Ciepła wdówkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michał Bałucki

Ciepła wdówka

Komedia w trzech aktach

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY

AKT I

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena V

Scena VI

Scena VII

Scena VIII

AKT II

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena V

AKT III

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena V

Scena VI

OSOBY

BARON PUSZ

HORTENSJA STROIŃSKA

FELA, jej krewna

ANTOŚ, jej siostrzeniec

ŁAPISZEWSKI, obywatel

LAURA, FLORA, jego córki

BOLIMOWSKI, doktor

SYMFORJAN, TYMOTEUSZ, JABCZYŃSCY

ZUPKIEWICZ, restaurator

JAN, służący Stroińskiej

KELNER

Rzecz dzieje się w miejscu kąpielowem w Galicji.

AKT I

Scena przedstawia ogródek przed restauracją. Między drzewami stoły okrągłe mniejsze i jeden na środku większy. Przed restauracją weranda. Na ścianach i słupkach różne ogłoszenia, afisz teatralny i t. d.

Scena I.

ZUPKIEWICZ, ANTOŚ, potem BARON.

(Słychać w dali muzykę, kelnerzy uwijają się po scenie, nakrywając stoły, znosząc karafki, szklanki, gazety):

ZUPKIEWICZ

(wychodzi z restauracji w nankinowem ubraniu i fezie, z tabakierką w ręku): żywo, żywo! Zwijać się chłopcy! Muzyka już się kończy, gości co ino patrzeć. O! Już jakiś facet wali tu prosto; jakiś nowy pasażer (idzie ku wchodzącemu z lewej Antosiowi, kłaniając się): Sługa, służka jasnego pana; moje uszanowanie. Mam honor: Zupkiewicz, właściciel tego zakładu.

ANTOŚ

(w podróżnem ubraniu, jasne spodnie, czarna lekka marynarka, kapelusz z szerokiemi krysami, krawat z fantazją zawiązany; torebka i szal): Mój łaskawco, gdziebym ja tu mógł znaleźć dr. Bolimowskiego?

ZUPKIEWICZ

(recytuje): Doktora Bolimowskiego – drugi dom w alejach na prawo, pierwsze piętro, ordynuje od 7-mej rano i od 3 – 4 popołudniu.

ANTOŚ.

Do bani z takiem gadaniem. Ja chcę wiedzieć, gdzie teraz mógłbym go chwycić.

ZUPKIEWICZ.

Jest zapewne u którego z pacjentów, ale tutaj będzie za małe pół godziny.

ANTOŚ.

Na pe?

ZUPKIEWICZ.

Jakto na pe?

ANTOŚ.

No, czy na pewno?

ZUPKIEWICZ.

Z wszelką pewnością.

ANTOŚ.

W takim razie zaczekam tu na niego. (Kładzie szal i torebkę przy stoliku na lewo).

ZUPKIEWICZ

(strzepując przed nim obrus tak, że na niego lecą okruchy): Czem mogę służyć jasnemu panu? Jest kawusia wiejska, herbatka, mleczko prosto od krowy, graham specjalny.

ANTOŚ.

To dajże mi łaskawco wiejskiej kawy i kawałek tego specjalnego z masłem.

ZUPKIEWICZ.

W tej chwili. (Do kelnera): Kawa raz i porcja grahama z masłem, tylko na jednej nodze. (Kelner odchodzi szybko do restauracji): Może jasny pan tymczasem gazetkę pozwoli. „Kurjer" – „Czas" „Reforma" – lista gości. (Kładzie przed nim stos gazet): Służę panu dobrodziejowi.

ANTOŚ

(biorąc gazetę): Przedewszystkiem, panie Rosołkiewicz...

ZUPKIEWICZ.

Zupkiewicz, do usług jasnego pana.

ANTOŚ.

Schowaj sobie pan do kieszeni tego jasnego pana, bo nie jestem żadnym jasnym panem i jak pan widzi, oprócz ten tego (wskazuje na spodnie) nic jasnego nie mam ani na sobie, ani w sobie.

ZUPKIEWICZ.

Nic nie szkodzi, niech sobie jasny pan nic z tego nie robi, bo my tu byle komu – to jest chciałem właściwie powiedzieć, każdemu z gości ten tytuł oddajemy. Goście to lubią, a dla nas to niewielka fatyga, honor zaś niemały dla zakładu, że obsługujemy samych jasnych panów.

