Lista nieobecności

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Poświęcam pamięci znakomitej pisarki

Ewy Ostrowskiej

(1938–2012)

Umieranie normalnego człowieka zaczyna się na długo przed śmiercią kliniczną, a mianowicie od momentu, w którym wiedza o śmierci przestaje być czymś podobnym do znajomości faktu mijania i następowania pór roku, a staje się wiedzą dotyczącą sprawy, która dotknie nas samych, wyłącznie i osobiście, do której zbliża nas każdy przeżyty, zarówno źle, jak i dobrze, dzień. Walka o istnienie jest jedyną, którą nieuchronnie przegrywamy – z powstaniem tej świadomości przyjmujemy postawę, która kształtuje resztę czasu, jaki nam pozostał.

– Irena Dowgielewicz

Zdarzenie z tomu Lepszy obiad

Śmierć nie kładzie im tamy, jest dla nich nawet przywilejem, który na czas pewien przynajmniej daje im miejsce nadrzędne, wskrzesza i ożywia ich biografie nową przygodą. Umarli dla siebie – nieruchomi, krusi i bezbronni – w pamięci rozpościerają się bezpiecznie, odporni na wszelkie uszkodzenia i klęski. Zapomnienie – ta rzecz dla nich najgroźniejsza – zawsze jeszcze da się czymś zażegnać.

– Zofia Nałkowska

Niecierpliwi

Prolog


Wiele lat później

– Pan ma swoje śmierci, prawda?

Było to pierwsze pytanie, które zadała mu Zuzanna.

Od razu to wyczuła, wystarczyło na niego spojrzeć. „Dzień dobry pani, Tomasz Prochota. Tomek. Fabian mówił, że… prowadzę rubrykę w «Wielkiej Kulturze», może pani… Artur Hnat był wielkim artystą, ja jego obrazy bardzo…” Był nienachalnie elegancki, starannie ogolony. Włosy, ciemne, choć przyprószone siwizną, zapewne ułożył grzebieniem, zanim on i Fabian wysiedli z auta. Jego słowa były takie jak on, gładkie, grzeczne, przewidywalne, uśmiechy wyszykowane tak samo jak ubranie. I tylko w oczach miał ten lęk, którego nie da się pozbyć.

– Słucham?

Oczywiście trafiła. Nagle zabrakło mu konwencjonalnych słów.

– Moja droga cioteczna babko – musiał się wtrącić Fabian, tym razem ze źle maskowaną irytacją – jeśli to prawda, że pierwsze minuty decydują o całej znajomości, będziecie z Tomkiem dobrymi przyjaciółmi. Dlaczego ze wszystkich miliardów możliwych pytań na przywitanie wybrałaś akurat to najbardziej niewłaściwe?

Zignorowała go.

– Pytałam, ile ma pan za sobą prób samobójczych.

– No naprawdę, chyba nie będziemy poruszać takich przykrych tematów, i to latem, i to w sobotę! – Fabian starał się zachować swój standardowy ton, w którym protekcjonalność mieszała się z sympatią. Jakby w ten sposób rana zadana temu całemu Tomkowi mogła stać się mniejsza!

To był sierpień, wczesny, a więc jeszcze ciepły. Popołudnie dopiero miało nadejść. Artur lubił takie dni i takie godziny. „Jakby ktoś otoczył świat nielepkim miodem. To pachnie słońce”, stwierdził pewnego dnia właśnie o takiej porze. A jednak to noce były jego porą. Mrok, chłód, żadnego miodu, zapachu słońca.

Gdy umarł, sądziła, że jej życie też się skończy, że to tylko kwestia czasu. Tak po prostu miało się stać. Pozostało jej czekać. A jednak przez całe dekady trzymała się kurczowo życia albo to ono trzymało się jej i doprowadziło ją do starości. Jeśli dla Artura śmierć była ucieczką, to dla niej stała się już tylko nieprzyjemnym obowiązkiem, czymś takim jak nieunikniona wizyta u dentysty. Zuzanna obawiała się, że jeśli spotkają się z Arturem (przez ostatnie lata wygodniej było wierzyć w to, że po śmierci trafi do jakiejś wiekuistej przechowalni dla zmarłych), on jej nie pozna i nie pokocha.

