Śniłam za mocnoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
Audiobook
Czyta Monika Węgiel-Jarocińska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

2019

Jak długo spałam? Ile czasu spędziłam, zagubiona w myślach, z głową opartą o okno, cofając się o dwadzieścia lat?

Charlotte lekko poklepała mnie po ramieniu.

– Nathy, Nathy, śniadanie…

Przez chwilę myślałam, że poda mi je do łóżka. Ale potem zobaczyłam dziesiątki tacek ułożonych na wózkach.

Do pracy!

Rząd 18. Miejsce D.

Trzydziestoletni chłopak spał skulony, trzymając głowę na kolanach siedzącej obok dziewczyny. Nie miał ani czapki, ani kręconych włosów, tylko ogoloną głowę z puszkiem, który gładziła jego partnerka. W airbusie nikt nie siedzi w czapce. I nikt tu nie był podobny do Yliana. Nikt nie nosił takiego imienia.

Yliana nie było w tym samolocie.

Podając posiłki, przeklinałam w myślach boga żartownisia, który zakpił sobie ze mnie, łącząc ten cykl zbiegów okoliczności i nie dając mi tego jedynego, o którym marzyłam.

Obsłużyłam prawie połowę rzędów, od 1 do 29, kiedy Georges-Paul przyszedł mnie zastąpić.

– Zajmę się resztą. Idź odpocząć, Nathy.

Czyżbym wyglądała na tak rozbitą?

Odchodziłam, obserwując wysokiego stewarda o szlachetnych gestach. Jakiś dziesięciolatek pociągnął go za rękaw, kiedy podawał kawę. Dzieciak chyba lubił zgadywanki.

– Proszę pana, gdzie jesteśmy?

– W rejonie małego archipelagu Wysp Magdaleny, kolego – odparł Georges-Paul, nie przerywając napełniania filiżanek. – Około stu kilometrów od Wyspy Księcia Edwarda.

Chłopiec wyglądał na zafascynowanego. Za kwadrans miał znów o to zapytać – a jeśli nie on, to inne dziecko. To była ulubiona zabawa Georges’a-Paula, dar, który rozwijał lot po locie: ćwiczenie zmysłu orientacji wsparte doskonaleniem zegara wewnętrznego, co pozwalało mu nakładać takie elementy jak trasa i czas lotu i dzięki temu niemal natychmiast wiedzieć, gdzie znajduje się samolot. Oczywiście Georges-Paul czasami korygował wynik, uwzględniając wiatr albo turbulencje, na ogół jednak wystarczała mu prędkość samolotu, żeby określić jego lokalizację. To była magiczna sztuczka Georges’a-Paula Marie…

Georges-Paul Senior, jak nazywali go młodzi dowcipnisie, był powszechnie znany wśród personelu pokładowego – nawet wśród tych, którzy nigdy z nim nie latali – pod przydomkiem GPS.

Usiadłam w tylnej części samolotu i przymknęłam oczy. Flo utknęła z przodu, ze swoimi gwiazdami rocka z Old Wave. Zaglądałam do niej dwa razy. Jean-Max Ballain nie omieszkał przy okazji ukraść mi buziaka. „Wciąż równie ładna! Nathy, dobrze ci z tymi siwymi pasemkami. Czy ty w ogóle zamierzasz się zestarzeć?”.

Stary komplemenciarz! Choć nadal byłam lekka jak piórko, to miałam pięćdziesiąt trzy lata i wyraźnie widziałam te ciemniejsze obwódki wokół marzycielskich oczu i zmarszczki, szczególnie kiedy się uśmiechałam. Przywiędłe, chociaż jeszcze niezbyt mocno pomarszczone jabłko! Już nie takie, po które aż chce się sięgnąć, żeby je schrupać.

