Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz

Tekst
Z serii: Arsene Lupin
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Maurice Leblanc

Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz


Tytuł oryginału

Arsène Lupin gentleman-cambrioleur ISBN 978-83-8202-292-6 Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Derelkowska, 2021 Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 All rights reserved Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redaktor Zofia Domańska Projekt graficzny okładki i stron tytułowych Urszula Gireń Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Pierre’a Lafitte’a


Mój drogi przyjacielu, nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek wstąpię na drogę, na którą mnie skierowałeś. Znalazłem wszakże na niej tyle radości i tak wielką aprobatę literacką, że słuszne wydaje mi się wpisanie Twojego nazwiska we wstępie do tego pierwszego tomu — i zapewnienie Cię o mojej serdecznej i bezustannej wdzięczności.

M.L.

Zatrzymanie Arsène’a Lupina

Przedziwna podróż! A przecież tak dobrze się zaczęła! Mogę nawet powiedzieć, że żadna inna nie zapowiadała się lepiej. „Provence” to transatlantyk szybki, wygodny, dowodzony przez najsympatyczniejszego z ludzi. Na pokładzie pasażerowie z najlepszego towarzystwa. Nawiązywano kontakty, organizowano rozrywki. Mieliśmy cudowne wrażenie, że żyjemy w oderwaniu od reszty świata, że na jakiejś nieznanej wyspie jesteśmy tylko my, siłą rzeczy zmuszeni, by zbliżyć się do siebie.

I zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej…

Czy ktoś z państwa zastanawiał się kiedykolwiek, co może się zdarzyć oryginalnego i niespodziewanego w grupie ludzi, którzy, wczoraj jeszcze sobie nieznani, będą przez kilka dni trwać między nieskończonym nieboskłonem a ogromem morza, przeżywać sprawy najintymniejsze, razem rzucać wyzwanie gniewnemu oceanowi, przerażającemu atakowi fal, złośliwości burz i pozornemu spokojowi wody?

Tak w gruncie rzeczy wygląda w dramatycznym skrócie samo życie, z jego wstrząsami i wzlotami, z jego monotonią i różnorodnością — i oto dlaczego, być może, pasażerowie z takim gorączkowym pośpiechem i taką intensywnością rozkoszują się tą krótką podróżą, której koniec widać już w chwili jej rozpoczęcia.

Tymczasem od kilku lat dzieje się coś, co jeszcze dodaje rejsowi szczególnych emocji. Mała pływająca wyspa zależy jednak od świata, od którego zdawała się wyzwolona. Istnieje łącze, które stopniowo przesuwa się do celu nad oceanem i znad oceanu stopniowo powraca. Telegraf bez drutu! Wezwanie z innego świata, z którego w sposób najdziwniejszy z możliwych można ponoć otrzymywać wiadomości. Wyobraźnia nie musi się już uciekać do przedstawiania sobie żelaznych drutów, wewnątrz których prześlizguje się niewidzialna wiadomość. Teraz tajemnica jest jeszcze trudniejsza do pojęcia, ale zarazem bardziej poetycka, bo pragnąc wyjaśnienia tego nowego cudu, trzeba się odwołać do skrzydeł wiatru.

Tak więc w pierwszych godzinach czuliśmy, że śledzi nas, eskortuje, a nawet wyprzedza ten odległy głos, który od czasu do czasu szeptał komuś z nas jakieś słowa pochodzące stamtąd. Do mnie przemówili dwaj przyjaciele. Dziesięciu, dwudziestu innych słało nam poprzez tę nieogarnioną przestrzeń słowa pożegnań, pełne smutku lub radosne.

Drugiego dnia natomiast, w burzliwe popołudnie, pięćset mil od francuskich wybrzeży telegraf bez drutu przekazał nam depeszę następującej treści: „Arsène Lupin na waszym pokładzie, pierwsza klasa, jasne włosy, szrama na prawym przedramieniu, podróżuje sam pod nazwiskiem R.”…

W tym właśnie momencie błyskawica rozdarła ciemne niebo i rozległ się potężny grzmot. Fale elektryczne zostały przerwane. Dalszy ciąg depeszy do nas nie dotarł. Z całego nazwiska, pod którym ukrywał się Arsène Lupin, znany był tylko inicjał.

