Jednookie waletyTekst

Z serii: Dzikie karty #8
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin

Jednoookie walety [Dzikie karty t.8]


Tytuł oryginału

Wild Cards VIII: One-Eyed Jacks ISBN 978-83-8116-737-6 Copyright © 1991 by George R. R. Martin and the Wild Cards Trust Expanded edition copyright © 2018 by George R. R. Martin and the Wild Cards Trust All rights reserved Copyright © 2019 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Cover art copyright © David Palumbo Redaktor Robert Cichowlas Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Dziewczyna Nikogo

Uśmiech fortuny

Nikt nie zna mnie lepiej niż moja ukochana

Wieża ze złota i bursztynu

Konie

Pan Nikt wychodzi na miasto

Śnieżny smok

Nikt nie zna kłopotów, jakie na mnie spadły

Dziś Clancy już nie śpiewa

Jesteś Nikim, dopóki ktoś cię nie pokocha

Zerwana nić w ciemnym pokoju

Nikt nie mógłby być taki głupi

Szesnaście świec

Nazywam się Nikt

Diabelski trójkąt

Nikogo nie ma w domu

Bicie serca umarłego

Nikomu się nie udaje

Nota wydawnicza

Dla Mike’a Cassutta

Dziewczyna Nikogo
Walton Simons

Grzały ich promienie późnopopołudniowego słońca. Leżała naga na łóżku. Dłonie miała splecione na brzuchu, a oczy zamknięte. Przesunął spojrzeniem wzdłuż zarysu jej ciała, starając się przedłużyć ekstazę i zadowolenie, które wspólnie przeżyli zaledwie przed chwilą. Jednak wrażenia już odpływały. Kobiety potrafiły na dłużej zatrzymać to miłe uczucie. Ale i u nich w końcu mijało.

— Mogłabyś zostać jeszcze trochę — odezwał się Jerry, nadając tym czterem słowom brzmienie sugerujące, że byłoby to tak bardzo przyjemne, że dwoje ludzi nie zdołałoby tego znieść. Co prawda, ostatnio z tą przyjemnością nie było aż tak nadzwyczajnie.

— Nie da rady. — Veronica otworzyła oczy i usiadła. Jej długie, ciemne, przepocone włosy lepiły się do twarzy i szyi. Jerry miał nadzieję, że to zasługa jego umiejętności, a nie sierpniowego upału. Zaczekała kilka sekund, a potem wstała, poszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. — Wezwij mi taksówkę.

— Taksówko, przybądź!

Jerry nie liczył na śmiech i nie doczekał się go. Usłyszał, że odkręciła prysznic.

Wciągnął szorty i ruszył po dywanie do sąsiedniego pokoju. W górnej szufladzie mahoniowej komody był pięćsetdolarowy banknot, a także nowe majteczki z czarnego jedwabiu i biustonosz z fiszbinami z tego samego materiału. Może następnym razem Veronica włoży tę bieliznę. A może nie.

Wziął w rękę słuchawkę i znieruchomiał na moment, zatrzymując palec, którym chciał obracać tarczę. Nie przyzwyczaił się jeszcze do naciskania guzików. Ponad dwadzieścia lat spędzonych jako gigantyczna małpa tak na człowieka działa. Wypełniło go zimne, przyprawiające o mdłości wrażenie. Gdy nadchodziły takie chwile, nawet Veronica nie mogła mu pomóc. Spróbował odepchnąć od siebie te myśli, ale to tylko pogorszyło sytuację, gdy wreszcie się przebiły. Świat zmienił się przez te wszystkie lata, drastycznie i nieodwracalnie. Jego rodzice przeprowadzili się do Pass Christian w stanie Missisipi, gdzie zabił ich huragan Camille. Jakiś debilny jasnowidz powiedział im, że Jerry’ego porwano i tam właśnie go przetrzymują. Ich ciała znaleziono na drzewie, prawie pięć kilometrów w głąb lądu. A on przez cały ten czas przebywał w zoo w Central Parku, miał piętnaście metrów wzrostu i porastało go futro. Przygryzł wargę i wcisnął numer.

— Taksówki Starline — odezwał się znudzony głos na drugim końcu linii.

— Wschodnia siedemdziesiąta siódma trzynaście. Będzie czekała kobieta.

— Wschodnia siedemdziesiąta siódma trzynaście. Pięć minut. Dziękuję.

Dźwięk odkładanej słuchawki.

Jerry wrócił do sypialni i uwalił się na łóżku. Blask słońca przegnał zimno z jego skóry, ale nie z wnętrza.

Veronica wyszła z łazienki. Zebrała ubranie i włożyła je, szybko i niezgrabnie.