Nagle ogarnęło mnie zmęczenie, głowa zaczynała mi opadać. Miałam ochotę zacisnąć powieki i już nigdy ich nie otwierać. Chciałam przygwoździć myśli, żeby przestały krążyć wokół tych dziwnych zbiegów okoliczności, dla których nie potrafiłam znaleźć żadnego wyjaśnienia. Pragnęłam zrobić to, co zazwyczaj – wykonać, co do mnie należało, a w przerwie usiąść obok jednej z koleżanek i pogadać o wszystkim i o niczym.

Charlotte podeszła, jakby czytała w moich myślach. Sprawdziła, czy jesteśmy same, i pochyliła się nade mną.

– Nathalie, muszę z tobą porozmawiać.

Charlotte była moją podopieczną. Wprawdzie po raz pierwszy leciałyśmy razem, jednak w zeszłym roku dwukrotnie odbywałyśmy wspólnie trzydniowe szkolenia na Roissy. Podczas tych dłużących się w nieskończoność dni, poświęconych na zapamiętywanie najnowszych zasad bezpieczeństwa wymyślonych przez jakiegoś gościa, który nigdy nie latał, na rozwiązywanie abstrakcyjnych testów zdrowia psychicznego (Czy masz poczucie, że prowadzisz normalne życie rodzinne? Wolisz spać, zwiedzać miasto czy pić, kiedy czekasz na rejs powrotny?), na odgrywaniu najrozmaitszych ról w idiotycznych improwizacjach – od ataku histerii po symulowane porwanie samolotu – Charlotte z większą uwagą słuchała moich rad niż słów instruktorów! Miała zaledwie dwadzieścia trzy lata, była śliczna jak laleczka i nie zatraciła jeszcze tej zdolności zachwycania się egzotyczną nazwą celu podróży: Tegucigalpa, Valparaíso, Samarkanda… Charlotte to ja sprzed trzydziestu lat. To moja młoda pupilka. Uwielbiam Charlotte. Gotowa byłabym bronić jej zębami i pazurami!

– Muszę ci coś wyznać, Nathalie. Ale obiecaj mi, że nikomu o tym nie powiesz.

Sprawa wyglądała poważnie. Pokiwałam głową. Mogła mi zaufać.

– Zakochałam się, Nathalie.

No… to nie takie znów straszne!

– A czy on też cię kocha?

– Mam nadzieję… – zawahała się. – Tak sądzę.

Nie spodobało mi się to wahanie.

– Czy… czy on jest żonaty?

– Nie… nie…

Za szybko odpowiedziała. Problem musiał tkwić w czymś innym.

– A czy… jest od ciebie starszy?

– Troszeczkę…

Biedna Charlotte wyglądała na zdruzgotaną. Miałam wrażenie, że chciała się do mnie przytulić, dokładnie tak, jak chciałabym, żeby tuliła się Margot, kiedy ma problemy sercowe. Tak jak nigdy nie tuliła się do mnie Laura. Właściwie nie wiem, czy Laura przeżyła już jakieś poważne problemy sercowe. Poznała swojego przyszłego żandarma, zanim zdała maturę. Tymczasem wzięłam Charlotte za ręce i zamknęłam jej dłonie w swoich.

– Kotku, powiedz, co jest nie tak?

– Ty… ty go znasz.

O!

Od razu przyszedł mi na myśl Georges-Paul. Był wysoki, elegancki, inteligentny, przystojny – o ile lubi się facetów, którzy zbyt często przeglądają się w lusterku wstecznym – no i na pewno wolny, bo nie wyobrażam sobie kobiety zdolnej być dniem i nocą z takim GPS-em, którego nie da się wyłączyć. Wciąż przeglądałam w myśli innych stewardów, zwłaszcza tych najatrakcyjniejszych, kiedy głosikiem małej myszki Charlotte powiedziała:

– To… Jean-Max… To znaczy… kapitan Ballain.

* * *

Charlotte wezwano do przedniej części kabiny. Trzeba było uspokoić chore dzieci. Zdążyłam tylko zapytać, jak to się stało.

