Bitwa Niezłomnych

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
O autorce

Powieści Morgan Rice zajmują pierwsze miejsce na liście najlepiej sprzedających się książek w rankingu USA Today. Jest autorką bestselerowej serii fantasy KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA, obejmującej siedemnaście części; bestselerowej serii WAMPIRZE DZIENNIKI, obejmującej jedenaście części (kolejne w przygotowaniu); bestselerowego cyklu TRYLOGIA O PRZETRWANIU, post-apokaliptycznego thrillera obejmującego dwie części (kolejna w przygotowaniu); oraz najnowszej serii fantasy KRÓLOWIE I CZARNOKSIĘŻNICY, składającej się z sześciu części. Powieści Morgan dostępne są w wersjach audio i drukowanej, w ponad dwudziestu pięciu językach.

Pisarka chętnie czyta wszelkie wiadomości od was. Zachęcamy zatem do kontaktu z nią za pośrednictwem strony www.morganricebooks.com, gdzie można dopisać swój adres do listy mailingowej, otrzymać bezpłatną książkę i darmowe materiały reklamowe, pobrać bezpłatną aplikację, otrzymać najnowsze, niedostępne gdzie indziej informacje, połączyć się poprzez Facebook i Twitter i po prostu pozostać w kontakcie.

Wybrane komentarze do książek Morgan Rice

“Jeśli po zakończeniu cyklu KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA uznałeś, że nie warto już żyć, nie masz racji. POWROTEM SMOKÓW Morgan Rice rozpoczyna coś, co zapowiada się na kolejną fantastyczną serię powieści, prowadzących w świat fantasy zamieszkany przez trolle i smoki. Jest to opowieść o męstwie, honorze, odwadze, magii i wierze w przeznaczenie. Morgan po raz kolejny udało się stworzyć silne postaci, którym kibicujemy na każdym kroku… To powieść, która powinna się znaleźć w biblioteczce każdego, kto uwielbia dobrze napisane fantasy.”

– Books and Movie Reviews
Roberto Mattos

“Pełna akcji powieść fantasy, która bez wątpienia przypadnie do gustu fanom twórczości Morgan Rice, a także fanom takich powieści jak cykl DZIEDZICTWO Christophera Paoliniego… Fani powieści młodzieżowych pochłoną najnowszą książkę Morgan Rice i będą błagać o kolejne.”

– The Wanderer, A Literary Journal (w odniesieniu do Powrotu smoków)

“Porywające fantasy, w którego fabułę wplecione są elementy tajemnicy i intryga. Wyprawa bohaterów opowiada o narodzinach odwagi oraz zrozumieniu celu życia, które prowadzi do rozwoju, dojrzałości i doskonałości… Dla miłośników treściwego fantasy – przygody, bohaterowie, środki wyrazu i akcja składają się na barwny ciąg wydarzeń, dobrze ukazujących przemianę Thora z marzycielskiego dzieciaka w młodzieńca, który musi stawić czoła nieprawdopodobnym niebezpieczeństwom, by przeżyć… Zapowiada się obiecująca epicka seria dla młodzieży.”

– Midwest Book Review (D. Donovan, eBook Reviewer)

“KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA ma wszystko, czego potrzeba książce, by odnieść natychmiastowy sukces: intrygi, kontrintrygi, tajemnicę, walecznych rycerzy i rozwijające się związki, a wśród nich złamane serca, oszustwa i zdrady. To świetna rozrywka na wiele godzin, która przemówi do każdej grupy wiekowej. Wszyscy fani fantasy powinni znaleźć dla niej miejsce w swojej biblioteczce.”

– Books and Movie Reviews, Roberto Mattos

“W pierwszej części epickiej serii fantasy Krąg Czarnoksiężnika (obecnie liczy czternaście części), odznaczającej się wartką akcją, autorka zapoznaje czytelników z czternastoletnim Thorgrinem “Thorem” McLeodem, który marzy o tym, by dołączyć do Srebrnej Gwardii, rycerskiej elity, która służy królowi… Styl Rice jest równy, a początek serii intryguje.”

– Publishers Weekly
Książki autorstwa Morgan Rice

RZĄDY MIECZA

MARSZ PRZETRWANIA (CZĘŚĆ 1)

BITWA NIEZŁOMNYCH (CZĘŚĆ 2)

O KORONIE I CHWALE

NIEWOLNICA, WOJOWNICZKA, KRÓLOWA (CZĘŚĆ 1)

ZŁOCZYŃCA, WIĘŹNIARKA, KRÓLEWNA (CZĘŚĆ 2)

RYCERZ, DZIEDZIC, KSIĄŻĘ (CZĘŚĆ 3)

KRÓLOWIE I CZARNOKSIĘŻNICY

POWRÓT SMOKÓW (CZĘŚĆ 1)

POWRÓT WALECZNYCH (CZĘŚĆ 2)

POTĘGA HONORU (CZĘŚĆ 3)

KUŹNIA MĘSTWA (CZĘŚĆ 4)

