Wymarzona rezydencja

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart

Wymarzona rezydencja

Tłumaczenie: Ewa Pawełek

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: His Greek Wedding Night Debt

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Michelle Smart

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6742-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Helena Armstrong popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Rzęsy podkreślone tuszem? W porządku. Szminka w neutralnym kolorze na ustach, a nie na zębach? W porządku. Grube, kasztanowe włosy zebrane w kok bez wymykających się kosmyków? W porządku. Srebrno-niebieska spódnica w kształcie litery A wyprasowana i czysta? W porządku. Czarna bluzka bez zagnieceń? W porządku. Czarne rajstopy bez oczek? W porządku. Szpilki, czarne i wypolerowane? W porządku. Okulary w grubych oprawkach bez smug i odcisków palców? W porządku. Wskaźnik przygotowany? W porządku. Serce walące mocno i odbierające jej spokój? No cóż, nie można mieć wszystkiego.

Helena przygotowała się najlepiej, jak potrafiła. Nadszedł czas, aby po raz pierwszy zaprezentować klientowi projekt, nad którym ciężko pracowała przez kilka tygodni. Tajemniczy zleceniodawca do tej pory kontaktował się z biurem wyłącznie przez prawników, co budziło spekulacje na temat tego, kim jest. Helena wiedziała tylko tyle, że ich firma bierze udział w konkursie wraz z trzema innymi biurami projektowymi. Zwycięzca poleciałby na grecką wyspę, której nazwa nie została jeszcze ujawniona, z zadaniem zaprojektowania tysiąca metrów kwadratowych willi w tradycyjnym stylu cykladzkim. Każde wytypowane biuro projektowe miało zgłosić architekta, który mówi po grecku i specjalizuje się w klasycznej architekturze europejskiej. Helena, pół-Greczynka po matce, utalentowana wielbicielka sztuki klasycznej, była najlepszą kandydatką. Wreszcie na coś się przydała znajomość greki, którą katował ją ojciec. Nie łudziła się, że ma szansę na wygraną. Była najmłodsza i najmniej doświadczona, ale po cichu marzyła o sukcesie. Byłaby to prestiżowa sprawa nie tylko dla firmy, ale przede wszystkim dla niej. Architekt dostałby wysokie wynagrodzenie, a także premię za ukończenie prac w terminie, dzięki czemu spłaciłaby długi. W prezentacji zdecydowała się pokazać, jak zmieniła starą grecką szkołę w trzy luksusowe letnie apartamenty.

Przeszła do sali konferencyjnej, powtarzając sobie, że wszystko będzie dobrze. Zaczęła pracować jako niepewna siebie dwudziestojednoletnia dziewczyna. Teraz miała dwadzieścia sześć lat i dyplom architekta.

Rzuciła pospieszne spojrzenie Stanleyowi, szukając w jego oczach otuchy. Nie chciała zawieść człowieka, który pięć lat wcześniej wziął ją pod swoje skrzydła. Dzięki niemu mogła studiować i jednoczenie zdobywać doświadczenie w jego firmie.

Dopiero po chwili zauważyła odwróconego do niej tyłem tajemniczego klienta. A więc to mężczyzna, pomyślała, spoglądając na muskularną sylwetkę. Pospieszyła do prezydialnego stołu, przywołując na usta uprzejmy uśmiech. I wtedy zobaczyła jego twarz. Wszystkie myśli zmieniły się w pył, jej umysł zamarł. Naprzeciw niej siedział Theo Nikolaidis. Ten sam Theo Nikolaidis, którego porzuciła trzy lata temu, na dwadzieścia cztery godziny przed ślubem.

Theo nie próbował ukryć szerokiego uśmiechu, widząc, jak Helenie zrzedła mina. Delektował się tą chwilą niczym kieliszkiem dobrego wina. Wstał i wyciągnął rękę, przechylając wyczekująco głowę.

– Dzień dobry, Heleno – powiedział z jeszcze szerszym uśmiechem. Jej twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora. – Miło cię znowu widzieć.

Miał wrażenie, że usłyszał zbiorowy wdech wszystkich osób w sali konferencyjnej. Spanikowane spojrzenie kobiety, która zrobiła z niego pośmiewisko, było kolejną nagrodą, którą zamierzał się delektować.

