Lwowska kołysankaTekst

Z serii: Dwa miasta #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jesteś prawdziwą kobietą, moją pierwszą.

– A ty moim pierwszym – śmiała się.

– Co będzie dalej?

Wzruszyła ramionami, zakładając białą płócienną halkę.

– Nic nie będzie. Przecież wiesz o tym tak dobrze jak i ja.

Usiadł i wziął się do zakładania koszuli.

– Mogłabyś przyjechać do mnie, do Lwowa. Znalazłbym ci mieszkanie...

Spojrzała na niego ze złością.

– Jak śmiesz? Mam być twoją utrzymanką? Zresztą – zaśmiała się – z czego byś mnie utrzymywał? Proszę, przestań. Wiemy oboje, że nic z tego nie będzie.

– Julio, jesteś okrutna.

– Nie, praktyczna. Tego mnie życie nauczyło.

Spotkali się jeszcze ze dwa razy, potem Stecki wyjechał na miesiąc do Wiednia.

Wakacje się kończyły. Julia właściwie była spakowana – zresztą jej skromny dobytek nie wypełnił nawet całej walizki – a przede wszystkim zdecydowana wyjechać. Siostry niepokalanki już zawiadomiła, nie odwodziły jej od powziętej decyzji.

Najbardziej żałowała jej Eudoksja. Wiele łez wylała, gdy się dowiedziała, że Julię ciągnie do Lwowa.

– Może ci znajdziemy jakiego gospodarza tutaj u nas? – kombinowała. – Wdowiec najlepszy, bo ziemię po żonie nieboszczce ma, więc posagu mu nie trza. Baby do dzieci taki potrzebuje. No i do łoża. – Zaśmiała się, zadowolona z własnego dowcipu.

– Już to kiedyś, Dosiu, słyszałam – odparła Julia, przypominając sobie teorie cioci Jadzi. – Dziękuję ci za te wspaniałe rady, ale nie skorzystam. Nie potrafię na roli pracować, jakoś mi do tego nieśpieszno. Do miasta chcę.

– Zrobisz po swojemu. Ale jak ci tam źle będzie, Julka, to wracaj. Zawsze się gdzieś u nas przytulić możesz, przeczekać...

– Będę pamiętać, kochana. – Julia przytuliła się do przyjaciółki i długo nie mogła wypuścić jej z ramion. – Napiszę, gdy tylko będę mogła.

Tamtego popołudnia, gdy wracała od Dosi, bardzo się spieszyła. Do szkoły po wakacjach zjeżdżały uczennice, a ona przecież musiała dziewczęta rozlokować w sypialniach i pomóc im się rozpakować. Po raz ostatni.

Gdy weszła na dziedziniec, podbiegła do niej Marianna Stecka, siostra jej kochanka.

– Już przyjechałaś, Marianno? – ucieszyła się na jej widok Julia. – Jak ci przeszły wakacje?

Ale Marianna nie miała szczęśliwej miny, wręcz tonęła we łzach. Podhorecką ogarnęły złe przeczucia.

– Panno Juliooo – szlochała, przypadłszy do niej. – Mamcia poszła do matki przełożonej skarżyć się na panią...

Właściwie jej to nawet nie zdziwiło, brała pod uwagę możliwość, że wszystko się wyda. Poczuła wstyd, że odbywa się to w ten sposób.

– Aleksander napisał mamci, że panią kocha – mówiła dziewczynka, a Julia gładziła jej kruczoczarne włosy, takie jak włosy brata. – Bo rodzice chcieli, żeby w Wiedniu studia dokończył. Ale on się sprzeciwił. Mamcia się bardzo zdenerwowała, krzyczała, że z pani stara bałamutnica. Ale ja panią kocham i Alka kocham...

– Gdzie twoja mama?

Marianna wytarła nos w rękaw. Tak jej na pewno w klasztorze nie uczono.

– U matki przełożonej. Jak tylko zajechałyśmy, zaraz do niej pobiegła...

– A twój brat?

– Z Wiednia wraca. Niedługo będzie.

Julia jeszcze raz przytuliła podopieczną, zabrała jej bagaż i odprowadziła do sypialni. Sama zajrzała do swojej. Otworzyła walizkę i wrzuciła do niej jeszcze kilka drobiazgów, zabrała z wieszaka przy drzwiach okrycie, torebkę i wyszła. Idąc po raz ostatni klasztornym korytarzem, uśmiechała się do siebie. Panienki patrzyły za nią zdziwione, stojąc w drzwiach swych sypialni. Gdy znalazła się na dziedzińcu, odwróciła się i raz jeszcze spojrzała na budynek klasztorny.