Nie wątpię, że gdyby chodziło o jakąkolwiek inną nowinę, jej treść byłaby najskrupulatniej strzeżona przez pracowników telegrafu, a także ochmistrza i kapitana. Są jednak wydarzenia, które wydają się silniejsze od najsilniejszego nakazu dyskrecji. Tego samego dnia — zupełnie nie wiadomo za czyją przyczyną — sprawa stała się głośna i wszyscy wiedzieliśmy, że wśród nas ukrywa się ów słynny Arsène Lupin.

Arsène Lupin tutaj, pośród nas! Ten nieuchwytny włamywacz, o którego wyczynach gazety rozpisywały się od miesięcy! Tajemniczy osobnik, z którym nasz najlepszy policjant, stary Ganimard, toczył śmiertelny pojedynek w tak niezwykłych okolicznościach. Arsène Lupin, ten dżentelmen o niebywałej fantazji, działający wyłącznie w pałacach i salonach, który pewnej nocy dostał się do apartamentu barona Schormanna i wyszedł stamtąd z pustymi rękoma, zostawiwszy wizytówkę z następującym dopiskiem: „Arsène Lupin, dżentelmen włamywacz, powróci, kiedy meble będą autentyczne”. Arsène Lupin, człowiek o tysiącu wcieleń: szofera, tenora, bookmachera, bogatego paniczyka, młodzieniaszka, starca, komiwojażera z Marsylii, rosyjskiego lekarza, hiszpańskiego toreadora!

Trzeba tutaj zdać sobie sprawę z następującego faktu: Arsène Lupin porusza się w stosunkowo ograniczonej przestrzeni na transatlantyku. Co ja mówię! W jego małym fragmencie, w pierwszej klasie, a więc tam, gdzie wszyscy wciąż się spotykali: w jadalni, w salonie, w palarni! Arsène Lupin to może być ten pan… albo tamten… mój sąsiad przy stole… mój współlokator w kabinie…

— I to będzie trwało jeszcze pięć razy po dwadzieścia cztery godziny! — zawołała nazajutrz miss Nelly Underdown. — Ależ to nie do zniesienia! Mam nadzieję, że zostanie aresztowany.

I tu zwróciła się do mnie:

— Panie d’Andrézy, jest pan w dobrej komitywie z kapitanem, czy zatem coś pan o tym wie?

Bardzo chciałbym coś wiedzieć, żeby spodobać się miss Nelly! Była to jedna z tych cudownych istot, które — gdziekolwiek się znajdują — natychmiast stają się ośrodkiem zainteresowania. Ich uroda oszałamia, tak samo jak ich bogactwo. Miss Nelly miała wokół siebie całą świtę wielbicieli i entuzjastek.

Wychowana w Paryżu przez matkę Francuzkę, udawała się do ojca, nieprawdopodobnie bogatego pana Underdowna, mieszkającego w Chicago. Towarzyszyła jej jedna z przyjaciółek, lady Jerland.

Od pierwszej chwili uznałem, że jestem gotowy na flirt. Jednak w tej szybko narastającej atmosferze intymności spowodowanej podróżą jej urok mnie obezwładnił, i kiedy czarne oczy miss Nelly spotykały moje, czułem zbyt wielkie wzruszenie, aby flirtować. A przecież ona przyjmowała moje hołdy dość łaskawie. Śmiała się z moich dowcipów i lubiła moje dykteryjki. Wydaje się, że reagowała pewną dozą sympatii na moje zabiegi wobec niej.

Martwił mnie tylko jeden rywal: pewien młodzieniec, dość przystojny, elegancki, powściągliwy, którego milczenie wydawała się czasem przedkładać nad mój trochę bardziej swobodny sposób bycia.

Młodzieniec ów znajdował się w grupie adoratorów otaczających miss Nelly, kiedy zadała mi to pytanie. Działo się to na pokładzie, siedzieliśmy w wygodnych bujanych fotelach. Burza z piorunami, która tak nas zaskoczyła poprzedniego dnia, pozostawiła czyste i jasne niebo. Pogoda była cudowna.

— Niestety, nie wiem nic szczególnego — odparłem. — Ale czyż nie możemy sami przeprowadzić śledztwa, jak zrobiłby to stary Ganimard, osobisty wróg Arsène’a Lupina?

— Och, wysoko pan sięga!

— Ależ skąd! Czy to takie skomplikowane?

— Bardzo skomplikowane.

— Zapomina pani o tych wszystkich informacjach, które już mamy i które mogłyby posłużyć do rozwiązania zagadki.

— Jakie to informacje?

