Begin AgainTekst

Z serii: Begin Again #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Begin Again

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Ilustracja na okładce: FinePic®, München

Copyright © 2016 by Bastei Luebbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-682-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Begin again - playlista

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

Epilog

Podziękowania

Christianowi, który wspiera mnie najbardziej

b e g i n a g a i n

p l a y l i s t a

Brain – Banks

Waiting Game – Banks

Feel Real – Deptford Goth

Meet You There – Busted

Can’t Break Thru – Busted

Strong – One Direction

Right Now – One Direction

Ocean Avenue – Yellowcard

Breathing – Yellowcard

Irresistible – Fall Out Boy

The Kids Aren’t Alright – Fall Out Boy

Fourth Of July – Fall Out Boy

I Wish You Would – Taylor Swift

New Romantics – Taylor Swift

Red – Taylor Swift

Fearless – Taylor Swift

A Beautiful Lie – Thirty Seconds To Mars

Attack – Thirty Seconds To Mars

Jealous – Nick Jonas

Where Are Ü Now – Jack Ü, Skrillex, Diplo, Justin Bieber

1

White

Wpatrywałam się w nazwisko przy dzwonku. Przechyliłam głowę na bok, uniosłam rękę... i w ostatniej chwili cofnęłam palec. Zacisnęłam usta w wąską kreskę, a dłoń w pięść i w myślach analizowałam wydarzenia minionych dni.

Miałam za sobą wiele tygodni kłótni z rodzicami, tysiąc siedemset trzydzieści sześć kilometrów i dwadzieścia godzin za kierownicą. Przedwczoraj zajechałam do Woodshill, spędziłam dwie noce w zapyziałym schronisku i choć rzeczywiście początkowo kusiło mnie, żeby zawrócić, teraz już odzyskałam jasność myślenia. Bo przecież mi się udało. Jestem tutaj, mimo że zaczęło się zupełnie inaczej, niż to zaplanowałam. Nową ojczyznę obejrzałam sobie dokładnie z daleka. Z internetu znałam już góry i lasy Oregonu, a także kampus uniwersytecki. Wczoraj odbyły się spotkania informacyjne dla studentów pierwszego roku. Potem zajęłam się szukaniem mieszkania, a konkretnie oglądaniem tych, które wcześniej wybrałam w sieci. Najwyraźniej niepotrzebnie, bo na razie wszystkie bez wyjątku okazały się jedną wielką klapą.

Ale przynajmniej byłam już w Oregonie. Byłam wolna.

Tylko dzięki tej myśli przetrwałam minione miesiące. W końcu mogę zacząć własne życie, robić to, na co mam ochotę. W ostatnich dziewiętnastu latach doświadczyłam cholernie dużo ograniczeń. Czasami postrzegałam samą siebie jako ptaka, który tylko na kilka minut w ciągu dnia może opuścić klatkę – po to, żeby zaprezentować wyuczone sztuczki. O ile za sztuczki można uznać robienie dobrej miny na przyjęciach, uśmiechanie się, rozmówki o niczym z nieznajomymi. Jeśli tak, jestem prawdziwą artystką. Albo ptakiem z mocno podciętymi skrzydłami.

Pozory zawsze znajdowały się na samym szczycie priorytetów moich rodziców. Miałam elegancko podcięte i rozjaśnione włosy, nosiłam doskonale skrojone ciuchy od najlepszych projektantów, a do tego na zawołanie potrafiłam olśniewająco się uśmiechnąć. Zawsze musiałam być doskonała – a przynajmniej sprawiać takie wrażenie. I dlatego pierwszą rzeczą, którą zrobiłam jako studentka (poza spakowaniem kilku kartonów), była wizyta u fryzjera, żeby pozbyć się burzy blond włosów. Teraz moją twarz okalały ciemne pazurki. Po raz pierwszy od lat pozwalałam włosom układać się naturalnie – mama nie potrafiła zaakceptować, że niesfornie falują. Była wściekła, że odziedziczyłam je po tacie.