– Dziękuję, biała pani – wyszeptała. – Za wszystko ci dziękuję. Za schronienie, za dobroć twoich służebnic, za Dosię, za to, że takie miękkie były trawy na nadrzecznych łąkach. Za tamto życie.

Bo nie miała wątpliwości, że zaczyna nowe.

Miała wyrzuty sumienia, że ucieka bez pożegnania z tymi, które jej tyle dobroci okazały. Ale nie widziała potrzeby, by im się tłumaczyć z tego, co się między nią i Aleksandrem wydarzyło. Cóż one o tym mogły wiedzieć? Bała się również spotkania z rozwścieczoną panią Stecką. Winną nie czuła się wcale.

Co do Aleksandra... Nigdy w nim nie była zakochana. Nic mu nie obiecywała, on jej też. Myślała, że wszystko między nimi jest jasne. Nie rozumiała, skąd teraz ten jego afekt, z którego w dodatku postanowił się zwierzyć matce... To mu tylko komplikowało życie. Na co mu ta miłość, no na co? Liczyła, że dojdzie do rozumu, tylko musi minąć więcej czasu. Może jednak większy z niego dzieciak, niż jej się wydawało?

Do stacji dotarła zaraz po zachodzie słońca. Musiała czekać na żonę zawiadowcy, która sprzedawała bilety, żeby do niej zeszła.

– Jeden do Lwowa – powiedziała, podając pieniądze.

– Dziś już nie pojedzie – poinformowała ją kobieta. – Po pierwszej w nocy dopiero odchodzi osobowy.

– Niech będzie, nie szkodzi – uparła się Julia.

Zabrała karteluszek i usiadła na ławce na peronie. Czekała.

W nocy obudził ją zawiadowca. Zresztą nie musiał tego robić, przecież świst i gwizd lokomotywy i tak by ją otrzeźwił. Wsiadła do wagonu trzeciej klasy, zajęła miejsce na twardej ławce. Pociąg szarpnął i ruszył. Jechała w świat...

***

Od strony nasypu kolejowego rozległ się przeciągły sygnał lokomotywy. „Siódma dwadzieścia do Tarnopola” – pomyślała Julia, otrząsając się ze wspomnień. Czas budzić Nelkę i Józkę. Wstała ciężko z krzesła i poszła w kierunku sypialni. Po wczorajszych wydarzeniach żal jej było zrywać dziewczynki. Sama też czuła się zmęczona. I stara...

Ciepły bochen kupiony w piekarni u Szmula przyjemnie grzał dłonie. Dobrze, że Żyd handlował przy święcie, więc było gdzie kupić świeże pieczywo po mszy. Adela przyciskała bochen do cienkiej sukienki, starając się w ten sposób choć trochę rozgrzać. Pomimo ciepłej niedzieli trzęsła się z zimna. Zaledwie godzina spędzona w pięknym, lecz wychłodzonym kościele jezuitów wystarczyła, by zmarzła do szpiku kości.

Wiara Adeli była głęboka, ale wymagała porządnej oprawy. Dziewczyna zdawała sobie z tego sprawę. Matka może miała trochę racji, mówiąc, że Ada do kościoła przychodziła jak do teatru, popatrzeć i poprzeżywać. Ale przecież w tym barokowym przepychu wnętrza Piotra i Pawła objawiała się potęga Boga. Adela czuła to mocno.

Jako mała dziewczynka marzyła, żeby wstąpić do jakiegoś konwentu. Do karmelitanek na przykład. Miały we Lwowie piękny klasztor...

Widziała siebie w habicie, całe dnie spędzającą na modlitwie. Z opowiadań matki wiedziała, że ona młodość spędziła wśród zakonnic, i zazdrościła jej tego. Dziwiła się, że matka nie wstąpiła do klasztoru.

Lecz Adela nie miała najmniejszych szans na wkupienie się do konwentu. Złożenie ślubów trzeba było opłacić wielką sumą, a jej rodziny nie było na to stać. Choć ostatnio jakoś rzadziej o tym myślała. Częściej na przykład o piekielnie przystojnym Ablu...

Zresztą Adela tak naprawdę wolałaby być księdzem. Żałowała czasem, że nie urodziła się mężczyzną. Ksiądz przy ołtarzu był jak aktor, patrzyły na niego tłumy wiernych. Miał rząd dusz, miał posłuch, był pośrednikiem między człowiekiem i Bogiem. Miał władzę.

Zawiał mocniejszy wiatr i Adelę znowu przeszedł zimny dreszcz. Z żalem pomyślała o wełnianej chuście pozostawionej przed wyjściem z domu na oparciu krzesła. „Trzeba było jednak po nią wrócić... I cóż z tego, że brzydka – zganiła się w myślach. – Matka jak zwykle miała rację...”