– Po prostu – odparła – przypadkiem. – A potem dodała: – Nie, to nie był przypadek. „Nie ma przypadków, są tylko spotkania”, jak mawiał Paul Éluard.

Paul Éluard? Coś takiego! Nie odpowiedziałam. Wahałam się, nie miałam siły tego komentować. Biedna mała Charlotte… Pierwszym, czego powinno się uczyć te młode gazele, był dystans wobec ogierów z galonami! Podczas szkolenia powinno się wyświetlać na ogromnym ekranie tabelę ze zdobyczami kapitanów – ku przestrodze debiutantek. Cóż mogłam powiedzieć Charlotte? Że Jean-Max to największy pies na baby w naszej kompanii lotniczej? Że cieszy się taką opinią od trzydziestu lat? Że sądziłam, że teraz trochę się uspokoił, ale najwyraźniej się myliłam? Po prostu stał się trochę bardziej dyskretny.

Zamyśliłam się. Perspektywa składania do kupy roztrzaskanej na kawałki Charlotte nie przypadła mi do gustu.

Liczyłam. To najwyraźniej był dzień powtórki z matematyki – nie robiłam tylu obliczeń od matury! Ballain był starszy od Charlotte o… o trzydzieści sześć lat! No nie, kochanie, trzydzieści sześć lat to przesada!

Musiałam skupić się na przewidywaniu. W Montrealu spędzimy dwadzieścia cztery godziny razem: Flo, Georges-Paul, Emmanuelle, Jean-Max, Charlotte i ja. Znajdę jakiś sposób, żeby otworzyć oczy tej głupiej gąsce. I to nawet bez pomocy innych. Nie mogłam ujawnić sekretu powierzonego mi przez tę małą, zwłaszcza Florence, która zawsze nienawidziła kapitana Ballaina!

Znalazłam dobrą stronę tej sytuacji: jej zwierzenie uwolniło mnie przynajmniej na chwilę od zjaw z przeszłości. Ku memu zaskoczeniu teraz podchodziłam do nich z większym dystansem. Kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać, doszłam do wniosku, że ten zbieg okoliczności wcale nie jest taki nieprawdopodobny. Zdarzył się przecież i to zdarzył się mnie! Niemożliwe było raczej to, by zadziałało tu cokolwiek innego niż przypadek… I nieważne, co sądzi o tym Paul Éluard!

* * *

Spokojna o swój los, zatroskana losem Charlotte, która wpadła w szpony orła przestworzy, poczułam, że samolotem wstrząsają lekkie turbulencje – co za ulga: nareszcie mogłam rozprostować nogi! Szłam między rzędami i uspokajałam pasażerów. Z doświadczenia wiedziałam, że u najbardziej lękliwych nawet takie lekkie drgania mogą wywołać potworny strach. Łagodziłam zdenerwowanych rodziców uśmiechem, prosiłam dzieci, żeby spokojnie siedziały, sprawdzałam pasy, zalecałam złożenie stolików. Kilka dodatkowych wstrząsów wywołało krzyki jednych, a śmiech innych. Nic szczególnie niepokojącego.

Przede mną zamarły ze strachu pasażer prawą ręką kurczowo trzymał się oparcia, a lewą żony. Miał koło czterdziestki, oliwkową cerę, kruczoczarne włosy i długie, cienkie wąsy. Obcokrajowiec, powiedziałabym – z Indonezji. Mówił po angielsku. Mamrotał słowa, jakby się modlił, a równocześnie wahał się, czy wyrwać oparcie fotela, czy rękę żony. Podeszłam. Nawet mnie nie zauważył, bo zamknął oczy, a z jego rozchylonych ust płynęła modlitwa, która miała go ocalić. Żona słuchała i głaskała go, a ja domyśliłam się, że ta modlitwa w rzeczywistości adresowana była do niej. Pochyliłam się, żeby zaproponować wodę, cukierka, coś na uspokojenie.