Przez wiele lat co cztery tygodnie ciągnęła mnie do jednego z tych eleganckich salonów fryzjerskich, w których patrzą na ciebie krzywo, gdy odrosty są dłuższe niż pół centymetra. Upierała się, że muszę farbować włosy na miodowy blond, bo dzięki temu moje oczy – nietypowej barwy, szarozielone – stają się bardziej wyraziste. Już jako mała dziewczynka wstawałam wcześniej niż moi rówieśnicy i mocowałam się z prostownicą, aż włosy okalały mi twarz prostymi, jedwabistymi pasmami.

Teraz z tym koniec. Nigdy więcej nie pozwolę, by ktokolwiek, a już na pewno nie moja matka, mówił mi, jak mam się czesać i jakiego koloru mają być moje włosy!

Teraz, sięgające zaledwie do ramion, ilekroć łaskotały mnie w szyję, przypominały mi o świeżo odzyskanej wolności. Nowa fryzura była pierwszym krokiem i choć zabrzmi to banalnie, naprawdę poczułam się jak nowa osoba.

Niestety, podczas szukania mieszkania nie na wiele mi się to zdało. W ogóle nie ubiegałam się o miejsce w akademiku. Nie uśmiechała mi się perspektywa, że pewnego ranka obudzę się i zobaczę przed sobą mamę, która lustruje wszystko gniewnym wzrokiem. Choćby dlatego wolałam wynająć sobie pokój w mieszkaniu stosunkowo blisko kampusu – zakładałam, że tam nie znajdzie mnie tak szybko. W ciągu dwóch ostatnich dni z przykrością stwierdziłam jednak, że sytuacja znacznie się skomplikowała.

 

Abstrahując od tego, że znalazłam zaledwie kilka pokoi dostępnych od dnia, w którym będę musiała wymeldować się ze schroniska, wszystkie potencjalne miejscówki okazały się jedną wielką katastrofą.

W pierwszym mieszkaniu, które oglądałam, właściciela bardziej niż moje nałogi interesował rozmiar mojego biustu. Do tej pory wzdrygam się na samo wspomnienie tamtego obleśnego typa.

Choć młoda matka z innego lokalu była od niego właściwie niewiele lepsza – na odległość cuchnęła papierosami i alkoholem i chciała, żebym była nie tylko jej współlokatorką, ale przede wszystkim opiekunką do dziecka. W szóstym z kolei mieszkaniu powitała mnie para, która nic sobie nie robiła z mojej obecności i dobierała się do siebie bezwstydnie. A w pozostałych kwaterach albo panował niewyobrażalny bałagan, albo królował grzyb. W sumie nie wiem dlaczego, ale sądziłam, że szukanie lokum będzie o wiele łatwiejsze.

Pewnie właśnie dlatego tak trudno było mi przycisnąć dzwonek ostatniego mieszkania. Literki były podświetlone, niemal wżerały mi się w siatkówkę.

White.

To moja ostatnia szansa. Nie znalazłam więcej ogłoszeń o pokoju do wynajęcia. Jeśli nie będę mogła się tu wprowadzić na początku przyszłego tygodnia, wyląduję na ulicy. Na początku semestru wszystkie oferty znikają jak ciepłe bułeczki. A ceny rosną bezustannie. Siedem nocy w schronisku, w pokoju dwunastoosobowym, już i tak kosztowało mnie majątek. Na moim koncie była jeszcze co prawda spora sumka, ale nie zamierzałam wydać tych pieniędzy na obskurny pokój z jedenastką współlokatorów i koedukacyjne łazienki.

Rozpaczliwie potrzebowałam tego mieszkania, a jeśli go nie wynajmę, rozpocznę studia albo na parkowej ławce, albo w moim malutkim samochodziku. Nie było mowy, żebym wróciła do Denver. Rezygnacja w ogóle nie wchodziła w grę. Znajdę sobie dach nad głową, choćby nie wiem co, a jeśli w imię tego czeka mnie kilka nocy pod gołym niebem – trudno. Obym tylko nie musiała wracać do Denver.

Zaczerpnęłam głęboko tchu i dotknęłam palcem przycisku dzwonka. Czekałam, aż mi otworzą, i wciągałam w płuca ciepłe wieczorne powietrze. Niemal nie czułam napięcia narastającego w piersi.