Ruszyła szybciej słoneczną stroną ulicy, walcząc z pokusą, by skubnąć choć krztynę brązowej, zapewne chrupiącej smakowicie skórki chleba. Wiedziała, że matka może się gniewać z tego powodu do wieczora. Dla niej najważniejszy był porządek i czasem byle co wyprowadzało ją z równowagi. Nadgryziony chleb mógł zepsuć niedzielę wszystkim domownikom, a tego Adela nie chciała. Postanowiła więc wytrwać mimo zapachu drażniącego nozdrza. Szła przez Stare Miasto, ciesząc się wolnym dniem.

Na wysokości opery usłyszała za plecami przeciągły gwizd. Pomyślała, że jakiś batiar się do niej przyczepił. Znała tych niebezpiecznych łobuzów, którzy uwodzicielski urok mieli tylko w piosenkach. Nie miała ochoty na prostacki podryw, więc nie oglądając się za siebie, przyspieszyła kroku.

– Ada, gdzie tak lecisz?! Poczekaj!

Chodnikiem biegł ku niej Kacper Suczaj.

– Ach, to ty! – ucieszyła się na widok kolegi. – A gdzieżeś tu zawędrował?

– Byłem u Piotra i Pawła na mszy.

– Co ty powiesz, ja też! – Zaśmiała się. – I jak to możliwe, żeśmy się nie spotkali?

Chłopak przemilczał, że specjalnie wolał usiąść tak, żeby na Adę móc bezkarnie patrzeć.

– A jakoś widocznie możliwe – odparł wymijająco i wyjął z kieszeni odświętnej (jedynej zresztą) marynarki papierową torebkę. – Cebularza od Szmula chcesz? Jeszcze ciepły.

Ada uśmiechnęła się na widok pieczywa. Tego jej było teraz trzeba! Ucieszył ją ten prezent bardziej, niż gdyby Kacper wręczył jej bukiet czerwonych róż.

– Potrzymaj. – Podała chłopakowi bochenek i odgryzła kawałek ciepłej bułki posypanej makiem. Smakowała jak zawsze wspaniale. Szmul wypiekał najlepsze cebularze w całym mieście.

Po chwili zreflektowała się, oderwała kawałek i podsunęła koledze.

– Nie, ja już jadłem – skłamał. – Jedz sama.

Wiedziała, że powiedział nieprawdę, bo niby skąd miał mieć pieniądze na dwie bułki? Matka z jego własnych pieniędzy wydzielała mu tylko skąpą tygodniówkę. Tym bardziej doceniła ten wielkoduszny gest.

Szli dalej w milczeniu. Kacper co chwilę ukradkiem zerkał na sąsiadkę. Jej uśmiechnięte oczy – i nie tylko one – śniły mu się po nocach. Budził się z tych snów w spoconej, zmiętej pościeli, nierzadko wykrzykując jej imię. Wiedział o tym, bo matka, z którą dzielił izbę, niejednokrotnie robiła mu z tego powodu wymówki. Stara Suczajowa nie lubiła Adeli i Kacper się temu nie dziwił. Dziewczyna była wyniosła, zdecydowana i szorstka w obyciu. Zawsze głośno mówiła to, co myślała. Zresztą matka bała się i innej rzeczy. Że syn ożeni się i już nie będzie utrzymywać jej ani Melki.

 

– Jak tam u was po wczorajszej chryi? Doszliście do siebie? – chciał wiedzieć Kacper.

– Spokojnie, choć Józka boi się pójść jutro do szkoły.

– Matka przed spaniem się rozgadała o wszystkich znanych jej przypadkach kobiet, które zabiły własne dziecko... Słuchać już tego nie mogłem, a Melka się rozpłakała ze strachu. Wiesz, ona...

– Wiem – przerwała szybko Ada.

Jednak tragedia młodej sąsiadki, choć przecież poruszająca, nie wydawała jej się tak ekscytująca jak zbrodnie z pierwszych stron gazet. Na przykład sprawa Rity Gorgon, którą żyły Lwów i cała Polska kilka lat temu. Gorgonowa, niańka dzieci poważanego lwowskiego architekta Zaremby i jednocześnie jego kochanka, została oskarżona o zamordowanie swojej podopiecznej. Sąd uznał oskarżoną za winną zbrodni, choć sędziowie nie mieli ani jednego mocnego dowodu jej winy. „Ilustrowany Kurier Codzienny”, który opisywał szczegóły zbrodni, zamieszczał wywiady ze służbą i znajomymi Zarembów oraz relacjonował słowo w słowo proces, rozchodził się na pniu.

Teraz, po drodze do domu, zastanawiała się, jak wygląda kobieta, która pozbyła się dziecka. Jak wygląda zabójczyni? Nagle poczuła, że musi, po prostu musi to odkryć!

– Może byśmy po południu przeszli się na Wysoki Zamek? – zaproponował Kacper.

