kilku miesięcy starał się o jej względy? Wszystko na to wskazywało. Dzień wcześniej wspaniała Régine opowiadała w wywiadzie:

– Jutro będę wprost obsypana diamentami. Właśnie teraz w moim pokoju czterech wybranych przez Van Houbena pracowników obszywa gorset i srebrną tunikę drogimi kamieniami. Nadzoruje ich Valmenet.

Teraz Régine królowała w loży, czekając na swoja kolej, a tłum defilował przed nią, niczym przed bóstwem. Régine bez wątpienia zasługiwała na przydomek „wspaniałej”, który zawsze łączono z jej imieniem. Jej wyjątkowa, zjawiskowa twarz łączyła w sobie antyczną szlachetność i czystość z tym, co współcześni cenią sobie w wyglądzie kobiet najbardziej: z gracją, urokiem i wyrazistością. Gronostajowy płaszcz zarzucony na jej ramiona skrywał cudowną tunikę. Uszczęśliwiona Régine uśmiechała miło. Wszyscy wiedzieli, że za drzwiami czuwa trzech detektywów, silnych i poważnych niczym angielscy policjanci.

W loży, oprócz niej, stało dwóch mężczyzn, Gruby Van Houben, sprzedawca drogich kamieni, którego fryzura i mocno zaczerwienione policzki upodabniały do malowniczego fauna. Nikt nie znał prawdziwego pochodzenia jego fortuny. Ów były handlarz sztucznymi perłami pewnego dnia wrócił z dalekiej podróży jako potężny właściciel diamentów, i trudno było komukolwiek stwierdzić, jak doszło do tej metamorfozy.

Drugi towarzysz Régine nie wychodził z cienia. Można się było domyśleć, że jest to młody mężczyzna o szczupłej i pełnej życia sylwetce. Był to słynny Jean d’Enneris, który trzy miesiące wcześniej przybił tu na pokładzie motorówki, na której opłynął samotnie świat. Przed tygodniem Van Houben, który sam niedawno go poznał, przedstawił go Régine.

Pierwszy balet przebiegł w atmosferze ogólnej nieuwagi. Podczas antraktu Régine, gotowa do wyjścia, rozmawiała spokojnie w swojej loży. Wobec Van Houbena była raczej kaustyczna i agresywna, wobec d’Ennerisa zaś – bardzo uprzejma. Zachowywała się jak kobieta, która chce się podobać.

– Ej, Ej! Régine – dogadywał Van Houben, wyraźnie rozdrażniony jej zachowaniem – Zawróci pani w głowie naszemu nawigatorowi. Niech pani uważa, mężczyzna po roku spędzonym na morzu ma przyspieszony zapłon.”

Van Houben zawsze głośno się śmiał ze swoich żartów, nawet tych najbardziej wulgarnych.

– Mój drogi – zauważyła Régine – gdyby pierwszy się pan nie roześmiał, nigdy bym nie zauważyła, że próbował pan zażartować.

Van Houben westchnął i rzekł z udawanym smutkiem:

– D’Enneris, jedna rada. Niech pan nie traci głowy dla tej kobiety. Ja już swoją straciłem i jestem z tego powodu nieszczęśliwy jak stos kamieni… szlachetnych kamieni – dodał, wykonując przyciężki piruet.

Na scenie rozpoczął się pokaz sukien. Każda z konkurentek prezentowała się przez dziesięć minut, spacerowała, siadała, przemieszczała się krokiem modelek z salonów mody.

Nadchodziła kolej Régine. Wstała.

– Mam lekką tremę – rzekła. – Jeżeli nie otrzymam pierwszej nagrody, będę niezadowolona. Panie d’Enneris, na kogo pan zagłosuje?

– Na najpiękniejszą – odparł z ukłonem.

– Mówimy o sukni…

– Suknia jest mi obojętna. Liczy się dla mnie piękno twarzy i harmonia ciała.

– A więc – rzekła Régine – niech pan podziwia piękno i harmonię tej młodej osóbki, którą publiczność właśnie oklaskuje. To modelka domu mody Chernitz, o której pisano w gazetach. Sama zaprojektowała sobie ubiór i powierzyła jego wykonanie swoim koleżankom. To dziewczę jest znakomite.

W rzeczy samej, dziewczyna była szczupła i wiotka, jej gesty i pozy były harmonijne, ona sama była wcieleniem wdzięku, a suknia, opływająca jej kształtne ciało, bardzo prosta, o nieskończenie czystym kroju, zdradzała świetny gust i oryginalną wyobraźnię.