KRÓLESTWO CIENI (CZĘŚĆ 5)

NOC ŚMIAŁKÓW (CZĘŚĆ 6)

KRĘGU CZARNOKSIĘŻNIKA

WYPRAWA BOHATERÓW (CZĘŚĆ 1)

MARSZ WŁADCÓW (CZĘŚĆ 2)

LOS SMOKÓW (CZĘŚĆ 3)

ZEW HONORU (CZĘŚĆ 4)

BLASK CHWAŁY (CZĘŚĆ 5)

SZARŻA WALECZNYCH (CZĘŚĆ 6)

RYTUAŁ MIECZY (CZĘŚĆ 7)

OFIARA BRONI (CZĘŚĆ 8)

NIEBIE ZAKLĘĆ (CZĘŚĆ 9)

MORZE TARCZ (CZĘŚĆ 10)

ŻELAZNE RZĄDY (CZĘŚĆ 11)

KRAINA OGNIA (CZĘŚĆ 12)

RZĄDY KRÓLOWYCH (CZĘŚĆ 13)

PRZYSIĘGA BRACI (CZĘŚĆ 14)

SEN ŚMIERTELNIKÓW (CZĘŚĆ 15)

POTYCZKI RECERZY (CZĘŚĆ 16)

TRYLOGIA O PRZETRWANIU

ARENA JEDEN: ŁOWCY NIEWOLNIKÓW (CZĘŚĆ 1)

ARENA DWA (CZĘŚĆ 2)

WAMPIRY, UPADŁA

PRZED ŚWITEM (CZĘŚĆ 1)

WAMPIRZE DZIENNIKI

PRZEMIENIONA (CZĘŚĆ 1)

KOCHANY (CZĘŚĆ 2)

ZDRADZONA (CZĘŚĆ 3)

PRZEZNACZONA (CZĘŚĆ 4)

POŻĄDANA (CZĘŚĆ 5

ZARĘCZONA (CZĘŚĆ 6)

ZAŚLUBIONA (CZĘŚĆ 7)

ODNALEZIONA (CZĘŚĆ 8)

WSKRZESZONA (CZĘŚĆ 9)

UPRAGNIONA (CZĘŚĆ 10)

NAZNACZONA (CZĘŚĆ 11)

OPĘTANA (CZĘŚĆ 12)

Czy wiesz, że napisałam wiele serii powieści? Jeśli jeszcze ich nie czytałeś, kliknij na obrazek poniżej, żeby pobrać pierwsze księgi kilku z nich!


www.morganricebooks.com

Chcesz darmowe książki?

Dopisz się do listy mailingowej Morgan Rice, a otrzymasz bezpłatnie 4 książki, 3 mapy, 1 aplikację, 1 grę, 1 powieść graficzną i ekskluzywne upominki! Aby do niej dołączyć, odwiedź stronę:


Copyright © 2018 Morgan Rice

Wszelkie prawa zastrzeżone. Poza wyjątkami dopuszczonymi na mocy amerykańskiej ustawy o prawie autorskim z 1976 roku, żadna część tej publikacji nie może być powielana, rozpowszechniana, ani przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób, ani przechowywana w bazie danych lub systemie wyszukiwania informacji bez wcześniejszej zgody autora.

Niniejszy e-book przeznaczony jest wyłącznie do użytku osobistego. Niniejszy e-book nie może być odsprzedany lub odstąpiony innej osobie. Jeśli chcesz podzielić się tą książką z inną osobą, należy zakupić dodatkowy egzemplarz dla każdego odbiorcy. Jeśli czytasz tę książkę, choć jej nie zakupiłeś, lub nie została ona zakupiona dla ciebie, powinieneś ją zwrócić i kupić własną kopię. Dziękujemy za poszanowanie ciężkiej pracy autora.

Niniejsza książka jest utworem literackim. Wszystkie nazwy, postacie, miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autorki i są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe. Ilustracja na okładce: Dmitrijs Bindemanis, użyta na licencji Shutterstock.com.

Rozdział pierwszy

Royce dosiadł pierwszego wierzchowca, jakiego zdołał znaleźć i ruszył przed siebie, nie bacząc na rozlegające się za nim krzyki. Gnał przed siebie, pochylając się nisko na grzbiecie zwierzęcia jedynie wtedy, gdy ze świstem przelatywały obok niego strzały. Myśli o możnowładcy, którego właśnie zabił włócznią, krążyły mu w głowie niemal tak szybko, jak pędził jego koń.

Co gorsza, myśli zaprzątała mu także Genevieve. Nie potrafił wyrzucić z pamięci obrazu jej stojącej nad dołem, tuż obok mężczyzny, dla którego go porzuciła. Te myśli nieomal wystarczyły, by Royce się zatrzymał i pozwolił, by jadący za nim mężczyzna się z nim zrównał. Jedynie gniew pchał go naprzód, aż wbił pięty w boki konia tak mocno, że zwierzę zerwało się do galopu.