Dotarli właśnie do przystanku tramwaju, który miał ich dowieźć na Żółkiewską.

– Może byśmy się przeszli... – odparła Ada z zadumą. – Ale teraz. Zaraz – dodała zdecydowanie.

Suczaj uśmiechnął się od ucha do ucha. Nie przypuszczał, że jego propozycja spotka się z takim entuzjastycznym przyjęciem.

– Jak sobie, Aduś, życzysz. – Zadowolony zrobił w tył zwrot i ruszył w stronę zamkowego wzgórza.

– Ej, ej – zatrzymała go dziewczyna. – Nie w tę stronę. Czekamy na tramwaj.

– Tak? – zdziwił się Kacper i stanął zdezorientowany. – Na Wysoki Zamek chcesz tramwajem? No dobrze...

– Oj, ty ciągle swoje! – zirytowała się. – Jedziemy na Janowską. Zobaczyć ten chlew.

Na przystanku zatrzymał się tramwaj. Ada pociągnęła Kacpra za rękę i po chwili oboje stali w ścisku w wagonie, trzymając się skórzanych uchwytów zwisających z góry. Ada co rusz wyglądała przez okno.

– Nie chcę przegapić przystanku... – wyjaśniła. – Raz tu tylko byłam z ojcem na pogrzebie. Józka też pojechała z nami i pokazywała mi wtedy, gdzie mieszka Kryśka Zielecka...

– Ale po co chcesz tam jechać? Zwariowałaś chyba. Choć zapewniam cię, że moich uczuć do ciebie to nie zmienia.

– Muszę wiedzieć, jak ona wygląda. Wczoraj zobaczyłam najokropniejszą rzecz w życiu... Kosteczki wystawały z tego strzępka... mięsa. I małe paluszki, paznokietki takie... Kacper, dzieci w naszej ochronce, te najmłodsze, mają niewiele większe łapki... – Ada szybko otarła łzy wierzchem dłoni i złapała się uchwytu, bo tramwaj bujał. – A ona... Ona nie dała szansy tamtemu dziecku. Zabiła je. Chcę wiedzieć, jak wygląda potwór.

Kacper uznał, że nie ma sensu tłumaczyć Adeli, jak małe jest prawdopodobieństwo, że spotkają tę wyrodną matkę. A jeśli nawet, to po czym ją poznają? Przecież ona może mieszkać zupełnie gdzie indziej...

– Twoja matka się wścieknie – chwycił się ostatniej deski ratunku.

Adela przez chwilę milczała.

– Moja matka – odezwała się cicho, a zgrzyt tramwaju tłumił dodatkowo jej głos – zrozumie mnie. Tego akurat jestem pewna. O, teraz musimy wysiąść.

Janowska przywitała ich w pełnym słońcu. O porannym chłodzie Ada zapomniała już dawno. Teraz grzały ją emocje.

Okolica nie była raczej wytworna. Domy, choć dużo wyższe i okazalsze niż na Zniesieniu, wyglądały na mocno zaniedbane. Przedmieście Janowskie znane było z dużej nekropolii, na której chowano biedotę, więc i biedota tu mieszkała.

Dziewczyna stanęła niepewnie przed jedną z kamienic.

– To chyba tutaj.

Kacper popatrzył na budynek z powątpiewaniem.

– Niby gdzie te świnie trzymają według ciebie? Na pierwszym piętrze? Czy na strychu?

Adela pchnęła ciężkie, obłażące z farby drzwi do bramy i weszła do ciemnej sieni. Pachniało jak zwykle w takich miejscach moczem i wilgocią, a także chłodem ciągnącym z piwnic. W słabym świetle wpadającym przez brudne okienka umieszczone nad bramą migotała niewyraźnie czarno-biała posadzka.

– I co teraz? – zapytał Kacper.

Dziewczyna rozejrzała się i przy skrzynkach pocztowych dostrzegła spis mieszkańców.

– Zielecki... – przeczytała cicho. – Trzecie piętro.

– Chcesz tam pójść, zapukać i powiedzieć po prostu, w jakim celu przyszłaś?

Lecz Adela ruszyła już przez sień wprost do drzwi na podwórze. Wyszli na wiejskie niemalże tyły kamienicy. W podwórku znajdowały się odgrodzone od siebie małymi płotkami mikroskopijne ogródki. Za nimi było widać jakieś niskie budy.

– No, to jesteśmy w domu – ucieszyła się Adela.

Ruszyli w stronę zabudowań. W jednej z szop faktycznie odkryli cztery świnie. Adeli zrobiło się trochę słabo na myśl, co się tu stało dwa czy może trzy dni temu...

– Co dalej? – Kacper był już zniecierpliwiony.