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć…

Liczyłam w myślach i z całej siły zaciskałam powieki.

Aż w końcu rozległ się szczęk otwieranych drzwi. Po raz ostatni odetchnęłam głęboko i pchnęłam drzwi.

Pan K. White – nadal nie wiedziałam, jak ma na imię – uprzedzał, że mieszkanie znajduje się na drugim piętrze, po lewej stronie. Jeszcze nie zdążyłam wejść na pierwszy stopień, a usłyszałam, jak gdzieś nade mną otwierają się drzwi, a zaraz po tym rozległy się stłumione szepty, coraz wyraźniejsze, w miarę jak wchodziłam na górę.

– Masz mój numer telefonu – wymamrotała kobieta.

Chrząknięcie.

– Wiesz przecież, że…

– Tak, wiem, nie chcesz się wiązać. Bardzo jasno dałeś mi to do zrozumienia.

W następnej chwili rozległo się coś jakby cmoknięcie. Nadstawiłam ucha. Tak, na sto procent na górze ktoś się całował. Nie zdążyłam się rozejrzeć, a na schodach rozległy się kroki. Nie zorientowałam się nawet, że stanęłam w miejscu. Ruszyłam dalej, wbiłam wzrok w czarny lakier na palcach u stóp i sandałki ze srebrnymi paseczkami. Należały do nielicznych rzeczy, które zabrałam z domu. Na niektórych drobiazgach zależało mi bardziej, niż sama przed sobą chciałam przyznać.

Ciche westchnienie kazało mi podnieść głowę. W biegu zerknęłam na dziewczynę, która prawdopodobnie wyszła z tego samego mieszkania, które zaraz obejrzę. Nie patrzyła na mnie, szła przed siebie z rozmarzonym uśmiechem na twarzy. Sądząc po rumieńcu na policzkach i zmierzwionych włosach, jeszcze przed chwilą zajmowała się czymś zupełnie innym. O rany.

Ze zmarszczonym czołem pokonałam ostatnie schodki. Pan White był ciągle niewidoczny. Z wahaniem szłam korytarzem i rozglądałam się na boki. Po lewej stronie jedne drzwi były leciutko uchylone. A więc to zapewne tutaj.

Pchnęłam drzwi i niezdecydowana zatrzymałam się na progu.

W przedpokoju panował porządek. W szafie wisiało kilka marynarek, poniżej dostrzegłam kilka par butów, głównie sportowych, ale było też obuwie górskie i motocyklowe. Uniosłam brwi w zdumieniu. Różne rodzaje butów sugerowały dość szerokie zainteresowania. Zebrałam się na odwagę, przekroczyłam próg i znalazłam się w wąskim przedpokoju.

Na widok jasnego linoleum odetchnęłam z ulgą. Wreszcie nie wykładzina. Pospiesznie zsunęłam sandałki i postawiłam obok pozostałych butów. Jeśli ostatnie dni czegoś mnie nauczyły, to właśnie tego, że to robi dobre wrażenie, ale przy brudnej wykładzinie lepiej to sobie darować.

– Sorry, stary! – rozległ się stłumiony głos z pokoju przy samym korytarzu. – Przez godzinę usiłowałem ją spławić, nie wychodząc przy tym na kompletnego dupka. Ale niektóre za żadne skarby nie łapią aluzji…

O Jezu. Zanosi się na miłego typka, nie ma co.

Głos przybierał na sile.

– Nie spodziewałem się, że będziesz chciał tak szybko obejrzeć pokój, ale super, że udało nam się zgrać terminy.

Słyszałam, że jest coraz bliżej. Jego stopy uderzały o linoleum.

– Nawet słowem nie pisnę, gdy sprowadzisz sobie jakąś laskę. Pod warunkiem że…

W drzwiach stanął pan White. I nie tylko jemu opadła szczęka.

Głośno wciągnęłam powietrze w płuca.