— Po pierwsze, Lupin podróżuje jako pan R.

— Trochę to mglisty opis.

— Po drugie, podróżuje samotnie.

— I ta szczególna cecha panu wystarczy?

— Jest blondynem.

— I co z tego?

— Ano to, że zostaje nam tylko zapoznać się z listą pasażerów i zastosować metodę eliminacji.

Miałem tę listę w kieszeni. Wyjąłem ją i przejrzałem.

— Widzę przede wszystkim, że jest na niej zaledwie trzynaście nazwisk, których pierwsza litera powinna zwrócić naszą uwagę.

— Tylko trzynaście?

— Tak, w pierwszej klasie. Wśród tych trzynastu panów R. dziewięciu, jak można się przekonać, podróżuje w towarzystwie małżonki, dzieci lub kogoś ze służby. Pozostają więc cztery osoby samotne: markiz de Raverdan…

— Sekretarz ambasady — przerwała miss Nelly. — Znam go.

— Major Rawson…

— To mój stryj — odezwał się ktoś.

— Pan Rivolta…

— Obecny! — zawołał jeden z nas, Włoch, którego twarz przesłaniała częściowo broda w pięknym, czarnym kolorze.

Miss Nelly roześmiała się:

— Cóż, nie jest pan stuprocentowym blondynem.

— Zatem — podjąłem — musimy uznać, że winny jest ostatni z tej listy.

— Czyli kto?

— Czyli pan Rozaine. Czy ktoś zna pana Rozaine’a?

Wszyscy zamilkli. Tymczasem miss Nelly, zwracając się do milczącego młodego człowieka, którego ciągła obecność przy niej mnie martwiła, powiedziała:

 

— Dlaczego pan nic nie mówi, monsieur Rozaine?

Wszyscy spojrzeli na niego. Był blondynem.

Trzeba przyznać, że gdzieś w środku poczułem lekki szok. A niezręczna cisza, która zapadła wokół, była oznaką, że pozostałym osobom też zaparło dech w piersiach. Było to absurdalne, bo poza tym nic w zachowaniu tego mężczyzny nie pozwalało go podejrzewać.

— Nie odzywam się — odparł zagadnięty — ponieważ za względu na moje nazwisko, fakt, że podróżuję bez osoby towarzyszącej i kolor moich włosów, już przeprowadziłem podobne śledztwo i doszedłem do takiego samego wniosku. Dlatego uważam, że zostanę aresztowany.

Miał dziwną minę, gdy to mówił. Jego wargi, wąskie jak dwie nieruchome kreski, zacisnęły się mocniej i zbladły. Białka oczu nabiegły mu krwią.

Żartował, oczywiście. Ale jego twarz i zachowanie wywarły na nas spore wrażenie. Miss Nelly spytała naiwnie:

— Ale nie ma pan szramy?

— Rzeczywiście, nie mam szramy.

Nerwowym gestem podsunął do góry mankiet i odsłonił przedramię. Natychmiast wpadła mi do głowy pewna myśl. Napotkałem spojrzenie miss Nelly: Rozaine pokazał lewe ramię.

Już miałem coś powiedzieć na ten temat, kiedy uwagę naszą odwrócił pewien incydent. Biegła ku nam lady Jerland, przyjaciółka miss Nelly.

Była niezwykle poruszona. Pospieszyliśmy do niej, a ona dopiero po kilku chwilach szepnęła z wysiłkiem:

— Moja biżuteria… perły… Wszystko skradzione!

Ale nie, nie wszystko zostało skradzione, jak dowiedzieliśmy się po chwili. Sprawa wyglądała na dużo bardziej zadziwiającą: skradziono tylko niektóre przedmioty!

Z gwiazdy z diamentów, wisiora z rubinowych kaboszonów, naszyjników i bransolet wybrano kamienie bynajmniej nie największe, ale najpiękniejsze, najcenniejsze, te, które — można rzec — miały największą wartość, a zarazem zajmowały najmniej miejsca. Ich oprawy leżały na miejscu, na stoliku. Widziałem je, wszyscy je widzieliśmy: leżały, pozbawione klejnotów, niczym kwiaty, z których zerwano piękne, błyszczące i kolorowe płatki.

Cała ta robota musiała być wykonana w ciągu godziny, kiedy lady Jerland piła herbatę. Trzeba więc było w środku dnia w uczęszczanym korytarzu włamać się niezauważenie do jej kabiny, znaleźć mały woreczek ukryty w głębi pudła na kapelusze, otworzyć go i dokonać wyboru!