– Arlette Mazolle, prawda? – upewnił się Jean d’Enneris, sprawdziwszy w programie.

– Tak – odrzekła Régine.

I dodała, bez śladu goryczy czy zazdrości:

Van Houben był oburzony.

– A pani tunika, Régine? Cóż jest wart strój tej modelki przy pani tunice?

– Cena nie ma tu nic do rzeczy…

– Cena liczy się nade wszystko, Régine. Dlatego błagam, żeby pani uważała.

– Na co?

– Na kieszonkowców. Przypominam pani, że ta tunika nie jest wyszyta pestkami brzoskwini.

Roześmiał się. Jean d’Enneris go poparł.

- Van Houben ma rację, powinniśmy pani towarzyszyć.

– Nigdy w życiu – zaprotestowała Régine.- Chcę, żebyście ocenili wrażenie, jakie wywołałam na publiczności, i powiedzieli, czy nie wyglądam jak gęś na scenie Opery.

– Poza tym – przyznał Van Hoben – brygadier policji Béchoux nad wszystkim czuwa.

– A więc zna pan Béchoux? – zainteresował się d’Enneris. – Béchoux, tego policjanta, słynącego ze współpracy z tajemniczym Jimem Barnettem z agencji Jim Barnett&Cie?

 

– Ach! Nie trzeba mu przypominać o tym przeklętym Barnetcie. To go rozsierdza. Podobno Barnett nieźle dał mu w kość.

– Tak, słyszałam o tym… Historia mężczyzny o złotych zębach? I dwunastu Afrykańczyków Béchoux? 1 Więc to Béchoux chroni pańskie diamenty?

– Tak. Wprawdzie wyjechał na dziesięć dni, ale za niemałą cenę oddał mi do dyspozycji trzech byłych policjantów, tych śmiałków, którzy pilnują drzwi.

D’Enneris zauważył:

– Nawet, gdyby sprowadziłby tu pan cały regiment, nie wystarczyłoby, żeby zapobiec pewnym sztuczkom…

Régine wyszła w obstawie detektywów. Właśnie opuszczała salę i wchodziła za kulisy. Wchodziła jako jedenasta, a po dziesiątej konkurentce nastąpiła krótka przerwa. Jej wejście poprzedziło niemal uroczyste oczekiwanie. Zapadła cisza. Publiczność zastygła w bezruchu. I nagle rozległy się wielkie okrzyki: Régine weszła na scenę.

Jest w połączeniu idealnej urody z nadzwyczajną elegancją coś, co porusza tłumy. Pomiędzy wspaniałą Régine Aubry i wyrafinowanym luksusem jej toalety istniała harmonia, którą dostrzegało się zanim jeszcze można było uświadomić sobie jej przyczynę. Jednak spojrzenia publiki skupiały się przede wszystkim na blasku diamentów. Lamowana srebrem tunika była spięta w talii pasem z drogich kamieni, a biust modelki opinał gorset, który wyglądał, jakby zrobiony był wyłącznie z diamentów. Kamienie lśniły oślepiającym blaskiem. Ich błyski krzyżowały się, tworząc wokół piersi aktorki lekką poświatę, różnokolorową i drżącą.

– Do kroćset! – zakrzyknął Van Houben. – Te kamyki są jeszcze piękniejsze, niż mi się zdawało! I jakżeż ta kobieta z ludu wspaniale je nosi! Czyż nie jest rasowa? Istna caryca!

Parsknął krótkim śmiechem.

– D’Enneris, zdradzę panu pewien sekret. Wie pan, czemu obsypałem Régine tymi kamyczkami? Przede wszystkim po to, by dać jej je w prezencie w dniu, w którym odda mi swoją rękę… Lewą rękę, rzecz jasna (prychnął), a poza tym dzięki temu mogę wyposażyć ją w wartę honorową, która będzie mi zdawać relację z tego, co robi i co się z nią dzieje. Nie, żebym podejrzewał, że ma kochanków… ale jestem mężczyzną, który lubi mieć na wszystko oko… i to baczne!

Poklepał towarzysza po ramieniu, tak, jakby chciał mu powiedzieć: „A ty, mały, trzymaj się od niej z daleka.” D’Enneris zapewnił go:

– Jeśli o mnie chodzi, Van Houben, to może pan być spokojny. Nigdy nie uwodzę żon ani przyjaciółek moich przyjaciół.