Kolejne strzały nadleciały z tyłu. Odbiły się z brzękiem od kamieni, z których wzniesiono pobliskie budynki, lecz utkwiły w szachulcu. Ludzie odskakiwali na boki przed rozpędzonym koniem, a Royce robił, co w jego mocy, by nie stratować żadnego z nich. Musiał szarpać za cugle, zwracając łeb konia to w tę, to w inną stronę, gdy zwierzę pędziło co tchu, dudniąc kopytami po bruku.

Do miarowego chóru końskich kopyt dołączyły kolejne, gdy żołnierze ruszyli konno w pogoń za Royce’em. Co niektórzy z nich mogli być rycerzami, lecz większość była gwardzistami, ścigającymi go w imieniu możnych, którzy przypatrywali się bezpiecznie z oddali.

– Za nim! – zagrzmiał jeden z nich. – Ukatrupić zabójcę!

Royce wiedział, że nie ma nadziei na to, że dojdą do porozumienia, jeśli go dogonią. Zabójstwo karano śmiercią, a on zabił ich księcia na ich oczach. Nie ustąpią, póki go nie schwytają lub póki nie będzie najmniejszej już szansy, by go odnaleźć.

Na razie mógł jednak tylko trzymać tempo, zawierzając skradzionemu rumakowi, trzymając się go podczas podskoków i zakrętów z płonną nadzieją, że nie spadnie. Royce zaciskał mocno dłoń na rękojeści kryształowego miecza, nie pozwalając by uścisk zelżał choćby na chwilę.

Jeden z jeźdźców zbliżył się do niego z wymierzoną w niego włócznią, gotowy do dźgnięcia. Royce oderżnął grot broni i walnął trzymającego ją mężczyznę. Włócznik przewrócił się i spadł z konia, a Royce pogalopował dalej przed siebie.

Ścigało go jednak więcej mężczyzn, i to zdecydowanie zbyt wielu. Pomimo swej siły i zręczności, Royce wątpił, by mógł zmierzyć się z tyloma przeciwnikami naraz. Pędził więc na swym skradzionym rumaku, próbując zarazem obmyślić, jakim sposobem zdoła się im wymknąć.

Wypadł z grodu i fort za jego plecami malał coraz bardziej, gdy wierzchowiec niósł go przez pola, pokonując górki i miedze. Pomiędzy nimi płynęły niewielkie strumyki i Royce kierował się tam, gdzie były najwęższe, zmuszając konia by je przeskakiwał, a nie biegł przez nie, rozbryzgując wodę. Każdy niepewny krok równał się temu, że pogoń zbliżała się do niego coraz bardziej.

 

Następnie skierował się ku niewysokiemu murkowi. Koń przeskoczył niepołączone zaprawą kamienie nie dotykając ich. Zerknąwszy przez ramię, Royce spostrzegł, że jeden z koni ścigających go mężczyzn potyka się i przewraca, pociągając za sobą kolejnego. To jednak nie wystarczyło.

Kolejny jeździec zrównał się z Royce’em, przechylając się w bok, jak gdyby zamierzał zepchnąć Royce’a z siodła. Royce trzymał się kurczowo swego wierzchowca i gdy walnął żołnierza łokciami i głową, utrzymał się w miejscu jedynie dzięki swej sile. Dostrzegł błysk ostrza sztyletu, gdy mężczyzna gotował się, by zadać mu cios od tyłu, ale Royce odwrócił się raptownie i naparł na mężczyznę ze wszystkich sił.

Gwardzista runął z rozpędzonego konia i walnąwszy z chrzęstem o ziemię legł bez ruchu. Royce pospieszył znów konia naprzód, ale odległość pomiędzy nim a ścigającymi go mężczyznami zmniejszyła się.

Royce wiedział, że nie może liczyć jedynie na to, że utrzyma tę przewagę. Jego pogoń była zbyt zdeterminowana i Royce nie mógł wiedzieć, czy jego koń przetrzyma tamte. Nawet gdyby tak było, kwestią czasu było nim posłana z łuku strzała ugodzi zwierzę tak, że nie będzie mogło biec dalej.

Musiał obmyślić lepszy sposób.

Przed sobą w oddali zobaczył wąwóz, którego brzegi spięte były niewielkim mostkiem. Royce zignorował go i zamiast ku niemu skierował się ku miejscu, gdzie nad wąwozem leżało powalone drzewo. Gdy byli dziećmi, on i jego bracia biegali po nim raz za razem do niewielkiego lasku, który rósł po przeciwnej jego stronie. Royce nie miał pojęcia, czy koń, którego dosiadał zdoła pokonać tę drogę.

Była to jednak jego najlepsza szansa, pokierował więc zwierzę w stronę pnia, zmuszając je by wbiegło na niego nie zwalniając kroku. Royce poczuł, jak jedno z jego kopyt ześlizguje się i na chwilę odebrało mu dech, lecz zdołał naprowadzić zwierzę z powrotem na częściowo przegniłe drzewo.

