Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W jednej z bocznych kieszeni znalazł dużą kartonową podkładkę pod piwo z napisem: Eagle and Child, Saint Giles Street, Oxford.

Przyszło mu do głowy, że przecież Andrew nie nosiłby takiej rzeczy dłużej niż przez drogę z pubu do Tyburne. To zdawało się wskazywać, że ostatni raz miał na sobie ten blezer, gdy pił w Ptaku i Niemowlęciu. Czy była to noc owej debaty?

Na odwrocie podkładki jego syn zamieścił krótki wiersz:

W Oksfordzie mówią ‘Maudlin’

A w Cambridge ‘Magdalen’.

Chłopak z Kanady, starej lubej,

Może tu normalnie zgłupieć.

Tu bowiem piszą najpoprawniej

Lecz już nie tak jest z mówieniem.

W Londynie ‘Tems’ ją nazywają

A w Oksfordzie ‘Tame’.

Mówi to o ludziskach wiele

Co tu obok mnie żyją.

Wiele zawdzięczają możnej Tamizie

Lecz więcej swemu wspaniałemu piwu.

A.G.

Alex wsadził palce do wewnętrznej kieszeni na piersiach. Była pusta.

Nie było już niczego, co można było przeszukać. Lecz naprzykrzające się przeczucie nie zamierzało go opuścić. To uporczywe uczucie dawało do zrozumienia, że ciągle jeszcze nie złapał tropu. Zdjął blezer z wieszaka i jeszcze raz zbadał wzrokiem każdą z kieszeni. Gdy po raz drugi doszedł do wewnętrznej kieszeni na piersi, odkrył coś, czego nie mógł wyczuć samym tylko dotykiem: dolny szew był rozdarty.

Poszerzył rozdarcie, ale nie mógł jeszcze stwierdzić, czy coś się nie ześliznęło w podszewkę. Potem, porzucając wszelki umiar, zupełnie rozdarł szew. A tam, pomiędzy podszewką a tkaniną zewnętrzną, spoczywała wizytówka.

Alex przeczytał to, co było na niej napisane:

Kościół Nowego Adwentu Czci Boskiej Emanacji

Nabożeństwa: w niedziele – godz. 10.00

Grupa dyskusyjna: w poniedziałki – godz. 19.30

Spotkania modlitewne: w środy – godz. 19.30.

Po tym następował adres i numer telefonu. Poniżej małego logo widniał napisany odręcznie tekścik:

Szanowny panie Graham. Dzisiaj wieczorem mówił pan mądrze na forum ludzi. Czyżby obawiał się pan przemawiać do aniołów? Proszę nas prędko odwiedzić. Sarah S.

Alex popędził na górę po dwa stopnie naraz. W pokoju Andrew obok biurka, na wsporniku zamontowanym na ścianie, wisiał domowy aparat telefoniczny. Wykręcił prefiks do połączeń zewnętrznych, potem numer na wizytówce. Odpowiedział kobiecy głos. Mało brakowało, a uległby nieroztropnemu impulsowi wyskoczenia z żądaniem powrotu syna. Zamiast tego odłożył bez słowa słuchawkę.

Na kartce przyklejonej taśmą do ściany był spis numerów telefonicznych, pod hasłami: Magdalen, Pizza i Biblioteka widniało słowo Taxi. Gdy połączył się z firmą taksówkową, poprosił, żeby taksówka jak najszybciej podjechała pod Tyburne. Głos po drugiej stronie obiecał, że pojazd będzie przed drzwiami frontowymi w ciągu dziesięciu minut.

Alex czekając w hallu college’u, przyjrzał się staranniej logo na wizytówce. Była to grafika skrzydlatego anioła z rozpostartymi ramionami, trzymającego w jednej ręce czarne drzewo, a w drugiej – drzewo płonące na czerwono. Nie miał czasu zastanawiać się, co to mogło oznaczać, bo taksówka przyjechała szybko, o ósmej piętnaście. Wskoczył na siedzenie pasażera obok kierowcy i podał nazwę ulicy.

