Heroina

Tekst
Z serii: Thriller
Z serii: Zack Herry #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kto oczyści stajnię z niepohamowanego zła?

Kto uwolni pojmaną kobietę?

Kto szuka prawdy o sobie samym?

Nasz bohater, nasz bohater, nasz bohater.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

NIEDZIELA, 18 WRZEŚNIA
20.13

Mgła otoczyła Javada Jafadiego jak betonowy mur oddzielający go od świata. Nadciąga fala mgły nad szare, wilgotne błonia Järvafältet, nad główne drogi i wjazd do Stallhagen. Gęste, białe smugi, niczym zimne przypomnienie o niewidzialnej granicy, która przebiega tam od dawna. Granicy, której nigdy nie wolno przekroczyć.

Javad zmienia pozycję na kamieniu na szczycie wzgórza. Siada na podniszczonej piłce, żeby nie czuć chłodu przenikającego przez spodnie od dresu.

Kilka metrów dalej, w połowie wzgórza, z ziemi sterczy niczym ogromny trujący grzyb stara wieża ciśnień. Ma sześćdziesiąt metrów wysokości. Podstawa jest tak szeroka, że gdy klasa Javada próbowała ją otoczyć, trzymając się za ręce, uczniów nie starczyło na opasanie nawet połowy.

Kropla deszczu trafia go w czubek nosa i jedenastoletni chłopiec spogląda w ciemne niebo, domyśla się ciężkich chmur wysoko w górze.

W ciemności powoli opada mrugający punkt, samolot zmierzający na lotnisko w Bromma. Powietrze za lotniskiem słabo połyskuje we mgle. To tam jest ten prawdziwy Sztokholm, tajemnicze, pełne światła marzenie. Inny świat, nieosiągalny dla takich jak on.

W oddali słychać dźwięk syreny i Javad spogląda w stronę E18. Daleko we mgle widzi niebieskie światła, uważnie śledzi je wzrokiem, wsuwa rękę do kieszeni spodni i wyjmuje komórkę. Ale wóz policyjny nie zwalnia przy wjeździe do Stallhagen. Szybko przejeżdża przez rondo i oddala się na zachód.

Javad chowa telefon z powrotem do kieszeni, odwraca się plecami do drogi i spogląda na Stallhagen.

Wzgórze z wieżą ciśnień położone jest samotnie, trochę na uboczu, niczym ostatni bastion Stallhagen. Od reszty osiedla oddziela je trasa Igelbäcksleden biegnąca szerokim łukiem u podnóża wzgórza. Po drugiej stronie drogi rozciąga się wielki, opustoszały parking przed Stallhagstorget, placem otoczonym czterema niskimi budynkami.

Na parkingu stoją nieliczne samochody, a przy zabazgranym, okopconym murze widać kilka spalonych pojazdów. Nikt się nie pofatygował, żeby je odholować.

Javad i jego najlepszy przyjaciel Omran bawili się w takich wrakach w rodzinnym Aleppo. Udawali, że startują w Formule 1. Ale nigdy by nie przypuszczał, że tutaj, w Szwecji, też będą spalone samochody.

Wielu rzeczy by nie przypuszczał.

Javad wstaje i próbuje zakręcić piłkę na jednym palcu. Palce u nóg zesztywniały w wilgotnych tenisówkach, ale to mu nie przeszkadza. Lubi samotność tu na górze. Spokój, ciszę.

W domu jest za gorąco, za dużo wrzasku i bałaganu.

Dziewięć osób w trzypokojowym mieszkaniu.

Tata mówił, że ta druga rodzina zostanie tylko na jakiś czas. Javad dzieli pokój z ich pięcioletnim smarkaczem już od ponad trzech miesięcy. I jeszcze to niemowlę, które ma kolkę. I tata, który podkręca dźwięk w telewizorze, żeby zagłuszyć jego wrzaski.

Javad widzi stąd okno w dużym pokoju, na jedenastym piętrze, w jednym z wielu bloków za placem. Piętrzą się prostymi kątami dalej w głąb osiedla – identyczne czternastopiętrowe domy tworzące labirynty wokół wewnętrznych podwórzy, gdzie ławki i place zabaw już dawno nie nadają się do użytku. Wszystko jest sztywne, ponure i kanciaste, jak Minecraft w odcieniach szarości.