Aż zakrzyknęliśmy z wrażenia. Wszyscy pasażerowie, dowiedziawszy się, co zaszło, byli jednego zdania: to Arsène Lupin. Bo istotnie był to jego sposób działania. Skomplikowany, tajemniczy, nie do pojęcia, a jednocześnie logiczny, bo przecież o ile trudno byłoby ukryć spory pakiet ze wszystkimi precjozami, o tyle małe kamienie — perły, szmaragdy i szafiry — luzem stanowią mniejszy kłopot.

Podczas obiadu zdarzyła się następująca historia: oba krzesła, po prawej i po lewej stronie Rozaine’a, stały puste. A wieczorem rozeszła się wieść, że został on wezwany do kapitana.

Jego aresztowanie, w które nikt nie wątpił, przyniosło prawdziwą ulgę. Wreszcie można było odetchnąć. Wieczorem umilaliśmy sobie czas grami towarzyskimi i tańcem. Zwłaszcza miss Nelly okazywała szaloną wesołość, która kazała mi się domyślać, że o ile zabiegi Rozaine’a początkowo jej odpowiadały, teraz już o nich nie pamiętała. Jej urok podbił mnie do reszty. Około północy, przy blasku księżyca na pogodnym niebie, z wielkim przejęciem powiedziałem jej o moim dla niej oddaniu, a ona nie wydawała się niezadowolona.

Nazajutrz jednak z ogromnym zaskoczeniem dowiedzieliśmy się, że ponieważ zarzuty przeciw Rozaine’owi były niewystarczające, odzyskał on wolność.

To syn poważanego kupca z Bordeaux. Okazał papiery będące w absolutnym porządku, a na rękach nie miał żadnej szramy.

— Papiery! Metryki urodzenia! — oburzali się wrogowie Rozaine’a. — Ależ Arsène Lupin dostarczy ich, ile tylko zachcecie! A jeśli chodzi o ranę… Zapewne jej nie otrzymał albo zatarł jej ślad!

Sprzeciwiano się tym opiniom, argumentując, że w czasie kradzieży Rozaine — co przecież wszyscy widzieli — spacerował po pokładzie. Natychmiast padła odpowiedź:

— Czy człowiek kalibru Arsène’a Lupina musi być obecny podczas dokonywania kradzieży?

Zresztą zostawiając na boku te wszystkie przedziwne dywagacje, jest przecież jedna kwestia, o której nikt nie mógł dyskutować. Kto jeszcze oprócz Rozaine’a podróżował sam, był blondynem i nosił nazwisko zaczynające się na literę R.? Kogo wskazywał telegram, jeśli nie właśnie Rozaine’a?

Kiedy więc Rozaine kilka minut przed śniadaniem skierował się zuchwale ku naszej grupie, miss Nelly i lady Jerland wstały i oddaliły się.

Zapanował strach.

Godzinę później — wśród personelu pokładowego, marynarzy, podróżnych wszystkich klas — zaczęło z rąk do rąk krążyć pismo: pan Louis Rozaine obiecywał sumę dziesięciu tysięcy franków temu, kto zdemaskuje Arsène’a Lupina albo wskaże, u kogo znajdują się skradzione kamienie.

— A jeśli nie znajdzie się nikt, kto pomógłby mi w ujęciu tego bandyty — oświadczył kapitanowi Rozaine — sam się tym zajmę.

Rozaine kontra Arsène Lupin albo raczej — według krążących pogłosek — Arsène Lupin we własnej osobie kontra Arsène Lupin: walka była ciekawa!

Trwała dwa dni. Widziano Rozaine’a zaglądającego wszędzie, szperającego, przesłuchującego personel, wypytującego wszystkich. Nocą zauważono jego błądzący cień.

Kapitan ze swej strony wykazał się niezwykłą energią. Transatlantyk „Provence” został przeszukany od góry do dołu, zajrzano w każdy jego kącik. Przetrząśnięto wszystkie bez wyjątku kabiny, w słusznym mniemaniu, że kamienie mogły być schowane w jakimkolwiek miejscu, z wyjątkiem kabiny winowajcy.

— W końcu coś znajdą, prawda? — zwróciła się do mnie miss Nelly. — Choć jest niesamowitym sztukmistrzem, nie może sprawić, że diamenty i perły staną się niewidzialne.