Kolejne strzały przecięły ze świstem powietrze obok niego, gdy Royce zjeżdżał na twardy grunt. Obrócił się i zobaczył, że konie ścigających go mężczyzn zatrzymują się i cofają przed pniem. Royce uderzył w niego kryształowym mieczem i poczuł, jak pień ustępuje i spada w płynącą w dole rzekę.

– To nie zatrzyma ich na długo – wyszeptał Royce do swojego wierzchowca, poganiając go znów naprzód. Mężczyźni po przeciwnej stronie wąwozu zawracali tymczasem konie i pędzili już w stronę miejsca, w którym stał mostek.

Royce wiedział, że zyska dzięki temu kilka minut, które będzie musiał w pełni wykorzystać, by uciec. Zarazem wiedział jednak, że nie może jedynie uciekać. Ucieczką nic nie zyska. Ucieczką nic nie zmieni.

Puścił się w stronę lasu z pełną prędkością, obmyślając, co dalej. Pochylał się pod zawieszonymi nisko gałęziami, usiłując zniknąć z pola widzenia ścigającym go mężczyznom. W leśnej gęstwinie panowała cisza, nie licząc odgłosów wydawanych przez drobną leśną zwierzynę i ptasiego gwizdu, szmeru wody i szelestu liści. Gdzieś z oddali dobiegał dźwięk piszczałki, na której grał jakiś leśnik. Royce miał nadzieję, że nie naprowadzi na niego żołnierzy. Nie chciał sprowadzić kłopotów na nikogo innego.

Ta myśl sprawiła, że zatrzymał się pomiędzy drzewami. Ścigający go mężczyźni pojadą za nim do jego osady, jeśli się tam uda, lecz jeśli tego nie zrobi, być może nigdy nie zdoła zdobyć wsparcia. Gorzej jeszcze – ludzie księcia mogą i tak ją najechać, chcąc wymierzyć karę wszystkim, którzy mieli cokolwiek wspólnego z młodzieńcem, który sprowadził śmierć na ich pana.

Musiał znaleźć sposób, by odwrócić uwagę ludzi księcia od wioski i zyskać czas na wszystko, co musiał zrobić.

Raz jeszcze dobiegł Royce’a dźwięk piszczałki i młodzieniec ruszył w tamtą stronę, kierując konia pomiędzy drzewami. Prześlizgiwał się pomiędzy nimi najszybciej, jak mógł. Był świadomy tego, jak niewiele czasu zyskał dzięki strąceniu w przepaść powalonego drzewa, a czuł teraz, że potrzebuje każdej sekundy, którą może zyskać.

Natknął się na pierwszą świnię niespełna minutę później. Ryła w leśnej ściółce, szukając owoców lub grzybów, albo czegoś jeszcze innego. Sięgałaby Royce’owi po pas, gdyby nie siedział na końskim grzbiecie, i węsząc szła przed siebie, nie zważając na niego.

Kolejne świnie wyszły błąkając się spomiędzy drzew, węsząc i szukając czegoś do zjedzenia. Na ich cielskach widniały oznakowania co najmniej kilku gospodarstw. Melodia piszczałki rozbrzmiewała teraz głośniej i przez kępę olch Royce dostrzegł sylwetkę młodzieńca siedzącego na pniaku powalonego dębu.

– Witaj – zawołał młodzieniec na widok Royce’a, machając do niego ręką, w której trzymał piszczałkę. – Nie pędź tędy zbyt prędko. Moje świnie są spokojne, ale jak je nastraszyć, to i twojego konia przewrócą, takie są duże.

– Nadjeżdżają w tę stronę mężczyźni – powiedział Royce, zgadując, że najlepszą drogą jest w tej sytuacji szczerość. Młodzieńcowi takiemu jak ten nie spodobałoby się, gdyby ktoś próbował go oszukać. – Mężczyźni, którzy pragną mnie zabić lub schwytać.

Świniopas wyglądał na lekko tym zaniepokojonego.

– A cóż mi do tego? – zapytał. – Ja tylko wypasam świnie.

– Czy sądzisz, że takim jak oni sprawi to różnicę? – spytał Royce. Każdy chłop wiedział, jacy potrafią być ludzie księcia i jak niebezpiecznie było znaleźć się im na drodze, gdy poszukiwali kogoś.

– Nie – odrzekł świniopas. Zmierzył Royce’a spojrzeniem. – A czemu cię szukają?

Royce podejrzewał, że jeśli wyjawi młodzieńcowi prawdę, zbytnio go tym przerazi. Cóż jednak miał począć? Nie mógł wszak stwierdzić, że jest kłusownikiem.

– Jestem… Ja zabiłem księcia – odpowiedział Royce, nie wiedząc, co innego powiedzieć. Nie mógł prosić o to, o co zamierzał poprosić młodzieńca, nie wyjawiwszy mu wpierw prawdy. – Jego ludzie mnie ścigają, a jeśli mnie złapią, zabiją.