Po dłuższej chwili Helena podała mu rękę, jasną, delikatną z krótko przyciętymi paznokciami. Jej palce owinęły się wokół męskiej dłoni tylko na ułamek sekundy.

– Pan Nikolaidis – powiedziała cicho, zajmując miejsce przy stole. Odłożyła torbę na krzesło, spuszczając głowę.

– Znacie się? – spytał jeden z jego pracowników, który towarzyszył mu na spotkaniu. Miał tyle lat, że spokojnie mógłby być ojcem Heleny, ale patrzył na nią w taki sposób, że Theo najchętniej spowodowałby u niego poważne obrażenia ciała.

– Jesteśmy starymi przyjaciółmi– wyjaśnił nonszalancko. – Prawda, agapi mou?

Wreszcie na niego spojrzała. Jej pełne usta zacisnęły się w wąską linię. Ciemnobrązowe oczy błyszczały gniewnie. Jeszcze da jej powody do wściekłości. To dopiero początek.

– Możemy zaczynać? – spytała nieco drżącym głosem.

Theo rozłożył ręce.

– Oczywiście. Pokaż mi swoje projekty. Przekonamy się, czy jesteś tak utalentowana, jak mi powiedziano.

Zmrużyła oczy, a do twarzy przekleiła fałszywy uśmiech.

– No cóż, sam się przekonasz.

– Wierz mi, agapi mou, że już nieraz się przekonałem, że nie można ulegać pozorom.

Helena posłała mu twarde spojrzenie. Nawet w złości była piękna. Najpiękniejsza kobieta, jaką spotkał na rodzinnej wyspie Agon. Pamiętał, jak któregoś dnia postanowił złożyć wizytę swojemu dobremu przyjacielowi Tezeuszowi Kalliakisowi, księciu Agon, który w tamtym czasie mieszkał w pałacu. To był piękny, słoneczny dzień, a Theo, który lubił czuć słońce na twarzy, postanowił przejść przez ogrody pałacowe do prywatnej rezydencji księcia. Nagle zauważył młodą dziewczynę, siedzącą na ławce obok posągu bogini Artemidy, z otwartym blokiem rysunkowym na kolanach i ołówkiem w ręce. Kasztanowe włosy opadały jej na twarz i ramiona, które po chwili odgarnęła niedbałym ruchem. Odsłoniła twarz, przepiękną twarz bogini. Wciągnął najdłuższy oddech w swoim życiu i patrzył. Po cichu zakradł się od tyłu, by podejrzeć, czym się zajmuje. Na kartce A4 widniał szkic pałacu. To był doskonały rysunek. Używając wyłącznie zestawu ołówków grafitowych, ożywiła zimne mury. Udało jej się nawet odmalować światło, odbijające się od okien.

Nic dziwnego, że się zachwycił. Kobieta była nie tylko piękna, ale i utalentowana. Natychmiast postawiłby ją na postumencie i czcił tak, jak jego rodacy setki lat wcześniej czcili Artemidę. Szkoda, że zapomniał, że ważniejsze od urody i zdolności są lojalność i uczciwość. Kobieta, z którą chciał się żenić, powinna mieć przede wszystkim honor. Posąg, który był świadkiem ich pierwszego spotkania, powinien był wziąć za znak ostrzegawczy. Artemida, jedno z najczęściej czczonych starożytnych bóstw, według mitu przysięgała, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Szkoda, że Helena ukrywała swoją niechęć do małżeństwa niemal do dnia ślubu.