— Oczywiście — odparłem. — Inaczej trzeba by przeszukać wyściółki kapeluszy, podszewki marynarek i wszystko to, co nosimy na sobie.

A pokazując jej mojego kodaka 9×12, z którym się nie rozstawałem i którym fotografowałem ją w najróżniejszych pozach, rzekłem:

— Czy nie myśli pani, że na przykład w aparacie nie większym niż ten znalazłoby się miejsce na wszystkie drogocenne kamienie lady Jerland? Po prostu udaje się fotografowanie i sprawa załatwiona.

— Ale słyszałam kiedyś, że nie ma takiego złodzieja, który nie pozostawiłby jakiegoś śladu.

— Jest taki jeden: Arsène Lupin.

— Jak to możliwe?

— Jak? Po prostu tak, że on nie myśli tylko o kradzieży, której się właśnie dopuszcza, ale o wszystkich okolicznościach, jakie mogłyby go zdradzić.

— Wcześniej był pan bardziej pewny siebie.

— Ale później zobaczyłem, jak on działa.

— I co z tego wynika, pana zdaniem?

— Moim zdaniem traci się tylko czas.

I rzeczywiście, śledztwo nie przyniosło żadnego rezultatu, a w każdym razie osiągnięty rezultat nie odpowiadał w najmniejszym stopniu nakładowi prac: skradziony został zegarek kapitana.

Kapitan, wściekły, zdwoił wysiłki, jeszcze ściślej dozorował Rozaine’a i już niemal na chwilę nie spuszczał z niego oka, a także przeprowadził z nim kilka rozmów. Nazajutrz — o cudowna ironio — odnaleziono zegarek wśród dopinanych kołnierzyków pierwszego oficera.

Wszystko to miało posmak czegoś nadnaturalnego i w dość humorystyczny sposób pokazywało metodę działania Arsène’a Lupina, rabusia, to oczywiste, ale też w jakimś stopniu fantasty. Pracował z zamiłowania i z powołania, ale i trochę dla zabawy. Robił wrażenie osobnika bawiącego się na przedstawieniu, które kazał grać, a za kulisami śmiał się do rozpuku ze swoich facecji i wymyślonych przez siebie sytuacji.

To naprawdę artysta jedyny w swoim rodzaju, a kiedy przyglądałem się Rozaine’owi, ponuremu i upartemu, i kiedy myślałem o podwójnej roli, jaką bez wątpienia odgrywał ten ciekawy osobnik, nie mogłem o nim nie mówić bez pewnej dozy podziwu.

Tymczasem przedostatniej nocy oficer wachtowy usłyszał jakieś jęki dochodzące z najciemniejszego zakątka pokładu. Poszedł w tamtym kierunku. Zobaczył leżącego człowieka, z głową owiniętą bardzo grubym szarym szalem i nadgarstkami związanymi cienkim sznurkiem.

Więzy rozcięto, podniesiono go, udzielono pomocy.

Człowiekiem tym był Rozaine.

Rozaine został zaatakowany podczas jednej ze swoich wypraw poszukiwawczych, powalony na ziemię i okradziony. Do ubrania miał przypiętą szpilką wizytówkę z następującym dopiskiem: „Arsène Lupin przyjmuje z wdzięcznością dziesięć tysięcy franków od pana Rozaine’a”.

Prawdę mówiąc, skradziony portfel zawierał dwadzieścia banknotów tysiącfrankowych.

Oczywiście oskarżono nieszczęśnika o to, że upozorował ten atak. Jednak oprócz tego, że nie mógłby sam siebie w taki sposób związać, ustalono też, że charakter pisma z wizytówki zdecydowanie różnił się od pisma Rozaine’a, natomiast w zadziwiający sposób przypominał pismo Arsène’a Lupina z ilustracji, którą zamieściła jakaś stara gazeta, znaleziona na pokładzie.

Tak więc Rozaine nie był już Arsène’em Lupinem. Rozaine był Rozaine’em, synem kupca z Bordeaux! A obecność Arsène’a Lupina została potwierdzona raz jeszcze, i to jakże groźnym wyczynem!