I właśnie wtedy to usłyszałam.

– When our islands are drowned, when our wings are down.

Drgnięcie airbusa, którego nie odczuł nikt inny, rzuciło mnie dwa rzędy dalej. Zachwiałam się, wzbudzając zaniepokojenie pasażerów.

– Nic pani nie jest?

 

Nie odpowiedziałam, zabrakło mi sił, byłam w stanie tylko odtwarzać w kółko słowa, które usłyszałam z ust indonezyjskiego pasażera; słowa, które z pewnością były tylko przesłyszeniem: When our islands are drowned, które musiałam po prostu źle zrozumieć, źle sobie przetłumaczyć. When our wings are down, słowa, które przekręciłam, zdeformowałam.

Kiedy nasze wyspy zatoną

Kiedy połamią nam skrzydła.

Czyżbym oszalała?

– Dobrze się czujesz, Nathy? – zaniepokoił się także Georges-Paul, który dobiegł do mnie w kilku susach.

– Tak, GP, tak…

A jednak nie. Nie, nie czułam się dobrze. Oszalałam! Te słowa, wypowiedziane po angielsku przez Indonezyjczyka, to ostatnie słowa, jakie wypowiedział dwadzieścia lat temu Ylian. Ostatnie, jakimi mnie obdarował.

To moje słowa, nasze słowa.

Nikt oprócz nas ich nie znał.

Jak to indonezyjskie małżeństwo mogło nam je skraść?

* * *

Georges-Paul pomógł mi się wyprostować, ale ledwie trzymałam się na nogach. Dzwoniło mi w uszach, błyskały światełka, a potem rozbrzmiał głos, jakby z nieba. Czy to głos anioła?

Anioła, który mówi po francusku, naśladując Kanadyjczyków.

– Hallo, przyjaciele, tu wasz kapitan. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście na pokładzie. Teraz wolniutko zaczynamy schodzić do lądowania w Montrealu. Nie musicie się opatulać przed wyjściem: jeszcze wczoraj zalegało trzydzieści centymetrów śniegu, ale błyskawicznie się stopił. Możecie wyjść z samolotu w samych gatkach, a od nas dostaniecie płetwy i maski, żeby dopłynąć do hali przylotów. Tylko trzymajcie się w grupie, bo widziano bandy wielorybów na lądowisku.

6

2019

Olivier nigdy nie drżał, dotykając mebla. Z czasem jego ręce nauczyły się rozpoznawać rozmaite gatunki drewna – chropowatość jodły, kremowe kręgi topoli, zawiły deseń grabiny, ciemne żyłki oliwki; nauczył się postępować z sękami, z maleńkimi kolcami i rozróżniać każdą nierówność, niczym pieprzyki na skórze kobiet – zawsze niepowtarzalne. Choć przecież sam dotykał tylko tej jednej.

A teraz jego ręce drżały, zbliżając się do zwyczajnej szuflady.

Chwycił palcami gałkę, dębową gałkę, którą sam polerował, wygładzał, lakierował. Szuflada przesuwała się po gładkich listwach. Była doskonałym wyrobem stolarskim. Wolałby, żeby była zabita gwoździami, zaklejona albo po prostu zamknięta na klucz.

Ale Nathalie zostawiła ją tak, w zasięgu ręki, na te wszystkie lata.

Dowód zaufania?

Wysublimowana tortura?

Olivier wsunął rękę do szuflady. Ostatnio się nie ośmielił, natychmiast wypuścił z palców to, co nimi chwycił, nawet nie spojrzawszy. Wszystko odłożył i zamknął szufladę, jakby się obawiał, że wydostanie się z niej gaz chemiczny, bezbarwny i bezwonny, ale mogący zatruć ich dom, rodzinę, życie, wszystko, co zbudowali.