Trasą Igelbäcksleden zbliża się samochód z zepsutymi światłami. Wygląda na zardzewiałego saaba ojca Massouda.

Javad z roztargnieniem śledzi wzrokiem samochód jadący wzdłuż ogromnego, ogrodzonego placu budowy, który niczym otwarta rana rozciąga się na cały kwartał od placu. Miejsce „wielkiej odnowy”.

Ogromne podświetlone tablice pokazują, jak ten teren ma wyglądać w przyszłości: nowoczesne szeregowce z panelami słonecznymi na dachach, zadbane ogródki z jabłoniami i małymi szklarenkami.

Jednak kosztowną przebudowę Stallhagen przerwano, jeszcze zanim rozpoczęły się prace, i teraz w tym dole ze żwirem rosną jedynie osty i sterty śmieci.

Javad zastanawia się, czy to prawda, że w zeszłym tygodniu Irańczycy pogrzebali tam żywcem chłopaka. Ludzie z Daesz1.

Zaciąga suwak czarnej bluzy pod samą szyję, z powrotem siada na piłce i obejmuje się rękoma. Trzeba było zakosić jakąś puchową kurtkę. Ale przed chińskim sklepem w Tensta żadne takie nie wisiały.

Na twarz spada mu kolejna kropla deszczu, potem jeszcze jedna. Javad zsuwa się z głazu i chowa pod wieżą ciśnień.

Ze szczeliny w betonie wysoko w górze spływa strużka wody, a na wysokości oczu ktoś sprayem napisał Enola Gay, nazwę samolotu, który zrzucił pierwszą bombę atomową na Hiroszimę.

Javad uczył się o tym w szkole w Syrii tuż po wybuchu wojny, a potem nie potrafił pozbyć się tej myśli. Gdy tylko słyszał zbliżające się samoloty bojowe, był przerażony, że któryś z nich zrzuci taką bombę na jego dom. Bombę wytwarzającą takie gorąco, że jego skóra całkiem by się rozpuściła.

Spogląda na lejkowaty szczyt wieży ciśnień i myśli, że może była wzorowana na kształcie grzyba atomowego. Chmury, jaka powstaje po wybuchu bomby atomowej, która wszystko równa z ziemią.

Słychać coraz głośniejszy warkot silnika i Javad wraca do swojego zadania. Ma wypatrywać. Przez cały czas wypatrywać. Jeśli dobrze się spisze, starsi chłopacy obiecali mu przed końcem roku iPhone’a 7.

Samochód znika wśród bloków i Javad znów spogląda w stronę placu. Przez bramę od strony parkingu widzi, jak w pobliżu wejścia do metra otwierają się drzwi i smuga światła przecina ciemność jak ostry nóż. Wychodzi kobieta, zamyka drzwi na klucz i się oddala.

Javad wie, kim ona jest, i gdy widzi ją, jak idzie w stronę parkingu, robi mu się ciepło na sercu.

To Heroina.

Nazywa się jakoś inaczej, ale wszyscy tak ją nazywają. Heroina – bohaterka.

Zawsze uśmiecha się na jego widok. Zatrzymuje się, żeby porozmawiać. Chce zrozumieć. I przytula go tak jak kiedyś mama.

Nie, nie wolno mu teraz o tym myśleć.

Skupia się na śledzeniu Heroiny. Zdążyła już przejść przez cały plac, a teraz się zatrzymuje i grzebie w torebce. Najwyraźniej nie znajduje tego, czego szuka, bo zawraca w stronę wejścia.

Musiała czegoś zapomnieć, myśli Javad. Może jakichś ważnych papierów. Albo kluczyków.

Javad rozgląda się po parkingu za jej czerwonym hyundaiem i wtedy ich dostrzega.

Cztery osoby ukryte za kontenerem na makulaturę.

Wyglądają, jakby na kogoś czekali.

Na nią.