– Poczekamy, zobaczymy...

Usiedli na chyboczącej się ławeczce przed jedną z bud. Młody Suczaj łakomie zerkał na bochen chleba, który trzymała Ada. Jakby z nią nie pojechał, jadłby już zapewne rosół z kluskami, który co niedzielę gotowała matka...

Nagle na podwórze wybiegł chudy i przeraźliwie piegowaty chłopiec.

– Ej, ty – zaczepiła go Ada. – Chcesz zarobić?

Mikrus przyjrzał się Adzie i Kacprowi.

– No – potwierdził, wycierając nos w rękaw.

– Powiedz, wiesz, co się tu w chlewie stało tak ze dwa dni temu? Co Kryśka znalazła?

– No. – Tym razem chłopak kiwnął również głową i zaświeciły mu się oczy. – Zieleckich świnie zjadły dziecko, błee... Nikt od nich mięsa tera nie kupi...

Ada skrzywiła się, bo ten aspekt sprawy dotąd nie przyszedł jej do głowy. Mały miał rację...

– A wiesz, kto to dziecko... No wiesz? – badała dalej.

Chłopak wsadził sobie palec do ucha i zaczął się intensywnie drapać.

– A ile zarobię? – zainteresował się.

To była drażliwa kwestia, bo żadne z nich nie dysponowało sumą, która mogłaby skusić chłopaka. Właściwie nie dysponowali żadną sumą.

– A ile byś chciał? – zapytał Kacper, wkładając kciuki pod szelki.

– Dacie na bilet na Pogoń, to powiem.

Kacper głośno wypuścił powietrze.

– Bilety na mecz majątek kosztują! Chcesz nas oskubać? Ty nie powiesz, to kto inny powie... Chodź, Ada, idziemy.

– Dobra, nie chcę na bilet. – Dziecko najwidoczniej było gotowe na negocjacje. – I tak zawsze na drzewo przy stadionie wchodzę... Dasz mi swoje szelki i będziemy kwita.

– Chyba zwariowałeś! – oburzył się Kacper.

– Czekaj, nie idź. – Adela zaczęła zatrzymywać chłopca, który już obracał się na pięcie. – Kacper, dawaj te szelki. No dawaj, proszę cię!

Wtedy dowiedzieli się tego, o czym wiedzieli wszyscy na Janowskiej. Noworodka nie pozbyła się matka, tylko ojciec. A kara go nie spotka, bo to... miejscowy policjant.

– No i masz swoją dzieciobójczynię – mruczał niezadowolony Kacper.

Wracali na Zniesienie piechotą, a on musiał spodnie podtrzymywać, gdyż z braku szelek co chwilę opadały mu na biodra.

– Zwężę ci je po obiedzie – obiecała Ada. – I tak miałyśmy z matką szyć dzisiaj. Józka i Nela rosną jak na drożdżach. I wiecznie trzeba przedłużać sukienki, przerabiać na nie moje rzeczy...

Zaczęła rozmyślać o tym, czego się dowiedzieli. Tym bardziej, że teraz jeszcze zwątpiła w istnienie sprawiedliwości... Bo kto się odważy oskarżyć policjanta? Nikt się o to biedne dziecko nie upomni... A ta kobieta... Zgodziła się tak po prostu, żeby on zabrał maleństwo i...? Ada wolała myśleć, że tamta nie miała nic do gadania.

– To wszystko takie straszne – powiedziała bardziej do siebie niż do kolegi.

– Straszne – potwierdził. – Ale to sami ludzie takie straszne rzeczy robią sobie nawzajem. Mojego ojca kumple od kieliszka zabili, Melę ktoś z sąsiedztwa skrzywdził przecież... Ech, szkoda gadać.

Adela zapomniała, że jej przyjaciel też tyle złego doświadczył. Zmagał się z tym od lat... Poczuła dla niego coś w rodzaju czułości. Ostrożnie złapała go za rękę. Kacper spojrzał na nią zdziwiony. Ścisnął delikatnie jej dłoń, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.

Szli wzdłuż torów, nic już nie mówiąc. Przed kamienicą Adela puściła rękę Kacpra, skinęła mu głową i poszła do mieszkania odprowadzana niechętnym wzrokiem Suczajowej, czekającej na syna w bramie.

W domu oczywiście wybuchła awantura. Matka wykrzykiwała, że odchodziła od zmysłów, gdy wrócili z kościoła, a jej jeszcze w domu nie było, że Ada jest nieodpowiedzialna, daje zły przykład siostrom i kłamie.

– Chciałam, żebyś ojcu obiad zaniosła, czekałam na ciebie i czekałam, w końcu Józkę musiałam posłać! Miałaś iść do kościoła, a gdzie poszłaś naprawdę? – piekliła się. – Widziałam, że Suczaj się za tobą wymknął rano...