ANTOŚ.

Teraz to rozumię, skąd się tu w Galicji nabrało tylu jasnych panów, skoroście ich sobie sami naknocili.

ZUPKIEWICZ.

He, he, he, figlarz z pana dobrodzieja. (Podaje mu tabakierkę): Może tabaczki?

ANTOŚ.

Dziękuję – nie używam.

ZUPKIEWICZ.

Albanka.

ANTOŚ.

Nawet Albanki.

ZUPKIEWICZ

(widząc kelnera wchodzącego): Jest kawka dla jasnego pana.

ANTOŚ.

Wściekłeś się pan z tym jasnym panem, czy co?

ZUPKIEWICZ.

Więc jakże mam tytułować?

ANTOŚ.

Pan – po prostu pan.

ZUPKIEWICZ

(do kelnera): Ty durniu jeden, cymbale jakiś!

ANTOŚ

(zdziwiony odwraca się): Cooo?

ZUPKIEWICZ.

Przepraszam, ale ja to mówię do tego cymbała. Niech się tylko jasny pan przypatrzy, jaką on dał panu wodę. (Pokazuje do światła): 0, jakieś męty, prochy, czy coś (próbuje) i do tego ciepła, tfu, świństwo z przeproszeniem honoru pańskiego, nie woda. (Do kelnera): To się taką wodę gościom podaje?

ANTOŚ.

Nie żółć się łaskawco po próżnicy, bo ja i tak tego gęsiego trunku nie używam.

ZUPKIEWICZ.

Wolno jasnemu panu pić albo nie pić, jak się podoba, ale u mnie gość musi być obsłużony, jak się należy, bo ja moich gości za durniów mieć nie mogę. (Do kelnera). Idź mi zaraz przynieść świeżej wody dla jasnego pana – prosto ze studni, rozumiesz? Tylko raz – dwa. (Po odejściu kelnera biorąc filiżankę z rąk Antosia, który właśnie chciał nalewać kawę): Przepraszam, ale muszę zobaczyć czy ten gałgan wytarł jak się należy. (Zagląda w głąb fi liżanki): A co? nie powiedziałem? kurzu na palec. (Wyciera obrusem i stawia).

ANTOŚ

(z uśmiechem): A to piła! (Głośno): Panie Zupkiewicz!

ZUPKIEWICZ.

Proszę!

ANTOŚ.

Czy pan wszystkich swoich gości w ten sposób obsługuje?

ZUPKIEWICZ.

Wszystkich bez wyjątku, bo u mnie każdy pan za swoje pieniądze.

ANTOŚ.

I mimo to chodzą do pana?

ZUPKIEWICZ

(urażony i zdziwiony): Jakto, czy chodzą? A gdzież mają chodzić, skoro w całym zakładzie ta jedna tylko jest restauracja?

ANTOŚ.

A to znowu inna historja!

ZUPKIEWICZ.

(na stronie): Głupiec i idjota! I bądź tu usłużnym dla takich. (Zmienia nagle ton): Sługa! służka pana barona dobrodzieja! (Podbiega, podaje stołek przy stoliku na prawo i strzepuje obrus).

BARON.

(w stroju kąpielowym, białym wełnianym lub w paski – spodnie zawinięte płytkie, lakierki, kolorowe skarpetki, kolorowa koszula, pasek, krawat jasny, rękawiczki kolorowe, kapelusz ryżowy z wstążką, kubek niebieski z białą serwetką w środku, gwoździk przy klapie marynarki, szkiełko w oku, figura śmieszna): Nie było tu jakich listów do mnie?

ZUPKIEWICZ.

Dotąd nie, panie baronie.

BARON.

I nie pytał się nikt o mnie?

ZUPKIEWICZ.

Nikt, proszę pana barona. (Gdy usiadł). Co jasny pan rozkaże?

BARON.

(biorąc gazetę): Jak zwykle.

ZUPKIEWICZ.

Herbatka i dwa jajka na miękko. Zaraz służę jasnemu panu baronowi. Sam pobiegnę do kuchni. (Wychodzi do restauracji).

