Droga donikądTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Seria Fabryczna Zona

Exodus

KTO

Komin

Pogranicze

Początek

Kontener

Czarna skrzynka

Epilog

Karta redakcyjna

Okładka


Seria Fabryczna Zona:

Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Bartek Biedrzycki – Kompleks 7215

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Stoję samotnie pośrodku ogromnej, czteropasmowej ulicy. Monolityczna wstęga czarnego asfaltu ciągnie się w jedną i drugą stronę, ginąc pomiędzy szarymi zwałami żelbetowych bloków. Jest niewiarygodnie wręcz cicho.

Najmniejszy dźwięk, ani jeden szmer, najlżejszy nawet szelest nie mąci grobowej ciszy, wiszącej nieruchomo ponad ulicami martwego miasta.

Gdy podnoszę i stawiam nogę, krok odbija się echem od ściany podziurawionej otworami pustych okien. Postrzępione firanki wiszą nieruchomo, w matowych taflach brudnych szyb przegląda się ołowiane niebo. Drzwi mieszkań stoją otworem, ale nikt nie chodzi po klatkach schodowych zasłanych odłamkami tynku i oblazłą ze ścian farbą.

Puste witryny wyludnionych sklepów obserwują mnie obojętnie, gdy idę niespiesznie bulwarem po brązowo-żółtym kobiercu zbutwiałych liści. Mijam latarnie, niczym słupki kilometrowe przy drogach stojące karnymi rzędami wzdłuż ulic, po których nigdy już nie przejedzie samochód.

Jest przepięknie, idealnie wręcz cicho. Zaczerpuję głęboki haust powietrza, niosącego ze sobą tylko i wyłącznie zapach ciężkiej, mokrej ziemi i wilgoci naturalnego rozkładu. Z czasem wszystko to zamieni się z powrotem w humus, na którym wyrosną kolejne pokolenia brzóz i topoli.

Otwieram oczy.

Leżę w skołtunionej atłasowej pościeli na moim przeogromnym łóżku. Nogi i ręce mam rozrzucone tak szeroko, jak tylko się da, a mimo to nie zajmuję nawet połowy imponującego mebla, zrobionego na zamówienie z nierdzewnej stali i obciągniętego czarną ekoskórą o fakturze imitującej łuski węża. Trzy i pół metra nad sobą widzę kratkę nawiewu klimatyzacji, w dzień i w nocy utrzymującej zadaną temperaturę i wilgotność – teraz ledwo widoczną w sączącym się spod kloszy z autentycznego japońskiego papieru przyćmionym świetle, mającym jeszcze bardziej podkreślać ogrom głównego i jedynego pokoju mojego luksusowego kopulodromu. Mam straszną ochotę zapalić cienkiego, długiego papierosa z paczki bez banderoli, jednego z tych, które przywiozłem sobie ostatnio z wycieczki do Tajlandii, ale wiem, że jeśli się ruszę, to nastrój pryśnie jak bańka mydlana. Z dwunastu głośników designerskiego systemu nagłaśniającego na jarzących się fioletem lampach wciąż sączą się tony gorącego, ale nastrojowego beatu, który jednak teraz, kilka minut „po”, zupełnie do mnie nie trafia.

Kurwa.

Zwlekam się z łóżka, chcę podejść do stolika, z którego patrzy na mnie zachęcająco uchylona paczka papierosów, ale rezygnuję. Staję przed ogromnym, przyciemnianym polaryzacyjnie oknem, opieram się rękoma o idealnie czystą powierzchnię szyby tak gładkiej, że można robić przez nią zdjęcia bez zakłóceń. Wiem, bo próbowałem. Teleskop z podłączonym aparatem stoi tak, jak go zostawiłem jeszcze w lutym, zaraz po tym, jak sobie go kupiłem na urodziny. Ot, taka sobie zachcianka, teleskop fotograficzny za piętnaście koła. Jasne, że się znudził, bo co niby miałem nim fotografować? Mieszkania brzydsze i mniejsze od mojego? Szarych, nijakich ludzi? Ich żony w łazienkach? Kobiety, które nawet do pięt nie dorastają zjawiskowej brunetce, właśnie wystawiającej twarz do czterdziestocentymetrowego deszczownika w mojej kabinie prysznicowej o powierzchni dokładnie osiemnastu tysięcy trzystu siedemdziesięciu centymetrów kwadratowych? Powierzchni w całości przykrytej pojedynczą, podgrzewaną płytą egipskiego piaskowca, której samo sprowadzenie kosztowało więcej niż cały wystrój ich łazienek...

Patrzę pustym wzrokiem na świat, który radośnie mruga do mnie kolorowymi światełkami zza strug deszczu, bębniącego o potrójne szyby okien.