– Mamo, co ty chcesz powiedzieć? – Ada spojrzała na matkę surowo. – Nic złego nie zrobiłam.

Julia usiadła przy stole, chowając twarz w dłoniach.

– Denerwowałam się – wyszeptała. – Szalałam z niepokoju. Nie można ci ufać... Jesteś nieprzewidywalna, dziecko...

– Ja? Ja nieprzewidywalna? – broniła się zaciekle dziewczyna. – A kto wczoraj wyrzucił przez okno wielkiego kawona? Mało Oblatowej nie trafiłaś! To jest według ciebie normalne? – syknęła do matki.

Julia nie odezwała się do niej do końca dnia. Ciągle wracały do niej obrazy z przeszłości. Trudne początki we Lwowie. Tak bardzo by chciała, aby jej córki miały łatwiejsze życie i nie popełniły jej błędów...

***

Dworzec Główny we Lwowie, ukończony na początku dwudziestego wieku, należał do największych w Europie. Nowoczesny, z przeszklonym dachem nad peronami. Robił wrażenie na podróżnych.

Takiego właśnie wrażenia doznała Julia Podhorecka, wysiadając nad ranem z wagonu trzeciej klasy. Oświetlone, zamknięte szklanym dachem perony wyglądały jak sale balowe w królewskim pałacu.

Onieśmielona rozglądała się dookoła, ściskając w ręku walizkę. O tej porze niewielu podróżnych spacerowało po dworcu. Ci, którzy wysiedli z tego samego co ona pociągu, śpiesząc się, poszli przed siebie. Ona zastanawiała się, co zrobić i w którą stronę się udać. Zaspana, zmęczona, zaczynała żałować, że bardziej nie przemyślała tego kroku. Usiadła na wąskiej ławce, sięgnęła do torebki, aby spojrzeć na adres Maryni zapisany na karteczce i plan miasta, który jej siostra przysłała. Już zawczasu Julia zaznaczyła na nim, gdzie siostra mieszka i jaką trasą ma do niej pójść z dworca.

Zjawił się jak spod ziemi. Niski, rozczochrany obdartus w prującym się kaszkiecie.

– Co tu pani szanuwna sama robi? Moży jakoś pomóc? – zapytał, pokazując w uśmiechu zepsute zęby.

– Nie trzeba, dziękuję – odparła krótko.

– Pani tak si mni ni boi. – Usiadł obok, obejmując ją ramieniem. – Ja dla bezpieczeństwa z panią zostanę.

Julia wstała gwałtownie, uwalniając się od namolnego batiara i zapachu wódki, który ją owionął, jak tylko tamten otworzył usta. Rozejrzała się spanikowana po peronie, szukając kogoś, kto mógłby jej pomóc. Nikogo jednak nie zauważyła.

– Niech mnie pan zostawi! – krzyknęła, przyciągając do siebie walizkę i odchodząc kawałek.

Obdartus uśmiechnął się krzywo. Wstał.

– Ja ci, dziunia, tę walizkę pomogę nieść – zakomunikował i w jednej chwili już był przy niej. Wyrwał jej bagaż i zaczął uciekać.

– Stój, stój! – wołała z rozpaczą.

W pierwszym odruchu rzuciła się za nim, ale zdała sobie sprawę, że nie ma żadnych szans. Przystanęła zrozpaczona, przyciskając do siebie mocno torebkę. Przynajmniej tego jej nie ukradł, dokumentów i adresu.

Chuligan dobiegał już do schodów, gdy nagle drogę zastąpił mu wysoki młodzieniec w mundurze kolejarskim. Wymierzył pięścią w szczękę obdartusa i tamten gwałtownie zatoczył się do tyłu. Wykorzystując chwilę ogłuszenia, młodzieniec wyrwał bandycie walizkę.

– Zjeżdżaj, gadzie, bo policaja zawołam! – warknął na niego.

 

Tamten otarł rękawem podartej kapoty nos i posłusznie zbiegł po schodach, klnąc przy tym, na czym świat stoi.

Kolejarz podszedł do Julii, oddając jej walizkę.

– Niech pani uważa następnym razem, bo niebezpiecznie jest zawierać przypadkowe znajomości w tym mieście – napomniał.

– Żadnych znajomości nie zawierałam – oburzyła się. – To on się przyczepił. Bardzo... Bardzo panu dziękuję, ta walizka to cały mój dobytek – dodała.

Młody człowiek się roześmiał.

– Naprawdę? Wszystko ma pani w tej jednej małej walizce? To niewiele chyba?

Podhorecka spuściła oczy zawstydzona.

– Ale właściwie, gdybym ja miał cały swój dobytek spakować do walizki, więcej by tego nie było! – dodał wesoło. – Pani kogoś we Lwowie wizytuje?