Teraz, kiedy myślał o tamtym upokorzeniu, stwierdzał, że wyświadczyła mu przysługę. Dla niej musiałby porzucić hedonistyczny, imprezowy styl życia i pewnie ostatnie trzy lata spędziłby w nudnym, ustabilizowanym związku. Teraz wiedział, że najważniejsza jest wolność. Oczywiście do pewnego momentu. Trzy lata po publicznym upokorzeniu, jego życie erotyczne praktycznie umarło. Bóg jeden wiedział, że próbował, ale jego niegdyś żarłoczne libido zapadło w hibernację. On, facet, który mógł mieć każdą, z dnia na dzień stracił zainteresowanie płcią przeciwną. Umawiał się z kobietami, żeby drażnić Helenę. Niech wie, co straciła. A jednak z żadną nie poszedł do łóżka. Nie chciał też stałego związku. Miłość była dla naiwnych głupców, a on nie potrafił znów zaufać. Z drugiej strony miał dopiero trzydzieści trzy lata i był zbyt młody, by żyć niczym mnich. A potem, sześć miesięcy temu przeczytał w branżowym czasopiśmie, że firma architektoniczna Staffords zatrudniła na cały etat młodą absolwentkę studiów, Helenę Armstrong. Obok notatki widniało jej zdjęcie. Następnego ranka obudził się z pierwszą erekcją od dnia, gdy został porzucony. Pomyślał, że wreszcie nastąpiło jakieś odblokowanie. A jednak podczas imprezy na jachcie przyjaciela z grupą skąpo odzianych panienek znów nie sprostał. Jego męskość ani drgnęła do czasu, aż zaspokoił się sam w łóżku, wyobrażając sobie nagą Helenę. Przyczyna jego impotencji stała się jasna. Zrozumiał więc, że aby się wyleczyć, musi raz na zawsze wyrzucić z pamięci byłą narzeczoną, a żeby to zrobić, powinien zaciągnąć ją do łóżka, znów w sobie rozkochać, a potem porzucić i upokorzyć. Wtedy będzie mógł o niej zapomnieć i zacząć normalne życie normalnego faceta.

 

Helena nie wiedziała później, jak dała radę. Wracając wieczorem do domu, znalazła w metrze wolne miejsce, odchyliła głowę i zamknęła oczy. Czy to był sen? Czy to naprawdę Theodoros Nikolaidis był tajemniczym klientem, który trzymał ich w szachu przez ostatnie dwa miesiące? Jakoś udało jej się zebrać siły i perfekcyjnie odegrać swoją rolę. Wiedziała, że i tak wszystko na marne, ale wytrwała do końca. Kiedy koledzy z pracy się dowiedzą, że klient wybrał inną firmę, nie będą mogli mieć do niej żalu. Postarała się najlepiej, jak umiała. A Theo nigdy się nie dowie, że za fasadą profesjonalizmu i opanowania krwawiło jej serce.

Po prezentacji nie zadał ani jednego pytania. Po prostu spojrzał na zegarek, podziękował wszystkim, wstając, mrugnął do niej okiem i wyszedł z sali. Zobaczyć go ponownie po tylu latach… Nie myśl o nim, upomniała się surowo, ale było już za późno. Otworzyła pudełko pamięci, tak jak dziecko otwiera pudełko pełne słodyczy. Powróciła wspomnieniami do wydarzeń sprzed trzech lat, gdy jej serce było wolne, nietknięte miłością, a ciało rozkwitło jak kwiat w wiosennym słońcu. Tym słońcem okazał się najseksowniejszy mężczyzna, jakiego widziała. Tamtego dnia poszła do pałacowych ogrodów tylko przez chwilowy kaprys. Po pierwszym roku studiów, zdecydowała się odwiedzić rodzinę matki w Agon. Tam, może za sprawą pięknej pogody, wszystko wydawało się prostsze, lepsze. Trzeciego dnia pobytu, z samego rana, postanowiła udać się do pałacowego ogrodu, który uwielbiała jako dziecko. Uzbrojona w szkicownik, zestaw ołówków, pudełko z kanapkami i butelkę wody przysiadła na ławce, żeby narysować ulubiony budynek na świecie. Było pusto, turyści zazwyczaj pojawiali się po południu, dlatego zdziwiła się, gdy nagle poczuła, że jest obserwowana. Podniosła głowę i wtedy usłyszała za plecami niski, przyjemny głos.

– Masz niezwykły talent.

Znalazła się twarzą w twarz z mężczyzną, który zauroczył ją od pierwszej sekundy. Był bardzo wysoki i muskularny. Miał krótkie brązowe włosy z końcówkami rozjaśnionymi przez słońce. Głęboka opalenizna sugerowała, że wiele godzin spędzał na świeżym powietrzu. Serce galopowało jej jak szalone i nie potrafiła wydusić słowa.