Van Houben się skrzywił. Jean d’Enneris jak zwykle zwracał się do niego dość drwiącym tonem, który pod pewnymi względami mógł zostać uznany za obraźliwy. Stwierdził, że lepiej mieć w tej sprawie pewność i pochylił się nad d’Ennerisem.

– Pozostaje pytanie, czy uważa mnie pan za swojego przyjaciela.

D’Enneris złapał go za rękę.

– Niech pan milczy…

– Co proszę? Pański ton…

– Niech pan milczy.

– Co się dzieje?

– Coś dziwnego.

– Gdzie?

– W kulisach?

– Ale o co chodzi?

– O pańskie diamenty.

Van Houben aż podskoczył.

– Co jest?

– Niech pan posłucha.

Van Houben nastawił uszu.

– Niczego nie słyszę.

– Może się przesłyszałem – przyznał d’Enneris. – Jednak zdawało mi się…

Nie dokończył. W pierwszych rzędach orkiestry i w pierwszych miejscach w lożach na scenie zapanowało zamieszanie. Za kulisami trwała nerwowa szarpanina. Widzowie próbowali dostrzec, o co chodzi. Niektórzy nawet wstawali, a na ich twarzach malowało się przerażenie. Dwaj mężczyźni w habitach przebiegli przez scenę. I nagle rozległy się krzyki. Pracownica techniczna wrzeszczała w popłochu.

– Pali się! Pali się!

Po prawej coś zalśniło. Zakotłowało się nieco dymu. Ze wszystkich stron sceny zbiegli się statyści i pracownicy techniczni i rzucili się w jednym kierunku. Przez tłum przedzierał się mężczyzna, on też wyłonił się zza prawej kulisy, niosąc w wyciągniętych rękach futrzany płaszcz, który zasłaniał mu twarz, i krzycząc, tak jak pracownicy techniczni:

– Pali się, pali się!

Régine ruszyła ku wyjściu; ale siły ją opuściły i osłabiona upadła na kolana. Mężczyzna owinął ją futrem, zarzucił sobie na ramię i wyniósł, wmieszany w tłum uciekinierów.

Jeszcze zanim się pojawił, zanim nawet się pojawił, Jean d’Enneris wychylił się ze swej loży i krzyczał, górując nad ogarniętym paniką mrowiem na parterze:

– Niech nikt się nie rusza! To spisek!

I wskazując na mężczyznę unoszącego Régine nakazał głośno:

– Zatrzymajcie go! Zatrzymajcie go!

Ale było już za późno. Nikt nie zauważył incydentu. Widownia zaczynała się uspokajać. Ale na scenie trwały przepychanki i taka wrzawa, że nie mógł się przez nią przebić żaden głos. D’Enneris skoczył, przebiegł przez salę i orkiestrę, i bez wysiłku wdrapał się na scenę. Ruszył za spanikowanym tłumem i dotarł do drzwi dla artystów, wychodzących na bulwar Hausmanna. Ale gdzie miał szukać? Do kogo się zwrócić, by znaleźć Régine Aubry?

Pytał ludzi. Nikt niczego nie zauważył. W tym rozpaczliwym popłochu każdy myślał o sobie, i agresor mógł spokojnie, niezauważony, wynieść Régine Aubry, przemierzyć korytarze, zejś po schodach i po prostu opuścić budynek.

Zauważył grubego Van Houbena, był zdyszany, a policzki miał czerwone i mokre od potu. Powiedział mu:

– Porwana! Dzięki pańskim kochanym diamentom…. Porywacz zapewne wrzucił ją do podstawionego automobilu.

Van Houben wyjął z kieszeni rewolwer. D’Enneris wykręcił mu rękę.

– Chyba się pan nie zabije, co?

– Do diabła, nie! – odparł tamten. – To jego zabiję.

– Kogo?

– Złodzieja. Znajdziemy go! Trzeba go znaleźć. Poruszę niebo i ziemię!

Był wyraźnie zagubiony i kręcił się na wszystkie strony jak bąk pośród ludzi, którzy obijali się o niego, nie zwracając na niego uwagi.

– Moje diamenty! Nie pozwolę, by mi to zrobili! Nie mają prawa! Odpowiedzialność ponosi państwo!

D’Enneris się nie pomylił. Typ niosący na ramieniu omdlałą, owiniętą w futro Régine przebiegł przez bulwar Hausmanna i ruszył w kierunku rue Mogador. Stał tam samochód. Gdy typ był blisko, drzwiczki się otworzyły i ze środka wyjrzała kobieta w gęstej koronkowej woalce. Typ przekazał jej Régine mówiąc:

– Udało się… To prawdziwy cud!