– Chcesz więc wprowadzić ich w moje świnie? – zapytał świniopas. – A co stanie się ze mną, jeśli nadal tu będę, kiedy się zjawią?

– Mam pewien pomysł – odparł Royce. Zeskoczył ze swego wierzchowca i wyciągnął wodze w stronę młodzieńca. – Weź mojego konia. Odjedź stąd. To najlepsza szansa dla nas obu.

– Chcesz, żebym udawał, że jestem tobą? – zapytał świniopas. – Po tym, czego się dopuściłeś? Pół królestwa by mnie ścigało.

Royce skinął głową. Nie byli do siebie podobni – Royce był znacznie roślejszy i mocniej umięśniony i choć obaj mieli jasne włosy, które sięgały im ramion, to nigdy by ich ze sobą nie pomylono. Rysy twarzy także mieli inne: twarz świniopasa była okrągła i pospolita, a Royce miał kwadratową żuchwę i rysy twarzy wyostrzone przez liczne walki.

– Nie na długo. Potrafisz jeździć konno, prawda?

– A jakże, mój tatko się uparł. Zdarzało mi się kłusować wozem przez pola.

– Ten koń pobiegnie znacznie szybciej niż kłusem – przyrzekł Royce, nadal trzymając w wyciągniętej dłoni wodze. – Weź mojego konia, przez jakiś czas jedź przed nimi, i zostaw go, gdy znikniesz im z oczu. Nigdy się nie dowiedzą, że to ty na nim jechałeś i nadal będą szukać mnie.

Royce był pewien, że jego plan się powiedzie. Jeśli świniopas utrzyma dystans dzielący go od pogoni, będzie bezpieczny w chwili, gdy żołnierze stracą go z oczu.

– I tylko to musiałbym zrobić? – spytał świniopas. Royce widział, że zastanawia się nad jego słowami.

– Odwiedź ich tylko od wiosek – powiedział. – Muszę dostać się do mojej wsi, a ty będziesz mógł powrócić do swojej w chwili, gdy ich zgubisz.

– Szukasz więc tylko sposobu na to, żeby uniknąć kary? – zapytał młodzieniec.

Royce zrozumiał go. Świniopas nie chciał pomóc mu w tak poważnej zbrodni. Nie chodziło jednak tylko o to. Nawet w chwili, gdy cisnął tę włócznię chodziło o coś więcej.

– Uciskają nas jak tylko potrafią – odrzekł Royce. – Wciąż nam coś odbierają, a nie dają nic w zamian. Książę odebrał mi kobietę, którą kocham i oddał ją swemu synowi. Uwięził mnie na wyspie, gdzie widziałem, jak zabijają młodzieńców w moim wieku. Musiałem walczyć na śmierć w dole! Nadszedł czas, byśmy zmienili ten porządek. Nadszedł czas, by było lepiej.

Widział, że młodzieniec rozważa jego słowa.

– Jeśli nie wrócę do mojej wsi, wielu ludzi straci życie – dodał Royce. – Ale jeśli się tam udam, a oni pojadą za mną, zginie jeszcze więcej. Potrzebuję twojej pomocy.

Świniopas dał krok w przód.

– Czy otrzymam za to zapłatę?

Royce rozłożył ręce. Nic nie miał.

– Jeśli zdołam cię odnaleźć po wszystkim, znajdę sposób, by ci się odpłacić. Jak cię odnajdę?

– Jestem Berwick z Górnego Lesham.

Royce skinął głową i to wystarczyło świniopasowi. Chwycił za wodze Royce’owego rumaka i dosiadłszy go popędził go piętami naprzód i ruszył pomiędzy drzewami w drogę, która nie prowadziła do żadnej z wiosek, które Royce znał. Royce odetchnął z ulgą.

Była ona jednak krótkotrwała. Musiał się jeszcze ukryć. Cofnął się pomiędzy drzewa i znalazł miejsce wśród listowia, gdzie mógł przykucnąć w cieniu pnia i schować się za rozłożystymi gałęziami ostrokrzewu.

Kucnął i nie poruszał się, ledwie ośmielając się oddychać. Czekał. Świnie nadal węszyły dokoła niego i jedna z nich podeszła bliżej, trącając ryjem gęstwę liści, za którą się ukrył.

– Odejdź stąd – wyszeptał Royce, siłą woli próbując zmusić zwierzę do odejścia. Zamilkł, gdy usłyszał tętent kopyt zbliżających się koni.

Na polanę wypadli mężczyźni, zakuci w zbroje i z bronią, jeszcze bardziej rozwścieczeni, niż gdy przechytrzył ich nad wąwozem. Royce miał szczerą nadzieję, że nie postawił świniopasa w zbytnim niebezpieczeństwie, wplątując go w tę ucieczkę.

Świnia nadal węszyła tuż obok niego. Royce’owi zdało się, że jeden z mężczyzn się jej przypatruje i zastygł w bezruchu. Nie odważył się nawet mrugać. Był pewien, że jeśli świnia jakkolwiek zareaguje na jego obecność, mężczyźni dopadną go i zabiją.