– Jakiś konkretny numer, proszę pana?

– Nie ma znaczenia. Po prostu chcę dotrzeć na tę ulicę.

– To długa ulica.

– Nie szkodzi. Potrzebuję spaceru.

– A zatem spacer – rzekł kierowca, zawracając na placu przed Tyburne. Przyspieszając, szarpiąc i jadąc zygzakiem, robił wrażenie, że przekracza dozwoloną prędkość. Jednak manewrował umiejętnie, przemieszczając się przez śródmieście. Alex nie przywykł jeszcze do jazdy po niewłaściwej stronie jezdni i dlatego kręciło mu się w głowie.

– Czy to daleko? – zapytał.

– Niezupełnie. Jesteśmy na Banbury. Poprowadzi nas ona na północny skraj miasta, przez Jericho i Walton Manor.

– To jeszcze w Oksfordzie?

– To są przedmieścia, proszę pana.

Po piętnastu minutach samochód zatrzymał się na światłach, następnie skręcił w lewo, w boczną ulicę. Kierowca podjechał do lewego krawężnika.

– Jesteśmy w Merlin. Pięć funciaków, proszę.

Alex zapłacił i wysiadł. Taksówkarz wykonał znowu zawracanie i ruszył w drogę powrotną tą samą trasą.

– Merlin Road! – mruknął Alex, potrząsając głową. – Można było przewidzieć.

Przy świetle lampy ulicznej jeszcze raz sprawdził wizytówkę i zapamiętał numer domu. Aleja skręcała w kierunku rzeki. Po obu stronach stały trzy- lub czteropiętrowe domy z cegły wyglądające dosyć staro, niektóre z nich – bardzo staro, chociaż na tyle młodo, żeby je uznać za nowe. W Oksfordzie słowo nowe mogło oznaczać wszystko w przedziale od roku do lat trzystu.

Ruszył, stawiając kołnierz dla ochrony przed wiatrem, który zapowiadał deszcz. Lampy ustawiono po jednej na blok, a światło płynące z okien nie sięgało chodnika. Poruszając się w ciemności, modlił się o ochronę duchową oraz cielesną, jeżeliby zaszła potrzeba. Nagle uświadomił sobie, że nie wie, co robić, gdy dotrze do owego „kościoła”. Może zastanie Andrew siedzącego w cichym pomieszczeniu wypełnionym poważnymi uduchowionymi ludźmi wsłuchanymi w wykład lub co gorsza Andrew sam będzie go prowadził. Alex wejdzie, usiądzie w tylnym rzędzie i będzie czekał, aż jego syn go dojrzy. Wyobraził sobie, jak Andrew zamiera głos, na twarzy maluje się zdziwienie, a następnie rozpromienia radość. Podbiega do ojca i ściskają się. Jednak bez wątpienia wyznawcy do tego czasu zdążyli już wpłynąć na jego myślenie i Alex wiedział, że będzie miał twardy orzech do zgryzienia, by przekonać Andrew do powrotu do Tyburne. Przywołał jednak napis na odwrocie fotografii: Mój Tata, Król Halcyonu. To upewniło go, że w umyśle Andrew jest dużo zdrowego rozsądku, który na widok ojca przebudzi się na nowo. A jak już przywróci syna bezpiecznie na łono chrześcijaństwa, Król Halcyonu, z pomocą Króla Niebios, rozplącze owe fałsze, które omotały jego rozum.

Alex modlił się o to, lecz jego obawy rosły z każdym krokiem. Andrew powiedział mu bowiem:

Wyjeżdżamy.