Trzy lata później reagowała na niego tak samo, dlatego tylko jakimś cudem zdołała zaprezentować projekt. Wciąż płaciła wysoką cenę za tamtą nieprzemyślaną decyzję o wizycie w pałacowym ogrodzie.

Gdy dotarła na swoją stację, przerzuciła torbę przez ramię i ruszyła przed siebie z marsową miną. Padało i oczywiście od razu musiała wdepnąć w kałużę. Pantofel na płaskiej podeszwie przemókł natychmiast. Cudownie. Jeszcze jej to potrzebne. Zanim dotarła do mieszkania w suterenie, była już cała przemoczona. Wewnątrz panował przejmujący chłód, jakby to był listopad, a nie maj. Włączyła ogrzewanie, zdjęła mokrą odzież i założyła gruby szlafrok. Planowała kąpiel w wannie, gdy niespodziewanie usłyszała dzwonek do drzwi. To musiała być pomyłka. Od kiedy zaczęła wynajmować maleńkie mieszkanko w Londynie, miała tylko jednego niespodziewanego gościa, kuriera, który chciał u niej zostawić paczkę dla nieobecnych sąsiadów z pierwszego piętra.

Ostry dźwięk dzwonka rozległ się ponownie. Podeszła do drzwi, ostrożnie przyłożyła oko do wizjera… i cofnęła się przerażona. Jak, do diabła, ją tu znalazł? Cofnęła się z bijącym sercem. Theo nie ma rentgenu w oczach, więc nie musi wiedzieć, że jest w domu. Wróci do łazienki i… Dzwonek tym razem wydał ciągły dźwięk, jakby Theo, znany z niecierpliwości, zamierzał trzymać palec na przycisku, dopóki nie zirytuje wszystkich mieszkańców budynku.

Co za wstrętny, egoistyczny, podły… Nie potrafiła znaleźć odpowiedniego wyzwiska. Nie mając wyboru, odblokowała dwa zamki i otworzyła drzwi. Stał na progu w czarnej koszuli i czarnych spodniach, smagany deszczem. Wiatr tarmosił jego ciemny płaszcz. Piękny uśmiech na równie pięknej twarzy mogłaby wziąć za szczerą radość, gdyby nie groźba iskrząca się w jego lodowatych oczach.

Theo pochylił głowę.

– Niespodzianka – zawołał.

ROZDZIAŁ DRUGI

Theo delektował się przez chwilę gniewem na twarzy Heleny, po czym wszedł do środka, zachęcony ciepłem jej domu. Otarł krople z twarzy i wytarł buty na wycieraczce.

– Miłe mieszkanie – skomentował, spoglądając z konsternacją na wytarty dywan.

Helena zamknęła drzwi i zwróciła się w jego stronę.

– Co ty tu robisz?

Spojrzał na nią i przyłożył dłoń do piersi w teatralnym geście.

– Nie cieszysz się, że mnie widzisz, agapi mou?

– Czerwonka byłaby bardziej pożądanym gościem – skwitowała cierpko, poprawiając okulary na nosie. – Na litość boską, Theo, minęły już trzy lata. Najpierw pojawiasz się w firmie, teraz przychodzisz do mojego mieszkania. O co ci chodzi? Wszystkie sprawy omówiliśmy dawno temu, zapomniałeś?

– O tamtej awanturze, którą mi urządziłaś? Nie, nie zapomniałem. – Popatrzył na nią z tajemniczym uśmiechem. – Pomyślałem, że powiem ci to osobiście. Wygrałaś.

Zmarszczyła brwi.

– Co wygrałam?

– Konkurs. Gratuluję, masz tę pracę. – Uśmiechnął się szeroko. – Zaprojektujesz mój nowy dom na wyspie. – Piękna twarz Heleny nie wyrażała żadnych emocji. – Może otworzysz butelkę wina? Trzeba omówić szczegóły.

Rozejrzał się, szukając wzrokiem kuchni, która okazała się maleńką klitką.

– O czym ty mówisz? – wydukała.

– O tym, że musimy porozmawiać.

– Tak, ale…

– Przy alkoholu zawsze łatwiej, prawda? – Podszedł do lodówki i westchnął teatralnie, przetrząsając zawartość. – Nie widzę żadnego białego wina. Gdzie trzymasz czerwone?