Jeszcze żyła. Siedzieli na tarasie domu letniskowego, ona piła herbatę z ozdobnej filiżanki, Fabian zasłużone po podróży piwo, a Tomek wodę mineralną z pływającym po powierzchni plasterkiem cytryny. Bronek (dla większości świata profesor Bronisław Aleszkiewicz, wybitny psychiatra) zachwalał zawartą w cytrynie witaminę C i picie dużej ilości wody. Artur powiedział kiedyś, że cytryna to wilgotne słońce. Podał wtedy Jankowi plasterek, a on zaczął wysysać sok. Honorata zapytała Artura, czym w takim razie są pestki. Wszyscy się roześmiali. Janek wytarł kroplę kwaśnego soku z brody. Zuzanna do dziś potrafiła odtworzyć ten ruch. Nie było już Artura, nie było Janka, od niedawna także Honoraty, ale nadal siedzieli przy stole, a w ich rozmowie przewijał się temat cytryny. Gdy Zuzanna umrze, i ten element historii zniknie.

– Dwie – odpowiedział Tomek. – Dwa razy tabletki. Dwa razy życie. Ostatnio to Fabian mnie znalazł.

– Na szczęście nie zamknąłeś drzwi. – Głos Fabiana stwardniał, stracił właściwe mu protekcjonalne nuty. – Ciociu, czy możemy…?

Nie nazwał jej już „drogą cioteczną babką”, a więc udało jej się go dotknąć. Lubiła Fabiana, być może dlatego, że świetnie pozorował beztroskę, dystans do świata. Najbliższym Zuzanny i jej samej często tego brakowało. Przegrywali. Fabian przynajmniej potrafił zwodzić świat, że wygrywa. Mówił głośno i wylewnie, dużo się śmiał, wygłaszał ironiczne uwagi. A teraz ten jego entuzjazm dla życia gasł. Może naprawdę kochał tego Tomka, choć słowo „kocham” pewnie nie przeszłoby mu przez usta.

– Nie zrozumieliśmy się – zwróciła się do Fabiana. – Myślałam, że twój przyjaciel chce napisać artykuł o Bronisławie.

– Poczciwy dziadziowujek Bronek! Jakże by się cieszył!

– O profesorze Aleszkiewiczu napisano już dosyć dużo – wtrącił Tomek. Dziennikarz na chwilę wygrał z zagubionym chłopcem. – A o panu Hnacie bardzo mało. Tyle co w leksykonach, albumach, internecie. A i to bardziej o sztuce. Ja bym chciał za tą sztuką zobaczyć człowieka. Czytałem, że w dzieciństwie stracił siostry, to musiało się odbić na tych niesamowitych abstrakcjach. Nic mi nie wiadomo o jego próbach samobójczych. Czy kiedyś próbował się zabić?

– Nikt, kto go naprawdę znał, by się temu nie dziwił.

Bronek lubił przesiadywać na tym tarasie i patrzeć na roztaczające się wokół góry. Miał wtedy minę człowieka spełnionego. Być może odczuwał coś w rodzaju wzniosłości, ale pewnie nie potrafiłby tego opisać. Zuzanna towarzyszyła mu w tych chwilach w milczeniu. Czasami wyobrażała sobie, że obok niej siedzi Artur. Raz był młody, taki, jakim go znała. W innych wizjach obarczała go starością, której nie doczekał. Nigdy nie podzieliła się tym z Bronkiem. Ta mała zdrada w niej została.

– Przepraszam, ale nie rozumiem. Pani mąż próbował się zabić czy…

– Idźcie się rozpakować, powinniście odpocząć po podróży – odparła spokojnie. Dotknęła ustami ozdobnego brzegu filiżanki i upiła łyk herbaty.

Wstali i ruszyli na piętro. Fabian pewnie wpadł w jeden z tych swoich słowotoków po to, aby uratować tę świeżą miłość. Z latami tyle tracił – urodę, zdrowie, złudzenia i nadzieje – a mimo to nagle kogoś zyskał. Tymczasem jego „droga cioteczna babka” zrażała do siebie Tomka.

Była niemal pewna, jakie zdania padną na górze z ust Fabiana. Ciotka ma najwyraźniej gorszy dzień. A może zdziwaczała, już nie te lata, nie ta inteligencja. Na starość można, ona ma prawie osiemdziesiątkę. No i może odbić, jak się tyle swoich pochowało, mężów, dzieci. To rodzinne, dziadek Andrzej też był taki, jej brat. Mruk, czasem złośliwy. Może zresztą ten Hnat to nikt ciekawy. Że malował, że umarł, wielkie rzeczy, mnóstwo ludzi maluje, a wszyscy umierają. Kochaj mnie, dobrze?

Tak ją musieli postrzegać. Wiek niedający się ukryć, siwe włosy, siateczka zmarszczek, brązowawe plamy na dłoniach, młodzieńcza szczupłość zamieniona w starczą chudość. Wieczne zimno oswajane pledem, zapowiedź śmierci.