Wtedy jednak mężczyzna odwrócił się i żołnierze ruszyli dalej przed siebie.

– Prędko! – krzyknął jeden z nich. – Nie mógł się zbytnio oddalić!

Żołnierze ruszyli co koń wyskoczy ścieżką, którą obrał świniopas, najpewniej podążając za jego śladami. Nawet kiedy już zniknęli, Royce nie ruszał się, zaciskając dłoń na rękojeści miecza i upewniając się, że nie jest to pułapka, która miała wywabić go z kryjówki.

Wreszcie odważył się poruszyć i wyszedł na polanę, odpędzając od siebie świnie. Zatrzymał się na chwilę, by się rozejrzeć i rozeznać, w którym kierunku leży jego wieś. Dzięki temu podstępowi zyskał nieco czasu, lecz i tak musiał działać szybko.

Musiał dostać się do domu, nim ludzie księcia zabiją wszystkich jego pobratymców.

Rozdział drugi

Genevieve mogła jedynie stać w milczeniu w wielkiej sali zamku, gdy jej mąż kipiał ze złości. Gdy się nie wściekał, Altfor był właściwie urodziwym młodzieńcem. Miał długawe falujące brązowe włosy, orli nos i ciemne oczy o głębokim spojrzeniu. Genevieve jednak spostrzegła się, że w duszy widzi go zawsze właśnie takiego, z czerwoną twarzą i rozjuszonego, jak gdyby to wcielenie, a nie to drugie, było tym prawdziwym.

Nie śmiała się poruszyć, nie śmiała ściągnąć na siebie jego gniewu i najwidoczniej nie ona jedna. Obok niej słudzy i pochlebcy poprzedniego księcia stali w ciszy, nie chcąc być pierwszymi, którzy zwrócą na siebie jego uwagę. Nawet Moira trzymała się na uboczu, choć i tak stała tam, gdzie Genevieve dobrze ją widziała, bliżej męża Genevieve niż ona sama, i to w niejednym znaczeniu tego słowa.

– Mój ojciec nie żyje! – ryknął Altfor, jak gdyby ktoś z obecnych mógł jeszcze nie wiedzieć, co stało się w dole, w którym odbywały się walki. – Wpierw mój brat, a teraz ojciec został zamordowany przez zdrajcę, a wy wszyscy milczycie.

Ten gniew wydał się Genevieve groźny. Był zbyt gwałtowny i nieukierunkowany. Choć Royce’a tu nie było, wyrwał się z Altfora, próbując znaleźć winnego. Genevieve zauważyła, że chciałaby, by Royce tu był, a zarazem była wdzięczna, że go tu nie ma.

Co gorsza, z tęsknoty bolało ją za nim serce i żałowała, że nie była w stanie zrobić czegoś więcej niż tylko stać obok swego męża i przypatrywać się Royce’owi z trybun, gdy walczył w dole. W głębi duszy pragnęła być z nim wtedy, wiedziała jednak, że nie może pozwolić, by Altfor to zauważył. I tak był już rozwścieczony i Genevieve wiedziała, jak łatwo ta wściekłość może przenieść się na nią.

– Czy nikt nie opanuje tej sytuacji? – zapytał Altfor.

– O to samo chciałem zapytać, bratanku – rozległ się surowy głos.

Na widok mężczyzny, który wszedł do sali, Genevieve zapragnęła cofnąć się przynajmniej o tyle, co Altfor. Przed płomiennym gniewem Altfora pragnęła się schować, ale przy tym mężczyźnie… było w nim coś zimnego, jak gdyby jakaś część niego wykuta była z lodu. Był starszy od Altfora o jakieś dwadzieścia lat, miał rzedniejące włosy i smukłą sylwetkę. Idąc, opierał się na czymś, co na pierwszy rzut oka zdawało się być kosturem, lecz po chwili Genevieve dostrzegła rękojeść wystającą z pochwy i zorientowała się, że to miecz, nadal zatknięty w pochwie. Po sposobie, w jaki wspierał się na nim Genevieve poznała, że to odniesiona rana, a nie wiek zmusza go do tego.

 

– Stryju Alistairze – odezwał się Altfor. – Nie… Nie spodziewaliśmy się ciebie.

Głos Altfora zabrzmiał tak, jak gdyby obecność przybysza zaniepokoiła go, co zdumiało Genevieve. Wcześniej zawsze zdawał się doskonale nad wszystkim panować, ale obecność tego mężczyzny całkowicie zbiła go z tropu.

– Najwyraźniej – odparł smukły mężczyzna. Jego dłoń błądziła po rękojeści miecza, na którym się wspierał. – Gdy nie zaprosiłeś mnie na swoje zaślubiny, pewnieś myślał, że pozostanę w mych włościach, z dala od grodu, i pozwolę, byś narobił bałaganu po śmierci mego brata – zwrócił spojrzenie na Genevieve, wypatrując ją w ciżbie tak chyżo jak jastrząb. – Winszuję, dziewczyno. Widzę, że mój bratanek ma upodobanie do próżnego.