Warszawa powinna być o tej porze piękna. Ciepła, kwietniowa noc, całe miasto czyste i świeże, odradzające się w strugach lejącej się z nieba wody. Równe sznury samochodów – białe światła po lewej, czerwone po prawej – ustawiają się w skupiska na ulicach, żeby ruszyć zsynchronizowaną nitką na znak sygnalizatora. Pieszych praktycznie już nie ma – pojedyncze, zabłąkane parasole otwierają się przy drzwiach luksusowych klubów nocnych, przemykają do darmowych o tej porze miejsc parkingowych pod salonem firmowym Ferrari. W knajpkach wciąż jeszcze ruch, widzę ludzi uśmiechających się do siebie znad kolorowych drinków w wysmukłych szklankach, kobiety w butach za kolano i na niklowanych szpilkach, pozornie niedbale ubranych mężczyzn w obcisłych spodniach i nonszalancko wywiniętych kołnierzykach. Dalej po lewej mam ciemną plamę drzew schodzących ku Powiślu, a potem wstęgę rzeki, błękitną linią spinającą góry i morze, tej samej, o której uczą się piosenek i wierszyków dzieci w przedszkolach.

– O czym tak myślisz, tygrysie? – Ciepłe, pachnące naturalnym balsamem pod prysznic i masłem shea ręce przesuwają mi się po ramionach, badają linię wyrzeźbionych mięśni na plecach, zsuwają niżej, na pośladki. Widzę jej odbicie w szybie. Mimo że powinno mnie to podniecać – my we dwoje nadzy, ona ewidentnie wciąż chętna, ja stojący przy ogromnym oknolustrze, na widoku półtora miliona ludzi – to irytuje mnie to, że nakłada się na prawie idealny wizerunek niemalże pustego miasta. Przeciąga mi dłonią po wydepilowanym torsie, całuje w biceps. – Masz ochotę na jeszcze?

Powinienem.

– Portier na dole zamówi ci taksówkę – rzucam sucho, odwracam się tyłem do okna, zostawiając na szybie rozmazane ślady rąk, wciąż pachnących kobietą. Ona patrzy na mnie chwilę, nie rozumiejąc, widzę, że ma na końcu języka jakąś figlarną odpowiedź, ale nie chcę jej słuchać. Wymijam ją i ruszam do łazienki, zamykam drzwi, rozkręcam prysznic na maksymalny strumień wody. Lodowatej wody.

Gdy słyszę huknięcie antywłamaniowych drzwi, wychodzę z kabiny, zostawiając na kamiennej posadzce mokre ślady, gaszę światło w całym domu. Wyłączam sprzęt grający, odłączam oświetlenie, gaszę nawet lampki LED wbudowane w lustro. Gdybym mógł, wyłączyłbym też klimę i grzanie podłogi, ale nie mogę. W pełnej, otulającej wszystko ciemności wchodzę po omacku pod prysznic i odkręcam kurki.

Rozpływam się w czarnej, wodnistej nicości strumienia. Jestem tylko ja, kłujący ból zimnej wody i stygnący kamień pod nogami.


Szlaban nieskończenie powoli zaczyna zjeżdżać w dół jak biało-czerwony palec złośliwego bóstwa. Cholera. Wciskam chromowany pedał hamulca, czterysta dwadzieścia koni niechętnie, ale posłusznie zwalnia biegu, sportowy bolid staje, jak przyklejony do drogi. Turbina jeszcze chwilę wyje na wyższych obrotach, potem zwalnia i schodzi do cichutkiego mruczenia, prawie niesłyszalnego spod pokrytej błyszczącym lakierem maski. Zaciskam tylko ręce na obszytej skórą kierownicy, aż bieleją mi kostki, zamykam oczy, biorę głęboki wdech. Światła sygnalizatorów mrugają na zmianę, drwiąc sobie ze mnie, zmuszonego do stania tu razem z resztą frajerów, wlokących się z tyłu pojazdami klasy compact. Widzę jeszcze, jak podrasowany na wiejski tuning VW golf wyprzedza jadące przed nim cienko-cienko, niemal wypada z zakrętu i piszcząc oponami, hamuje desperacko, żeby nie wjechać mi w tyłek. Patrzę na niego prawie wyzywająco – miałby niezłą kabałę, gdyby chociaż zarysował lakier, jeszcze jego dzieci by spłacały raty z ubezpieczenia... Widzę tępe, czerwone mordy dresiarzy we wstecznym lusterku, pokazują sobie na mnie palcami i śmieją się do siebie jak bydlęta; podkręcam trochę głośność, żeby nie słyszeć rytmicznego umpa-umpa, którym rzęzi wieziony przez nich w bagażniku subwoofer.