A oni byli nadal dosyć młodzi (nie dobili jeszcze czterdziestki), pełni życia i trapieni współczesnymi problemami. Tak dalecy od umierania. Czy mogli zrozumieć historię, którą chcieli usłyszeć?

Zuzanna nigdy nie zapytała Artura o próby samobójcze. Wolała nie wiedzieć. Musiały się zdarzyć, dawniej lub w ich wspólnym „teraz”, gdy Janka już zabrakło. Artur igrał ze śmiercią, czekał na nią, czasem zbliżał się do krawędzi.

Spojrzała na szklankę, prawie pustą, naznaczoną odciskami palców Tomka. Na jej dnie pozostał plasterek cytryny, wyschłe zwiędłe słońce.

Wtedy

(listopad 2009)

Świat, w którym nie było Artura, istniał tylko w uniwersum snów. Widziała go stojącego na parapecie i choć chciała krzyknąć, z jej ust wydobywały się jedynie piski. Wyskakiwał, zanim zdążyła dobiec, mogła już tylko łapać rękami powietrze. W innych koszmarach znajdowała jego ciężkie od śmierci ciało na zimnym chodniku w nieznanych jej okolicach. Zwykle leżał twarzą do ziemi, nie mogła go podnieść. Czasami śnił jej się Janek i to on mówił, że Artur nie żyje, a potem długo i zawile tłumaczył coś, na czym nie potrafiła się skupić. Niekiedy towarzyszyła jej tylko świadomość śmierci Artura, a ona, oniemiała z przerażenia, krążyła po wyimaginowanych pokojach, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania, które bała się zadać.

Potem się budziła, przy Arturze, ciepłym, bezpiecznym, żywym. Nie dzieliła się tymi snami. Artur byłby ostatnią osobą, której by o nich powiedziała. W tym domu było za dużo śmierci i bez fikcyjnych zmarłych.

Od lat praktykowali sobotni zwyczaj budzenia się zgodnie ze swoim własnym rytmem, bez udziału zaprogramowanego radia, o ile dzieci im na to pozwoliły. Zuzanna lubiła soboty i łagodne przenikanie ze sfery snu do rzeczywistości. Rozgrzane nocą łóżko, z którego nie musiała się zrywać wraz z irytującym głosem spikera, było pierwszym prezentem tego dnia. Drugim mógł być poranny seks, pozbawiony finezji, ale pełen leniwego ciepła. Takich zbliżeń się nie pamiętało, ale były potrzebne.

 

Tamtej soboty obudziła się gwałtownie. Dusiła się. Widziała pogrążoną w półmroku sypialnię, blask słońca schowany za roletą, pusty kubek po ziołach na stoliku nocnym, porzuconą skarpetkę skuloną na dywanie. Myślała o swoich rozwartych ustach, które nie potrafiły nabrać powietrza, o nieistniejących zimnych strumieniach tlenu lejących się przez gardło i tchawicę do spragnionych płuc, o rozedrganym sercu, karuzeli w głowie, ciemnych plamach zasłaniających sypialnię, Artura, świat.

W końcu oddech przyniósł jej zbawienie. Potem drugi, trzeci, czwarty. Za chwilę o tym zapomni. Będzie po prostu oddychać, żyć, jakby nie było płuc, serca, mózgu. Ten mechanizm przecież działał samoistnie i nie miał się nigdy wyczerpać. Opadła na poduszkę. Odwróciła się do Artura, spragniona przytulenia. Mała dziewczynka, którą przestraszył sen.

Przez moment myślała, że Artur również nie śpi. Miał otwarte oczy, a na twarzy wyraz zaskoczenia. Strużka śliny pociekła mu z ust. Artur nie żyje. Artur nie żyje, nie żyje, nie żyje. Nie, ona śpi. To ten sen, ten z oknem, ten z zimnym brukiem, skulonym ciałem, teraz wkradł się do sypialni. Zuzanna się obudzi, Artur też. Artur nie żyje, przypomniała sobie. Myśl rozbrzmiewała w niej, nabierała ważności, pęczniała do krzyku.

Poderwała się z łóżka, wstała, otoczył ją chłód. Rozedrganą ręką przytrzymała się ściany. Zgasłe oczy Artura. Widzą. Nie widzą. On nie żyje, ona nie żyje, on nie żyje, ona nie żyje, już od dawna ich nie ma, to się śni, nie śni, krzyk rozrywał ją i ciszę.