— To nie byłoby sprzeczne z prawem, gdybyś czasami zostawała dłużej — zauważył. — Moglibyśmy pójść razem na kolację. Albo do kina.

— Prawo tego nie zabrania, ale ja nie mam na to czasu.

Odwróciła się do niego plecami, żeby zapiąć bluzkę.

— Jasne.

Przetoczył się na brzuch, żeby nie zobaczyła grymasu bólu na jego twarzy. Czasami była z niej wredna suka. Ostatnio coraz częściej.

— Przepraszam. — Przesunęła palcem wzdłuż jego łydki. — Zobaczę, może uda mi się urwać, ale niczego nie obiecuję. Mam bardzo dużo roboty.

Zabrzmiał domofon.

Jerry usiadł prosto. Nie odwiedzał go tu prawie nikt oprócz Veroniki. Podbiegł do drzwi i nacisnął guzik.

— Słucham.

— Jerry, mówi Beth. Założę się, że zapomniałeś o dzisiejszym balu dobroczynnym. Nie możesz zostawić mnie na pastwę tych wszystkich prawników i polityków.

— Jezu, faktycznie zapomniałem. Zaczekaj. Za chwilę zejdę. — Podszedł szybko do szafki w ścianie i wyciągnął z niej koszulę oraz spodnie. — Moja bratowa. Powinnaś ją poznać. Polubiłabyś ją.

— Żonę prawnika? — Veronica pokręciła głową. — Chyba żartujesz.

— Może cię zaskoczyć. Jest naprawdę świetna.

— Już sobie idę — oznajmiła kobieta, zmierzając ku drzwiom.

Jerry wcisnął nogi w buty ze skóry aligatora i ruszył za nią, skacząc po dywanie.

— Dobra, i tak cię kocham.

Pomachała mu ręką, nie odwracając się, i zamknęła za sobą drzwi.

Jerry westchnął i poszedł do łazienki. Uczesał nazbyt rude włosy i skropił się odrobiną wody kolońskiej. Usłyszał, że winda się zatrzymała. Zaczekał kilka sekund, aż znowu ruszyła w dół. Nie byłoby dobrze, gdyby Beth zobaczyła go z Veronicą, która zapewne powiedziałaby coś uszczypliwego.

Upewnił się, że ma portfel i klucze, a potem popędził na korytarz i nacisnął guzik windy.

Beth oczekiwała go na dole. Miała ubraną koszulę w kwiaty i jasnoniebieskie spodnie. Jej blond włosy opadały nieco poniżej ramion.

— Ruszajmy, braciszku. Zaparkowałam na drugiego. — Złapała go za łokieć i pociągnęła ku drzwiom. — Widziałam, jak wychodziła stąd śliczna bruneteczka. — Uniosła brwi. — Czy powinnam ją poznać?

Udał szok najlepiej, jak potrafił.

— Nie mam pojęcia. A czy ja powinienem?

— Mógłbyś trafić znacznie gorzej — odparła z uśmiechem. — I pewnie nie raz trafiałeś.

— Możesz się o to założyć. Ruszajmy. Chcę to już mieć za sobą.

Sala balowa była pełna dymu, hałasu i bogatych Demokratów. Każdy z nich starał się nie wyglądać na pijanego. Na razie. Koch i Jesse Jackson pojawili się wcześniej razem, na znak tak zwanej solidarności Demokratów. Krążyły pogłoski, że Jackson ma wygłosić przemówienie, ale w programie tego nie uwzględniono. Jerry nie znosił chodzić na imprezy, na które musiał wkładać smoking, ale Beth obiecała mu w zamian trzykrotne wspólne wyjście do kina.

Poza ich trojgiem przy stoliku nie było nikogo. Kenneth objął Beth ramieniem. Jej barki były nagie poza cienkimi ramiączkami niebieskiej jedwabnej sukni. Jerry był zazdrosny. Veronica nigdzie się z nim nie pokazywała. Od samego początku jasno oznajmiła, że tak będzie.

 

— Nie potrafię uwierzyć, że partia nominowała Dukakisa — oznajmił Kenneth. — Nawet Richard Nixon pokonałby go bez trudu.

— Mieliśmy pecha na konwencji — stwierdziła Beth. — Hartmann miałby szansę.

— Ale z drugiej strony może nie, biorąc pod uwagę, co sądzi ogół o dzikich kartach. To mogłoby go zniszczyć. Powinieneś się cieszyć, że nie jesteś znanym asem. — Kenneth wstał. — Muszę pogadać z kilkoma ludźmi. Wrócę za minutkę.