Jego kroki dudniły na betonie, koty miauczały i przebiegały przez ulicę, w niektórych domach niebieskie światła telewizorów jarzyły się za muślinowymi zasłonami. Trzy kwartały dalej, po północnej stronie ulicy, ukazała się iglica małego kościoła. Alex przeszedł na drugą stronę i zwolnił. Nad wejściem o podwójnych drzwiach paliła się pojedyncza żarówka. Na kamiennym bloku ściany, na lewo od drzwi, wyryto: Parafia św. Swithuna, Kościół Anglii, eryg. 1821. Po obu stronach drzwi widniały nisze, które chyba kiedyś mieściły posągi, teraz jednak były puste. Nad drzwiami, lecz poniżej światła, umieszczono misternie wykonany szyld, który głosił:

Kościół Pastora Nowego Adwentu, dr. Gustava Blocha, Ph.D., D.D.

Pod tekstem złotą farbą namalowano anioła. Trzymał w jednej ręce drzewo klasycznego kształtu, jednolicie czarne. Drugie drzewo ustylizowano w kształcie jasnoczerwonych płomieni. Alex przyglądał się temu znakowi z odrazą. Właściwie co to był za kościół? I czym była owa boska emanacja? To miało być jądro wszelkiej duchowej energii? Ten smętny budyneczek na nędznej ulicy, która już dekady temu podupadła? Jeżeli tak, to dlaczego jest pusty? Czyżby wszyscy parafianie wstąpili do nieba?

Poszedł kilka kroków dalej i wszedł na alejkę, żeby zobaczyć, czy wewnątrz jest światło. Nie było. Odwrócił się i już miał skierować się z powrotem ku Banbury, gdy usłyszał, że otwierają się drzwi frontowe.

Wyszła kobieta, zamykając za sobą drzwi pękiem dzwoniących kluczy. Alex stał na chodniku, przyglądając się jej, zastanawiał się, czy to Sara S. Gdy kobieta obróciła się, by zejść w dół po schodach, dojrzała go i zatrzymała się. Nie okazując zdziwienia, wpatrywała się w niego przez parę sekund.

Alex odchrząknął.

– Przepraszam, szukam...

Była przed trzydziestką, ładna, lecz jej twarz, na tle uwydatnionej w świetle znad drzwi płaskorzeźby, robiła wrażenie surowej. Nie mrugając oczami, oczekiwała kontynuacji.

– Szukam Kościoła Nowego Adwentu.

– Najwidoczniej pan go znalazł – powiedziała obojętnie. – Dzisiaj wieczorem mamy nieczynne.

– Miałem nadzieję... Słyszałem, że dzisiaj wieczorem będzie spotkanie grupy dyskusyjnej. W poniedziałki o wpół do ósmej. Wiem, że się spóźniłem, ale...

– Gdzie pan słyszał o grupie dyskusyjnej?

– Gdzieś czytałem.

– Otóż zostało odwołane.

– Aha, więc nie ma tu nikogo.

– Tylko ja.

– O, a doktora Blocha nie ma?

– Doktor Bloch wyjechał. Dlaczego szuka pan doktora Blocha?

– Poszukuję... Interesuje mnie to, co ma on do powiedzenia.

Podczas gdy rozważała jego odpowiedź, jej wzrok przemykał po jego twarzy, schodząc w dół po płaszczu, spodniach, obuwiu, po czym wędrował z powrotem do góry.

– Pan nie jest Anglikiem – powiedziała.

– Nie.

– Amerykaninem?

Alex skinął głową.

– Co pana sprowadza do Oksfordu?

– Prowadzę tu badania.

– Aha. I nie wie pan, co zrobić z nadmiarem czasu. Nie ma co robić wieczorami?

– No właśnie.

– A który college?

Alex wiedział, że jeżeli poda Tyburne, ryzykuje zerwaniem nici mogącej zaprowadzić go do Andrew.

 

– To prywatne badania.

– Jakiego rodzaju?

Pytania wypowiadane modulowanym spokojnym głosem, urywane i wnikliwe, jak gdyby zmierzały do stworzenia pełnego wizerunku stojącego przed nią mężczyzny. Ale po co? Było oczywiste, że się go nie bała.