– A skąd pan wie, że ja nie stąd?

– O! Przecież od razu to widać. – Zaśmiał się. – Rodowita lwowianka nie patyczkuje się z batiarnią, nie dyskutuje, tylku od razu po mordzi wali! A pani próbowała grzeczniutko załatwić sprawę. Z nimi grzeczniutko si ni da!

– Dziękuję, następnym razem będę walić po mordzie. – Uśmiechnęła się.

Chłopak przyjrzał się jej uważniej. Spodobała mu się ta panna. Narowista i postawna, widać, że dojrzała już, nie młódka. Nawet zmęczenie malujące się na jej twarzy nie zaćmiło blasku jej zielonych oczu.

Zdjął czapkę i skłonił się lekko.

– Ja si pani nie przedstawił. Nazywam się Paweł Szuba. Pracuję na tym dworcu.

– Julia Podhorecka. – Odwzajemniła uśmiech. – Przyjechałam z Jazłowca. Przed godziną. – Zawahała się. Zapytać go o drogę do Maryni czy raczej nie ryzykować? Postanowiła, że spróbuje.

– Zielona ulica? Pewnie, że wiem, gdzie jest. Trzeba było pani Julii jechać aż na Dworzec Łyczakowski, stamtąd dwa kroki już. A tak całe miasto mamy do przejścia!

– Jak to mamy? – Wciąż była ostrożna.

– Bo ja panią odprowadzę do siostruni – poinformował ją, składając głęboki ukłon. – Jak raz już żem panią uratował, to nie pozwolę, żeby się znowu jakaś tragedyja zdarzyła.

– Nie trzeba, naprawdę nie trzeba...

Ale młody człowiek się uparł. Powiedział, że za pół godziny kończy nockę, więc pójdą sobie spacerkiem. A najlepiej poczekają na pociąg, podjadą na Łyczaków. Będzie za niecałą godzinę.

– Zaprowadzę panią do bufetu, napije się pani herbaty, odpocznie sobie, a ja zdam zmianę i się odmelduję. I jak tylko dopełnię obowiązków, zaraz po panią przyjdę – zdecydował.

Zaprowadził ją do dworcowej restauracji. Chciała mu powiedzieć, że nie ma pieniędzy, ale nie było to potrzebne. Gdy wprowadził ją do bufetu, od razu zagadał do stojącego za barem wąsatego mężczyzny.

– Maniuś, herbatki pani naparz, a migiem. Wszelkie koszta na mnie zapisz.

– Jeszcześ mi, Szuba, za poprzedni miesiąc nie oddał – naburmuszył się tamten.

– Przecież ci nie ucieknę, oddam, oddam, spokojna twoja nieuczesana...

Tamten pomarudził, ale herbatę podał. Paweł przyniósł ją Julii do stolika.

– I niech pani pamięta, jak się ktoś przyczepi, to...

– ...od razu walić w mordę – dokończyła, a on się uśmiechnął i zakładając czapkę, wyszedł do hali dworca.

Siedząc przy stoliku, Julia poczuła dopiero, jak bardzo jest zmęczona i głodna. Ileż to już godzin nie spała? Dużo... Gorąca herbata działała usypiająco i postanowiła choć na chwilę zamknąć oczy.

Marynia na pewno się zdziwi, gdy ją zobaczy. Spodziewała się jej dopiero za kilka tygodni. Ale przecież chyba znajdzie dla niej miejsce? Przecież Jan się nie sprzeciwi, gdy będzie chciała zostać kilka dni. Tylko kilka dni, potem coś sobie znajdzie. Zresztą przyjaciółka Marii ma jej wynająć pokój. Może już jest wolny. Może nie będzie chciała zapłaty za pierwszy miesiąc z góry?

Zastanawiała się, czy dobrze robi, zawierzając temu kolejarzowi. No ale chyba można było mu ufać? W końcu chodził w mundurze i robił wrażenie porządnego. Do tego przystojny, jasnowłosy, z wąsikiem i niebieskimi, wesołymi oczyma. Dobrze mu z tych oczu patrzyło...

Nagle poczuła, że ktoś dotyka jej ramienia. Ocknęła się, zerwała i wymierzyła na oślep... Usłyszała brzęk tłuczonej szklanki i syk bólu.

– O jasny gwint... Ale ma pani cios...

Przed nią stał Paweł Szuba, trzymając się za szczękę.

– O Boże, najmocniej przepraszam – wydukała przerażona. – Ja myślałam, że to znowu ten batiar...

– No ale trzeba przyznać, że się pani szybko uczy i ma dobre odruchy. Na szczęście nie trafiła pani dokładnie w punkt. To co, idziemy? Bo nam zwieje pociąg.