Pocałował Beth w czoło i wmieszał się w tłum.

— Właściwie w ogóle nie jestem już asem. — Jerry pociągnął długi łyk wina. — Pewnie tak będzie lepiej.

— Dzień dobry, pani Strauss.

Za pustym krzesłem Kennetha stał młody mężczyzna. Był wysokim blondynem i zapewne nawet przy dobrym świetle można by go było wziąć za greckiego boga. Jerry natychmiast go znienawidził.

— Davidzie, nie wiedziałam, że przyjdziesz. — Beth wskazała z uśmiechem na krzesło. — Znasz brata Kennetha, Jerry’ego?

— Nie.

David wyciągnął rękę.

— Jerry, to jest David Butler, stażysta pracujący dla pana Lathama. Nawet St. John jest pod wrażeniem. Każe mu tyrać prawie bez przerwy.

Jerry uścisnął dłoń Davida. Jego dotyk miał w sobie niemal wyczuwalną energię. As cofnął rękę i zdołał się uśmiechnąć.

— Czym się pan zajmuje, Davidzie?

— Tym, czego wymaga ode mnie pan Latham. — David uśmiechnął się do Beth. — Ślicznie dziś wyglądasz. Twój mąż postąpił bardzo lekkomyślnie, zostawiając cię samą.

— Och, mam dobrą opiekę, Davidzie — odparła Beth, kładąc dłoń na rękawie Jerry’ego.

David zerknął przelotnie na Jerry’ego i postukał palcami po blacie.

— Muszę już lecieć. Pan Latham chciał, żebym spotykał się z ważniakami. Mówił, że to mi się przyda. — Wstał, wznosząc oczy ku niebu. — Miło mi było pana poznać, panie Strauss — dodał jeszcze i oddalił się.

— Na pewno jest gejem — stwierdził z nadzieją Jerry.

— Nie sądzę — odparła z chichotem Beth.

— A czy jest bogaty?

— Obawiam się, że tak.

— Boga nie ma.

Jerry opróżnił kieliszek wina i poszukał wzrokiem kelnera.

— Nie musisz mu zazdrościć tylko dlatego, że jest młody, bogaty i cudownie przystojny — skrytykowała go Beth, poprawiając ramiączka sukni.

— Ja też jestem bogaty i poniekąd młody.

Jerry nie postarzał się fizycznie w ciągu dwudziestu lat spędzonych jako małpa. Prawnie jednak przekroczył już czterdziestkę.

— Znowu się nad sobą użalasz? — zapytał Kenneth, wracając na swoje krzesło.

— Nieustannie — potwierdził Jerry.

— Jasne. Czy rozmawiałeś z tymi filmowcami, którym o tobie wspomniałem? Masz talent. Oboje z Beth jesteśmy pod wrażeniem twoich umiejętności.

— Zrobię to. Moja muza jest leniwa — zapewnił Jerry. — Wiem, że zadałeś sobie mnóstwo trudu.

— Więcej wysiłku wymagało odkręcenie uznania cię za zmarłego, kiedy wróciłeś w zeszłym roku — zauważył z uśmiechem Kenneth. — Nikt nie chciał uwierzyć, że przez z górą dziesięć lat byłeś gigantyczną małpą. Za dużo precedensów.

Jerry westchnął.

— Przykro mi, że sprawiłem tyle kłopotów.

— Wiesz, że nie o to chodzi. Kiedy ktoś rodzi się w bogatej rodzinie, ma większe zobowiązania wobec społeczeństwa.

Jerry wzruszył ramionami.

— Lubię sobie wyobrażać, że ratuję swój bank przed bankructwem. Mam coś z romantyka.

Beth uśmiechnęła się, ale Kenneth potrząsnął głową.

— Przez ten romantyzm wpakujesz się kiedyś w kłopoty. Możesz płacić ludziom za to, żeby nie nazywali cię panem Straussem, ale nie za to, żeby pomogli ci w trudnej sytuacji. Nie kochają cię dla twoich pieniędzy, ale mimo ich.

Jerry nie miał w tej chwili ochoty wysłuchiwać takiego gadania. Spojrzał na Beth.

— Dlaczego wyszłaś za tego faceta?

Znowu się uśmiechnęła i uniosła ręce. Rozpostarte dłonie dzieliło od siebie blisko trzydzieści centymetrów.

— Niedobra dziewczyna — skwitował Jerry. — To pewnie rodzinne.

Kenneth dotknął palcem spinki.

— Nie chcę cię zanudzać, ale możesz być pewien, że o tym nie zapomnę. Musisz zdecydować, co chcesz zrobić ze swoim życiem.