– Jakiego rodzaju badania pan prowadzi? – spytała ponownie. Ton jej głosu nie był agresywny, ale zbliżał się wyraźnie do tej granicy. Ktoś przewrażliwiony mógłby określić go jako chłodno manipulacyjny, ktoś pewny siebie tak by go nie określił, a przynajmniej nie powinien. W każdym razie Alex czuł, że jest odpytywany.

– W dziedzinie... poezji.

– Poezji. Jakiego rodzaju poezji?

– Nie chodzi o rodzaj, tylko poetę.

– O którego poetę?

U Alexa zaczął narastać lęk, dusząc go w gardle. Zastanawiał się, czy jest całkowicie transparentny, czy za każdym razem, gdy robi unik lub ściemnia, ona zna prawdę. Nigdy wcześniej nie zetknął się z kobietą, której wygląd fizyczny zapowiadałby „bezbronną niewiastę”, lecz której osobowość pozwalała na absolutne panowanie nad sobą, mało tego: doskonałą kontrolę nad sytuacją. Jej maniery były nieskazitelnie poprawne i łagodne, jednak wywoływały lęk.

– Którego poetę? – powtórzyła.

– Hopkinsa. Gerarda Manleya Hopkinsa.

– A, Hopkinsa. Ja wolę Blake’a. Czy interesuje pana poezja religijna?

– Tak.

Lustrowała go w milczeniu, zastanawiając się.

– No cóż, przykro mi, ale otworzymy znowu dopiero w maju.

– W maju? To dłużej niż za trzy miesiące, licząc od dzisiaj!

– Jeżeli pan w tym czasie będzie jeszcze w Oksfordzie.

– Będę, bo bardzo chciałbym uczestniczyć w waszych sesjach.

– Gdy doktor Bloch wróci na wiosnę, wznowimy nasze niedzielne ranne nabożeństwa uwielbienia.

– O dziesiątej – wyrwało się Alexowi niemądrze.

– Zgadza się. O dziesiątej – powiedziała pomału. Następnie, doszedłszy do jakiegoś wniosku, odwróciła się w kierunku Banbury.

– Zmierzam w pani stronę – rzekł Alex. – Czy mogę pani towarzyszyć?

– Jeżeli ma pan ochotę.

Ramię w ramię poszli w kierunku skrzyżowania.

– Czy wasz kościół liczy dużo wiernych?

– Tak.

– Macie studentów?

– Dlaczego pan pyta?

– Chyba ciekawi mnie, czy jest to młodzież, czy starsi parafianie.

– Młodzi? Starsi?

– Znaczy: macie ludzi w różnym wieku?

– Tak, jesteśmy zbiorowością.

– O, to... miłe.

– Miłe? – Na koniuszkach jej warg pojawiła się iskierka humoru, bez wątpienia sardoniczna. Ale zaraz zgasła. – Tak, myślę, że to miłe. Musiałby pan sam zobaczyć.

Ta niepozorna rozmowa stawała się coraz bardziej irytująca. Alex, pod wpływem impulsu, chętnie by na kobietę krzyknął, żądając potrzebnych mu informacji, ale powstrzymał się w porę. W tym momencie nie miał sposobu dowiedzieć się, jak dalece agresywny kult w rzeczywistości reprezentuje ta grupa. Może są wyznawcami New Age wyższej klasy, respektującymi w pewnym stopniu wolność człowieka. A może czymś bardziej złowrogim, nastawionym na uwodzenie i zniewalanie umysłów oraz izolowanie ofiary od kontaktu z innymi? Gdyby to był ten drugi przypadek, wówczas żądanie dostępu do Andrew mogłoby okazać się szybką drogą do zamknięcia wszelkich możliwości skontaktowania się z nim. Kobieta mogłaby odmówić wszelkich informacji o jego synu i złożyć na policję doniesienie o molestowaniu. Wyglądała dostatecznie srogo, by być zdolną do czegoś takiego.