 

Dlaczego?

Dlaczego muszę stać tu, na tym cholernym przejeździe, czekając, aż kolejny towarowy z paskudnego, szarego Śląska przeciągnie kolejny wymalowany sprayem skład napchany węglem, który potem trafi w postaci worków i małych wywrotek do pieców kolejnych pokoleń proletariuszy? Dlaczego muszę patrzeć na twarze szarych ludzi? Dlaczego wszędzie, gdzie spojrzę, widzę puste spojrzenia?

Bo sam jestem pusty – spoglądam we wsteczne i wtedy dociera to do mnie. Bo w twarzach ludzi widzę tylko odbicie siebie, bo ich nijakość i szarość przypomina mi o mojej własnej. Bo samochód, mieszkanie i pięciocyfrowa wypłata to już za mało, żeby wypełnić wewnętrzną pustkę. Pustkę, która gryzie mnie od lat, od której nie da się uciec, bo im dalej odbiegam, tym większa się staje; bo noszę ją w sobie, dokądkolwiek pójdę.

Nie słyszę pociągu, ale widzę go, jak zbliża się zielononiebieską strzałą. Pospieszny. Przelatuje obok i pędzi dalej, wioząc w małych, kwadratowych okienkach twarze i życia ludzi. Ludzi, których nie stać na samolot, ale też ludzi szczęśliwszych, bo widzących, czujących mijany świat. Przypomina mi się zapach herbaty z termosu, kanapek odwijanych ze sreberka, kołysanie wagonów, miarowy stukot podkładów i ściskające serce uczucie, gdy nocą leżałem na górnej kojce przedziału i patrzyłem na migające za oknem domki i drzewa. Ci ludzie jadą w nieznane, nie mając żadnej kontroli nad swoją drogą. Pociąg może się wykoleić, mogą wszyscy zginąć, zmieleni na papkę w maszynce do mięsa koziołkujących wagonów i zgnieceni na miazgę przez źle posłaną na zwrotnicy lokomotywę. Wprasowani w ziemię, jak ta prawie setka biednych ludków w tupolewie w ostatnią sobotę. A mimo to jadą, spokojni i bezpieczni, jak dziecko na rękach u matki – spokojni, bo ufni, że nic od nich nie zależy.

Szlaban podnosi się, wciskam wściekle pedał – sportowy bolid wystrzeliwuje naprzód z rykiem silnika, zostawiając w chmurze błękitnych spalin dresiarzy, korek i wszystko to, czego tak się boję.


– Misiek, możemy chwilunię porozmawiać?

Nienawidzę go. Nienawidzę go całym sobą, nienawidzę każdego fragmentu jego ubrania, każdej, najmniejszej nawet komórki jego ciała. Mam ochotę zedrzeć mu z nóg te fagasowskie lakierki z zakręconymi czubkami, wepchnąć do gardła i patrzeć, jak powoli się dławi.

– Jasne, o co chodzi?

Uśmiecham się – moja twarz jest doskonale wyszkolona w imitowaniu emocji normalnych ludzi, tylko oczy pozostają takie same, nieruchome i zimne, jak szklane kuleczki. W głębi duszy gardzę tym wszystkim, gardzę nimi wszystkimi. Nie wiem, dlaczego oni tego nie widzą.

– Słuchaj, bo przysłali nam nowy targecik, rozumiesz... – Przepraszająco-pedrylski grymas na twarzy naszego kijkastomermanadżera to pewnie uśmiech. – Ja wiem, że ty już jesteś do przodu, więc nie o to chodzi...

– Stary, do rzeczy. Mam zaraz umówione spotkanie, więc w dwóch słowach.

– Zobacz, są nowiutkie wytyczne. – Pokazuje na wykres w PPT, gdzie dzikie linie tańczą i falują, przecinając się i zlewając jak pijacka rozmowa. Dla innych to może abstrakcja; dla mnie to praca i realne pieniądze. – No bo rozumiesz, po adżastacji naszego targetu na Q2 będziemy musieli to wszystko zauditingować, żeby mieć pewność, że to jest konformingowe...

– To nie mój problem. – Wzruszam ramionami. – Mam sto pięćdziesiąt trzy tysiące sprzedaży ponad normę, sam wiesz. Chcesz, to dopasowuj; nie chcesz, zostaw. Jest piątek, trzecia po południu, ja wychodzę.

– Znowu potem imprezka, co? – Uśmiecha się do mnie i mruga, ale nie reaguję. – Baw się dobrze!

Biorę marynarkę, wychodzę, zamykam za sobą drzwi.

Nigdy więcej.

Nigdy.