Rozległ się aplauz. Ludzie zaczęli wstawać. Jesse Jackson posuwał się powoli ku przodowi sali, ściskając po drodze dłonie.

— Pewnie możemy się teraz spodziewać przemówienia — odezwał się Jerry, pocierając kark. — Wolałbym siedzieć w domu i oglądać film.

— Demokracja to piekło, braciszku — odezwała się Beth.

— Wypiję za to.

Jerry złapał kelnera na ramię i wskazał gestem, że chce więcej wina. Alkohol był jedynym, co wprowadzało go w stan odrętwienia skuteczniej niż polityka.

Spędziwszy trochę czasu z bogatymi i potężnymi, Jerry nie miał ochoty kłaść się spać. Z reguły dzielił czas między swoim mieszkaniem a pokojem w rodzinnym domu na Staten Island, gdzie mieszkali Kenneth i Beth. Po powrocie musiał doprowadzić pokój do porządku. Szesnastomilimetrowe projektory szlag trafił, a zaniedbane filmy zamknięte w puszkach skruszały ze starości. Zastąpił je wielkoekranowym telewizorem i taśmami wideo. Nikt już nie zbierał filmów na taśmie. Ale wideo nie miało w sobie romantyzmu. Było tanie i łatwe. Nie miał jednak prawa osądzać ludzi, którzy wybrali je z tych powodów, biorąc pod uwagę jego romans z Veronicą. Aczkolwiek Veronica nie była tania i z upływem czasu robiła się coraz mniej łatwa.

Zaczął oglądać Klute. To nie był dobry wybór. Veronica przynajmniej nie nosiła zegarka, kiedy to robili, choć zapewne też nigdy nie miała orgazmu.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Beth wsadziła głowę do środka. Jerry zatrzymał film i zaprosił ją gestem do środka.

— Entrez. Oglądam Klute. Widziałaś ten film?

— Co najmniej dwa razy. — Usiadła na kanapie obok niego. — Uwielbiam tę scenę, w której bohaterka wylizuje łyżkę po tym, jak jadła karmę dla kotów.

Beth oblizała wargi.

— Jesteś nienormalna.

— Obawiam się, że masz rację. — Wzięła w ręce dwa inne leżące na stole filmy. — Co my tu mamy? Słodka Irma i McCabe i pani Miller.

Umilkła. Jerry wiedział, że czeka, aż coś powie.

— Aha. No wiesz, lubię mieszać filmy. Kryminał, film historyczny, komedia. Próbuję wszystkiego po trochu. — Wzruszył ramionami. — Mam mnóstwo tytułów do nadrobienia.

Poklepała go po ramieniu.

— Widzę, że nie chcesz o tym mówić. Ja zawsze czuję się lepiej, kiedy z kimś porozmawiam. Gdybym przed kilku laty nie miała paru dobrych przyjaciółek i niezłego psychoanalityka, rozwiedlibyśmy się z Kennethem.

— Nie wiedziałem, że mieliście trudności.

Roześmiała się.

— Nie jest łatwo być żoną prawnika. Zawsze masz wrażenie, że wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie. Czasami rzeczywiście tak się działo. Wiem, że robił to mimo woli, a przynamniej taką mam nadzieję, ale wtedy nie byłam tego pewna. Nikt z nas nie może się stać drugą osobą i wiedzieć, co ona naprawdę czuje. To straszne, jeśli się nad tym zastanowić. W ostatecznym rozrachunku musimy zdecydować, czy wierzymy im, czy nie. Ja postanowiłam uwierzyć Kennethowi i nie żałuję tego.

— Cieszę się. — Te słowa zabrzmiały bardziej zdawkowo, niż było to jego zamiarem. — Naprawdę. Bardzo mi pomogłaś. Wiem, że przystosowanie się sprawia mi trudności, ale poradzę sobie.

Pocałowała go w policzek.

— Możesz ze mną porozmawiać, gdy tylko zapragniesz. — Wskazała na ekran. — Powiedzieć ci, kto zabił?

— Nie, dziękuję. Na pewno nie zgadnę i wyjdę na głupka. Nie chciałbym się pozbawić tej szansy.

— Dobranoc — powiedziała i zamknęła za sobą drzwi.

Jerry wyłączył telewizor i odtwarzacz. I tak nie podobało mu się to, w którym kierunku zmierzała akcja. Ruszył do garderoby. W czasach, gdy był Projekcjonistą, ćwiczył przed tym lustrem naśladowanie Humphreya Bogarta i Marlona Brando. Bogart umarł, nim jeszcze Jerry wyciągnął dziką kartę, a Brando był teraz stary i gruby. Jerry usiadł, otworzył szufladę i wyciągnął z niej zdjęcie Veroniki oraz perukę. Nie znalazł żadnej, która lepiej by się zgadzała z kolorem jej włosów.