ANTOŚ

 

(który barona obserwował od czasu wejścia): Dalibóg, nie mylę się – to on. (Idzie do baro na i kładzie mu rękę na ramieniu): Mundek! serwus! (Gdy baron odsuwa się i mierzy go wzrokiem hardo). Cóż to? nie poznajesz mnie? Antek, kolega szkolny.

BARON.

Daruj pan, ale ja miałem tylu kolegów szkolnych, że trudno...

ANTOŚ.

E, cóż u stu djabłów. Nie zawracaj gitary, przecież to nie tak dawno, jakeśmy się widzieli w Monachium. Naciągnąłeś mnie wtedy na dwieście koron i potem puściłeś kantem.

BARON.

(żywo): Silence! Regarde le domestiąue! – (Ciszej): Któż widział takie rzeczy mówić przy służbie.

ANTOŚ.

Widzisz bratku, to tobie moje korony lepiej niż ja utkwiły w łepecie.

BARON.

Nie miałem sposobności wrócić ci tej bagatelki, bo mój wyjazd z Monachjum nastąpił tak nagle.

ANTOŚ

(siadając przy nim): A wiem, wiem, słyszałem. Dałeś drapaka przed jakąś dułcyneą, z którą miałeś się żenić.

BARON

(zajadając jaja): Z panną Olimpją Rahuską. Dzień ślubu był już nawet oznaczony, i o mały włos nie zrobiłem tego głupstwa, bo panna była wcale ładna i szalenie we mnie zakochana, ale dowiedziałem się, że posag, o którym rodzice tyle mówili, ograniczał się do mizernych dochodów z jakiejś lichej wioszczyny.

ANTOŚ.

I drapnąłeś.

BARON.

No, mój kochany, cóż miałem robić! Ja nie mam nic.

ANTOŚ.

Prócz długów.

BARON.

Nie mogłem więc panny narażać na niepewną przyszłość, zawiązywać jej losu.

ANTOŚ.

(drwiąco): A więc tylko z litości nad panną?

BARON.

(zajadając smacznie): Nie uwierzysz, ile mnie to kosztowało, ale musiałem dla nazwiska, które noszę.

ANTOŚ.

Jakto?

BARON.

Widzisz, gdybym był zwyczajnym człowiekiem, jakimś tam sobie szlachetką lub mieszczuchem, to może byłbym się zdecydował marnieć na lichej wioszczynie z miłości dla panny, ale baronowi Pusz nie wolno tego robić.

ANTOŚ

(z ironją): Tak, racja.

BARON

(zapalając się): My mamy obowiązki wobec naszego rodu, wobec naszej tarczy herbowej. „Noblesse oblige".

ANTOŚ

(j. w.): Tak. Twoi praszczurowie w grobie by się poprzewracali do góry grzbietami, gdyby się dowiedzieli, że ich potomek ożenił się z panną gołą, bez pieniędzy.

BARON.

Uważasz, tu nie idzie o same pieniądze, ale o to znaczenie, o tę pozycję, jaką one dają w świecie. Trzeba być praktycznym, mój kochany. Dosyć długo żyliśmy ideałami, dziś trzeba nam rozpocząć życie na serjo.

ANTOŚ.

I ożenić się bogato. A jeżeli nie znajdziesz takiej z majątkiem?

BARON

(triumfująco): Właśnie, że już znalazłem.

ANTOŚ.

Gdzie?

BARON.

Tutaj. Kobieta już w pewnym wieku, ale jeszcze wcale nie źle się prezentuje, kiedyś nawet musiała być bardzo piękną. – Tyle tylko, że posiwiała przedwcześnie.

ANTOŚ.

Bagatela!

BARON.

Ale to wskutek zmartwień, bo jej nieboszczyk mąż, miał być podobno nieznośnym człowiekiem, maltretował ją, gnębił, prześladował zazdrością, ale za to zostawił 50.000 w gotówce i wieś. Czy ty pojmujesz, co to można zrobić z takim majątkiem, jakie przyjemne wrażenia można mieć za takie pieniądze – co?

ANTOŚ.

Nawet „delirium tremens".

BARON.