Siedzę sam na kamiennej ławce. Pode mną płyty chodnika, żelbet mostu, a niżej bury nurt płytkiej Wisły. Po lewej i po prawej miasto, dokoła noc. Powinienem być teraz w klubie. Powinienem właśnie kończyć blanta, powinna na mnie czekać Diana z marketingu. Albo Aśka z HR. Albo jakakolwiek inna. Na pewno czekają... Wyciągam z kieszeni telefon, nie grubszy niż zeszyt w podstawówce – ikonka nieodebranych połączeń i wiadomości miga natrętnie, domagając się uwagi, próbując za wszelką cenę zaczepić mnie pazurem sieci społecznościowych i kontaktów towarzyskich, cichej licytacji na spinki do mankietów i papier wizytówek, milczącej wojny na zmieniające się literki na ubraniach i partyzantki suwenirów z jak najbardziej nieznanych części Trzeciego Świata. Czekają na mnie, jak co piątek. Powinienem do nich iść.

Powinienem.

Za mną, po lewej, ciemny masyw Muzeum Wojska Polskiego – na podwórcu stoją uśpione skorupy czołgów i wozów pancernych, na zawsze już uziemione skrzydlate bestie powoli zapadają się w żwir i trawę, ciemne okna skrywają echa dawnych bitew. Gdy byłem mały, uwielbiałem tam przychodzić i słuchać odgłosu własnych kroków, niknącego w pustych korytarzach, należących tylko do mnie i tylko na mnie czekających. Dlaczego tak było? Pewnie dlatego, że nie miałem wtedy nic, więc należało do mnie wszystko; a teraz mogę mieć wszystko, a nic nie daje mi radości. Wtedy potrafiłem cieszyć się tym, co tylko uważałem za moje – a teraz pustka duszy zdaje się nie mieć dna.

Drugą stroną mostu idzie bezdomny – klasyczny menel, z tych, co wieczorami wychodzą na żer, przeszukując kosze w nadziei na niedojedzonego hepimila albo nadgryzionego bajgla. Patrzę na tego lumpa, jak po prostu idzie sobie po moście, spinającym dwa brzegi rzeki; ot, idzie sobie niespiesznie, drapiąc się brązową, pomarszczoną łapą po parchatej dupie, i patrzy w gwiazdy. Tak sobie po prostu idzie bez celu.

Czuję, jak coś we mnie pęka. Od dawna już coś we mnie łkało i trzęsło się, a teraz właśnie zerwało się jak ząb z ostatniej nitki mięsa. Ból zalewa duszę, napełnia każdy nerw, każdą synapsę mózgu; zaciskam oczy, kulę się na zimnej betonowej ławce, ściskam głowę rękami. Po chwili odczucie cierpienia płynącego z pękającej duszy mija, jego miejsce zajmuje spokojna pustka. Pojawia się ukojenie i pewność.

Otwieram książkę telefoniczną, wyszukuję w otchłaniach pamięci i telefonu dawno zapomniany numer. Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna czuję w gardle gulę adrenaliny, gdy chłodny nagle palec naciska zieloną słuchawkę: „dzwoń”.

Po pierwszym dzwonku włącza się tandetna, natarczywa piosenka – jakiś popowy hicior sprzed kilku miesięcy, z gatunku tego gówna, które dają za darmo do abonamentów. Czekam trzy, pięć, siedem sekund... nie słyszy albo zmienił numer. Trudno.

– Haalo? – Szczęknięcie i słowa w słuchawce są tak niespodziewane, że aż podskakuję. Przez chwilę autentycznie panikuję, nie wiedząc, co powiedzieć. – Haloo!

– Cze... cześć, to ja, pamiętasz mnie jeszcze, Żaba? – Głos ćwiczony w tysiącach rozmów szybko odzyskuje pewność. – Sorry, że się długo nie odzywałem, co tam u ciebie?

– Misiek! – Rozradowany okrzyk przebija się nawet przez huczącą w tle wiejską muzę. – Kopę lat, bandyto! Co tam, przyparło cię?

– Nie, Żaba, ja nie po to. Przecież wiesz, że skończyłem. – Uśmiecham się, nawet pomimo tego, że diler nie może mnie widzieć. – Słuchaj, jest sprawa. Jesteś u siebie?

– Jutro – rzuca krótko. – Wesele mam dziś.

– W piątek? – Jestem autentycznie zdziwiony.

– Na soboty już nie było terminów, a to tylko cywilny, więc w piątek zrobili. Misiek, jutro, tak... cholera, koło czwartej tak!

– Za późno. Będę u ciebie z samego rana.