Zatknął zdjęcie w rogu lustra i przyglądał mu się przez parę sekund. Potem przeniósł wzrok na własne odbicie. Rysy jego twarzy zaczęły się zmieniać, a skóra pociemniała. Włosy nadal sprawiały mu trudności. Nie potrafił ich zmusić, by robiły dokładnie to, czego od nich wymagał. W dawnych czasach potrafił zmienić się w kobietę, ale zawsze czuł się wtedy dziwnie. Włożył perukę, zamknął oczy, odczekał chwilę, a potem je otworzył.

— Kocham cię.

To zabrzmiało jeszcze mniej przekonująco niż wtedy, gdy Veronica naprawdę wypowiedziała te słowa. Zdjął perukę i zmienił się z powrotem. Beth miała rację. Nie sposób było odgadnąć, co myśli albo czuje druga osoba. Nie można było się nią stać. Cisnął perukę i zdjęcia do szuflady i zatrzasnął ją.

Zresztą, kto by tego chciał, do licha?

♠♥♦♣

Uśmiech fortuny
Chris Claremont

Gdy tylko usłyszeli, dokąd chce jechać, żaden z nich nie zamierzał jej zabrać. Niektórzy byli zawstydzeni, inni zbywali krótkimi odpowiedziami, a jeszcze inni mieli do zaoferowania tylko nieuprzejme gesty i jeszcze mniej uprzejme słowa. Gdyby samolot przyleciał na czas, gdy dyspozytorzy byli jeszcze w pracy, mogłoby się jej powieść lepiej, ale awaria i paskudna pogoda po drodze przedłużyły lot tak bardzo, że gdy wylądowała po północy, nie było nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić.

Jeden z taksówkarzy prosto z mostu zapytał ją, po co chce tam jechać.

— Na rozmowę kwalifikacyjną — odpowiedziała Cody, licząc na to, że skłoni go to do zmiany zdania.

— Gdzie? — zapytał. — Tam nie ma żadnej pracy.

— W klinice — odpowiedziała.

— Cholera, może pani znaleźć lepsze miejsca i lepsze zajęcie. Nie warto marnować życia na takim zadupiu, niech mi pani wierzy.

— Jasne — poparł go kolega, mówiący z akcentem tak silnym, że Cody ledwie go rozumiała.

— Porządna kobieta nie ma tam czego szukać — ciągnął taksówkarz. Jego ręce wykonywały w powietrzu fascynujący taniec. Wypowiadał parę słów, popijał łyk kawy, wypowiadał parę słów, zaciągał się marlboro i znowu wypowiadał parę słów, nie myląc się ani razu. — Cholera, żaden człowiek nie ma czego tam szukać. Chyba że... — Nagle obudziła się w nim podejrzliwość. Przyjrzał się jej uważniej. — Chyba że jest pani jedną z nich.

Powiedział to tonem przesadnej obojętności, ledwie maskując strach i wątpliwości ukryte pod spodem. To przyciągnęło uwagę Cody. Przechyliła głowę, by lepiej widzieć go jedynym okiem.

— Z jakich nich? — zapytała, szczerze zbita z tropu.

— Z nich — powtórzył, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Dżokerów, asów, całej tej pierdolonej zgrai.

— Jestem lekarką.

— Gliniarze nazywają tamtejszy komisariat Fortem Cudaków. To kurewsko odpowiednia nazwa, wie pani? Czy za mało jest chorych wśród normalnych ludzi, że musi pani zajmować się nimi? Przepraszam, ale nie wygląda pani na matkę Teresę, jeśli wie pani, co mam na myśli.

— Jasne — zgodził się jego kumpel.

— Niech pan posłucha... — Westchnęła. Zmęczenie podróżą połączone ze zrozumieniem nadało jej głosowi twarde jak stal brzmienie. Taksówkarz zesztywniał lekko i cofnął się odruchowo o pół kroku. — Szukam tylko sposobu dostania się do miasta. Jeśli żaden z was nie chce mnie tam zawieźć, to czy moglibyście przynajmniej wskazać mi inną drogę?

— Jasne — zgodził się drugi taksówkarz, próbując wzbogacić rozmowę odrobiną humoru. — Może pani iść na piechotę.

Nikt się nie roześmiał, a gdy Cody obrzuciła go spojrzeniem, którego nauczyła się czterdzieści osiem godzin po wylądowaniu w Wietnamie, by potem udoskonalić je w ciągu dwudziestu lat wykonywania zawodu chirurga, taksówkarz natychmiast pożałował, że uległ pokusie.