Miał nadzieję, że Nathalie niczego nie zauważyła.

Dziś nie wsunął szuflady.

Szperał. Wyjmował rzeczy na chybił trafił.

Starał się przekonać samego siebie, że nie robi nic złego, że gdyby Nathalie miała przed nim coś do ukrycia, to nie zostawiłaby tych rzeczy w zasięgu ręki, że minęło dużo czasu, że wszystko mu wyznała, że są silniejsi niż stare skarby przywiędłych wspomnień.

Chwycił na oślep garść rzeczy, potem zrobił trzy kroki, usiadł i położył je na łóżku. Przypatrywał się każdemu zagięciu, żeby je zapamiętać, jakby uważał, że pognieść kołdrę to jak zdradzić żonę.

Ostrożnie rozłożył swój łup. Nasłuchiwał. Margot była w liceum, ale mogła wkrótce wrócić. I co z tego? Zastanie go w sypialni, siedzącego na łóżku. Skąd miałaby wiedzieć, że rozłożone na kołdrze rzeczy to dowody zdrady? Czy dzieci są w stanie wyobrazić sobie chwile słabości rodziców? A gdyby nawet je sobie wyobrażały, wyczuwały, to wystarczy, żeby pchnął drzwi sypialni nogą.

W końcu zwrócił oczy na rzeczy żony.

Papierowa serwetka z logo AF, wykorzystana do notowania. Ani nazwiska, ani daty, tylko adres: Sainte-Catherine 87, a do tego narysowany ptak: czarne pióra, rozpostarte skrzydła, rozwidlony ogon.

Jaskółka!

Olivier ją rozpoznał. Była bliźniaczo podobna do tej na ramieniu Nathalie – do tatuażu, który jego usta tak często omijały, gdy całował jej szyję, rozciągając dekolt koszuli nocnej, i który chętnie by wymazał, choćby miał go wygryźć z ciała żony, gryźć ją aż do krwi!

Olivier starał się nie ulec presji swych myśli i kontynuował inspekcję. Nie wiedział, co jeszcze Nathalie przechowuje w szufladzie niczym cenny skarb.

Stary program kinowy na okres od 1 sierpnia do 30 września 1999, Kino pod Gwiazdami, Montreal. Serwetka stołowa z wypisaną złotymi literami nazwą hotelu Great Garuda w Dżakarcie i przerażającym łbem orla. Zdjęcie bardzo kolorowego, trochę naiwnego malowidła, ukazującego uzbrojoną po zęby kobietę żołnierza z karabinem w ręce. Koperta, którą Nathalie musiała rozerwać w pośpiechu, a potem starannie skleić, tak że wciąż można było przeczytać tych kilka słów: „To wszystko, co udało mi się uratować. Laura jest bardzo ładna. Pani też”.

Tyle fragmentów życia Nathalie, o których nic nie wiedział. To życie spędzane na innych kontynentach. Życie daleko. To życie… przedtem?

Kiedy nasze wyspy zatoną

Kiedy połamią nam skrzydła

Kiedy rdza pokryje klucz

Do skarbca splądrowanego,

Po nas nie pozostanie już nic

7

1999

– Za takie delicje można by zabić!

Flo zjadła jeszcze trzy ciemne frytki, a potem wyrzuciła resztę opakowania do najbliższego śmietnika. Dumnie uniosła pięść, jakby oddała celny strzał do kosza.

– Yes! Dziesięć frytek i ani jednej więcej. A do odlotu co najwyżej pięć wódek.

Parsknęła śmiechem i podbiegła do fast-foodu naprzeciwko, żeby przykleić nos do witryny. Jej twarz, uwięziona za szybą, rozpłaszczyła się.

– Och, te pokusy! – skrzyżowała palce. – Precz, demonie! A ty mogłabyś chociaż dodać mi otuchy, paskudo.