Przerażony Krzysztof pobiegł do niej, zawsze widział tylko ją. Była jego słońcem. Nie mogła go usłyszeć, ale wyczytała z rozedrganych ust „mamuś”, to wieczne „mamuś”, kompromis między dawną zbyt dziecinną „mamusią” a nigdy nieużywanym twardym „mamo”. Kiedyś też tak wpadał w piżamie, był mały, goniły go koszmary. Artur nie żyje. Artur nie żyje. Artur… Krzyk się wyczerpał.

– Mamuś, mamuś, co się…

– Krzysztof!

To był głos Jakuba, pierwszy raz podniesiony. Artur nie żyje. Nie… Sen w ich sypialni, miejscu spokojnym, wyciszonym, o pastelowych ścianach. Krzysztof rozczochrany, szare blizny na rękach Jakuba. Pusty kubek po ziołach. Głos spikera. Sobota. Jakikolwiek inny dzień. Jeśli to poniedziałek, to z dziewczynkami trzeba iść do dentysty. Artur nie żyje. Nie. Mogła już tylko szczękać zębami. Zagryzła palec, ale zęby nadal zgrzytały, nieujarzmione bestie w kagańcu ust. Musiała krzyknąć jeszcze raz, przepłoszyć Krzysztofa, Jakuba, śmierć.

Pochylali się nad Arturem. Ręce Krzysztofa zbyt słabo uciskały klatkę piersiową. Nie były do tego stworzone. Jakub oddawał Arturowi swój oddech. Artur im nie pomagał. Nie chciał żyć. Nie żyje. Jakub, czerwony, dyszący. Krzysztof, sęp ucztujący nad padliną. Nie chciał pokochać Artura. Pyskował, warczał, sączył nienawiść. Tkwił między nimi, okrutna pamiątka jej poprzedniego życia, wieczny wyrzut sumienia.

Dziewczynki stały w drzwiach sypialni, zaglądały do środka. Gęstniało powietrze, budził się niepokój. Brygida załkała jeszcze niepewnym płaczem. Artur przybiegał do nich, aby je utulić, przepłoszyć smutki, wyszeptać bajkę o dwóch dziewczynkach, które, biedactwa, umarły. Nie żyje, nie żyje, nie żyje. Trzeba zadzwonić do Janka, a nie, on też nie żyje, to prawie rok, jak go nie ma. Artur chciał umrzeć zaraz po nim. Umarł.

Krzysztof wybiegł. Jakub osunął się wzdłuż ściany. Uderzył głową o kant stolika nocnego. Tam, gdzie stał kubek po ziołach, leżała książka przedzielona zakładką. Usiadł, zatrząsł się od płaczu, zakrył oczy dłonią. Artur nie żyje.

Ania i Brygidka piszczały, wczepione w siebie, twarze wykrzywiała im rozpacz. Parodia potwora, pokurczonego, żałosnego. Dzieci są szpetne, gdy płaczą. Ich „mamusiu” było zniekształcone, jakby ktoś powoli przewijał kasetę (dziś nikt już nie słucha kaset), wczorajszy zapach oregano, brudne widelce, czyste noże, rozmowy, cisze, myśli.

Musiała być bliżej, nie Jakub, nie Krzysztof, nie Ania, nie Brygidka. Artur należał tylko do niej. Nie żyje. Zrobiła dwa kroki na zdrętwiałych stopach, przewróciła się, ręce wpadły w zimną pościel. Twarz za blisko dywanu, szorstko i duszno od kurzu, drobiny unoszone oddechem. Trudno wstać.

Spojrzała w twarz Artura. Ktoś, pewnie Jakub, zasunął mu powieki. Otwierała i zamykała usta, jakby próbowała przeżuć zbyt twardy kęs. Położyła głowę na piersiach Artura, w których nie biło już serce. Spało serce, spała krew, Artur spał. Zuzanna zamknęła oczy, pozwoliła ciemności opaść. Może umarła. Artur zaraził ją śmiercią jak chorobą. Dobrze.

To się działo w podróży poślubnej. Leżeli na plaży. Ciało Artura było ciepłe jak wyjęte z piekarnika ciasto, pachniało piaskiem i słonym powietrzem. Wtuliła się w nie. Pomyślała, że w tym pięknym ciele krąży krew, czerwone morze obciągnięte skórą (tak pewnie określiłby to Artur). Zasnęli na chwilę. Koc, na którym leżeli, miał kwiatowy deseń. „Kiedyś będziemy stawiać zamki z piasku. Wielkie piaskowe komnaty, kamyki między blankami. Fosy, w które wsiąka woda”. Podniosła głowę, spojrzała w ukochane oczy, w które mogłaby patrzeć bez końca. „Nie jesteśmy dziećmi”. Jej cichy śmiech, tylko dla niego. „Ale będziemy je mieć”. Wyczarował te dzieci, snuły się między nimi, ulotne błyski światła, które miały kiedyś przybrać konkretne kształty. Za dziewięć miesięcy, za rok, za dwa lata, za szybko. Nie chciała dzieci. Nie chciała mu o tym mówić. Nie teraz. „Artur, ja potrzebuję tylko ciebie”. Uśmiechnął się. Nabrał garść piasku. Piasek przesypywał się między palcami. Patrzyła.