To też koło mojej wdówki kręcą się legjony konkurentów: zrujnowana szlachta, bankierzy na dorobku, wojskowi, i cywile, wszystko to poluje na moją wdówkę, że im się opędzić nie można. Czy uwierzysz, że od paru tygodni, odkąd jestem, nie pozwolili mi sam na sam z nią pogadać, nawet choćby dziesięć minut. Ledwie przyjdę i zacznę z nią rozmawiać, wnet jeden, drugi, jak z pod ziemi wyrasta. Kiedyś wywiozłem ją umyślnie na leśniczówkę, aby tam na łonie natury i w ciszy lasów w romantyczny sposób wypowiedzieć jej moje uczucie – i cóż powiesz: zajeżdżamy a tam już cała gromada tych błaznów czeka na nią z muzyką i z kwiatami.

ANTOŚ

(śmiejąc się): Biedny baronek. I gotowi ci wdówkę zdmuchnąć z przed nosa.

BARON

(z lekceważeniem i dumą): O to się nie boję, bo choćby nic innego nie przemawiało za mną, to mój tytuł daje mi bezwzględną wyższość nad tamtymi. Pomyślno, baron! Którażby nie chciała zostać baronową!

ANTOŚ.

Chyba, żeby mogła zostać hrabiną.

BARON.

A wiesz, że groziło mi nawet coś podobnego. Przed tygodniem zjawił się tu w istocie jakiś hrabia. Głupi jak but, goły jak święty turecki, ale hrabia i zabrał się do mojej wdówki. Na szczęście wyczytał gdzieś w którejś gazecie, że w Tatrach jest bardzo bogata i bardzo piękna Flora. Był pewny, że to jakaś panna na wydaniu, i pojechał starać się o nią. Nim się spostrzeże i wróci, ja tymczasem uwinę się z moją wdówką. Bo trzeba ci wiedzieć, że kobiecina przepada za mną.

ANTOŚ

(drwiąco): Przepada.

BARON.

Jak mnie tylko jakiś czas nie widzi, zaraz pyta: gdzie baron? Co się z naszym baronem stało? A potem wymówki: baronie, gdzie ty się chowasz, zaniedbujesz mnie, jak honor kocham! To też jestem ciągle prawie w jej towarzystwie, załatwiam wszystkie jej interesa. (Przypomina sobie): O sapristi! To mi przypomina, że miałem zamówić dla niej na dziś fotografa. (Wstaje). Dlatego daruj, ale muszę spieszyć. (Wdziewa rękawiczki): A może jeszcze się zobaczymy. Długo tu zabawisz?

ANTOŚ.

Nie wiem jeszcze.

BARON.

W każdym razie do widzenia. (Podaje mu dwa palce – do kelnera): Zapisać na rachunek. – (Do Antosia, robiąc gest ręką): Adieu! (Wychodzi na lewo).

ANTOŚ.

(patrząc za nim): Miły ananas. I są tacy, którzy utrzymują, że u nas w Galicji niema przemysłu. A toż to przemysłowiec, że proszę siadać.

KELNER

(do Antosia): Idzie już pan doktor tutaj.

ANTOŚ.

Gdzie? gdzie? (Ujrzawszy wchodzącego, rzuca mu się na szyję z żywą radością): Vaterku najdroższy!

Scena II.

ANTOŚ, DOKTOR.

DOKTOR.

(Twarz sympatyczna, ogolona, włosy siwe, długi krawat biały, ubranie czarne, wzruszony i uradowany): Antoś! Antoś! Jak się masz chłopcze. Pokażno się, niech ci się przypatrzę. Dobrze wyglądasz, na psa urok, cera zdrowa, oczy wesołe.

ANTOŚ.

A broda? Pycha! Co?

DOKTOR.

(klepiąc go): Mężczyzna całą gębą. (Bierze go pod rękę i prowadzi do stolika na prawo). – Kiedyż przyjechałeś?

ANTOŚ.

Przed godziną.

DOKTOR.

(siada): Cóż bardzo się zdziwiłeś, odebrawszy mój list?

ANTOŚ.

Jeszcze by też. Dama, która mnie wzywa aż z Monachjum dla zrobienia portretu. Ce n’est pas hi, hi! U nas w Galicji to niesłychana rzecz. Kiedyś, gdy jeszcze tu mieszkałem, to mi się nieraz trafiało, że ta i owa damulka, nawet hrabina, czasem wdepnęły do mojej budy, kokietowały mnie i robiły do mnie perskie oko.