– Ja… Nie będziesz mówił do mnie w ten sposób – powiedział Altfor. Upłynęła chwila, nim przypomniał sobie, że powinien stanąć w obronie Genevieve. – Ani do mojej żony. Jestem księciem!

Alistair podszedł do Genevieve i tym razem jego miecz opuścił pochwę. W jego dłoni wydawał się lekki, szeroki i ostry jak brzytwa. Genevieve zamarła w miejscu, niemal nie śmiejąc oddychać, gdy stryj Altfora przyłożył czubek klingi o cal od jej szyi.

– Mógłbym poderżnąć tej dziewce gardło, a żaden z twoich ludzi nie kiwnąłby palcem, by mnie powstrzymać. – rzekł Alistair. – Ty z pewnością byś tego nie zrobił.

Genevieve nie musiała spoglądać na Altfora, by wiedzieć, że to prawda. Nie był mężem, któremu zależałoby na niej wystarczająco, by próbować jej bronić. Żaden z dworzan nie przyjdzie jej z pomocą, a Moira… Moira przypatrywała jej się tak, jak gdyby na poły miała nadzieję, że Alistair to zrobi.

Genevieve musiała ratować się sama.

– Dlaczego miałbyś mnie dźgnąć, panie? – zapytała.

– A dlaczego nie? – odparł. – Owszem, jesteś urodziwa: jasnowłosa, o zielonych oczach i smukłej sylwetce. Który mężczyzna by cię nie pragnął? Jednakże wiejskie dziewki nie są trudne do zastąpienia.

– Odniosłam wrażenie, że to małżeństwo uczyniło ze mnie kogoś ważniejszego – powiedziała Genevieve, nie pozwalając, by głos jej zadrżał pomimo bliskości ostrza. – Czy zrobiłam coś, by cię urazić?

– Nie wiem, dziewczyno. Zrobiłaś? – zapytał, świdrując ją wzrokiem. – Posłano wiadomość, a w niej nakreślono, dokąd zbiegł chłopiec, który uśmiercił mojego brata. Nie dotarła ona jednak ani do mnie, ani nikogo innego nim było dalece za późno. Czy wiesz coś o tym?

Genevieve wiedziała na ten temat wszystko, gdyż to właśnie ona opóźniła dostarczenie wiadomości. Tylko tyle mogła zrobić, a i tak zdawało jej się, że to zbyt mało, zważywszy na to, co czuła do Royce’a. Pomimo tego zmusiła się, by przybrać spokojny wyraz twarzy, udając niewinną, gdyż w tej chwili była to jej jedyna możliwość obrony.

– Nie rozumiem, panie – odpowiedziała. – Sam rzekłeś, że jestem zwykłą wieśniaczką, jak więc mogłabym zrobić cokolwiek, by opóźnić przekazanie takiej wiadomości?

Kierując się instynktem, osunęła się na kolana, poruszając się powoli, by nie nadziać się na klingę miecza.

– Dostąpiłam zaszczytu – rzekła. – Zostałam wybrana przez twego bratanka, księcia. Poślubił mnie i dzięki temu stanęłam na lepszej pozycji. Żyję tak, jak nigdy nawet nie śniłam. Czemuż miałabym chcieć to zaprzepaścić? Jeśli naprawdę sądzisz, że jestem zdrajczynią, tnij, panie. Tnij.

Genevieve skryła się za niewinnością niczym za tarczą i miała nadzieję, że okaże się ona wystarczająco mocna, by odepchnąć cios miecza, który w przeciwnym razie mógł na nią spaść. Miała taką nadzieję, a zarazem nie, gdyż w tej chwili pchnięcie w serce współgrałoby z tym, co czuła, zważywszy na to, jak źle sprawy potoczyły się z Royce’em. Podniosła wzrok i spojrzała w oczy Altforowego stryja. Nie odwracała spojrzenia ani nie zdradziła się nijak z tym, co zrobiła. Mężczyzna cofnął miecz, jak gdyby miał zadać śmiertelne pchnięcie… po czym opuścił broń.

– Wygląda na to, Altofrze, że twoja żona ma w sobie więcej stali niż ty.

Genevieve odetchnęła i podniosła się, a jej mąż ruszył wyniośle w ich stronę.

– Stryju, starczy tych gierek. To ja jestem tu księciem, a mój ojciec…

– Mój brat był głupcem na tyle, by przekazać majątek tobie, lecz nie udawajmy, że to czyni z ciebie prawdziwego księcia – powiedział Alistair. – To wymaga umiejętności przewodzenia, dyscypliny i szacunku twych ludzi. Których ci brak.

– Mógłbym rozkazać mym ludziom wtrącić cię do lochu – warknął Altfor.