— Hej, ma pani pecha. Jedyna inna możliwość to wsiąść w autobus Q33, pojechać do stacji Roosevelt Avenue/Jackson Heights, a potem złapać F i dotrzeć prosto do Dżokerowa.

— Jakie F? — zapytała.

— F, bo figę dojedziesz — mruknął dowcipniś, ale zignorowała go.

— Metro — wyjaśnił pierwszy mężczyzna. — F to linia biegnąca wzdłuż Szóstej Alei. Proszę pojechać w stronę dolnego Manhattanu.

 

— Dziękuję — odpowiedziała, uniosła plecak i aktówkę, a potem ruszyła we wskazanym kierunku, ku przystankowi autobusowemu.

— Lepiej niech pani uważa, pani doktor! — zawołał za nią. — To prawdziwe zwierzęta, nie ma pani pojęcia jakie. — A ty masz, pomyślała. — Jak cholerne cudaki zobaczą taką ładną kobietę, pewnie panią zjedzą.

— Jasne! — zgodził się ze spokojem jego kumpel.

Cody nie próbowała dyskutować. Niewykluczone, że miał rację.

Na stacji metra wcisnęła się do przedostatniego wagonu. Ku jej zaskoczeniu był zatłoczony. Skąd się wzięli ci wszyscy ludzie? — zadała sobie pytanie. Kierowca autobusu powiedział, że to jedna z ważniejszych stacji na linii, a na peronie stało tylko kilka osób. Wzruszyła ramionami. To nie moje miasto, pomyślała. To może być jedyny pociąg o tej godzinie. Kłopot w tym, że gdy przejeżdżał obok niej, nie odniosła wrażenia, że pozostałe wagony były aż tak zatłoczone.

To był wagon bez miejsc do siedzenia. Mogła się poruszać, ale niewiele więcej. Pasażerowie tworzyli grupę tak różnorodną, jak to tylko możliwe — czuwający nocą mieszkańcy miasta, które lubiło się przechwalać przed całym światem, że nigdy nie śpi, wszyscy szczelnie zamknięci we własnych, pełnych cierpienia światach. Nie obchodziło ich, co dzieje się na zewnątrz, i z całego serca modlili się o to, by zostawiono ich w spokoju. Nikt na nią nie patrzył. Nikt nie wiedział o jej istnieniu. Nikogo nie obchodziła. I bardzo dobrze. W tej chwili anonimowość była jej najlepszym przyjacielem.

Obróciła się nieco w bok, by stanąć wygodniej, i zobaczyła swe odbicie w szybie drzwi, która zrobiła się czarna, gdy pociąg wjechał w tunel. Była wysoka, za wysoka na kobietę. Jej wzrost i szczupłe, muskularne ciało nie harmonizowały z ubraniem, jedynym w jej garderobie, które można było uznać za elegancki kostium. Minęły lata, odkąd ostatnio włożyła coś takiego. Jezu, pomyślała, cofając się myślą w przeszłość, czy od śmierci Bena naprawdę minęło tak wiele czasu? Na prowincji przyzwyczaiła się do noszenia polowych mundurów i T-shirtów, ubierania się z myślą o wygodzie, a nie modzie, choćby dlatego, że nawet jeśli pot czegoś nie zniszczył, krew z pewnością była skuteczniejsza. Jedną z rzeczy, które podobały się jej w Wyoming, był fakt, że nikt tam nie dbał o takie sprawy. Ludzie przyjmowali ją taką, jaka była. Przynajmniej jeśli chodzi o wygląd, pomyślała z nagłą goryczą. A teraz chciała zamienić to wszystko na świat, w którym opakowanie było przynajmniej tak samo ważne jak to, co znajdowało się wewnątrz. W dupę z tym, pomyślała, wzruszając ramionami i rozciągając usta w lekkim uśmieszku, gdy uświadomiła sobie, z jaką łatwością przejęła słownictwo taksówkarza. Może ta zmiana wyjdzie mi na zdrowie. Pomijając pieprzone wysokie obcasy. W turystycznych butach albo trampkach i tak była za wysoka. Minie trochę czasu, nim przyzwyczai się do wysokich obcasów. Uwolniła jedną stopę i zaczęła masować nią łydkę drugiej nogi.