Jednak jak podtrzymać jej uwagę, jak zdobyć zaufanie na tyle długo, żeby zobaczyć, gdzie mieszka? Może mieszka z innymi członkami tej organizacji. Sekciarze zwykle mieszkają razem. I Andrew mógłby być z nimi. Czy ma iść za nią aż do domu? Nie, to za bardzo rzucałoby się w oczy.

– Do śródmieścia raczej długa droga – rzekł Alex. – Myślę, że wezwę taksówkę. Czy zechce pani skorzystać z okazji i pozwoli, że ją podrzucę do domu?

– Nie, dziękuję. Mam samochód. Jestem w drodze do Londynu.

– Pani tam mieszka?

Odwróciła się w jego stronę i zlustrowała go chłodno.

– Muszę tam zdążyć na samolot.

– Więc pani wyjeżdża?

– Tak.

Ton jej głosu dawał do zrozumienia, że uważa go za idiotę.

– Kiedy pani wraca?

Zatrzymała się i odwróciła, stając naprzeciwko.

– Dlaczego chce pan to wiedzieć?

Alex wyjąkał:

– Chcia… łem tylko powiedzieć, że jeżeli pani należy do kościoła i wyjeżdża, to może nie miałbym z kim rozmawiać. Do maja jeszcze tak daleko.

Nie dała żadnej odpowiedzi, ale nadal świdrowała go wzrokiem.

– Może macie jakąś grupę spotykającą się nieformalnie... Jakieś miejsce, gdzie mógłbym się udać przed majem?

– Jest pan dosyć natarczywy.

– Przepraszam. Nie chcę nalegać. Chodzi po prostu o to, że spotkałem tu w Oksfordzie niewiele osób, a jestem z dala od domu.

– Chce pan powiedzieć, że czuje się samotny.

– Chyba tak. Chociaż nie tak, jak można by to odebrać.

– A jak to można odebrać?

– Chodziło mi o to, że brakuje mi towarzystwa ludzi. Byłoby naprawdę miło spotkać podobnie myślących ludzi, z którymi można by podyskutować.

Ruszyli dalej.

– Na tematy religijne?

– Tak.

Doszli do rogu.

– Jak pan się nazywa? – spytała bez krzty ciepła w głosie.

– Graham – odpowiedział bez namysłu.

Spojrzała na niego, przeszywając go wzrokiem.

– Graham Alexander. A pani…?

– Nazywam się Shaw.

– Tak jak ten dramaturg?

– Tu nie ma żadnego związku. Shaw to moje imię. Jestem Shaw Cunningham.

– Miło mi panią poznać, panno Cunningham. I bardzo sobie cenię pani rady. Z przyjemnością będę uczęszczał na państwa nabożeństwa, gdy zostaną wznowione. Przykro mi, że nie zastałem doktora Blocha. Powiedziała pani, że wyjechał?

– Tak.

– To pech. Szukam właśnie teologa, który mógłby mi pomóc w pewnych trudnościach związanych z religią.

– Trudnościach osobistych?

– No, naukowych. Hopkins…

– Tak, a to pech. Muszę się już pożegnać.

– I mówi pani, że nie wróci przed wiosną?

– Tak jest.

– A dokąd się udał?

Jej twarz zdradziła chwilową irytację.

– Jeżeli już pan musi wiedzieć, to jest w Helsinkach na spotkaniu Międzynarodowego Towarzystwa Metafizyków, organizacji, którą pomógł założyć. A teraz, panie Alexandrze...

– Tak oczywiście, panno Cunningham. Stanowczo za długo panią przetrzymałem. Dziękuję bardzo za cierpliwość i pomoc. W takim razie, do widzenia.

Przytaknęła szorstko i skierowała się na północ ulicą Banbury.