DOKTOR.

Jakto, perskie oko?

ANTOŚ.

No, niby kokietowały mnie, żeby tylko wytumanić ode mnie jaki mały obrazek na loterję fantową, rozumie się gratis. Ale, żeby która zamawiała sobie portret i to bez targowania się o cenę – to dalibóg fenomen. Już z góry czuję respekt dla tej niewiasty. Cóż to za jedna. (Nakłada sobie tytoń do małej prostej fajeczki).

DOKTOR.

Znasz ją dobrze. Pani Strońska.

ANTOŚ

(zdziwiony): Moja ciotka?

DOKTOR.

Tak.

ANTOŚ.

I czemużeś mi tego doktorze zaraz nie napisał?

DOKTOR.

Taka była jej wola.

ANTOŚ.

Niby dlaczego?

DOKTOR.

Może bała się, że inaczej byś nie przyjechał.

ANTOŚ

(rozczarowany): Takie buty! To może to bajdurzenie o portrecie było tylko na wabika, żeby mnie ściągnąć tutaj.

DOKTOR.

Być może.

ANTOŚ.

Ale naco? poco? dlaczego?

DOKTOR.

Nie wiem. Może chciała cię, jako najbliższego krewnego, mieć świadkiem na swojem weselu.

ANTOŚ

(żywo): Co! ciotka idzie zamąż? (Patrzy na doktora): A! rozumiem! Za ciebie, vaterku!

DOKTOR

(obruszywszy się opryskliwie): Sfiksowałeś, czy co? (Wstaje i odchodzi od niego).

ANTOŚ

(idzie za nim): No przecież to podobno twoja dawna miłość.

DOKTOR

(j. w.): Cóż znowu? Co ty za głupstwa pleciesz!

ANTOŚ

(biorąc go pod ramię): Jakże, nie kochałeś się, ojczulku?

DOKTOR

(j. w.): Dajże mi święty pokój.

ANTOŚ.

A ta fotografja w pluszowych ramkach, którą chowałeś przed wszystkimi w biurku?

DOKTOR

(zatyka mu usta i ogląda się trwożliwie): Antek, będziesz ty cicho, warjacie jakiś!

ANTOŚ.

A widzisz, ojczulku, wyszło szydło z worka.

DOKTOR

(zawstydzony): No i cóż z tego? Przypuśćmy, że się kochałem, ale dlatego, bo byłem głupi, bo mi się zdawało, że są na świecie takie wyjątkowe kobiety, dla których miłości warto poświęcić całe życie. To też, kiedy ona, poświęcając się dla rodziny, wyszła zamąż za starego bogacza, zamknąłem tę miłość w sercu na dwa spusty i powiedziałem sobie basta, żadna kobieta więcej nie wejdzie tutaj.

ANTOŚ

(całując go w ramię): Poczciwy doktorze.

DOKTOR

(szorstko): Powiedz raczej, głupi doktorze, bo teraz przekonałem się, że ona nie warta była takiej miłości.

ANTOŚ.

Co ty mówisz, ojczulku?

DOKTOR.

Tak, tak, to już nie ta sama Strońska, którąśmy znali za życia nieboszczyka męża. Dziś byś ją nie poznał. Teraz u niej tylko stroje, zabawy, szwenda się po balach, spacerach z różnymi fircykami, wiercipiętami, którzy jej nadskakują, mizdrzy się do nich, że aż niemiło patrzeć.

Antoś. Sfiksowała baba, czy co?

Doktor. I jeszcze jakby naumyślnie, zamiast sobie pojechać gdziekolwiek na cztery wiatry, tu mi się pod nos wpakowała, żeby mi obrzydzić dawne ideały, żebym musiał wstydzić się przed samym sobą, iż byłem taki głupi.

Antoś. A może ty, ojczulku, tylko przez zazdrość tak ją na czarno smarujesz?

Doktor. Zobaczysz sam, to się przekonasz. Ona tu niezadługo przyjdzie.

ANTOŚ.

Tutaj.

DOKTOR.

Tak; jada tu zwykle śniadania o tej porze. Za chwilę zjawi się tutaj z całą czeredą swoich adoratorów.

ANTOŚ.

To muszę się ogarnąć jako tako, żeby się jej po ludzku zaprezentować.