Możliwe, że Artur wtedy powiedział: „Kiedyś będziemy stawiać pałace z piasku”. Minęło tyle lat od tamtej podróży, tamtej plaży, tamtej chwili. Nadal pamiętała wczoraj z zaplanowanym jutrem. Przyniosła do kuchni ostatnią szklankę. Artur opłukiwał talerze. Cichy szum wody, noc, wyobrażenie resztek w odpływie. „Umyję jutro, nie będę hałasował, dzieci śpią”. „Idź już, przygotuję ci zioła”, odpowiedziała. Chwyciła się tych jego słów, tak, to było tak: „Umyję jutro, nie będę hałasował, dzieci śpią”. I o nich zapomni, przekształci je. Umarł, to było pewne. Nie do zapomnienia. Leżała głową na jego zimnych piersiach.

Musiała wypłynąć na powierzchnię życia po trochę powietrza.

Wtedy

(listopad 2009)

Jakub umiał rozpoznać szczęście tak samo jak cierpienie. W szczęście trudniej było uwierzyć, ale istniało, tak jak teraz. Jakuba wypełniał biały ból.

Oczywiście wszystko co złe wracało. Był stół nakryty obrusem, makaron polany sosem pomidorowym, zapach ziół, kieliszki, susz w szkle, świece na komodzie, cienie na ścianach, prezenty, Krzysztof, Zuzanna, Artur, wspomnienie Kiri. „To nie szczur, Kubuś, to świnka morska, mamusiu, on myślał, że Kiri to szczur”, dawne słowa, dawny śmiech. Była też zakrwawiona żyletka, pięści miażdżące twarz. „Czasami cię nienawidzę”, godziny samotności, noc w szpitalu, która miała trwać wiecznie. „Spokojnie, już spokojnie… Biedny chłopak”. To wszystko komponowało się w całość, składało się na niego, na Jakuba. Nosił to na sobie jak ubranie. A jednak to co złe zdawało się niegroźne, jak koszmarny sen, z którego dawno się obudził.

Zostali zaproszeni na kolację. Krzysztof pozwolił mu odebrać telefon. „Kto dzwoni?”, dobiegło z łazienki, gdzie się golił. „Twoja mama!” „Odbierz, spytaj, co chce”. Jeszcze oszołomiony tym „odbierz, spytaj”, nacisnął odpowiedni przycisk. „Zuzanno, tu Jakub”, powiedział przepraszającym tonem, jakby się zaraz musiał tłumaczyć, dlaczego to on odebrał, ale ona nie zapytała o Krzysztofa. „Słuchaj, Jakub, może byście wpadli na kolację? Artur wczoraj wrócił z Pragi. Jeśli macie inne plany, to nie przeszkadzajcie sobie, w końcu jest piątek. To Artur uważa, że skoro on chce kogoś widzieć, to ten ktoś akurat wręcz marzy o spotkaniu z nim”. Nawet się nie namyślał. „Dobrze, wpadniemy”. Bez pytania przekreślił wieczór przy filmie, ziarna popcornu próbujące wydostać się z patelni, tłuste palce spotykające się w misce, słone pocałunki. „To na pewno nie kłopot? Możecie wpaść równie dobrze na kawę w sobotę, jak chcecie”. „Przyjdziemy”. „To bądźcie przed siódmą, najlepiej głodni”. „Dobrze, do zobaczenia”. Rozłączył się, ale nie odłożył telefonu. Wyświetlacz zgasł.

Krzysztof wyszedł z łazienki obnażony do pasa, jasny, piękny. Nawet ten zaokrąglony brzuszek, na który tak narzekał, był absolutnym cudem wpasowanym w to ciało. Jakub stłumił chęć położenia dłoni na jego klatce piersiowej. Jeszcze nie wiedział, co Krzysztof powie. „Twoja mama zaprasza nas na kolację, na siódmą”. „Okej”. Na płatku ucha Krzysztofa została odrobina pianki.