– A co ty... Czekaj no! – Hałas cichnie, Żaba pewnie gdzieś na dwór wyszedł. – No, lepiej teraz. Misiek, ja rano spać będę jeszcze, a ty wiesz, jaka jest moja stara, nie? Sobota dzień święty, spanie, dymanie, jajecznica na śniadanie.

– Żaba, będę z rana, ogarnij się. Chcę uchwyt wziąć.

– Co?! – drze się przez kolejną falę muzyki. – Jaki uchwyt?

– Klamkę.

Cisza.

– Żaba, jesteś tam?

– Jestem – odpowiada nieco zmienionym głosem, nagle bardziej rzeczowo i chłodno. – Jesteś pewien?

– Tak.

– Hm. Jakiś konkretny?

– Masz tę osiemnastkę jeszcze?

– Mam. Zadzwoń, jak będziesz dojeżdżał.

Audytorium niegdysiejszej sali muzycznej jest ciche i puste, miejsca po wyrwanych siedzeniach pokrywa kurz i na wpół skompostowany tynk. Farba złuszcza się ze ścian, latami sącząca się przez dach woda wyrzeźbiła w zalegającym ziemię pyle jeziorka i kaniony, tworzące fantasmagoryczny krajobraz rodem z innej planety.

Powietrze pachnie pleśnią i wilgocią, przez okna zaglądają pokryte suchymi liśćmi gałęzie. Zbliża się wieczór, długie cienie kładą się na ścianach, ciemność zaczyna wypełzać z zawilgoconych kątów opuszczonych pomieszczeń. Daleko, ponad wyludnionymi wielopiętrowcami, wstaje księżyc w odcieniu purpury.

Żaba mieszka w domku na osiedlu sypialnianym na przedmieściach – ot, takie sobie miejsce jakich wiele, domki klasy średniej, która jako tako dała radę wygrzebać się z bagna po pół wieku socjalistycznego szczęścia. Czerwona dachówka, okna z fałszywymi szprosami, wystrzyżone trawniczki, place zabaw dla rozwydrzonych dzieci, którym wydaje się, że ich tatusiowie złapali przysłowiowego Saturna za jajca. Podwójne garaże, podjazdy z kostki granitowej, domofony przy bramach i rozjeżdżona glina zamiast asfaltu – tu każdy grabi tylko pod siebie, nikt nie zrzuci się na drogę, bo może sąsiad skurwysyn pożałuje i nie da, a wtedy trzeba będzie za niego założyć. Zresztą tu i tak wszyscy mają terenówki.

Prawie wszyscy.

Żaba odbiera telefon dopiero za trzecim razem.

– Żaba, jestem przy asfalcie. Wyjdź do mnie.

– Miiiisieek... ty wiesz, która jest, kurwa, godzina? – rozespany szept Żaby w słuchawce brzmi niemalże teatralnie, prawie że go widzę, jak trze wyłupiaste ślipia i drapie się po kędzierzawym łbie. – Weź poczekaj, ja przecież...

– Stoję przy asfalcie, masz kwadrans – ucinam i rozłączam się.

Wyrabia się w dziesięć minut.

– Misiek, kurwa, że ty nie masz co robić o tej porze... – Ładuje się do mnie na siedzenie pasażera, podaje rękę. – Siema, zbóju poranny! Cholera, ale zimno, ja pitolę...

– Masz? – pytam, posyłając niedopałek w mokrą trawę.

– Mam, mam... ciebie co tak przyparło? Nie masz na co pieniędzy wydawać? – Schyla się i zaczyna rozpinać suwak plecaka. – Ładna bryka, swoją drogą. Ile dałeś?

– Sporo. Chcesz kupić?

– Sam nie, co ja, miałbym się tutaj parkować i piechotą do domu chodzić? – Uśmiecha się, a ja widzę kawałki wczorajszego jedzenia tkwiące mu między zębami. Wyciąga do mnie zawiniątko w foliowej reklamówce. – Masz.

Odwijam folię, rozchylam stary podkoszulek, patrzę na kanciasty, matowy kształt. Tak.

– Ile?

Żaba nerwowo oblizuje usta, udaje, że się zastanawia. Będzie zawyżał.

– Osiem.

– Jesteś pazernym chujem, Żaba, i ktoś cię kiedyś za to zastrzeli. – Wyciągam z kieszeni paczuszkę banknotów, podaję mu, odliczam jeszcze piętnaście z portfela. – Myślisz, że nie mam internetu i nie wiem, ile to powinno kosztować?

– Ale ja... – Widać, że handlarz sam nie wierzy w to, że zgodziłem się na tak oburzającą cenę, ogląda i przelicza banknoty z miną człowieka, który właśnie zesrał się złotem. – Misiek, to... słuchaj, przecież wiesz, że...