– Nigdzie. Nie mam ani jednej butelki.

– Ani jednej? Żadnego alkoholu?

– Nie.

Wyciągnął telefon i mrugnął okiem.

– To na szczęście można łatwo naprawić.

– Zaczekaj. – Wciąż nie wierzyła w to, co powiedział.

– Tak, agapi mou?

– Naprawdę wygrałam konkurs?

– Przecież ci powiedziałem. Moje gratulacje.

Ściągnęła brwi ze zwiększoną podejrzliwością.

– Wiesz, mogłabyś się uśmiechnąć. – Uwielbiał ją prowokować.

– Uśmiechnę się, kiedy powiesz, co robisz w moim domu. Nie musiałeś przychodzić. Wystarczyło powiadomić biuro. Zastanawiam się też, skąd wziąłeś mój adres i czy zamierzasz grzebać tylko w mojej lodówce, czy także szafkach i szufladach?

– Nie jesteś zbyt gościnna – stwierdził, po czym z uśmiechem odsunął pierwszą szufladę. Na skromną zawartość składała się jedynie ściereczka do naczyń i rolka folii spożywczej. Po raz kolejny westchnął teatralnie. Domyślił się, że Helena wciąż nie jest entuzjastką gotowania.

– Jadłaś już coś?

– No… tak.

Zaśmiał się z rażącego kłamstwa.

– A co byś chciała?

– Chciałabym, żebyś przestał się szarogęsić. Nie grzeb w moich szafkach, nie zamawiaj wina ani jedzenia, tylko powiedz wprost, o co ci chodzi i wyjdź, do diabła, z mojego mieszkania.

Teraz Theo zmarszczył brwi, przesuwając palcem po ekranie telefonu.

– Czy tak powinnaś rozmawiać z człowiekiem, który uczyni cię bogatą?

– Gdyby mi zależało na bogactwie, wyszłabym za ciebie trzy lata temu.

Ponownie położył rękę na piersi, udając, że zwija się z bólu.

– Och. Widzę, że wyostrzył ci się język.

– A tobie najwyraźniej stępił się słuch. Odpowiesz wreszcie na moje pytanie?

– Które? Było ich tak wiele. – Widział jej wściekłą minę i mało nie parsknął śmiechem. Nie mógł się już doczekać, by płonęła w jego łóżku.

– Na początek, skąd masz mój adres? – Nie potrafiła ukryć irytacji.

– Od twojej matki. – Nagle jego uwagę przykuło zdjęcie wiszące na ścianie kuchennej, przy drzwiach. Przedstawiało Helenę tulącą do piersi małe dziecko. Delikatnie dotknął drewnianej ramy. – Kto to?

Zignorowała jego pytanie.

– Widziałeś się z moją matką?

– Tak. Chciałem cię znaleźć. A kto może mieć większą wiedzę niż matka?

Patrzył na nią ze świadomością, że wszystko dzieje się tak, jak zaplanował. No, może z jednym wyjątkiem. Kiedy widział, jak Helena wraca przemoczona do mieszkania, wyobrażał sobie, że otworzy mu drzwi w jedwabnym kimono, podkreślającym jej doskonałe ciało, a nie w grubym szlafroku frotte. Kupując go, z pewnością nie myślała o tym, by wyglądać seksownie. Nie szkodzi. Mogła mieć na sobie worek, a i tak by jej pragnął.

– Kiedy ją widziałeś? – zapytała ostro.

– Trzy miesiące temu. Kim jest to dziecko?

– Nie zmieniaj tematu. Mama nie wspominała mi, że się z tobą widziała.

Theo uśmiechnął się. Uwielbiał ten wyraz zagubienia w jej oczach.

– Prosiłem, żeby ci nic nie mówiła.

– Dlaczego?