„A nie mieliśmy oglądać filmu?” Jakub obserwował swoje dłonie, sznyty na nadgarstkach. „Ten pasek to pan nam odda, my przechowamy w depozycie, jak pan będzie wychodził, to pan odbierze”. Nie myśleć o tym, nie teraz! „Jakub, masz ochotę zostać w domu, obejrzeć ten film?” „Nie, nie musimy. Mogę… chcę iść”. „To pójdziemy”. Odwrócił się. Jakub kochał jego łopatki, znamię wielkości jednogroszówki na plecach, kark porośnięty jasnymi włoskami. Podszedł, przylgnął do Krzysztofa, poczuł pod rękami ciepło, znajome ciało. „Co, cieszysz się, Jacob? Lubię, jak się cieszysz”. I od razu przypomniały się te dawniejsze słowa, wypowiedziane z pasją, która nie była miłością. „Nienawidzę cię! Nikt, rozumiesz, Jacob, nikt mnie nie potrafi doprowadzić do takiej nienawiści!” Było mu dobrze, stali na przystanku, miał na sobie cienki płaszcz, ale nie czuł listopadowego zimna. „Ładnie ci w nim, Jacob”, powiedział kiedyś Krzysztof, gdy Jakub obracał się w przymierzalni, „do tych butów jak znalazł”. „Świetnie to na panu leży, ten płaszcz jest dla pana”, zachwalała sprzedawczyni o apodyktycznych kompetencjach. Jakub uśmiechnął się do Jakuba w lustrze.

W autobusie siedzieli obok siebie, a on chciał położyć głowę na ramieniu Krzysztofa, prawie się zapomniał. Miłość uspokojona, cicha, bez burz.

W Żabce kupili bombonierkę, Jakub uparł się, że zapłaci. Wyszli, mechanizm przy drzwiach wydał irytujący gwizd. Zimno, ciemność, mdłe światło latarni, bezlistne drzewa, smutni ludzie z psami na spacerach, mikroświat osiedla. Prawie jak dom. Jakub przyspieszył kroku. „Jacob, te czekoladki i tak zjesz dopiero po kolacji!” „Dobrze, tatuśku”, odparł Jakub, zanim ugryzł się w język. Krzysztof skwitował to śmiechem. „Czy ty się ze mną ścigasz? Jest dopiero za dwadzieścia siódma”. Ostatni odcinek przeszli zgodnie, spokojnie. Nie musieli się spieszyć i może to też było szczęście.

To Artur otworzył drzwi. „Wejdźcie, wejdźcie”, rzucił z roztargnieniem i zaraz przepadł. „Jak nie znajdę tego korkociągu, to nie będzie wina”. Zostali sami. Odwiesili płaszcze, zdjęli buty. Krzysztof włożył rozdeptane kapcie (Jakub nigdy nie przypuszczał, że ktoś taki jak Krzysztof może nosić coś tak prozaicznego).

Weszli do środka, w plątaninę kuchennych dźwięków, zapachów i głosów. Zuzanna stała przy kuchence. Wyglądała śmiesznie w fartuchu narzuconym na jedną z tych jej dziwacznych sukien. „Mam zgubę!!” „A już myślałam, że trzeba będzie odwołać kolację”. „Zuzanna, no daj spokój!” „Pięknie pachnie, mamuś!” „Merci? Nie trzeba było!” „A gdzie dziewczynki, tak tu cicho”. „Nocują u Fryców. Będą z Danką i Ewą piekły ciasteczka”. „Pomóc ci coś?” „Nie, już nakryte, siadajcie”. „Przywiozłem coś dla was”. Krzysztof dostał ciemnozielony przycisk do papieru z ciętego kryształu, Jakub niebieską apaszkę w delikatny wzór. „Zastanawiałem się jeszcze nad brązową, ale ten kolor lepiej do ciebie pasuje”. „Artur…” Jakub odważył się go uścisnąć. Nie powinien. To był nieprzemyślany gest.

Podczas kolacji Artur opowiadał o Pradze. O jesiennych mgłach unoszących się nad Wełtawą. O zapierających dech w piersiach barokowych kościołach, świadectwach potęgi raczej człowieka niż Boga. O jakby rozedrganym Tańczącym Domu wzniesionym na miejscu budynku zbombardowanego przez Amerykanów pod koniec wojny. O czerwonych dachach, wbijających się w niebo wieżach czy wąskich uliczkach prowadzących z jednego magicznego miejsca do drugiego.

Jakub słuchał kolejnych opowieści i wydawało mu się, że monumentalne zabytki rozpychają się w mieszkaniu. Artur potrafił czarować głosem, słowem, gestem. Prowokował i do zadumy, i do śmiechu. Pewnie tak samo prowadził grupy w muzeum, jakby zapraszał w tajemną podróż po świecie baśni. „Artur… on chce zagarnąć ludzi”, powiedział kiedyś Krzysztof z zakłopotaniem.