Pierwsze, co zauważyłam, to jego klatkę piersiową i goły, umięśniony brzuch. Drugie – tatuaże. Odruchowo przechyliłam głowę i śledziłam wzrokiem wzory na śniadej skórze. Szkoda, że nie miałam okularów na nosie. Napisy na ramionach były właściwie nieczytelne. Nie miałam pojęcia, co symbolizują pierścienie otaczające jego bicepsy.

Matko Boska.

Odchrząknął i tym samym wyrwał mnie z oszołomienia.

– Czego tu chcesz, do cholery?

Przyglądałam mu się zdumiona. Niewiele starszy ode mnie, może o rok lub dwa. Ciepłe, karmelowe oczy, zarost na policzkach i włosy, dłuższe na czubku głowy, krótkie po bokach.

W końcu odzyskałam głos.

– Przyszłam obejrzeć mieszkanie. Byliśmy na dzisiaj umówieni, mejlowo – paplałam za szybko. Za nerwowo.

Pan White – w myślach nadal się tak do niego zwracałam, choć jednocześnie miałam świadomość, że to totalna głupota – no więc pan White przechylił głowę i mierzył mnie podejrzliwym wzrokiem.

– A. Harper – mruknął pod nosem, aż w końcu coś chyba do niego dotarło. Kolejny raz omiótł mnie wzrokiem i nagle spochmurniał. Powoli pokręcił głową. – Nie.

Nie? Jak to: nie? Zaskoczona, odwzajemniłam jego krytyczne spojrzenie i już miałam mu odpowiedzieć, gdy powtórzył:

– Nie.

– Nie? Ale co to ma znaczyć? – Skrzyżowałam ręce na piersi. – Naprawdę korespondowaliśmy.

– Zaszło nieporozumienie. Nie możesz tu zamieszkać – stwierdził, odwrócił się na pięcie i oddalił w kierunku… Nie miałam zielonego pojęcia, w kierunku czego się oddalił, w końcu przecież jeszcze wcale nie widziałam tego cholernego mieszkania! – Sama się przekonasz – rzucił jeszcze przez ramię.

Znowu opadła mi szczęka. Zaniemówiłam.

Koleś najzwyczajniej w świecie sobie poszedł. Zostawił mnie samą w przedpokoju. Nie dał mi najmniejszej szansy. Nie zdążyłam wygłosić nawet jednego słowa z przygotowanej przemowy. W ciągu minionych czterdziestu ośmiu godzin spotkało mnie wiele przykrości, ale to… To już szczyt wszystkiego.

Czułam, jak strzela mi bezpiecznik głowie. Z mojego gardła wyrwał się pisk wściekłości. Ruszyłam za panem White’em.

– Ej! – wrzasnęłam i wpadłam do pokoju, jak się okazało, jasnego, przestronnego saloniku. Dupek zatrzymał się w pół kroku i odwrócił do mnie. Zmarszczył brwi, zdenerwowany. – Nie możesz mnie wyrzucić, póki nie pokażesz mi mieszkania!

W ciepłym karmelu pojawiło się zdumienie, które zupełnie nie pasowało do zimnej postawy.

– Ależ oczywiście, że mogę! – Skrzyżował ręce na piersi i tym sposobem dostrzegłam kolejne napisy na jego ramionach. I znowu niemal słyszałam w uszach oburzone sapanie matki, które wyrywało jej się z piersi, ilekroć widziała coś, co uważała za szczyt okropieństwa.

– Nie ma mowy! Umówiliśmy się mejlowo, do jasnej cholery! Zaprosiłeś mnie na oglądanie mieszkania i teraz chcę przynajmniej zobaczyć ten pokój i mieć szansę spróbować cię przekonać, że byłabym świetną współlokatorką! – Ze wszystkich sił starałam się nie prychać, ale nie bardzo mi się to udawało.

Dupek uniósł brew i spojrzał na mnie z pogardą.

– Jak powiedziałem, zaszło nieporozumienie. Myślałem, że jesteś facetem, ale najwyraźniej się myliłem. – I znowu otaksował mnie wzrokiem od stóp do głów. – Szukam współlokatora, nie współlokatorki. – Ostatnie słowo niemal wypluł.