1 Daesz – arabski akronim na ISIS (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy). [wróć]

20.19

Helene Svensson szybkim krokiem przechodzi przez plac, wracając do osiedlowego domu kultury. Nie z powodu deszczu ani ze strachu – to nie zdarza jej się prawie nigdy – tylko nie lubi niepotrzebnie nadkładać drogi. Tak jak teraz, kiedy musi się cofnąć po zapomniane kluczyki.

Wciąż się nie przyzwyczaiła do tego, że jest tak uzależniona od samochodu, i wolałaby jeździć metrem. Ale stacja jest nieczynna od prawie dwóch miesięcy, od czasu, gdy kilka osób zablokowało drzwi sprzedawcy biletów, przez okienko wlało do środka mnóstwo benzyny i to wszystko podpaliło.

Sprzedawca biletów popełnił wielki błąd. Kilka miesięcy wcześniej, po tym, jak na peronie doszło do ciężkiego pobicia, rozmawiał z policją. Ale to za dużo powiedziane, udzielił tylko niezbyt konkretnej odpowiedzi na jedno pytanie. „Tak, chyba widziałem, jak Behrang Quraishi w tamtą niedzielę przechodził przez barierki, ale nie pamiętam o której”.

Ale to wystarczyło. Behrang Quraishi, którego skazano na dwa lata więzienia za pobicie, zażądał papierów z dochodzenia wstępnego, przeczytał słowa sprzedawcy biletów, a następnie zdecydował o wymierzeniu odpowiedniej kary.

Wszyscy wiedzieli, że tak to się odbyło, i nikt nie chciał rozmawiać z policją.

Kto chciałby ryzykować, że spalą go żywcem?

Żadni strażacy na świecie nie uratowaliby sprzedawcy biletów. Może jednak udałoby im się powstrzymać rozprzestrzenianie się ognia, gdyby nie musieli czekać na policyjną eskortę. Może cała stacja nie stałaby już w płomieniach, gdy policja dotarła na miejsce.

Władze dzielnicy obiecały, że remont stacji rozpocznie się natychmiast, ale jak do tej pory żadna firma budowlana nie chciała się tego podjąć. Wszyscy uważają, że istnieje zbyt wielkie ryzyko dla pracowników. A więc jeśli ktoś chce jechać metrem, musi przejść się na południe do Tensta albo na północ do Husby.

Z autobusami jest prawie równie źle. Po tym, jak w krótkim czasie dwóm kierowcom groził pistoletem jakiś nastolatek, który chciał przejechać się na gapę, kierowcy SL1 przestali jeździć w tej okolicy. Jeśli ktoś chce jechać autobusem, musi przejść pieszo na przystanek przy E18. Trwa to co najmniej dwadzieścia minut.

 

Przez otwarte okno do uszu Helene docierają odgłosy kłótni w suahili, a potem jest już przy drzwiach. Wyciąga z torebki klucz i próbuje wsunąć go do zamka, ale w ciemności nic nie widać. Okna sklepiku, z których mogłoby padać światło na chodnik, zasłaniają stalowe rolety.

Helene uruchamia latarkę w komórce i w końcu udaje jej się otworzyć drzwi. Uderza w nią znajoma woń wilgoci i kiepskiej wentylacji.

Biurko i krzesło Tessan wciąż stoją nietknięte. W biurze pośrednictwa pracy wciąż nikt nie ubiegał się o to wolne stanowisko.

Na biurku Helene panuje bałagan, a na ścianie za jej krzesłem wisi oprawiony w ramki dyplom ukończenia kierunku praca socjalna oraz dyplom potwierdzający, że zrobiła doktorat z integracji.

Nie najgorzej, jak na dwudziestoośmiolatkę z Mälarhöjden, powtarza sobie, żeby się zmotywować. Przynajmniej nie musi siedzieć w jakimś nudnym banku.

Obchodzi biurko, wysuwa górną szufladę i wyjmuje z niej kluczyki. Jednocześnie udaje jej się przewrócić torebką oprawiony w ramkę wycinek z gazety.