 

– Ale Praga to nie tylko to co piękne i wzniosłe. Wiecie, chłopcy, zaraz obok Muzeum Kafki jest bardzo gejowska rzeźba – dwóch nagich mężczyzn ustawionych naprzeciwko siebie w basenie w kształcie Czech. Gdzieś czytałem, że wieczorami ludzie przychodzą napić się z ich narządów. Czesi mają naprawdę zdrowy stosunek do wielu…

– Płacą ci za gadanie takich głupot? – przerwał mu naburmuszony Krzysztof. Pewnych tematów nie należało przy nim poruszać.

– Artur, jest piątek wieczór – wtrąciła Zuzanna. – Nie jesteś w muzeum.

– Ja byłem w Pradze jeszcze w podstawówce – dodał Krzysztof. – Pamiętasz, mamuś?

– Nie.

Zrobiło się zimno od braku słów. Było słychać brzęk sztućców.

– Jakub, a ty byłeś w Pradze? – spytał Artur.

– Byłem. Teraz.

Artur uśmiechnął się do niego. Przez chwilę świat się podzielił. To Jakub był najważniejszy, to ich historia się tu rozgrywała. Jeszcze niedawno myślał, że to tylko kilka stałych układów: Artur–Zuzanna, Zuzanna–Krzysztof, Krzysztof–Artur. On należał (nie, chciał należeć!) tylko do Krzysztofa. A potem… „Zabierz mnie stąd, proszę cię. On tu to zrobił, wiesz? Tu go znalazłem”. Nie! Chłód szkła, smak wina, gorąco w przełyku.

– I wydałeś tyle co na bilet autobusowy – powiedziała Zuzanna. – Opłacało się.

Nie wrócili już do Pragi. Zostali w mieszkaniu, przy stole, przy smukłych kieliszkach wypełnionych morawskim winem. Milczenie tym razem było ciepłe. Tykał zegar. Nasyceni, rzucali sobie leniwe uśmiechy. Odnalazł pod stołem dłoń Krzysztofa. Ten zamknął jego palce w swoich. Biały ból.

– Mamuś, to było bardzo dobre.

– Masz naprawdę nieduże wymagania.

– Jesteś dziś bardziej cierpka niż to wino! – rzucił Artur. – Ale kocham cię i za tę twoją kąśliwość!

– Naprawdę? – Zuzanna zmierzyła go spojrzeniem.

Krzysztof wstał i zaczął zbierać talerze. Nie lubił rozmów o uczuciach. Czasami odpychał Jakuba i jego miłość. Talerz brzęczał o talerz, dzwoniły sztućce. Kolacja się skończyła. Nakryty stół przypominał swoją własną parodię.

– Krzyś, ja posprzątam.

– Siedź, Artur. Też mogę się do czegoś przydać, to nadal mój dom.

Jak on potrafił ranić! Krzesło zrobiło się niewygodne, Jakub zatęsknił za żyletką. „Jacob, coś ty zrobił? Co to jest? Dlaczego, co… Jacob!” Był tu tylko gościem. „Mamuś, pamiętasz Kubusia? ”, spytał Krzysztof tamtego dnia, gdy wybrali się do Zuzanny na herbatę. „Trochę za duży jak na Kubusia”. „Dobry wieczór, pani Zuzanno”. „Cześć, Artur Hnat”. „Jakub Winkler”. Jakub zauważył ślady sosu na obrusie. Pomyślał o krwi.

– Krzyś, napijesz się jeszcze? – spytał Artur, gdy Krzysztof wrócił do stołu. – A ty, Jakub? – Napełnił kieliszki. Wino w przytłumionym świetle zdawało się czarne.

Krzysztof wdał się w długą i zawiłą opowieść o osobliwym przypadku, jaki trafił mu się w laboratorium. Miał w sobie pasję, ale brakowało mu zdolności do ciekawego opowiadania. Jakub wsłuchiwał się w jego głos. Artur patrzył na Krzysztofa z życzliwym zainteresowaniem. Zuzanna sunęła palcem po brzegu obrusa.

– Jakub, a jak w pracy?

Nie wiedział, czy zamierzała mu dokuczyć. Nie chciał o sobie mówić.

– Wciąż podaję kurtki i płaszcze. Za to mam coraz więcej zleceń copywriterskich, ale to i tak mniej ważne niż matematyka.

– Matematyka jest królową nauk – powiedział Krzysztof.