Lampki alarmowe w mojej głowie zapalały się już właściwie co sekundę. Poprzednie wizyty w mieszkaniach do wynajęcia były trudne, ale ta biła wszystko na głowę.

– Masz pojęcie, co przeszłam w ciągu ostatnich dwóch dni? – zaczęłam i czułam, jak przyspiesza mi puls. – Pierwszy potencjalny współlokator pytał mnie o rozmiar miseczki stanika. Siedział w kuchni w samym podkoszulku. Bardzo brudnym podkoszulku. Trzykrotnie usłyszałam, że część czynszu stanowią usługi seksualne, raz miałam robić też za nianię, a dwukrotnie w ostatniej chwili czmychnęłam, zanim potencjalni współlokatorzy bzyknęli się na moich oczach! – krzyczałam teraz, ale nie zadałam sobie trudu, by mówić ciszej. Nie mogłam zapanować nad falą słów, tak bardzo facet wyprowadził mnie z równowagi. Gdybym wiedziała, gdzie w tym cholernym mieszkaniu jest kuchnia, pobiegłabym tam, chwyciła patelnię i zdzieliła dupka w łeb, tak samo, jak robiła to disnejowska wersja Roszpunki. – Oglądałam pokoje o ścianach czarnych od grzyba. W mieszkaniach tak zaśmieconych, że nie widać podłogi. Poważnie, nie wiedziałam, czy mam pod stopami dywan, czy coś innego. W mieszkaniach, gdzie tak waliło trawą, że od samego zapachu można odlecieć. – Podeszłam o krok bliżej, wyprostowałam ramiona. – Początek w Woodshill był fatalny. Więc nie mów mi, że mam spadać. Chcę obejrzeć ten cholerny pokój!

Teraz w jego wzroku nie było już ironii, tylko obojętność. Jakbym marnowała sekundy jego bezcennego czasu.

– I właśnie dlatego nie chcę współlokatorki – odparł z niezmąconym spokojem. – Spokojnie mogę sobie darować wieczną paplaninę i emocjonalne huśtawki.

Adrenalina buzowała mi w żyłach do tego stopnia, że aż drżały mi barki. Chyba rzeczywiście nie było najlepszym pomysłem zwierzanie się dupkowi z moich problemów, ale czasami usta zamykały mi się dopiero wtedy, kiedy już wszystko z siebie wyrzuciłam.

– Skończyłaś już czy muszę dalej tego słuchać? Bo jeśli tak, wolałbym się najpierw ubrać – zauważył spokojnie, co jeszcze bardziej wyprowadziło mnie z równowagi.

– Super – syknęłam, odwróciłam się na pięcie… i mało brakowało, a potknęłabym się o stojącą tam lampę. Zaklęłam. Głośno. I wtedy usłyszałam jego śmiech za plecami. Był mroczny, co akurat spodobałoby mi się w każdym innym facecie, ale na pewno nie w tym aroganckim, zarozumiałym dupku. Kiedy wychodziłam, słyszałam jeszcze, jak rozdzwonił się jego telefon. Jako dzwonek miał ustawioną piosenkę zespołu Fall Out Boy.

Czyli dupek ma nawet niezły gust muzyczny. Znowu miałam ochotę prychać jak rozjuszona kotka. Może powinnam sprawić sobie kociaka; z żadnym zwierzęciem nie czułam do tej pory takiej więzi.

Pod powiekami paliły mnie łzy wściekłości. Niezdarnie wkładałam sandałki. Nie chciałam wracać do Denver, do życia sztucznego jak plastik. Wszystko było tam na pokaz, fasadą, którą matka wznosiła wedle swojej wizji. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero przed trzema laty, tamtego dnia, gdy na własnej skórze się przekonałam, jak daleko była gotowa się posunąć. Gdy moja wiara w nią najpierw zadrżała w posadach, a potem bezpowrotnie legła w gruzach.

Wydawało mi się, że mama zawsze mnie ochroni. Ona jednak koncentrowała się tylko na pozorach i budowała kolejne kłamstwa, których nie byłam w stanie udźwignąć. Od tego czasu już nic nie było jak dawniej.