Zapanował strach. Pasażerowie obawiali się nawet zostawać w pojedynkę w kabinach czy też przechadzać się samotnie w odleglejszych miejscach. Ludzie na wszelki wypadek skupiali się w grupkach, których poszczególni członkowie pewni byli tożsamości pozostałych. A i tak instynktowna podejrzliwość dzieliła nawet najbliższych. Zagrożenie pochodziło bowiem nie od jakiegoś osobnika izolowanego i pilnowanego, a więc przez to mniej niebezpiecznego. Teraz… każdy był Arsène’em Lupinem. Nasza nadmiernie pobudzona wyobraźnia przypisywała mu cudowną i nieograniczoną moc. Uważano, że jest zdolny do najbardziej nieoczekiwanych metamorfoz, że może być po kolei szanowanym majorem Rawsonem, arystokratą, markizem de Raverdanem, albo nawet — bo już nie miał znaczenia ten oskarżycielski inicjał — tą czy inną znaną wszystkim osobą, mającą żonę, dzieci, służbę.

Pierwsze depesze z telegrafu bez drutu nie przyniosły żadnych nowin. Kapitan w każdym razie o niczym nie informował, a to milczenie bynajmniej nas nie uspokoiło.

Tak więc ostatni dzień dłużył się nieskończenie. Żyliśmy w trwożnym oczekiwaniu jakiegoś nieszczęścia. Tym razem to mogła nie być kradzież ani zwykły napad, tym razem to mogła być zbrodnia, morderstwo. Nie zakładaliśmy wcale, że Arsène Lupin ograniczy się do tych dwu mało znaczących kradzieży. Był absolutnym panem na statku, dowództwo okazało się bezsilne, robił, co chciał, a mógł zrobić wszystko.

Dla mnie — wyznaję — były to cudowne godziny, bo przyniosły mi zaufanie miss Nelly. Zbulwersowana tyloma wydarzeniami, pełna niepokoju już tylko z powodu swego charakteru, instynktownie zapragnęła znaleźć u mojego boku bezpieczeństwo i ochronę, którą — przepełniony szczęściem — jej oferowałem.

W głębi duszy błogosławiłem Arsène’a Lupina. Czyż to nie on bowiem nas do siebie zbliżył? Czy to nie dzięki niemu miałem prawo oddać się najpiękniejszym marzeniom? Marzeniom o miłości, ale też marzeniom mniej chimerycznym — czemuż się do tego nie przyznać? Andrézy to dobry stary ród z Poitou, ale ich herb trochę zaśniedział, a nie wydaje mi się niegodne szlachcica marzenie o przywróceniu rodowemu nazwisku utraconego blasku.

A marzenia te, czułem to dobrze, bynajmniej nie obrażały Nelly. Jej uśmiechnięte oczy upoważniały mnie do takich myśli. Słodycz jej głosu pozwalała mieć nadzieję.

I aż do ostatniej chwili, oparci o nadburcie, staliśmy jedno obok drugiego, a przed nami przesuwała się linia amerykańskiego wybrzeża.

Zaprzestano śledztwa. Wszyscy czekali. Od klasy pierwszej aż do międzypokładu, gdzie tłoczyli się emigranci, wszyscy czekali na tę niezwykłą chwilę, kiedy nareszcie zostanie rozwiązana owa nierozwiązywalna zagadka. Kto jest Arsène’em Lupinem? Pod jakim nazwiskiem, pod jakim przebraniem ukrywał się słynny Arsène Lupin?

I oto ta niezwykła chwila nadeszła. Choćbym żył sto lat, nie zapomnę najmniejszego szczegółu.

— Miss Nelly, jakże pani zbladła — odezwałem się do mojej towarzyszki wspierającej się na mym ramieniu i bliskiej omdlenia.

— Ach, a pan! — odrzekła. — Jaki pan zmieniony!

— Miss Nelly, proszę tylko pomyśleć! Ta chwila jest niezwykła, a ja jestem ogromnie szczęśliwy, że przeżywam ją wraz z panią. Mam nadzieję, że powróci pani czasem do tego wspomnienia…

Nie słuchała mnie, cała drżąca i w nerwach. Spuszczono trap. Zanim jednak pozwolono nam zejść ze statku, na pokład weszli celnicy, mężczyźni w mundurach, urzędnicy.

 

Miss Nelly szepnęła:

— Nie byłabym zdziwiona, gdyby się okazało, że Arsène Lupin wymknął się podczas rejsu.

— Może nad dyshonor i aresztowanie wolał śmierć i skok do Atlantyku.

— Proszę nie żartować — odparła wzburzona.

Nagle zadrżałem, a ponieważ zauważyła to, zapytałem:

— Widzi pani tego niemłodego, niewysokiego mężczyznę stojącego przy samym trapie?