ANIOŁ Z PRZEDMIEŚCIA

Helene walczy dla tych, których społeczeństwo zawiodło

Nad tytułem widnieje duże zdjęcie, na którym z uśmiechem unosi bukiet kwiatów podczas galowego wydania Svenska hjältar2. Podoba jej się to zdjęcie. Fryzjerowi udało się sprawić, by jej blond włosy choć raz dobrze się układały i opadały prosto na ramiona. Jej niebieskie oczy lśnią, szminka sprawia, że wąskie usta wydają się pełne, a czerwona sukienka ładnie leży na jej szczupłym ciele. Tak bardzo się różni od ubrań, które zwykle nosi, tak jak teraz: dżinsy, tenisówki i kurtka moro. W Stallhagen nie wolno jej zbyt ładnie wyglądać.

Odstawia oprawiony w ramki artykuł z powrotem na biurko. Myśli o tym, ile osób chciało jej pomagać, kiedy dostała tę nagrodę, by na nich również padł blask jej sławy, i jak niewielu było chętnych zakasać rękawy i coś zrobić, gdy światła ramp już pogasły.

Helene opuszcza lokal, zamyka drzwi na klucz i znów przechodzi przez plac. Rozpadało się jeszcze mocniej i posąg anioła w małej fontannie pośrodku placu wygląda, jakby płakał. Anioł ma rozpostarte skrzydła, ale spuszczoną głowę, jakby próbował stąd odlecieć, ale nie mógł.

Odpowiedni symbol dla Stallhagen, myśli Helene.

Oddala się od posągu i po chwili jest przy ohydnej bramie z lat osiemdziesiątych ze spłowiałej żółtej blachy. Coś chrzęści pod jej butem i widzi, że nadepnęła na igłę. Z kieszeni dżinsów wyjmuje papierową chusteczkę. Kuca, podnosi igłę i wciska między kartony po fast foodzie w przepełnionym koszu na śmieci.

Wyczuwa jakiś ruch na parkingu i szybko odwraca się w tamtą stronę. Nikogo tam nie ma. A może jednak? Ściska jej się żołądek. Czemu? Przecież wszystkich tutaj zna. Kiedy w tej okolicy palą się samochody, wie, że jej to nie spotka. To się nie dzieje przypadkiem. Zapracowała sobie na to. Zyskała szacunek.

Idzie dalej w stronę parkingu. Nie może się doczekać, kiedy wróci do Sollentuny. Tam, gdzie czekają na nią spokój, samotność i cisza.

Rozgląda się za człowiekiem, który chyba jej mignął, ale nikogo nie widzi. Aż do chwili, gdy jest prawie przy swoim samochodzie.

Jest ich czterech. Wysocy brodaci mężczyźni o ponurych spojrzeniach.

Nigdy dotąd ich nie widziała i to ją niepokoi. To jakaś akcja odwetowa? W piątek w Tensta doszło do strzelaniny i plotka głosi, że sprawcami byli dwaj bracia ze Stallhagen.

Helene odwraca się w ich stronę, staje na szeroko rozstawionych nogach. Musi pokazać, że się nie boi.

– Mogę w czymś pomóc? – pyta i jest zła na siebie, że trochę drży jej głos.

Ma ochotę rzucić się do ucieczki, ale wie, że to by nic nie dało. Są od niej wyżsi, szybsi.

– Tak się składa, że możesz – odpowiada jeden z mężczyzn, a źrenice jego brązowych oczu są tak wielkie i czarne, że Helene czuje się, jakby spojrzała prosto w mrok jego duszy.

1 Storstockholms Lokaltrafik – publiczne przedsiębiorstwo komunikacyjne w Sztokholmie. [wróć]

2 Szwedzcy bohaterowie, program telewizyjny nadawany w TV4. [wróć]

20.31

Co to za jedni?

Javad Jafadi przetacza piłkę z jednej ręki do drugiej i obserwuje wydarzenia na parkingu.

Nie poznaje ich. Ale chyba nie stanie się nic złego, prawda? Chyba nikt jej nie napadnie?

Ale w Stallet1 jest coraz gorzej. Jakby każdy był dla każdego groźny. Wystarczy przypadkiem spojrzeć na niewłaściwą osobę i już w rękach pojawia się broń.