Milczałam, oczarowana widokiem Starego Montrealu. Po raz pierwszy odwiedzałam Quebec i podobało mi się tu dosłownie wszystko. Akcent sprzedawców, piosenki sączące się z radia, wrażenie, że chodzę po ogromnym kampusie, którego wszyscy mieszkańcy mają poniżej trzydziestki, uprzejmość przechodniów, ta sceneria jak operetkowy Dziki Zachód, tak odmienna od włoskich westernów, i to wrażenie, że z kimkolwiek nawiążesz rozmowę, wita cię nieznany kuzyn, traktując tak, jakbyście znali się od dziecka.

Flo powiodła wzrokiem za trzema młodymi Kanadyjczykami w grubych, rozpiętych koszulach i widocznych pod nimi T-shirtach Toronto Raptors.

– Nie mam wyboru – westchnęła. – Jeżeli chcę znaleźć sobie faceta, muszę przejść na dietę! Ciebie to nie rusza, masz już dwóch… Opowiadaj, co z tym gitarzystą w czapce.

Rozglądałam się wokół, jakby ktoś tu mógł nas podsłuchiwać, jakby samo mówienie o tym miało spotęgować we mnie poczucie winy. Florence zauważyła moje wzburzenie i wepchnęła mnie do pierwszego mijanego sklepu, czegoś w rodzaju marketu z rękodziełem prosto z północnej Kanady. Jej oczy domagały się zwierzeń. Zauważyłam omijany przez turystów dział w pobliżu stoiska z biżuterią, niedaleko kas.

– Zamieniliśmy w samolocie kilka słów. Jest sympatyczny, dowcipny, wyluzowany. Ale pamiętaj, że jestem mężatką, kotku… Starą mężatką i młodą mamą!

– Wiem, z Józefem! To nie przeszkodziło Marii zdradzić go z aniołem, który spadł z nieba. No, wyduś z siebie, co dalej?

– A co ma być?

– Spotkasz się z nim?

– Nie, oczywiście, że nie.

Flo położyła trzy palce na nosie i pociągnęła go, jakby chciała go wydłużyć.

– Nie ze mną te sztuczki, marna namiastko Pinokia! Nie umiesz kłamać. Zanim wrócisz do warsztatu stolarskiego, żeby ucałować Dżepetta, musisz potrenować.

Wiłam się jak na mękach. Ale to nie Flo wprawiała mnie w zawstydzenie, tylko przenikliwe spojrzenie sprzedawczyni siedzącej przy kasie. Miała bardzo ciemne włosy, twarz niemal czerwoną i inuickie przebranie. A może to nie było przebranie, bo wyglądała tak prawdziwie. Nieruchoma jak lodowa rzeźba czekająca pośród śniegów na przejazd sań.

– Skoro jesteś taka ciekawa, to zaprosił mnie, żebym posłuchała koncertu The Cure, za kulisy. Mogę się z nim spotkać w barze obok Metropolis na godzinę przed koncertem.

Flo zaniemówiła. Ale tylko na chwilę.

– Do diabła! Czyli tylko ty będziesz miała okazję gapić się na tyłek Roberta! I co, podoba ci się ten szkocki Eric Clapton?

– To tylko pomocnik…

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Podoba ci się?

– Właściwie… nie powiem, że nie. On… jest bardzo podobny do Oliviera.

– Do Dżepetta?

– Tak, do mojego męża Oliviera!

– W dodatku przystojniejszy, co?

– Właściwie to nie.

– Nowszy model?

– Nie sądzę, żeby Olivier wyszedł z mody.

– To co jeszcze w sobie ma?

Mogłam odpowiedzieć po prostu „Nic”, ten chłopak nie miał w sobie nic więcej niż Olivier, wcale go nie znałam: jeden uśmiech, parę słów – to wszystko. Był tylko miłym pasażerem. Tak powinnam była odpowiedzieć. Ale świdrujące moje plecy spojrzenie Inuitki nie pozwoliło mi na to. Jakby sama jej obecność zmuszała mnie do mówienia prawdy.