— Tego z parasolem i w zielonym redingocie?

— To Ganimard.

— Ganimard?

— Tak, ten słynny policjant, ten, który poprzysiągł, że osobiście aresztuje Arsène’a Lupina. Zatem już rozumiem, dlaczego nie mieliśmy żadnych wiadomości z tej strony oceanu. Ganimard tu jest, a on bardzo nie lubi, gdy ktokolwiek miesza się do jego spraw.

— A więc Arsène Lupin jest pewien ujęcia?

— Kto wie? Zdaje się, że Ganimard widział go jedynie ucharakteryzowanego i w przebraniu. Chyba że zna jego fałszywe nazwisko…

— Ach! — westchnęła z tą nieco okrutną kobiecą ciekawością — gdybym mogła być przy jego aresztowaniu!

— Cierpliwości. Jestem przekonany, że Arsène Lupin już zauważył swojego wroga. Zapewne będzie chciał wyjść jako jeden z ostatnich, kiedy inspektor będzie nieco zmęczony wypatrywaniem.

Pasażerowie zaczęli schodzić na ląd. Ganimard, wsparty na parasolu, z obojętną twarzą, wydawał się nie zwracać uwagi na ludzi stłoczonych między barierkami trapu. Zauważyłem, że stojący za nim oficer od czasu do czasu o czymś go informował.

Przeszli już markiz de Raverdan, major Rawson, Włoch Rivolta i wielu innych pasażerów. I wtedy zauważyłem schodzącego Rozaine’a.

Biedny Rozaine! Wydaje się, że nie otrząsnął się ze swoich nieszczęść!

— Może to jednak on — powiedziała miss Nelly. — Co pan o tym myśli?

— Myślę, że bardzo interesująca byłaby wspólna fotografia Ganimarda i Rozaine’a. Proszę wziąć mój aparat, mam obie ręce zajęte bagażami.

Podałem jej aparat, ale zbyt późno, żeby mogła go użyć. Rozaine już mijał inspektora. Oficer pochylił się do ucha Ganimarda, ten wzruszył lekko ramionami i Rozaine przeszedł.

Wobec tego kim, na Boga, był Arsène Lupin?

— No tak — powiedziała głośno miss Nelly. — Kto to jest?

Pozostało już nie więcej niż dwadzieścia osób. Obserwowała po kolei wszystkich, trochę zdezorientowana i zaniepokojona, czy on jest w tej grupie.

Odezwałem się do niej:

— Nie możemy dłużej czekać.

Ruszyła więc do zejścia. Ja za nią. Nie zrobiliśmy jednak nawet dziesięciu kroków, kiedy Ganimard zastawił nam drogę.

— O co chodzi? — zapytałem z oburzeniem.

— Chwileczkę, proszę pana, dokąd panu tak spieszno?

— Ja towarzyszę tej pani.

— Jedna chwilka — powtórzył bardziej rozkazującym tonem.

Przyglądał mi się z niezwykłą uwagą, a potem rzekł, patrząc mi prosto w oczy:

— Arsène Lupin, nieprawdaż?

Roześmiałem się.

— Nie, Bernard d’Andrézy.

— Bernard d’Andrézy zmarł trzy lata temu w Macedonii.

— Gdyby Bernard d’Andrézy zmarł, nie byłoby mnie teraz na świecie. Tymczasem taka sytuacja nie zachodzi. Oto moje dokumenty.

— To są jego dokumenty. Z przyjemnością wyjaśnię, skąd się one wzięły u pana.

— Pan chyba oszalał! Arsène Lupin zaokrętował się jako pan de R.

— No tak, to jeszcze jeden pana podstęp, fałszywy ślad, który im pan podrzucił. Niezły z pana cwaniak! Tylko że tym razem szczęście się odwróciło. No, Lupin, okaż się pan dobrym graczem.

Wahałem się krótką chwilę. Tymczasem Ganimard nagłym ruchem uderzył mnie w prawą rękę. Krzyknąłem z bólu. Uderzył dokładnie w niezagojoną jeszcze ranę, o której była mowa w telegramie.

Cóż, trzeba było pogodzić się z sytuacją. Odwróciłem się do miss Nelly. Słuchała tej rozmowy pobladła, roztrzęsiona.