Heroina stoi przed nimi na szeroko rozstawionych nogach, ze skrzyżowanymi rękoma. I pewnie wpatruje się w nich tym swoim świdrującym wzrokiem, tak jak zawsze, kiedy jest zła. Żeby człowiekowi zrobiło się wstyd.

Javad odkłada piłkę i wsuwa rękę do kieszeni. Dotyka telefonu. Wolno mu ostrzec o czymś takim? Nie, zasady są jasne. Poza tym ci faceci nie wyglądają, jakby chcieli na nią napaść. Wyglądają, jakby chcieli tylko pogadać.

A teraz co się dzieje? Jeden z mężczyzn wskazuje w stronę haszyszowej ścieżki, ciemnego, wąskiego przejścia za placem, między domami a zamkniętym ośrodkiem młodzieżowym. Heroina chyba wzrusza ramionami.

Ruszają w tamtą stronę. Ona też.

Po co tam idą?

Niedobrze.

Bardzo niedobrze.

Dwóch mężczyzn znika z pola widzenia. Potem Heroina i dwóch pozostałych.

Javad wie, jak wygląda to przejście. Jak szeleszczą tam banknoty wymieniane na małe woreczki.

Ale Heroina chyba nie chce kupić towaru, prawda?

Na cichym, opustoszałym parkingu mży.

Javad ściska komórkę w kieszeni. Metalowa obudowa jest śliska od jego potu. Powinien do kogoś zadzwonić, do kogokolwiek.

1 Nieoficjalna nazwa Stallhagen, dosłownie „stajnia”. [wróć]

20.33

Pierwszy cios spada tak szybko i niespodziewanie, że Helene Svensson nie ma czasu nawet unieść rąk. Jej głowa odskakuje do tyłu, chrupie jej w szyi i całe ciało przenika ostry ból.

Upada, ale chwyta ją jeden z mężczyzn stojących za nią. Czuć od niego papierosy i perfumy Zlatan, łapie ją brutalnie za ręce dłońmi w skórzanych rękawiczkach.

Helene mocno wpiera stopy w ziemię, kuli się, a potem z całej siły się prostuje. Tyłem głowy rozbija mężczyźnie nos i nie udaje mu się do końca stłumić wrzasku z bólu. Ona kopie, celuje w krocze mężczyzny, który ją uderzył, ale kopniak trafia w powietrze. Mężczyzna chwyta jej nogę i przekręca ją. Ciemnieje jej przed oczami, ale w chwili, gdy zaczyna krzyczeć, jej głowa odskakuje na bok po kolejnym ciosie. I kolejnym.

Obrazy i dźwięki. Następują po sobie, ale nie mają żadnego sensu.

A potem ciemność.

Ciągną ją. Czuje, jak czubki tenisówek przesuwają się po popękanym asfalcie. Ziemia śmierdzi moczem, Helene czuje smak krwi w ustach.

Skręcają w lewo. Skrzypią zawiasy i jej stopy podskakują na progu. A potem na przeżartych wilgocią drewnianych schodach. Na dole czuć woń rdzy i starego oleju.

Rzucają ją na sofę, czuje na policzku jej szorstką tkaninę. Drzwi za nią się zamykają, zapala się lampa. Helene próbuje spojrzeć w górę, ale jest w stanie otworzyć tylko lewe oko.

Razi ją światło. Wpatrują się w nią ciemne oczy.

Ktoś staje za nią, łapie ją za ręce.

Dwóch innych ściąga jej dżinsy. Rozsuwają jej nogi.

Któryś z mężczyzn rozpina rozporek. W twarzy porośniętej krzaczastą brodą błyskają żółte zęby.

Helene krzyczy ile sił w płucach, póki nie przyciskają jej do ust zakurzonej poduszki.

21.01

Poszli.

Może nie ma ich od dawna. Może od kilku minut.

Helene Svensson leży na boku. Jej nagie uda dotykają zimnej betonowej podłogi i czuje się tak, jakby ktoś przejechał ją kombajnem i wcisnął jej w podbrzusze rozżarzone węgle.

Próbuje otworzyć oczy, ale nie jest w stanie. Przeszkadza jej coś lepkiego. Chce podrapać się po oku, usunąć zakrzepłą krew, ale jej ręce są wykręcone pod dziwnym kątem za plecami i coś je krępuje. Dzwoni łańcuch, trze o coś metalowego.