Z trudem przełknęłam ślinę i usiłowałam pozbyć się ponurych myśli.

Ponieważ ręce drżały mi ze zdenerwowania, tym razem dłużej trwało, zanim zdołałam zapiąć sprzączkę sandałka. Jak przez mgłę docierał do mnie głos dupka. Chyba rozmawiał z kimś przez telefon. Po chwili zaklął siarczyście.

Znowu usłyszałam odgłos jego kroków na linoleum. Wyszedł do przedpokoju. Czemu wybrałam akurat te sandały? Vansy lepiej się nadają do szybkiego zdejmowania i zakładania.

– Ej! – usłyszałam za plecami jego głos. Zostawiłam prawy sandał w spokoju i wyprostowałam się powoli.

 

– Co jest? – warknęłam i spojrzałam na niego gniewnie.

Zdążył tymczasem włożyć niebieską koszulkę, która opinała jego klatkę piersiową. Znowu skrzyżował ręce na piersi i przyglądał mi się spod ściągniętych brwi.

– Drugi potencjalny lokator właśnie się wycofał – oznajmił i podniósł rękę z telefonem.

– Aha – mruknęłam obojętnie i szukałam w torebce kluczyków do samochodu.

Odetchnął głęboko i tak długo uderzał stopą w podłogę, że w końcu musiałam na niego spojrzeć.

– Obowiązują pewne zasady – zaczął po dłuższej chwili. Przyglądał mi się badawczo spod zmrużonych powiek, jakby chciał prześwietlić mnie wzrokiem.

– Jakie niby zasady, jeśli wolno zapytać? I à propos czego? – Naprawdę traciłam cierpliwość. Chciałam już uciec do hostelu i tarzać się w nieszczęściu, aż osiągnę dno dna i wtedy znajdę w sobie dość siły, by szukać nowych ogłoszeń. Ale akurat w tej chwili mogłam sobie darować mądrzenie się wrogo nastawionych dupków.

– Obowiązujące w tym mieszkaniu. Jeśli chcesz tu zamieszkać, musisz ich przestrzegać. – Wykonał gest, który zapewne miał być zapraszający, i wrócił do saloniku. Jasne, bo teraz za nim polecę.

– Mam w nosie twój zakichany pokój! – zawołałam za nim, schyliłam się i w końcu zapięłam drugi sandałek.

Zajrzał do przedpokoju, przeczesał włosy palcami.

– Posłuchaj, potrzebne mi są te pieniądze i nie mam ochoty dalej szukać współlokatora. Ciągle ktoś się wycofuje.

– Ciekawe dlaczego – prychnęłam.

Puścił ten komentarz mimo uszu.

– A tobie zależy na lokum. Więc daruj sobie fochy i obejrzyj pokój.

Otwierałam usta, żeby się odciąć, ale dupek już zniknął w saloniku. Nie czekał na moją reakcję.

Właściwie najchętniej wybiegłabym z powrotem na korytarz, dramatycznie trzaskając za sobą drzwiami, ale zamiast tego wstrzymałam oddech. Szczerze mówiąc, już przedpokój i salonik były o wiele ładniejsze niż we wszystkich mieszkaniach, które obejrzałam wczoraj i dzisiaj, i z całą pewnością wolałabym świętować początek semestru tutaj, a nie na ławce w parku. Co mi szkodzi rzucić okiem na pokój? Nieważne, że koleś jest nie do zniesienia – dzisiaj już tyle razy chowałam dumę do kieszeni, że jeden raz więcej mi nie zaszkodzi.

– Dobra. – Nie zadałam sobie trudu, by ponownie zdjąć sandały, tylko od razu weszłam do saloniku. Teraz, kiedy się w końcu uspokoiłam, mogłam w pełni docenić jego wystrój: wielka kanapa w kształcie litery „u”, z mnóstwem poduszek, zajmowała środek pomieszczenia. Za nią dostrzegłam dwuskrzydłowe drzwi na, jak się domyślałam, balkon. Po prawej stronie mieściła się kuchnia z wysokim kontuarem i dużym blatem.