Jej spojrzenie spotkało się z moim, potem opuściła wzrok na kodaka, którego jej wcześniej podałem. Poruszyła się nagle i odniosłem wrażenie — więcej, byłem pewien — że w tej chwili wszystko zrozumiała. Tak, to właśnie tam, zamknięte w etui z czarnego szagrynu, wciśnięte we wgłębienia niewielkiego futerału, który dla bezpieczeństwa przekazałem w jej ręce, zanim Ganimard mnie zatrzymał, właśnie tam znajdował się plik dwudziestu tysięcy franków Rozaine’a, a także perły i diamenty lady Jerland.

Przysięgam, że w tym ważkim momencie, kiedy tuż przy mnie stał Ganimard i dwóch jego pomocników, obojętne mi było wszystko: aresztowanie, wrogość otaczających mnie ludzi — wszystko, z wyjątkiem tego, jak postąpi miss Nelly z tym, co jej powierzyłem.

Że jest to dowód materialny i niezaprzeczalny przeciwko mnie, nie wątpiłem w najmniejszym stopniu, ale czy miss Nelly zdecyduje się dostarczyć im ten dowód?

Czy zostanę przez nią zdradzony? Czy postąpi jak wróg, który nie wybacza, czy raczej jak kobieta, która pamięta i której pogardę łagodzi szczypta wyrozumiałości, odrobina mimowolnego współczucia?

Przeszła przede mną, a ja skłoniłem się głęboko, bez słowa. Razem z pozostałymi pasażerami podeszła do trapu z moim kodakiem w ręku.

„Na pewno nie odważy się tego zrobić publicznie — pomyślałem. — Przekaże to niedługo, za godzinę”.

Tymczasem gdzieś na środku trapu miss Nelly udała niezręczne potknięcie i upuściła etui aparatu do wody, pomiędzy obmurowanie nabrzeża a burtę statku.

Po chwili zobaczyłem, jak się oddala.

Jej śliczna postać zgubiła się w tłumie, mignęła mi raz jeszcze i znikła. To już skończone, na zawsze skończone.

Przez chwilę stałem bez ruchu, zarazem smutny i pełen słodkiego wzruszenia, by wreszcie westchnąć, ku wielkiemu zdziwieniu Ganimarda:

— A jednak żal nie być uczciwym człowiekiem…

Tymi właśnie słowy Arsène Lupin opowiedział mi pewnego zimowego wieczoru historię swego aresztowania. Zbieg przypadków, o których może napiszę kiedyś opowiadanie, pozwolił na zadzierzgnięcie między nami więzów… Czy mogę to nazwać przyjaźnią? Tak, ośmielam się wierzyć, że Arsène Lupin zaszczyca mnie swego rodzaju przyjaźnią i że to właśnie ta przyjaźń sprowadza go nieraz niespodziewanie do mego gabinetu i wnosi w panującą tu ciszę jego młodzieńczą wesołość, blask niezwykłego życia, dobry humor mężczyzny, dla którego los zarezerwował tylko przychylność i uśmiech.

Jego portret? Jak mógłbym go opisać? Widziałem Arsène’a Lupina ze dwadzieścia razy i dwadzieścia razy stawał przede mną ktoś inny — albo może ten sam ktoś, którego zdeformowane odbicie przesłałoby mi dwadzieścia luster, choć każde z odbić miałoby jego niezwykłe oczy, charakterystyczną twarz, właściwe mu gesty, jego sylwetkę i jego charakter.

Żart, oczywiście, ale też prawda dla tych, którzy go spotykają na swej drodze, a nie wiedzą o jego niewyczerpanych zasobach, nie znają jego cierpliwości, sztuki makijażu, niezwykłej łatwości przeobrażania się i zmian nawet proporcji twarzy i jej rysów.

— Bo i dlaczego — mówił — miałbym mieć jakąś określoną aparycję? Dlaczego nie unikać tego niebezpieczeństwa, jakie niesie wciąż ta sama osobowość? Wystarczająco określają mnie moje czyny.

— Ja sam — powiadał — nie wiem już, kim jestem. Nie rozpoznaję się już w lustrze. — I precyzował z niejaką dumą: — Jeśli nigdy z całą pewnością nie można stwierdzić „To jest Arsène Lupin”, to świetnie. Najważniejsze, aby bez obawy pomyłki móc powiedzieć „To zrobił Arsène Lupin”.

Oto niektóre z jego wyczynów, parę przygód, które staram się odtworzyć na podstawie zwierzeń, jakimi zechciał mnie zaszczycić w ciągu kilku zimowych wieczorów w moim zacisznym gabinecie…