Helene udaje się unieść jedną powiekę i przez wąską szparkę rozgląda się po ciemnym pomieszczeniu. Tuż obok widzi nogi od stołu i dolną część sofy. Dalej kilka rozłożonych gazet, puste puszki po coli i niemal zgięte wpół koło rowerowe.

Wciąż jest wieczór? Może już noc.

Czas nie istnieje. Tylko tępy ból, który ogarnia wszystko.

Helene opuszcza powiekę. Odpływa. Pojawiają się urywane myśli, ale są zatarte jak mgła i rozmywają się, gdy próbuje je uchwycić.

Widzi w wyobraźni ciemne oczy. Mężczyzn, którzy czegoś od niej chcieli. Ale czego? Chyba jej o nic nie wypytywali? Nie, zrobili tylko tamto. Pełzali po niej jak karaluchy.

Znów słyszy ich kroki. Ciche szuranie. Zbliżają się do niej.

Helene przytomnieje.

To naprawdę kroki.

Ale gdzie?

Zmusza się, by znów otworzyć oko. Nic nie widzi. Ale ktoś tam jest. Słyszy, jak się porusza.

Ostrożnie unosi głowę z podłogi.

Dźwięk przesuwanej zasuwy. Otwierają się drzwi.

Do pokoju wpada światło, wbija się w wąską szparkę jej oka jak szpiczasty sopel lodu i Helene zaciska powiekę.

Zbliżają się kroki.

Helene znów otwiera oko. Kilka razy mruga. Widzi szczupłe nogi w dżinsach. Potem jeszcze dwie. Zmusza się, by unieść głowę. Teraz widzi ich ciała. Twarze.

To nie oni.

To dwóch młodych, nastoletnich chłopaków. Jednego nawet zna. Zwykle macha do niej z boiska, jakby się cieszył na jej widok.

Cicha radość rozlewa się po jej ciele. Tłumi ból, rozjaśnia kolory.

Jest uratowana.

21.03

Kiedy drzwi się otwierają, Haybe Abdikarim zagląda przez ramię Rahimowi Zarifowi. Śmierdzi tu czymś metalicznym. I czymś jeszcze. Ta woń przyprawia o mdłości.

– Cholera, no zajrzyj tam – mówi Rahim.

Haybe robi krok do przodu i dopiero wtedy widzi ją pod ścianą. To ona, Heroina, ta z osiedlowego domu kultury.

A więc Javad miał rację, że do nich zadzwonił i poprosił, żeby jej poszukali w najczęściej używanych kryjówkach przy haszyszowym przejściu. Martwił się, że coś jej się stało. I faktycznie.

Jest okropnie pobita. Jedno oko jest tak zapuchnięte, że wygląda jak czerwono-fioletowa piłka tenisowa, drugie to wąska szparka pod warstwą zakrzepłej krwi.

Heroina wygląda, jakby na nich patrzyła, ale leży bez ruchu i Haybe nie wie, czy kobieta w ogóle żyje. Ściska mu się żołądek i ma ochotę uciec. Zerka na Rahima, ale ten nie wygląda na wystraszonego. Jest raczej zaciekawiony.

Heroina jęczy. Haybe wciąga powietrze i mimowolnie się cofa.

Rahim zerka na niego i szczerzy zęby.

– Strach cię obleciał, co?

– No co ty, jestem tylko zaskoczony. Myślałem, że wykitowała. Zadzwonimy do Javada i powiemy, że ją znaleźliśmy?

Rahim nie odpowiada, robi kilka kroków w głąb pomieszczenia. Haybe niechętnie rusza za nim. Zatrzymuje się obok niego, jakiś metr od Heroiny.

Drżą jej usta i wygląda, jakby znów próbowała otworzyć oko. Na niebieskiej bluzce ma duże, ciemne plamy, a u dołu jest całkiem naga. Na bladych udach widać smugi zaschniętej krwi. A między nogami…

Na ten widok Haybe się wzdryga. Zdejmuje rozciągnięty sweter, żeby ją okryć, ale Rahim wyciąga rękę i go powstrzymuje.