Kontynuowała machinalnie przegląd. Miała nadzieję, że krótka wizyta w łazience na lotnisku naprawiła większość szkód spowodowanych przez ciągnący się bez końca lot. Włosy miała czarne, poza kilkoma nitkami siwizny nad prawym okiem, i jak zwykle rozczochrane, choć nie szczędziła im grzebienia i lakieru. Upływ lat zatarł nieco jej blizny, ale Cody nadal odnosiła wrażenie, że ostro kontrastują z jej opaloną skórą. Jedna przecinała prawą kość policzkową, znikała pod przepaską na oko i dzieliła się tam na trzy inne, docierające aż do granicy włosów. Pocisk powinien roztrzaskać jej głowę, ale wzdrygnęła się, nie wiedząc dlaczego, ułamek sekundy przedtem. Walka była całkowitym chaosem, kule i odłamki nadlatywały ze wszystkich stron, rozdzierając noc na strzępy. Zamieszanie było tak wielkie, że nie wiedziała, w którą stronę się pochylać. Ale zamiast życia straciła tylko oko. Miała szczęście. Tak jej powiedzieli w Da Nang, a potem w wielkim Szpitalu Pacyficznym w Pearl Harbor. Cholerne, fantastyczne szczęście. Wówczas tak nie uważała i do dziś nie była o tym przekonana.

Głowa po tej stronie bolała ją piekielnie. Zawsze tak było, gdy przeżywała stres. Pewnie było to psychosomatyczne. Pocieranie w ogóle nie pomagało, ale lepsze to niż nic. Zacisnęła lekko dłoń i przycisnęła delikatnie jej kłąb do przepaski oraz pustego oczodołu. Nigdy nie była piękna, a rana pozbawiła ją szans na zmianę tego stanu rzeczy.

Na Queens Plaza pociąg zahamował zbyt gwałtownie. Rozległ się krzyk bólu, kiedy czyjeś ciało nie chciało ustąpić, oraz przekleństwo, gdy na kogoś innego nadepnięto. Usłyszała szybko wypowiadane przeprosiny i zobaczyła znacznie więcej bolesnych grymasów. Pasażerowie nie byli zaskoczeni. To był nieodłączny element jazdy metrem. Drzwi otworzyły się szeroko i Cody przecisnęła się na bok, by przepuścić wysiadających.

Kącikiem oka zauważyła, że ludzie czekający na ostatni wagon pobiegli nagle ku przodowi pociągu. Kilka osób, które weszły do środka, wycofało się pośpiesznie ze wstydem i obrzydzeniem na twarzach. Gdy fala pasażerów skierowała się w inną stronę i ci, którzy czekali na peronie, wdarli się do środka, Cody odwróciła się i zaczęła się przepychać bokiem przez tłum. Wreszcie znalazła się przy przejściu do tylnego wagonu. Ku jej zdumieniu ten był pusty, pomijając tylko szarą, bezkształtną masę spoczywającą na ławce po prawej stronie, w połowie długości wagonu. W pierwszej chwili pomyślała, że to menel.

Gdy pociąg opuszczał stację, obiekt poruszył się kilka razy, kołysząc się z boku na bok. Później spod łachmanów wyłoniła się macka.

Cody bez chwili zastanowienia otworzyła szarpnięciem drzwi i weszła przez wąskie przejście do tylnego wagonu. Smród był jak mur zagradzający jej drogę. Przypomniała sobie Bazę Shiloh, ostatni poranek, gdy czekała na mające ich zabrać z bazy śmigłowce, a w powietrzu unosił się smród krwi, zgnilizny, płonącej benzyny i zwęglonych ciał. Wzięła dwunastostrzałową strzelbę oraz jednego z lekko rannych i przeszukała bazę, by się upewnić, że nie zostawią za sobą nikogo żywego. Czuła się dobrze do chwili, gdy dotarli do kwatery głównej dywizji. Spędziła miesiąc w trupiarni, ale dopiero gdy weszła do kantyny i poczuła zapach świeżego jedzenia, uświadomiła sobie, jak niewiarygodnie straszne to było. Dwa kroki za drzwi, jeden porządny oddech i opadła na kolana, rzygając gwałtownie.

W wagonie było gorzej.