– Wydaje mi się, że praca w szatni jest bliżej życia niż matematyka. – Zuzanna nie ustępowała. – Podajesz ludziom płaszcze, a oni dzięki temu nie chorują. Co ludziom po matematyce, kiedy są chorzy? Na co im sztuka, gdy będą kasłać, kichać…

– Nie powinnaś stać po stronie Jakuba. Zabiera ci klientów. Te płaszcze! – Artur potrząsnął głową.

Śmiech rozbrzmiewał raz po raz. Było im dobrze. Czas płynął. Kuchnia Hnatów znajdowała się poza cierpieniem. Jakub wiedział, że mało zapamięta, lecz będzie umiał odtworzyć to ciepło.

– Musimy się chyba zbierać – oznajmił Krzysztof.

Zabrał śmiech, przywrócił chłód listopadowego wieczora, inne życie, inne mieszkanie, oddechy niepozbawione strachu.

– Odwieziesz ich? – Zuzanna zwróciła się do Artura. – Ja piłam wino.

– Ja też, przecież widziałaś. – Obdarzył ją szelmowskim uśmiechem, jakby udało mu się spłatać figla.

– Możemy wrócić autobusem – wtrącił Jakub.

– Nie będziecie się tułać po nocy, zamówię wam taksówkę.

– Daj spokój, niech tu zostaną – powiedział Artur. – Mają gdzie spać, rano pojadą.

– Naprawdę myślisz, że oni chcą tu z nami siedzieć? – Zuzanna wstała i zebrała kieliszki. Wyglądały w jej dłoniach jak trofea wojenne. – Że chcą jeszcze słuchać tych twoich opowieści zza czeskiej granicy?

Krzysztof posłał Jakubowi jedno z tych swoich ciepłych spojrzeń, za które Jakub tak go kochał.

„Nigdzie dzisiaj nie pójdziesz! Zostaniesz tu!”

– Jacob?

– Ja bym został.

– To ja też.

Artur zaproponował herbatę. Zgasił świece palcami. Zasyczał czajnik. Zuzanna schowała niedopite wino do lodówki i otworzyła bombonierkę. Serwis obiadowy zastąpiły kolorowe kubki. Jakub słodził herbatę i wysypał trochę kryształków na stół. Przeprosił.

– Awantura w miłości – skwitował Artur.

– Chyba w rodzinie…

– Nie, cukier to w miłości, sól w rodzinie.

Jakub wiedział, że Artur ma rację. Nie wierzył w takie rzeczy, ale… a jeśli się pokłócą z Krzysztofem? Naruszył ten wieczór, rozsypując cukier.

– Wiele spraw wpuściłam do tego domu, ale przesądy zostawiamy za progiem – oznajmiła Zuzanna.

Rozmowa okazała się trudniejsza, zapijali milczenie herbatą. Wyciągali, odwijali z folijek i smakowali czekoladki, jakby brali udział w kulinarnej grze.

– Jacob, ty lubisz te czarno-białe, proszę. – Krzysztof podał mu śmietankowo-kawową.

– Tak z ręki? – Zuzanna się skrzywiła.

– Nie przeszkadza mi to – odparł Jakub.

Nagle zadzwonił telefon. Twarz Zuzanny stężała, uśmiech Artura znikł. Telefon dzwonił i dzwonił. W końcu Zuzanna poszła do pokoju i odebrała. Wróciła po chwili ze zgaszoną miną.

– Dzwoniła Danka. Ania z Brygidą chcą wrócić do domu. Stęskniły się za mamusią i płaczą! – Prychnęła. – Skoro nawet ona straciła cierpliwość, to musi być źle.

– Zapowiada się rodzina w komplecie. – Artur się zaśmiał.

Jakub i Krzysztof wymknęli się do dawnego pokoju Krzysztofa. Leżeli przytuleni na zbyt wąskim łóżku, spokojni, choć pełni wrażeń. Słyszeli szczebiot Danki, chlipanie dziewczynek, śmiech Artura, oschły ton Zuzanny, wodę płynącą w łazience. To wszystko było obok, za granicą drzwi.

– Czy to biały ból, Jacob? – Krzysztof gładził jego dłoń.

Gdyby podciągnął rękaw jego swetra, zobaczyłby blizny. Dobrze je znał i wciąż napawały go strachem, może obrzydzeniem. Niszczyły każdą dobrą chwilę. Zuzanna i Artur odwracali wzrok od jego rąk. Nie było blizn, nie było dawnych ran, nie było tych, co dopiero nadejdą. Krzysztof brał życie zbyt serio, żeby udawać.

Ale Jakub jeszcze nie musiał się przebierać.

– Tak – powiedział. – Biały ból.

Artur zmarł tej samej nocy.