DOKTOR.

A gdzie masz swoje rzeczy?

ANTOŚ.

Zaniesiono mi je prosto z poczty do jakiegoś hotelu pod „Sępem" czy pod „Sową".

DOKTOR.

Jakto? Chciałbyś mieszkać w hotelu?

ANTOŚ.

A gdzieżby?

DOKTOR.

Dałbym ja ci, gdybyś się odważył zrobić coś podobnego! A toby było ładnie, żeby syn mojego najlepszego przyjaciela, mój chrześniak, poniewierał się po hotelach.

ANTOŚ.

Ale bo...

DOKTOR.

Niema żadnego ale. Zabieram cię do siebie i basta. (Do kelnera): Pokażno temu panu moje mieszkanie i każ tam przynieść jego rzeczy z hotelu.

 

KELNER.

Dobrze, panie doktorze.

DOKTOR

(całuje Antosia w czoło): No idź kochasiu, a raczej wracaj prędko. Czekamy tu na ciebie. (Odprowadza go na prawo. Kelner wychodzi za Antosiem).

Scena III.

DOKTOR, ŁAPISZEWSKI, później ZUPKIEWICZ.

ŁAPISZEWSKI

(siworudawy, ubranie podróżne, wychodzi z lewej i ujrzawszy doktora, idzie ku niemu uradowany z otwartemi rękami): Doktorze kochany, szukam cię od godziny. (Całuje go w powietrzu z dubeltówki).

DOKTOR.

Łapiszewski! A ty skąd się tu wziąłeś?

ŁAPISZEWSKI.

Ha, no – przyjechałem.

DOKTOR.

Przecież nie dla kuracji.

Łapiszewski. Właśnie, że dla kuracji.

DOKTOR.

O! A cóż tobie takiego brakuje?

ŁAPISZEWSKI.

Co mi brakuje? (Ogląda się i bierze doktora na bok): Mogę być z tobą szczery?

DOKTOR.

Jak na świętej spowiedzi. Doktor, to przecież także kawałek spowiednika.

ŁAPISZEWSKI.

I to prawda. Tembardziej, że przecież nie od dzisiaj się znamy. A więc nie będę przed tobą robił sekretu. (Ciszej): Czy wiesz, co mi brakuje?

DOKTOR.

No?

ŁAPISZEWSKI

(do ucha, ale dosadnie): Mężów dla moich córek.

DOKTOR.

Tam do licha!

ŁAPISZEWSKI.

One niby nie chcą iść zamąż – no, bo im, jako pannom, nie wypada przyznawać się do tego, ale gdyby im się ktoś taki odpowiedni trafił, to jestem pewny, żeby nie były od tego. Ale cóż, kiedy nic i nic, jak uciął.

DOKTOR.

To głupio.

ŁAPISZEWSKI.

Ja doprawdy nie wiem, czy ci mężczyźni oczów nie mają, czy co? Dziewczęta, powiadam ci, jak łanie, że jest na co spojrzeć, do tego muzykalne, jedna nawet maluje.

DOKTOR.

Proszę – proszę.

ŁAPISZEWSKI.

A jakże. Uczyła się tego w Monachjum, druga literatka, do gazet pisuje.

DOKTOR.

Fiu, fiu.

ŁAPISZEWSKI.

No i wyobraź sobie, pies się o nie nie spyta, a tu latka lecą. Dwie młodsze w domu także już dorastają, więc myślę sobie: w kąpielach większy ruch, może się prędzej kto trafi – no i przyjechałem.

ZUPKIEWICZ

(wyszedłszy z restauracji): Sługa, służka jasnego pana.

ŁAPISZEWSKI

(nie zważając na niego, mówi dalej do doktora): Przecież tu musicie mięć jakąś odpowiednią młodzież?

ZUPKIEWICZ:

O, na młodzieży nam nie zbywa, panie dobrodzieju. Są młodsi i starsi.

ŁAPISZEWSKI

(opryskliwie): Czego pan chcesz tutaj?

ZUPKIEWICZ

(uchylając fezu): Jestem Zupkiewicz, do usług, właściciel tego zakładu. (Łapiszewski odwraca się od niego i chce mówić do doktora, Zupkiewicz zachodząc mu drogę): Czem mogę służyć jasnemu panu? Jest kawa wiejska, herbata...