– Salonik już widziałaś, tam jest kuchnia, a tu łazienka – tłumaczył dupek, gdy szliśmy przez pokój. Skinął przy tym ręką w kierunku na wpół otwartych drzwi. Mignęły mi błękitne kafelki i wielka wanna. W końcu stanęliśmy przed ostatnimi drzwiami. – No dobra. Pokój nie jest specjalnie duży, ale na pewno lepszy niż przytułek.

Nacisnął klamkę.

Weszłam do środka, wstrzymując oddech.

Był rzeczywiście mały. Może trzynaście metrów kwadratowych, ale beżowe ściany i okno, przez które wpadały ostatnie promienie słońca, sprawiały, że wydawał się większy. Od pierwszej chwili było widać, że nikt już tu nie mieszka; poza biurkiem, białym obrotowym krzesłem, regałem na książki i łóżkiem w pokoju nie było nic. Na widok poplamionego materaca zmarszczyłam nos. Wolałam nie wiedzieć, co tu się działo.

– Spokojnie, Ethan zabierze swoje łóżko. – Pajac wskazał głową wspomniany mebel. – Biurko i regał możesz przejąć, jeśli chcesz.

Skinęłam głową i z trudem oderwałam wzrok od posłania. Także ten pokój wyłożono jasnym linoleum. Zadarłam głowę i przeczesywałam wzrokiem kąty sufitu, w poszukiwaniu choćby najmniejszego zacieku i pleśni, ale wszystko wydawało się w porządku.

Tu mogłabym się uczyć. A kiedy już zniknie to łóżko, wstawię sobie rozkładaną sofę, żeby zaoszczędzić trochę miejsca. Oczami wyobraźni widziałam już śliczną narzutę, którą będę ją przykrywała. I lampki, sznury lampek! Ten pokój aż się prosił o sznury lampek!

Mama ich nie znosiła, jej zdaniem były tandetne i nigdy nie pasowały do jej starannie zaprojektowanych wnętrz. Poza tym zawsze powtarzała, że jestem za stara na taką dziecinadę, a kiedy raz potajemnie kupiłam sobie sznur światełek za własną tygodniówkę, kazała pokojówce natychmiast je zdjąć.

O tak, rozwieszę tu sznury światełek. I wypełnię pokój drobiazgami, których dawniej nie mogłam mieć, bo nie spełniały wymagań mamy.

Tak samo jak nie spełniłby ich ten koleś, przemknęło mi przez myśl. Na sam jego widok pewnie dostałaby zawału serca. Albo torsji. Na tę myśl zachciało mi się śmiać.

– Biorę – zdecydowałam bez wahania. Odwróciłam się i przez chwilę przyglądałam jego ponurej minie, a potem przesunęłam wzrok na wytatuowane napisy na jego ramionach i… o tak, mama na pewno na miejscu padłaby trupem. A to stanowiło kolejną zaletę tego mieszkania, poza faktem, że miałabym dach nad głową.

– Jeszcze nie wiesz, jakie obowiązują zasady – zaczął groźnie, ale dostrzegłam w jego wzroku coś jakby błysk rozbawienia.

– Dawaj – rzuciłam i kolejny raz obróciłam się wokół własnej osi. W żadnym z poprzednich pokoi nie doświadczyłam tego, co w tej chwili. Czułam instynktownie, że tutaj będzie mi dobrze, nieważne, jakich zasad będę musiała przestrzegać. Koleś Żadna-Laska-Nie-Wpakuje-Mi-Się-Do-Chaty powoli podszedł do biurka. Oparł się o nie, cały czas z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jego postawa wydawała mi się już nie prowokująca, tylko zwyczajnie obronna.

– Po pierwsze – zaczął i uniósł jeden palec – nie zawracasz mi głowy swoimi sprawami. Mam w nosie, co u ciebie słychać, więc nie narzucaj mi swojego towarzystwa! Nie będzie żadnych wieczorków z plotkami na mojej kanapie, o tym, co leci w telewizji decyduję ja, a ty nigdy nie przychodzisz do mnie zalana łzami i nie wypłakujesz mi się na ramieniu.