– Ja mógłbym rozkazać im to samo – skontrował Alistair. – Powiedz, jak sądzisz, którego z nas by posłuchali? Najmniej ukochanego syna mego brata czy brata, który przewodził armiom? Tego, który pozwolił zbiec jego zabójcy czy tego, który powstrzymał atak w Haldermark? Chłopca czy mężczyzny?

Genevieve domyślała się odpowiedzi na to pytanie i nie podobało jej się, do czego może ona doprowadzić. Czy jej się to podobało, czy nie, była żoną Altfora i jeśli jego stryj postanowi się go pozbyć, nie miała żadnych złudzeń co do tego, co stałoby się z nią. Szybkim krokiem podeszła do męża i położyła dłoń na jego ramieniu. Wyglądało to na zwyczajny gest wsparcia, lecz tak naprawdę usiłowała skłonić go, by pohamował swój gniew.

– To księstwo zostało doprowadzone do ruiny – orzekł Alistair. – Mój brat popełnił błędy i póki nie zostaną one naprawione, dopilnuję, by wszystko szło właściwym torem. Czy ktokolwiek pragnąłby zakwestionować moje prawo do tego?

Genevieve zauważyła, że wciąż trzyma miecz w dłoni, najwyraźniej czekając na to, aż ktoś się odezwie. Oczywiście był to Altfor.

– Oczekujesz, że przysięgnę ci wierność? – zapytał Altfor. – Oczekujesz, że klęknę przed tobą, gdy to mnie ojciec uczynił księciem?

– Księciem można zostać w dwojaki sposób – odburknął Alistair. – Z nadania władcy albo dzięki sile, która pozwoli zdobyć tytuł. Czy dysponujesz którąkolwiek z tych rzeczy, bratanku? Czy klękniesz?

Genevieve przyklękła, nim zrobił to jej mąż, pociągając go za rękę, by klęknął obok niej. Zrobiła to nie dlatego, że dbała o bezpieczeństwo Altfora – nie po tym wszystkim, czego się dopuścił – lecz w tej chwili wiedziała, że od jego bezpieczeństwa zależało jej.

– Dobrze, stryju – wycedził Altfor przez zaciśnięte zęby. – Usłucham. Wygląda na to, że nie mam wyboru.

– Nie – zgodził się lord Alistair. – Nie masz.

Powiódł spojrzeniem po sali i jeden za drugim zebrani w sali ludzie zaczęli klękać. Genevieve widziała, jak przyklękają dworzanie i służba. Zobaczyła nawet, jak Moira upada na kolana i w głębi duszy pomyślała ze złością, czy jej domniemana przyjaciółka spróbuje uwieść stryja Altfora, podobnie jak uwiodła jego.

– Tak lepiej – rzekł lord Alistair. – Wyślemy więcej ludzi na poszukiwania chłopca, który zabił mojego brata. Posłuży nam za przykład. Tym razem bez żadnych gierek. Spotka go śmierć, na którą zasłużył.

Do sali wpadł posłaniec w rodowej liberii. Genevieve widziała, że patrzy to na Altfora, to na lorda Alistaira, najwyraźniej próbując zdecydować, komu przekazać wiadomość. Wreszcie dokonał, jak się zdawało Genevieve, oczywistego wyboru i zwrócił się ku stryjowi Altfora.

– Daruj, panie – odezwał się. – ale na ulicach rozpętały się zamieszki. Ludzie buntują się na całych ziemiach należących do poprzedniego księcia. Potrzebujemy cię, panie.

– Aby uciszyć chłopów? – prychnął lord Alistair. – Znakomicie. Zbierz tylu ludzi, ilu może odejść od poszukiwań. Niech czekają na mnie na dziedzińcu. Pokażemy motłochowi, co potrafi prawdziwy książę!

Wymaszerował z sali, opierając się na swym zatkniętym w pochwie mieczu. Genevieve ośmieliła się odetchnąć z ulgą, gdy mężczyzna wyszedł, lecz było to krótkotrwałe uczucie. Altfor podnosił się już z kolan, a jego złość była wyraźnie wyczuwalna.

– Wynoście się, wszyscy! – krzyknął na zebranych w sali dworzan. – Wyjdźcie i pomóżcie mojemu stryjowi stłumić tę rewoltę albo pomóżcie w poszukiwaniach zdrajcy, ale wyjdźcie natychmiast, bym nie musiał powtarzać!

Gdy zaczęli opuszczać salę, Genevieve chciała się podnieść, by wyjść wraz z nimi, poczuła jednak na ramieniu dłoń Altfora, który popchnął ją z powrotem w dół.

– Nie ty, żono.

Genevieve czekała, aż sala opustoszeje. Pozostali w niej jedynie ona, dwóch gwardzistów i, co gorsza, przyglądająca się jej z kąta sali Moira, która nie próbowała już nawet udawać, że darzy ją sympatią.

– Ty – zaczął Altfor. – musisz wyjaśnić mi, jaką rolę odegrałaś w ucieczce Royce’a.

– Ja… nie wiem, o czym mówisz – odparła Genevieve. – Byłam tutaj przez cały ten czas. Jak mogłam…