– Wiem. – Uśmiecham się samymi ustami. – Dorzuć paczkę i jesteśmy kwita.

– Słuchaj, ty! – Do Żaby nagle dociera całość sytuacji. – Ja nie chcę, żeby tu do mnie przyszli, rozumiesz? Jeśli masz zamiar coś odpierdolić, a ja potem za to beknę...

– Wyluzuj, Żaba. – Poklepuję go po policzku, chowam zakup do schowka. – Nie zostaniesz gwiazdą TVN-u, chyba że do „Rozmów w toku” się zgłosisz. A teraz leć do domu, jajecznicę rób. I umyj zęby, zanim do baby wleziesz pod kołdrę.

Żaba patrzy na mnie, niepewny, czy serio mówię, czy rżnę głupa, w końcu mamrocze jakieś pożegnanie i wysiada. Spoglądam jeszcze na niego, jak truchta do domu, podnosząc wysoko nogi w pokrytej poranną rosą trawie.

Odpalam silnik, ruszam do miasta.


– Czesć przystojniaku, ty dzwonil?

– Hej, Nataszka, dzięki, że oddzwaniasz. Masz chwilę?

 

– Jasne, dlia cjebie zawsze. – Śpiewny akcent w słuchawce przywodzi na myśl ciepłe dni zeszłego lata na Śniardwach. I wieczory. I noce też. – Co, masz wolny weekend?

– Niezupełnie, ślicznotko. Potrzebna mi jesteś.

– Mhmm. Teraz? – Zaczepne pytanie niemalże przekonuje mnie do zmiany zdania i odłożenia wszystkiego na nieokreślone „kiedyś”; ale tylko niemalże.

– Na poniedziałek rano. Wiza mi potrzebna do was.

– O, a ja już mysliala, że na rewizję osobistą chcesz się umówić... nu, zobaczę, co sję da zrobić. A odbierzesz chociaż osobiscje?

– Jasne. O której?

– Przywieź paszport dziś, to wieczorem u mnie... adrjes ty pamiętasz, prawda?

– Jak mógłbym zapomnieć, krasawica... Stoję na parkingu u was, zaraz będę przy twoim okienku.


Wieczorem mam wszystko – wizę, bilet, Nataszę w łóżku. Świętuję ostatni weekend życia.

W niedzielę z samego rana wybieram się na spacer po Starym Mieście, idę sobie do restauracji na obiad, odwiedzam wszystko, co trafię po drodze – galerie, muzea, sklepy, kina. Flirtuję z jakimiś zagranicznymi turystkami, daję żebrakom po stówie, która nagle staje się dla mnie tylko kolorowym papierkiem. Jeden z nich odmawia i prosi o dziesięć złotych – mówi, że tyle pieniędzy nie da szczęścia, a on chce tylko kupić sobie jedzenie. Zabieram go do pierwszej knajpy, obsłudze zostawiam trzy stówy i każę karmić go przez tydzień.

Wieczorem pakuję walizkę, prasuję koszulę i szykuję garnitur na ostatni dzień życia.

Pachnie tu młodym winem i suchą trawą.

Małe, kwaśne jabłka spadają z gałęzi zdziczałych jabłonek pomiędzy wysokie źdźbła o cienkich kłosach, zaściełając ziemię gęstym dywanem rozkładającej się materii organicznej. Spękaną korę pokrzywionych, rachitycznych drzew pokrywają nieregularne, białe narośle, ociekające brunatną, żywicopodobną substancją.

Wokoło jest tylko pustka.

Przekrzywiony dach na wpół zrujnowanego drewnianego domku musiał zapaść się do wnętrza całe lata temu, teraz przy kominie rośnie kilka sporych brzózek, wyglądających ciekawskimi gałęziami ponad obrys ścian. Puste okna straszą resztkami szyb wciąż tkwiących w powypaczanych drewnianych ramach.

W poniedziałek wieczorem stoję na peronie Centralnego, wokół mnie kłębi się tłum podróżnych. Powietrze śmierdzi tu brudem, szczynami i pyłem żelaznym, niosąc zapach hot doga i kebaba z budek na górze. Znudzona baba bełkoce coś przez megafony, spanikowani ludzie biegają bezładnie między peronami, próbując znaleźć swoje pociągi. Pseudomarmurowa posadzka klei się od rozlewanych latami kompotów i słodkiej herbaty. Powinienem być zdegustowany, patrząc na otaczający mnie postsocjalistyczny syf.

Powinienem.

Nie przeszkadza mi, że garnitur prześmiardnie zapachem otaczającej mnie tłuszczy, że mankiety koszuli nie dadzą się doprać. Że zapastowane na glanc buty już ktoś podrapał mi podeszwą chamskiego trepa. Nie ma to dla mnie znaczenia.