– Chyba dam radę – odparłam chłodno.

– Po drugie – ciągnął niewzruszony – trzymasz buzię na kłódkę, kiedy sobie kogoś tu sprowadzam. Nie życzę sobie żadnych wymówek i wyrzutów we własnym mieszkaniu. I nie chcę się przed nikim usprawiedliwiać.

– Jest mi wszystko jedno, co robisz i z kim – odparłam szybko, ale jednocześnie zerknęłam sceptycznie w kierunku drzwi. Co prawda jego pokój znajdował się po drugiej stronie mieszkania, ale możliwe, że dupek bardzo hałasuje. Zmarszczyłam czoło. Obym nie wiedziała, kiedy zabierał się do rzeczy.

– A po trzecie… – Oderwał się od biurka, podszedł do mnie bardzo blisko. Był ode mnie wyższy o dobrych kilka centymetrów, tak że musiałam odchylić głowę do tyłu, żeby odwzajemnić mroczne spojrzenie jego karmelowych oczu. – Mam w nosie, jak super wyglądasz w tych szortach.

Czułam, że rumieniec wypełza mi na policzki, ale nawet nie mrugnęłam okiem.

– Nie ma mowy, żebyśmy wylądowali w jednym łóżku, więc nie łudź się, że do czegoś dojdzie, jasne?

Czułam, jak opływa mnie jego niski głos, jego oddech łaskotał mnie w ucho. Natychmiast poczułam łaskotanie w żołądku i nie miało ono nic wspólnego z głodem, który powoli dawał mi się we znaki. Pachniał bardzo przyjemnie – korzennym żelem pod prysznic i miętą. Wobec jego nagłej bliskości chwilę trwało, zanim zrozumiałam, co przed chwilą powiedział.

– Bardzo mi przykro, jeśli urażę twoje ego – odparłam sucho – ale jeśli chodzi o niegrzecznych chłopców, już wiele lat temu odrobiłam swoją lekcję. – To akurat prawda. Nie miałam najmniejszego zamiaru w najbliższej przyszłości pakować się w cokolwiek z jakimś chłopakiem.

Tego się nie spodziewał. W jego oczach błysnęło zdumienie, zaraz jednak przetarł twarz dłonią i cofnął się o krok.

– W takim razie serdecznie witamy w Casa de White. – Wyciągnął do mnie rękę. – Jestem Kaden.

W pierwszej chwili zbił mnie z tropu, potem otworzyłam szeroko oczy i aż podskoczyłam z radości.

– Czy to znaczy, że dostanę ten pokój? – pisnęłam.

Kaden się skrzywił.

– Właśnie złamałaś zasadę numer jeden.

Natychmiast przestałam skakać i zniżyłam głos do poziomu znośnego dla ludzkiego ucha.

– Przepraszam. Allie. – Wypowiadałam nowe imię bez mrugnięcia okiem, pewnie dlatego że przedstawiałam się nim już w innych potencjalnych mieszkaniach.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Ręka Kadena była ciepła i szorstka. Nie spodziewałam się, że jego dotyk przeszyje mnie jak błyskawica, dotrze aż do żołądka.

Ani motyli w brzuchu, gdy Kaden delikatnie kreślił kciukiem kółka na grzbiecie mojej dłoni. Natychmiast wyrwałam rękę i spojrzałam na niego gniewnie.

– Chciałem się tylko upewnić, że zrozumiałaś zasadę numer trzy. – Z uśmieszkiem wbił dłonie w kieszenie spodni.

Prychnęłam pogardliwie. Był przystojny, fakt, ale bez przesady, nie tak, że nie sposób mu się oprzeć. Jego tak zwane zasady były śmieszne i zbędne. Odruchowo rozcierałam grzbiet dłoni, żeby pozbyć się łaskotek. Cholera, czemu miał takie ciepłe dłonie.

– Kiedy mogę się wprowadzić?

Kaden wzruszył ramionami i odwrócił się do drzwi.

– Jak wpłacisz pierwszy czynsz i połowę kaucji.

Taniec radości wykonałam, dopiero kiedy wyszedł z pokoju.