Po czym zatrzasnął drzwiczki, usiadł z przodu i ruszył.

Omdlenie, w jakie zapadła przerażona aktorka nie trwało długo. Odzyskała przytomność, gdy tylko poczuła, że oddalają się od miejscu pożaru, albo tego, co sprawiało wrażenie pożaru, i w pierwszym odruchu chciała podziękować osobie, która ją uratowała. Jednak zaraz poczuła, że jej głowa jest owinięta w coś, co nie pozwala jej swobodnie oddychać i widzieć.

- Co się dzieje? – mruknęła.

Jakiś cichy, raczej kobiecy głos, rozległ się tuż przy jej uchu:

– Nie ruszaj się. I nie wołaj pomocy, bo będzie po tobie, mała.

Régine poczuła ostry ból w ramieniu i krzyknęła.

– To nic takiego – powiedziała kobieta. – Ostrze noża… Mam wbić?

Régine nie poruszyła się. Wszystko zaczęło układać jej się w głowie i sytuacja stała się jasna. Przypomniała sobie płomienie, początki pożaru, i pomyślała:

„Zostałam porwana… porwana przez człowieka, który wykorzystał moment paniki… i który wiezie mnie nie wiadomo dokąd ze swoją wspólniczką.”

Delikatnie pomacała wolną ręką: gorset był na swoim miejscu i wydawał się nietknięty.

Samochód jechał szybko. Régine nawet nie próbowała zgadywać, jaką jedzie trasą. Miała wrażenie, że dość często biorą ostre zakręty, zapewne po to, by zmylić pościg, a także po to, by ona nie mogła się domyśleć, dokąd jadą.

Nie zatrzymali się przy żadnych rogatkach, co oznaczało, że nie opuścili granic Paryża. W dodatku do wnętrza samochodu regularnie wnikało światło ulicznych latarń.

Właśnie w takiej chwili jasności, kobieta rozluźniła nieco uścisk, a etola lekko się rozchyliła. Régine zauważyła wówczas dwa zaciśnięte na futrze palce. Na palec wskazujący wsunięty był pierścionek z trzema perełkami, tworzącymi trójkąt.

Przejazd trwał około dwudziestu minut. Samochód zwolnił i zatrzymał się. Mężczyzna zeskoczył z siedzenia. Drzwiczki otworzyły się kolejno. Znajdowali się prawdopodobnie na zamkniętym dziedzińcu.

Kobieta mocno zawiązała Régine oczy i, wraz ze swym kompanem, pomogła jej wysiąść.

Po sześciu kamiennych schodkach weszli na ganek. Ruszyli przez wyłożony płytkami westybul, po czym weszli po dwudziestu pięciu przykrytych dywanem schodach ze starą poręczą, które zawiodły ich do pokoju na piętrze.

Tym razem odezwał się mężczyzna, też bardzo cicho, i również prosto do jej ucha:

– Jesteśmy na miejscu. Nie lubię działać brutalnie i nie zrobię pani nic złego, jeśli odda mi pani diamentowa tunikę. Zgadza się pani?

– Nie – odparła żywo Régine.

– Sami łatwo możemy ją sobie wziąć, mogliśmy zabrać ją już w samochodzie.

– Nie, nie – odpowiedziała gorączkowo. – Tylko nie tę tunikę. Nie…

Typ powiedział:

– Bardzo ryzykowałem, żeby ją zdobyć. Teraz jest moja. Niech pani nie stawia oporu.

Aktorka gwałtownie zesztywniała. Jego głos rozległ się tuż przy jej uchu:

– Mam ją sobie wziąć?

Régine poczuła, jak twarda dłoń chwyta jej gorset i muska jej nagie ramiona. Przeraziła się.

– Niech mnie pan nie dotyka! Zabraniam… Zgodzę się na wszystko… tylko niech mnie pan nie dotyka!

Oddalił się nieznacznie, choć cały czas był tuż za nią. Régine poczuła, jak narzuca na nią futro, i rozpoznała swoją pelisę. Usiadła wyczerpana. Teraz widziała pokój i zawoalowaną kobietę, która zaczęła rozpinać diamentowy gorset i srebrną tunikę. Kobieta miała na sobie śliwkową suknię z czarnymi, aksamitnymi lamówkami.