Już nie.

Pociąg podjeżdża, ludzie tłoczą się przy wejściach, szarpią za klamki, wpychają bagaże przez okna, krzyczą na siebie i do siebie, żegnają się, wrzeszczą, śmieją się i płaczą. Pozwalam, żeby uniosła mnie fala tłumu, trzymam tylko mocno uchwyt walizki i pilnuję portfela. Jeszcze jakiś czas będzie mi potrzebny.

Jestem wręcz rozczarowany, gdy bez większego trudu znajduję swój przedział i miejsce. Miałem nadzieję, że zdąży zająć je rodzina hałaśliwych Cyganów albo że rozwali się w nim chrapiący na trzech siedzeniach naraz dziad, jadący aż z Berlina gdzieś w nieznane. W zasadzie to chciałem już teraz poczuć, jak wygląda prawdziwe życie – odbyć część podróży na stojąco, siedząc na własnych bagażach, kłócąc się z konduktorem.

Na niewygody jeszcze przyjdzie czas.

Rozsiadam się, walizkę wrzucam niedbale na górę, wyciągam tylko tableta. Mam całą noc, żeby zaplanować kolejne kroki podróży, posprawdzać mapy i połączenia.

Gdy wychodzę później na korytarz kołyszącego się pociągu, jest już głęboka noc. Skład mknie przez bezmiar czarnej pustki, za oknami migają w cichym, szaleńczym pędzie słupy trakcji i przejazdy, na których okazjonalnie stoi za szlabanem jakiś zabłąkany samochód. Pojedyncze światełka palą się w oknach domków, które wyłaniają się z nicości lasów i zapadają ponownie w przestwór za nami, na krótką chwilę tylko rozbłyskując i gasnąc, niczym spadające z czarnego nieba gwiazdy. Stłoczeni w pociągu ludzie chrapią w półmroku pojedynczych żarówek, dzieci marudzą, wyrobnicy tną w karty pod pitą z plastiku wódeczkę. Ciężki zaduch snu wylewa się przez uchylone drzwiczki przedziałów, a za oknami przelatują wsie i miasteczka, z których istnienia śpiący nawet nie zdają sobie sprawy.

Ani ludzie mieszkający przy torach nie wiedzą o naszym istnieniu, ani my nie jesteśmy na dobrą sprawę świadomi tego, że oni tam w ogóle są. A mimo to pędzący pociąg życia niesie nas tak blisko siebie, niemalże na wyciągnięcie ręki... Gdyby tylko ktoś chciał tę rękę wyciągnąć.

Zamykam za sobą obskurne drzwiczki toalety, rozkraczam się, próbując złapać rytm kołyszącego wagonu; podłoga mokra jest śladami tych, co nie dość dobrze opanowali tę sztukę albo mieli nieszczęście trafić na hamowanie. Gdy zapinam rozporek, uświadamiam sobie, że nadal mam w kieszeni breloczek z kluczami. Podnoszę go jak rybak zaczepionego na haczyku kiełbika; patrzę na błyszczące kawałki stali, dawniej strzegące mego majątku i uruchamiające wyposażenie, dzięki któremu byłem tym, kim byłem. Jeden po drugim odpinam klucze i wrzucam w ciemny otwór sedesu, w którym migają w szalonym pędzie betonowe podkłady.

Wracam do przedziału pełnego ludzi, moszczę się na swoim siedzeniu. Za oknem wciąż lecą rozmywające się słupy i ciemne plamy lasów, jaśniejsze punkciki domów i tonące w blasku pomarańczowych lamp stacje, puste i ciche o tej porze nocy. Żałuję wręcz, że nie ma tutaj wagonu sypialnego, gdzie mógłbym zająć sobie górną kojkę, jak w latach dzieciństwa; zawsze był straszny problem, żeby na tę górę wejść i zejść, ale za to byłem tam panem samego siebie, zupełnie ponad wszystkim i wszystkimi innymi. Tak jak wtedy, gdy jechaliśmy do Wilna w późnych latach osiemdziesiątych... Leżałem wtedy na górnym łóżku i patrzyłem na lecące za oknem podkłady, myśląc o wszystkim i o niczym, czując ściskającą za serce świadomość bezmiaru świata i jednostkowości własnego istnienia. Pierwszy, jeszcze dziecięcy atak melancholii, Weltschmerzu w jego najczystszej formie.

Jednostajny rytm kół uspokaja i otępia, bujanie pociągu jest niczym najpiękniejsza kołysanka.