– Nie dotykaj tej kurwy – mówi. – Ubrudzisz się.

Heroina próbuje podciągnąć jedną nogę, żeby się zasłonić, ale udaje jej się tylko o kilka centymetrów unieść kolano.

Rahim wskazuje na jej krocze.

– Widzisz jej cipę. Spuchła od ruchania.

Kobieta się wzdryga, jakby te słowa trafiały ją jak ciosy.

Porusza ustami. Mamrocze coś.

– Co ona mówi? – pyta szeptem Haybe.

– Chce, żeby jej znów wsadzić chuja – mówi Rahim. – Zamknij się, dziwko – dodaje i zamyka jej usta zelówką buta. Przytrzymuje ją tak przez chwilę, a potem zdrapuje trochę brudu z podeszwy o jej usta.

– Chodź, idziemy – mówi Haybe.

Rahim patrzy na niego z drwiącym uśmiechem.

 

– Co z tobą, kurwa? Napaliłeś się na nią, czy co? Chcesz ją wyruchać? No to dalej! Ma taką spuchniętą cipę, że nawet nie zauważy twojego małego fiutka.

Haybe wpatruje się w podłogę. Potem zerka na Rahima. Ten się rozgląda, nadyma się, puszy. Podnosi dżinsy Heroiny, które leżały rzucone obok sofy. Przetrząsa kieszenie, ale znajduje tylko szminkę. Rzuca ją o ścianę.

Haybe znów zerka na Helene. Chyba trochę szerzej otworzyła oko i wygląda, jakby patrzyła prosto na niego. Błaga go.

Pomóż mi.

Haybe nie ma odwagi dalej na nią patrzeć. Przenosi wzrok na Rahima. Widzi, jak ten znajduje torebkę Heroiny do połowy wepchniętą pod sofę, jak ją wyciąga i grzebie w niej. Wyjmuje jasnobrązowy portfel, bierze z niego kilka banknotów i wpycha je do kieszeni.

– Tylko dwieście dwadzieścia. Ale nic dziwnego, takiej taniej dziwce nikt przecież więcej nie zapłaci.

Rahim rzuca torebkę na bok i opada na sofę.

Haybe wciąż stoi tam, gdzie stał.

– Możemy już iść?

Próbuje zgrywać twardziela, ale drży mu głos.

Rahim wyjmuje z kieszeni spodni paczkę marlboro i wyciąga z niej jointa. Zapala, zaciąga się głęboko, kaszle i mruga od dymu.

– Kurwa, co my mamy z nią zrobić? – mówi i znów się zaciąga.

Haybe nie rozumie, o co mu chodzi. Nie chce rozumieć. Jak to, co z nią zrobić?

– Już wiem – mówi Rahim i szybko wstaje. – Daj mi swoją komórkę.

– A po co?

– Nagramy filmik.

Heroina szarpie skrępowanymi rękami.

– Nie możemy po prostu stąd iść? – próbuje Haybe.

– Daj mi komórkę, powiedziałem.

– Masz przecież własną.

– Bateria mi prawie zdechła. No dalej, dawaj.

Haybe wyjmuje z kieszeni telefon, odblokowuje go i podaje koledze.

– Co będziesz nagrywać?

Rahim szczerzy zęby.

– A jak myślisz?

Włącza nagrywanie. Powoli robi panoramiczne ujęcie ciała Heroiny. Potem podchodzi kilka kroków bliżej, kuca i przysuwa telefon do jej nagiego podbrzusza i zakrwawionych ud.

Haybe przestępuje z nogi na nogę, nie wie, co robić. Szlag by to trafił, myśli. Po co mu pożyczałem tę komórkę?

Heroina znów się porusza, w końcu udaje jej się założyć nogę na nogę.

Rahim szczerzy zęby i wstaje. Potem ustawia się obok jej głowy i przydeptuje jej włosy.

Helene szarpie głową, ale to na nic. Rahim przysuwa jej kamerę do twarzy, a ona chce się cofnąć, uciec. Ale nic z tego, wciąż przydeptuje jej włosy.

– Uśmiechnij się do kamery – mówi Rahim. – Będziesz sławna.