– Ma w sobie… szczyptę szaleństwa.

Flo wpatrywała się we mnie niemal tak nachalnie jak zamarznięta Inuitka. Prztyczkiem odsunęła wiszące nam nad głowami łapacze snów i zmarszczyła brwi.

– Kochasz męża? – spytała w końcu.

– Tak!

Odpowiedziałam bez wahania, jej riposta padła jeszcze szybciej:

– W takim razie leć!

– Dokąd mam lecieć?

– Na to spotkanie. Biegnij do tego baru. Idź na koncert.

– Zwariowałaś?

Para francuskich turystów snuła się po dziale za nami. Poznałam ich, byli w samolocie. Flo pociągnęła mnie, zbliżając się trochę bardziej do kasy.

– Mówię ci, idź. Jest podobny do twojego Oliviera, czy może lepszy? W takim razie przyjrzyj mu się. Powiedz sobie, że to sposób na ulepszenie męża. Wykrycie tego, czego brakuje jeszcze twojemu związkowi. I na zbliżenie się do doskonałości. Ale przede wszystkim pamiętaj, idąc na to spotkanie, że nie ty narażasz się na niebezpieczeństwo.

– Dlaczego?

Florence wzniosła oczy ku sufitowi pokrytemu skórą bizonów.

– Popatrz na siebie, Nathalie. Jesteś piękna. Zawsze uśmiechnięta. Romantyczna. Bardziej apetyczna niż te frytki, którymi się objadam. Nie bój się, zachowasz nad wszystkim kontrolę. Zawrócisz w głowie temu Jimiemu Hendrixowi w czapce!

Poczułam, że zimne jak stalaktyt spojrzenie inuickiej sprzedawczyni świdruje moje plecy. Lodowy sztylet dosięgnął mojego gorącego serca. Może właśnie na to czekałam – że to serce zamarznie, przestanie bić, a przynajmniej zwolni, żeby mój mózg mógł odzyskać władzę. Ale zwycięstwo było dalekie, a Flo nie ustępowała.

– Tylko nie próbuj robić z siebie ofiary losu! Masz męża, który pilnuje twojej córki, podczas gdy ty bawisz się na czterech końcach świata. Masz najfajniejszą singielkę za przyjaciółkę. Prawie masz kochanka… I jeszcze wisienka na torcie: pójdziesz na koncert, o którym marzą wszystkie dwudziestolatki sprzed dziesięciu lat!

Próbowałam chwycić się ostatniej deski ratunku.

– Skoro tak ci zależy, spotkaj się z nim za mnie!

– Nie, idiotko, to twoje przeznaczenie, nie moje.

Wzięłam ją za rękę. Próbowałam sobie wmówić, że zwykłe spotkanie w barze nic jeszcze nie znaczy.

– Trochę się boję.

– Chodźmy już.

* * *

Zamierzałyśmy właśnie wyjść, kiedy za nami rozległ się głos:

– Proszę pani…

Instynktownie wyczułam, że kobieta z kasy zwracała się do mnie. Odwróciłam się. Inuitka trzymała w ręce mały szary kamyk wielkości przepiórczego jajka.

– To dla pani. Kamień czasu.

Florence stała z boku, milcząc. Tak jak myślałam, sprzedawczyni mówiła do mnie.

– Proszę się nie obawiać, niech go pani weźmie.