Pokój był jasny, zalany elektrycznym światłem. Był to spory salon, urządzony fotelami i krzesłami obitymi błękitnym jedwabiem, konsolami i pięknymi drewnianymi meblami w stylu Ludwika XVI. Ściany zdobiły gobeliny. Nad kominkiem, zastawionym dwoma pucharami ze złoconego brązu i zegarem o kolumienkach zielonego marmuru, wisiało tremo. Do ścian przymocowane były dwa kinkiety, a do sufitu – dwa żyrandole z tysiąca rżniętych kryształków.

Régine bezwiednie chłonęła wszystkie te szczegóły, podczas gdy kobieta zdejmowała z niej tunikę i gorset, zostawiając tylko prostą sukienkę z lamy, z odkrytymi ramionami. Régine zapamiętała również parkiet ułożony z krzyżujących się, olejowanych na różne barwy klepek i taboret z mahoniową nogą.

– Świetnie. Jest pani bardzo rozsądna. Odwieziemy panią. Proszę, może pani zachować futro.

Owinęli jej głowę lekką, koronkową tkaniną, taką jak ta, z której zrobiona była woalka kobiety. Następnie z powrotem usadzili ją w samochodzie i rozpoczęła się podróż powrotna, naszpikowana gwałtownymi zakrętami.

– Jesteśmy na miejscu – szepnął mężczyzna, otworzywszy drzwiczki. Pomógł jej wysiąść. – Jak pani widzi, nic złego się nie stało, wraca pani cała i zdrowa. Jednak radziłbym, żeby nie mówiła pani ani słowa o tym, co pani widziała, lub podejrzewa. Ukradziono pani diamenty. Koniec, kropka. O reszcie proszę zapomnieć. Szacuneczek.

Samochód szybko odjechał. Régine odwinęła woal i rozpoznała plac Trocadéro. Choć znajdowała się niedaleko od domu (mieszkała na początku avenue Henri-Martin), czuła, że nie dotrze do niego o własnych siłach. Nogi uginały się pod nią, a serce biło tak mocno, że sprawiało jej ból. Wydawało jej się, że zaraz zachwieje się i upadnie na ziemię. I właśnie w chwili, gdy całkiem traciła siły, zauważyła, że biegnie ku niej jakiś mężczyzna. Wpadła prosto w ramiona Jeana d’Enneris, który usadził ją na ławce w opustoszałej alei.

– Czekałem na panią – powiedział cicho. – Byłem pewien, że odwiozą panią w pobliże domu, gdy tylko odbiorą diamenty. Po co mieliby panią trzymać? To byłoby zbyt ryzykowne. Proszę chwilę odpocząć… i proszę już nie płakać.

Régine łkała, nagle odprężona i pełna zaufania do mężczyzny, którego prawie nie znała.

– Tak bardzo się bałam – powiedziała. – Jeszcze się boję… I te diamenty…

Chwilę później Jean zaprowadził ją do domu. Wsiedli razem do windy, po czym weszli do jej mieszkania.

W drzwiach spotkali przerażoną pokojówkę i resztę służących, które, przerażone, wracały z opery. Zaraz też zjawił się Van Houben, tocząc wokół przerażonym wzrokiem.

– Moje diamenty! Ma je pani ze sobą, co Régine? Broniła ich pani do krwi ostatniej, prawda? Gdzie moje diamenty?

 

Gdy zauważył brak cennego gorsetu i tuniki, dostał szału. Jean d’Enneris nakazał mu:

– Niech pan zamilknie. Widzi pan chyba, że pani potrzebuje spokoju.

– Moje diamenty! Stracone! Ach! Gdyby Béchoux tu był! Moje diamenty!

– Oddam je panu! Niech nam pan teraz da spokój!

Régine siedziała na kanapie, zanosząc się spazmatycznym płaczem. D’Enneris zaczął całować jej czoło i włosy, niezbyt mocno, za to metodycznie.

– Ależ to nie do przyjęcia! – wykrzyknął wściekły Van Houben – Co pan robi?

– Niech pan da spokój – odparł Jean d’Enneris. – To taki mały masaż na uspokojenie. Układ nerwowy odzyskuje równowagę, poprawia się ukrwienie, a w jej żyłach zaczyna krążyć dobroczynne ciepło. To taki przepływ magnetyczny.

I na oczach osłupiałego Van Houbena kontynuował swą przyjemną pracę, a Régine wracała do życia i wyglądało na to, że z radością poddaje się jego zabiegom.