Dżoker przy każdym oddechu wydawał z siebie charczący syk. Kiedy przetoczył się na bok przez sen, zauważyła, że jest nagi i jest mężczyzną. Jego nogi przypominały kikuty. Kończyły się straszliwie zniekształconymi, bliznowatymi naroślami. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to płetwy, wytarte przez lata chodzenia po betonie i asfalcie. Skórę miał ciemnogranatową, pokrytą szarymi cętkami. Spływały z niej oleiste wydzieliny, a z ramion wyrastały dwa pęki macek. Największa z nich była gruba jak ramię mężczyzny, ale o połowę dłuższa od ludzkiej ręki. Na końcu się rozszerzała, przechodząc w płaską przyssawkę od wewnątrz pokrytą ssawkami jak u głowonogów. Pod pachami znajdowały się skupiska mniejszych kończyn, po sześć po obu bokach. Krótsze od głównych macek i znacznie od nich cieńsze pozostawały w nieustannym ruchu, ocierały się o siebie, próbując pochwycić wszystko, co znalazło się w ich zasięgu, jakby miały niezależne umysły. Głowa dżokera była niewiele więcej niż naroślą na szczycie tułowia, ale ostre kły, które zobaczyła, gdy chrapał, przekonały ją, że nie chce podchodzić bliżej. Oczy miał zamknięte i bardzo się z tego cieszyła. Wirus Tachiona zniekształcił bardzo wiele, ale genitalia złośliwie pozostawił nietknięte. Dżoker miał całkowicie ludzkiego penisa.

Cody przykucnęła nieświadomie, starając się sprawiać wrażenie tak małej i niegroźnej, jak to tylko możliwe. Nie wiedziała, dlaczego się boi. Rozum mówił jej, że powinna czuć do tego stworzenia wyłącznie litość. Usłyszała przebijające się przez łoskot pociągu krzyki pasażerów. Zaglądali do środka przez okno, jak ona przed nimi, żartując i domagając się, by ktoś coś zrobił.

Gdy pociąg wjechał do tunelu pod East River, dżoker się poruszył. Może wyczuwa bliskość wody, pomyślała kobieta. Co właściwie robił na lądzie? Chyba że wirus dał mu ciało przystosowane do życia w wodzie, ale nie wyposażył go w skrzela, które pozwoliłyby mu tam przetrwać. O mój Boże! Wiedziała, że to bynajmniej nie jest najokrutniejszy los, jaki zdarzał się dżokerom, ale i tak warknęła bezgłośnie. Do licha, nawet jeśli był ziemnowodny, zakładając, że zaraził się w dorosłym wieku, wcale nie jest pewne, czy był w stanie poradzić sobie z koniecznością porzucenia świata, który znał, przyjaciół i rodzin, wszystkiego, co nadawało jego istnieniu sens i znaczenie, by przystosować się do nowego życia. Był obcy i nieznany, jakby nagle znalazł się sam na innej planecie. Czy ja bym sobie poradziła na jego miejscu?

Jej myśli powędrowały ku doktorowi Tachionowi, człowiekowi — roześmiała się cicho i gorzko na tę myśl, bo w biologicznym sensie Tachion miał znacznie mniej wspólnego z człowiekiem niż ten dżoker — odpowiedzialnemu za dziką kartę. To jego lud zrzucił wirusa na Ziemię, by wywrócić ludzkość na lewą stronę. Zadała sobie pytanie, czy powinna znienawidzić z tego powodu małego skurczybyka. Ale, z drugiej strony, spędził na Ziemi z górą czterdzieści lat, starając się zadośćuczynić za swój postępek. Bronił zdrowia i interesów „ludu” stworzonego przez jego wirusa. Zapewne mógłby ją spotkać gorszy los niż praca u jego boku.

Rzecz jasna, pomagała też świadomość, że potrzebuje tej pracy.

Dżoker otworzył oczy. Były czarne, jak u rekina, pozbawione głębi, emocji i wyrazu. Nieprzezroczyste dyski lśniły jak pociągnięte lakierem, ale zdawały się pochłaniać wszystko, na co spojrzały. Patrzyły na Cody. Przestąpiła z nogi na nogę, chcąc wstać i wycofać się tą samą drogą, którą przyszła. W sąsiednim wagonie powinna być względnie bezpieczna. Jednakże dżoker poruszył się w tej samej chwili, co ona. Nieznacznie, tylko tyle, by jej zademonstrować, że zdaje sobie sprawę z jej zamiarów. Miała broń, służbową czterdziestkę piątkę, którą od czasów Wietnamu zawsze ze sobą nosiła, ale pistolet był zamknięty w skrzynce na dnie jej plecaka. Bezużyteczny. Jej łopatki zbliżyły się do siebie, jakby wzdłuż jej kręgosłupa przebiegł prąd. Skrzyżowała dłonie pod piersiami, oplatając się ciasno rękami. Lekki błysk kazał jej opuścić spojrzenie. Wstrzymała na moment oddech. Jej skóra błyszczała jak u dżokera. Przez króciutką chwilę wyglądało to tak, jakby ciało i kość zlewały się ze sobą, wypaczały i wyginały tam, gdzie przed chwilą były proste. Jej ręka zmieniała się w mackę. Spojrzała na dżokera. Odsłonił zęby.