– Powiem ci, jak mi zdradzisz, co to za dziecko na tym zdjęciu. – Nie mogło być jej. Po pierwsze jej matka na pewno by coś wspomniała. Pod drugie mieszkanie Heleny było za małe nawet dla niej, nie mówiąc już o dziecku i ewentualnym ojcu. Nie obchodziło go to, ilu kochanków miała. No dobrze, trochę jednak obchodziło. Z pewnością nie narzekała na brak powodzenia. Pamiętał, jak chciała się z nim kochać. Uwodziła go, stosując wszystkie dostępne sztuczki. To była istna tortura. Chodził nieustannie pobudzony i pragnął ulec, ale zależało mu, by wszystko odbyło się jak należy. Chciał pozbawić ją dziewictwa dopiero w noc poślubną, wierząc, że to kobieta jego życia. Robili więc „wszystko oprócz”. Czasami myślał, że oszaleje, a potem naprawdę mało nie oszalał, gdy porzuciła go przed ślubem.

– To wnuczka mojego szefa – wyjaśniła. – A teraz skup się. Jakim prawem zawracasz głowę mojej matce?

– Już ci mówiłem – odpowiedział spokojnie. – Chciałem cię znaleźć.

– Lepiej zostaw ją w spokoju.

– Dlaczego? – spytał łagodnie. – Lubię twoją matkę.

– A z ojcem też się widziałeś?

– Nie, nie było go. Nie wiem, czy twoja matka powiedziała mu o spotkaniu ze mną.

Rozluźniła się nieco. Wypuściła powietrze z płuc.

– No dobrze, udało ci się mnie znaleźć. Gratuluję. Teraz możesz już iść.

Spojrzenie Thea rozgrzało ją do czerwoności. Zawsze tak było. Ten mężczyzna pulsował jakąś niespotykaną i zaraźliwą energią życiową. Był nie tylko przystojny, ale, co ważniejsze, posiadał magnetyzm, który przyciągał wszystkie spojrzenia, a także urok, dzięki któremu obcy ludzie po chwili rozmowy z nim czuli się, jakby przebywali z najlepszym przyjacielem.

Przez trzy miesiące, jakie razem spędzili, czerpała do woli z jego siły i energii. Traktował ją jak księżniczkę. Gdyby poprosiła o gwiazdkę z nieba, pewnie spełniłby jej życzenie. Jeśli wyszłaby za niego, niczego by jej nie zabrakło. Niczego poza własną autonomią, bo magnetyczny Theo miał także drugą twarz, człowieka zblazowanego i zepsutego, który uważa, że cały świat kręci się wokół niego. Sekretne lęki, które narastały w niej stopniowo przed zbliżającym się ślubem, skrystalizowały się podczas fatalnego lunchu na dzień przez złożeniem przysięgi. Wtedy przyszłość objawiła się w całej krasie. Zrozumiała, że wkrótce stanie się klonem swojej matki, niegdyś kobiety pełnej życia, która pod wpływem mizoginicznego męża zmieniła się w zależną od niego jak dziecko, zastraszoną mysz.

Wyrwanie się spod wpływów Thea było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiła, ale nigdy nie żałowała tej decyzji. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że serce skręcało się z bólu, gdy widziała w gazetach jego zdjęcia z kolejnymi kochankami. A teraz jego stalowe oczy, przenikające ją na wskroś, rozgrzewały ją skuteczniej, niż mogłaby to zrobić kąpiel w gorącej wodzie. Ciało, uśpione przez te wszystkie lata, zaczęło drżeć, budząc się do życia. Z przerażającą trzeźwością umysłu zdała sobie sprawę, że musi to powstrzymać, zanim będzie za późno. Odwróciła się na pięcie, podeszła do drzwi i otworzyła je na całą szerokość.

– Wyjdź – rzekła stanowczo.

To był jej dom, jej sanktuarium, jej miejsce, którego proporcje zmniejszyły się teraz do wielkości kojca, jakby Theo wyssał cały tlen i swym potężnym ciałem zastawił przestrzeń. Chciała, żeby sobie poszedł, zanim go spoliczkuje, próbując zmazać z jego twarzy arogancki uśmiech, albo, co gorsze, zanim rzuci mu się w ramiona.

– Nie omówiliśmy szczegółów projektu – stwierdził, potrząsając ze smutkiem głową.

Ten przeklęty głos. Nienawidziła go, bo był podniecający, gardłowy, zdolny do penetracji skóry i wnikania w jej krwioobieg.