ŁAPISZEWSKI.

Zaraz, jeszcze się nie pali. (Do doktora, biorąc go pod rękę i prowadząc go na drugą stronę): Ty przy twoich znajomościach, mógłbyś mi wiele pomóc. Możeby się i co znalazło – jak sądzisz?

DOKTOR.

Znaleźć by się znalazło, dlaczego nie. Mamy tutaj dosyć kandydatów do stanu małżeńskiego, i jeżeli tylko twoje córki mają odpowiedni posag?

ŁAPISZEWSKI.

Toś także strzelił, doktorze. A włóczyłbym ja się po kąpielach, gdybym miał posag dla nich. Znalezionoby je z pewnością, choćbym je i pod ziemię schował. (Ciszej): Ale w tem właśnie sęk, że gołe, jak święte tureckie.

DOKTOR.

Jakto? Wziąłeś przecie za nieboszczką żoną...

Łapiszewski (kwaśno): Była, była wcale niezła fortunka, ale podkusiło mnie licho – wziąłem się do kopania nafty i wszystko djabli wzięli. Podziurawiłem sobie grunta, jak rzeszoto – ropy nie znalazłem, wpadłem w długi i dziewczęta mi zostały na koszu. To widzisz, właśnie cała moja choroba i utrapienie.

DOKTOR

(siada zaturbowany): Hm, to głupio, bo tym jegomościom, którzy po kąpielach szukają sobie żon, przedewszystkiem idzie o pieniądze.

ŁAPISZEWSKI.

No, a przymioty duszy, ciała, talent, wykształcenie – to, to nic nie znaczy?

DOKTOR.

Owszem, to dla nich bardzo pożądany dodatek do posagu, ale posag, to grunt.

ŁAPISZEWSKI.

No patrzaj doktorze, co to za młodzież teraz.

DOKTOR.

E, daj pokój Łapiszewski i dawniej nie lepsza bywała. Ot, niedaleko szukając, ty sam.

Łapiszewski. Ja?

DOKTOR.

Umizgiwałeś się do różnych panien, a koniec końców ożeniłeś się dla majątku.

ŁAPISZEWSKI.

Uchowaj Boże! Ożeniłem się z czystej miłości, a że ta, którą serce moje wybrało, miała i majątek, to już nie moja wina.

DOKTOR

(drwiąco): To tylko poprostu fatalność, nieszczęście, prawda?

ŁAPISZEWSKI

(wstaje i bierze go pod rękę): W każdym razie zachowaj to w tajemnicy, com ci mówił o naszych interesach majątkowych. Na co ludzie mają wiedzieć.

DOKTOR.

Ależ i owszem. Gotów jestem nawet głosić, że twoje córki mają grube pieniądze.

ŁAPISZEWSKI

(ucieszony): Możesz nawet puścić między młodzież, że mają narzeczonych.

DOKTOR.

A to dlaczego?

ŁAPISZEWSKI.

Bo widzisz, narzeczona, to niby pół cudza własność, owoc zakazany, a że zakazany owoc zawsze lepiej smakuje, więc...

DOKTOR

(śmiejąc się): A wiesz mój kochany, że to kapitalny pomysł. Nie przypuszczałem nigdy, żeś ty taki dowcipny.

ŁAPISZEWSKI

(z westchnieniem): Mój drogi, tam, gdzie idzie o los córek, serce ojcowskie jest niewyczerpane w pomysłach.

ZUPKIEWICZ

(także z westchnieniem, zażywając tabaczki): święte słowa pana dobrodzieja... Ja także...

ŁAPISZEWSKI

(z irytacją): Mój panie, czego pan się wtrącasz w nieswoje rzeczy. Czego pan chce tutaj?

ZUPKIEWICZ.

Jestem...

ŁAPISZEWSKI.

Właścicielem tego zakładu, wiem o tem, i skoro pana będziemy potrzebowali, to pana zawołamy, a teraz odczep się pan od nas i daj nam święty pokój!

ZUPKIEWICZ

(odchodzi na bok): Gbur jakiś!

ŁAPISZEWSKI

(patrząc na wchodzące z lewej od frontu córki): A! otóż i moje dzieciaki. Tu, tu jestem, aniołki!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?