Stoję pośród bezkresu pól, patrząc ku zamglonemu horyzontowi. Po prawej ruiny wypalonej wsi i wrak porzuconego w polu traktora, nieco dalej droga krzyżowa słupów elektrycznych z wiszącymi luźno kreskami przewodów. Wysoka trawa krzewi się nierównymi kępami, zdziczałe sady owocowe powoli toną w bezmiarze zieleni.

Mam na sobie prostą, zieloną kurtkę i znoszone spodnie w nieznanym mi kamuflażu, przy pasie majta się parciana torba z wyposażeniem. Nie znam tych ubrań, ale czuję się, jakby były częścią mnie – od zawsze. Jakbym taki się właśnie urodził.

Przyklękam na kolano, rozgrzebuję dłońmi trawę, szukając świeżej, czarnej ziemi. Nabieram garść gleby, pachnącej wilgocią i humusem, zatykającej wonią żyznego czarnoziemu, podnoszę ku twarzy...

– Вашы дакументы, калі ласка![1]

Rozklejam ciężkie powieki, uderza mnie światło zapalonych jarzeniówek. Dokoła rejwach i zamieszanie, ludzie podnoszą się, grzebią po torbach... Celnik patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem i szturcha po raz kolejny w ramię:

– Вашы дакументы![2]

– Już, zaraz... ja uże, sjejczas[3]... – mamroczę nieskładnie, wyciągając z kieszeni paszport, kopię zaproszenia i całą resztę. Facet odbiera ode mnie papiery, spogląda z mieszaniną pogardy, podziwu i niechęci na podpisy i pieczęcie konsulatu. Przeciągam się, zerkam na zegarek... o, zaraz świt już. Idealna pora na rewizję.

– У чамадане што ў вас?[4] – Pokazuje głową na walizkę. Wzruszam ramionami.

– W walizce...? Rzeczy moje. Majtki, skarpetki, kurtka, kosmetyki, takie tam. Otworzyć?

– Не трэба[5]. – Kręci głową, przystawia pieczątkę, salutuje do patelniowatej czapki i oddaje mi dokumenty. Garnitur i laczki jednak robią swoje, nie raz grało się w pokera, więc człowiek nie boi się patrzeć w oczy, nawet gdy się blefuje... Przede wszystkim wtedy. Zresztą musieliby wziąć mnie na dołek, żeby znaleźć wszystko, co ukryłem w mojej przemytniczej walizeczce, w której nie raz już ciągałem ciekawe rzeczy przez świat. Sąsiad z naprzeciwka też zadowolony, puszcza do mnie oko – mijaliśmy się na korytarzu, on akurat szedł do kibla z rolką taśmy samoprzylepnej i jakąś reklamówką, a wracał z pustymi rękami. Papierosy pewnie szmugluje. Chociaż nie, papierosy to raczej w drugą stronę się wozi. Przyklejasz, zakładasz na to ciuchy i modlisz się, żeby nie kazali wstać... Ciekawe, jak bardzo to boli, kiedy się tak potem skocza odrywa od gołego ciała.

Przecieram ręką zaparowane okno, widzę stojącego na żelaznej wieżyczce obserwacyjnej wachmana z karabinem. Patrzę prosto na niego, on patrzy prosto na mnie; poprawia pas nośny, potem sięga do kieszeni, wyjmuje puszkę i pociąga z niej łyka. Wszystko to, nie zdejmując palca ze spustu i nie spuszczając ze mnie oka... Odchylam się w swoim fotelu, zamykam oczy, mając nadzieję, że znów dam radę zasnąć, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że żołnierz wciąż na mnie patrzy – nawet wtedy, gdy pociąg z szarpnięciem rusza z miejsca i nabierając pędu, mknie po torach.

Na dworzec w Mińsku białoruskim zajeżdżamy koło szóstej rano lokalnego czasu – jest chłodno, przenikliwie wręcz zimno, ale też zarazem rześko i świeżo. Czuję się, jakbym właśnie rodził się na nowo, zostawiając daleko za sobą wszystko, co kiedykolwiek wiązało mnie z resztą świata... W sumie tak właśnie jest. Zapinam kurtkę, wyciągam rączkę walizki, niespiesznie ruszam ku podziemnemu przejściu pod torami. Kółka turkocą nierówno na powybijanym, spękanym asfalcie, dokoła słyszę gwar głosów, w którym z trudem rozróżniam słowa. Nie było mnie tu... ile to już będzie, dwadzieścia lat? Coś koło tego chyba. Tyle razy odbieraliśmy stąd wyczekiwanych gości z Polski, wypatrując z niecierpliwością, gdy pojawią się w oddali potrójne światła lokomotywy; a teraz to ja jestem dorosły i nikt na mnie nie czeka.