– Nie obchodzi mnie to – warknęła. – Powiedziałam ci trzy lata temu, że nigdy więcej nie chcę cię widzieć. Gdybym wiedziała, że to ty jesteś tym tajemniczym klientem, nigdy nie przystąpiłabym do konkursu.

 

– Wiem. – Kolejne mrugnięcie okiem. – Dlatego nie zdradziłem swojej tożsamości i prosiłem o dyskrecję twoją matkę.

Nie wiedziała, czy dreszcz na skórze spowodował podmuch wiatru wdzierający się przez otwarte drzwi, czy słowa Thea.

– Celowo to ukryłeś?

– Chyba wyraźnie powiedziałem, prawda, agapi mou? W grze zawsze trzeba mieć wszystko zaplanowane, jeśli chce się wygrać.

Powoli zamknęła drzwi.

– Dla ciebie to gra?

Popatrzył na nią z politowaniem. Gdyby znów mrugnął, dałaby mu w twarz.

– W pewnym sensie. Jeśli chodzi o projekt rezydencji, od początku chciałem, żebyś to ty wygrała.

– Nie. – Dzwoniło jej w uszach. – To był konkurs.

– Konkurs, który ty miałaś wygrać. No, oczywiście, gdybyś przygotowała fatalną prezentację, zleciłbym przygotowanie projektu jakiejś greckiej firmie, ale wiedziałem, że poradzisz sobie fantastycznie. Jesteś odpowiednią kobietą do tego zadania.

– A więc wszyscy inni architekci, którzy wzięli udział w konkursie, zmarnowali tylko czas?

– Poza tobą żaden ze zgłoszonych kandydatów nie mówił po grecku. Jeśli byli na tyle głupi, by zlekceważyć podstawowy warunek, to stracili czas na własne życzenie.

Helena potrzebowała kilku chwil, by pozbierać myśli. Przeczuwała, że pod tą propozycją, pozornie niewinną, obiecującą wielkie pieniądze, czai się zemsta. Upokorzyła go. Dopiero po fakcie dowiedziała się, że przez godzinę czekał na nią w katedrze, przed ołtarzem, zanim ktoś powiedział gościom, że wesela nie będzie. Uprzedzała go, że za niego nie wyjdzie, ale najwyraźniej jej nie uwierzył. Jego rozpasane ego nie dopuszczało myśli, że mogłaby go zostawić.

– Nie będę dla ciebie pracowała – oświadczyła stanowczo z buntowniczą miną.

– Będziesz.

– Nie. – Pokręciła głową, dla podkreślenia efektu. – I nie skusisz mnie pieniędzmi. Nie wykonam projektu.

Znów teatralnie złapał się za serce.

– Ranisz mnie, agape mou. Oferuję gałązkę oliwną, a ty ją odrzucasz.

Prychnęła kpiąco.

– Och, proszę cię. Nigdy nie chciałam gałązki oliwnej, a jeśli nawet, to twoja propozycja nie jest żadną gałązką. To jakiś makiaweliczny plan, który wymyśliłeś. Nie jestem głupia.

– Ale bardzo podejrzliwa. Pamiętasz, co planowaliśmy, kiedy byliśmy na Sidiro? Marzyliśmy, że kiedy odziedziczę działkę, zaprojektujesz dom, w którym będziemy wychowywać nasze dzieci. Pamiętasz? – Oczywiście, że pamiętała. Sidiro było maleńką grecką wyspą, na której spędziła najbardziej magiczny miesiąc swojego życia. Te wspomnienia wciąż do niej powracały i za każdym razem czuła się, jakby ktoś miażdżył jej serce. – Cóż, moja słodka kusicielko, ogromna działka na Sidiro należy teraz do mnie.

Uświadomiła sobie, że to oznacza śmierć jego babci. Kolejna strata bliskiej osoby dla mężczyzny, który w wieku osiemnastu lat musiał pochować oboje rodziców. Kolejna myśl sprawiła, że zrobiło jej się duszno. Jeśli planował budowę domu na ukochanej wyspie, to oznaczało, że zamierzał się ożenić. A więc w taki sposób zamierzał się na niej zemścić. Zlecić byłej narzeczonej zaprojektowanie rezydencji, którą będzie dzielił z przyszłą żoną.