Położyła kamyk na mojej otwartej dłoni. Był zupełnie normalny, ładny, gładki. Nie było w nim nic szczególnego. Już chciałam oddać go Inuitce, kiedy ta się odezwała:

– Czy pani wie, co to jest kamień czasu? – Zostawiła mi chwilę na refleksję, a potem wyjaśniła: – Czas, proszę pani, to długa rzeka. Nigdy się nie zatrzymuje. Płynie stale w tym samym kierunku. A jednak nie da się zobaczyć, z jaką prędkością porusza się każda kropla wody. Bo przecież wszystkie są do siebie takie podobne, przyzna pani? Jak się dowiedzieć, czy jednej z nich spieszy się bardziej niż innym albo czy któraś zwleka? Albo czy jedna z nich zatrzymuje się, pozwalając rzece płynąć dalej?

 

Słuchałam jej, zainteresowana. Jej paplanina brzmiała zgrabnie, ale i tak nie zamierzałam kupować magicznego kamienia, który chciała mi wcisnąć.

– A jednak istnieje sposób, żeby dostrzec krople, które się zatrzymują. Są Inuici, którzy potrafią odnaleźć te krople wody, które pozwalają rzece płynąć dalej bez nich. Zostawiają ślad na kamieniach, w korycie rzeki. Dla tego, kto nie umie patrzeć, te ślady są niewidoczne, ale inuiccy czarownicy mogą całymi dniami wpatrywać się w wodę, aż dostrzegą jedną z nich.

Zmusiła mnie, żebym zacisnęła palce na kamyku.

– Ten jest dla pani.

Usłyszałam za plecami cichy, drwiący śmiech Florence.

– A do czego służą te magiczne kamienie?

– Do cofania się w czasie – odpowiedziała z powagą sprzedawczyni. – W dniu, gdy naprawdę będzie pani tego potrzebowała. W dniu, kiedy naprawdę pani tego zechce.

Florence tym razem już się nie powstrzymywała – parsknęła śmiechem.

– Jak w Powrocie do przyszłości?

Wtedy miałam do Florence żal, bo przez nią czar prysnął. Urzekła mnie poetycka opowieść tej kobiety, chociaż służyła naciągnięciu turystów na kilka dolarów kanadyjskich.

– Nie. – Uśmiechnęła się sprzedawczyni. – Te kamienie nie pozwalają wracać do przeszłości, a tym bardziej jej zmieniać. Pozwalają tylko ożywić jej okruchy, drobiny czasu, jego konfetti. Powiedziałam, że czas płynie jak rzeka: stale w tym samym kierunku. Ale kilka kropli, tylko kilka kropli, które wynurzają się z przeszłości, może wystarczyć, żeby odmienić bieg życia.

Otworzyłam dłoń.

– Dziękuję, to piękna opowieść. Ale oddam pani ten kamień. Jest zbyt cenny.

Inuitka spojrzała mi prosto w oczy.

– Jest dla pani.

Wiedziałam, że trudno będzie się od niej uwolnić, nie sięgając do portfela. Mimo to wciąż się uśmiechałam.

– Nie interesuje mnie to. Naprawdę. Poza tym jestem za młoda, żeby myśleć o przeszłości.

– Proszę go wziąć, bardzo panią proszę.

Znów zamknęła moją rękę na kamieniu czasu. Czułam, że Florence traci cierpliwość. Podniosłam głos:

– Przykro mi. Bez względu na cenę, nie chcę go kupować.

– Ale ja go pani daję – odparła spokojnie sprzedawczyni.

Stałam z zaciśniętą dłonią. Osłupiałam.

– Zapewniała mnie pani, że takie kamienie to rzadkość. Że są unikalne. Cenne i pożądane. Dlaczego chce go pani dać obcej osobie?

Kobieta spojrzała mi głęboko w oczy. Doskonale wiedziałam, że to tylko handlowa sztuczka – dać naiwnej turystyce kamyk, żeby zdobyć jej zaufanie. Taka klientka wkrótce wróci, żeby kupić inne bibeloty.

– Ponieważ jest pani zakochana – odparła Inuitka. – Miłość nie trwa długo, miłość jest delikatna jak korale. Ale kamień czasu pozwala zachować jej najpiękniejsze perły. Na zawsze.