Julia podniosła się i pozbierała swoje rzeczy.

– Szuba, a kto mi za szklankę zapłaci? – żołądkował się wąsaty barman.

– Spokojno, spokojno, oddam ci, Maniu, oddam... – zapewnił, ciągnąc za sobą Podhorecką. – Strasznie ten Maniu wyrywny. Już oddawać. Ja mogi, ali z czegu? – Zaśmiał się.

Poszli razem na peron i wsiedli do pociągu, który podjechał w kłębach pary.

Julia ciekawie przyglądała się miastu, które rysowało się w oddali. Na jego dachach wstające słońce zapalało blaszane błyski, wyostrzało strzeliste wieże świątyń.

– Wielki jest Lwów – powiedziała zamyślona.

Szuba poczuwał się do roli przewodnika.

– Wielki – przyznał. – A ile tu kościołów, ile cerkwi... A tam, te wysokie trzy wieże pani widzi? To kościół Elżbiety. Najwyższy w mieście. Za nim święty Jerzy. A tam znowu ratusz... A tam katedra łacińska...

– A te wzgórza tam? – zainteresowała się Julia.

– To Wysoki Zamek i kopiec Unii. Tam się spaceruje.

Pomyślała, że chciałaby się budzić co rano i patrzeć na ich zieleń. Przypominały jej rodzinne strony, za którymi bynajmniej jeszcze nie tęskniła, ale... Trochę Jazłowca we Lwowie.

Gdy wysiedli na Łyczakowie, ogarnął ją strach. A co, jeśli krewnych nie ma w domu? Mieli pod Lwowem domek. Odkąd Staś, synek Maryni, pojawił się na świecie, często spędzali czas na wsi. Co, jeśli wyjechali?

– Coś pani tak ucichła? – zagadnął Paweł, kiedy szli ulicą Świętego Piotra wzdłuż cmentarza Łyczakowskiego.

Julia westchnęła. Nie chciała mówić temu miłemu człowiekowi, że tu nikt na nią nie czeka i nikt tu jej nie chce, i właściwie nie wie, co z nią dalej będzie.

– Trochę się boję tego miasta... Kamienice wielkie, ulice brukowane i ludzi pełno. Tramwaje pędzą, auta i dorożki... Straszno mi jakoś.

– Przyzwyczai się pani. Ja też tu niedawno całkiem nowy byłem. Gdyby pani wiedziała, co się tu działo, jak żeśmy tu Polskę robili! Wojna na ulicach, tyle ludzi zabitych. I ja do takiego miasta przyjechałem. Mój tatuś, co walczył ze mną ramię w ramię...

– Pan walczył?

– Każdy Polak walczył. Ojciec tu za tym murem leży. Bohaterem został.

Szli długo. Julia patrzyła, słuchała, wąchała to miasto. Zastanawiała się, czy ją przyjmie do siebie, czy odrzuci? I co w takim wypadku przyjdzie jej począć?

W końcu dotarli do domku z ogródkiem. Z komina szedł dym, więc Julia miała nadzieję, że ktoś tam jednak w środku jest.

– To tutaj, panie Pawle. – Zatrzymała się i wyciągnęła do niego rękę. – Bardzo za wszystko dziękuję. Jest pan dobrym człowiekiem. Bez pana bym zginęła...

– Poznać panią było wielką przyjemnością. – Ukłonił się i uścisnął jej dłoń odrobinę dłużej, niż wypadało. – Czy mogę mieć nadzieję jeszcze panią spotkać?

– Nie wiem, może... – Julia denerwowała się spotkaniem z siostrą i nie bardzo była w stanie się skupić na tym, co mówi kolejarz. Patrzyła niespokojnie w stronę furtki.

– Gdyby potrzebowała pani pomocy, znajdzie mnie pani na dworcu. Wystarczy zapytać u zawiadowcy o Szubę – deklarował.

– A więc do widzenia. – Pożegnała się i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę furtki. Patrzył za nią, jak otwiera ją i wchodzi do ogródka pełnego różanych krzewów, a potem dzwoni do drzwi wejściowych i w końcu znika za nimi.

„Co za kobieta” – pomyślał z uznaniem i założywszy z powrotem czapkę, ruszył ulicą przed siebie. Kiedy godzinę później dotarł na Gródecką i położył się spać w łóżku w wynajmowanym pokoju, śniły mu się jej zielone oczy.

Julia patrzyła na Marynię i nie poznawała jej. Czy naprawdę ta pulchna kobieta o twarzy pełnej drobnych zmarszczek jest jej siostrą? Nie widziały się tyle lat! Po ciąży Maria straciła wąską kibić, a jej rysy nabrały ciężkości. Ale zielone oczy Podhoreckich wciąż świeciły dawnym blaskiem.