Przez moment zamierzał iść za nią do samochodu, żeby zapamiętać tablicę rejestracyjną. Powstrzymał się, zdając sobie sprawę, że pójście za nią wzbudziłoby na nowo jej podejrzenia. Był zdania, że ona niemal na pewno uda się na południe trasą Banbury, jako że zmierzała do Londynu, i w ten sposób on, gdy będzie przejeżdżała, zdoła wychwycić numer na tablicy. Patrzył, jak się oddala, wtapiając się w mrok poza zasięgiem latarni, i znika z widoku.

Czekał, stojąc na krawężniku, aż się pojawi. Minęło pięć, później dziesięć minut. W końcu zdał sobie sprawę, że albo pojechała na północ via Banbury, albo udała się na południe, obierając inną trasę. Zaciskając palce w kieszeniach płaszcza, wiedział, że nitka wymsknęła mu się z rąk, został wepchnięty w nieokreśloną mroczność.

1 Pinto – tarant (ang.); pint-o = pół kwarty – gra słów.

2 Ale – napój, rodzaj piwa.

3 Liście Klonu.

10. Neuronowe ścieżki światowego mózgu

Nazajutrz Alex spotkał się w Oxford Oratory z Owenem Whitfieldem. Po mszy, w drodze powrotnej do Magdalen, opowiedział profesorowi, co się stało poprzedniego wieczoru. Owen przygotowywał w swych pokojach śniadanie składające się z kawy i słodkich bułeczek, podczas gdy Alex relacjonował w szczegółach rozmowę, jaką przeprowadził z panną Cunningham.

– To mi śmierdzi, Alex. Najbardziej znamienna jest tonacja rozmowy, pokrętność.

– Tak, dziwna kombinacja sztuczek kobiecych z zimną kalkulacją.

– Sądzę, że wreszcie trafiłeś na ich trop. Albo używając metafor, złapałeś koniec nitki przyczepionej do sznurka przymocowanego do łańcucha oplatającego kostkę Andrew.

– Tak, lecz nitka zniknęła w momencie, gdy próbowałem ją chwycić.

– Nie wszystko stracone. Są sposoby, którymi możemy się posłużyć, żeby wyśledzić tych ludzi. Powiedziałeś, że wyjechali na parę miesięcy?

– Nie wrócą przed majem, kto może zgadnąć, dokąd się udali?

– Byłoby możliwe się dowiedzieć. Helm mógłby sprawdzić dla nas to i owo. Odnajdziemy go po lunchu, a teraz proponuję, żebyśmy spisali to, czego dowiedzieliśmy się do tej pory, a zwłaszcza, co zostało właśnie ujawnione. Potem zastanowimy się, jakie podjąć dalsze kroki.

Przez następne pół godziny nie dawali swym mózgom wytchnienia; profesor zapisywał w dużym notatniku każdą rzecz, która im przyszła do głowy. Następny kwadrans poświęcił, w milczeniu, na poskładanie materiału. Następnie zapisał wszystko jeszcze raz w innej kolejności.

Podał notatnik Alexowi.

– Po pierwsze, mamy roboczy model chronologii, czyli kolejności zdarzeń, skorelowany z maksymalną liczbą dat, które możemy sobie przypomnieć. Na następnej stronie mamy inny model, czyli hipotetyczną strukturę, której się przeciwstawiamy, innymi słowy: organizację tej grupy. Pod tym względem wiedza, którą mamy, nie jest równie wartościowa w poszczególnych elementach, ale wyłania się jakiś obraz całości. Trzeci model moglibyśmy nazwać profilem Andrew. Tutaj też mamy niekompletną wiedzę, ale jest to portret utalentowanego, podatnego na wpływy młodego człowieka, który podlega konsekwentnie wywieranej na niego presji. To wszystko razem nie stanowi mocnych dowodów, ale te trzy modele współgrają ze sobą i tworzy się szerszy obraz.

– Czy mógłbyś przeczytać te daty, Owen?

– Na początku października Andrew się zakochuje i szybko się odkochuje, ale mógł być przez to nieco bezbronny. Pod koniec października wygrywa debatę i kontaktują się z nim ci sekciarze. W listopadzie milknie i w swych opracowaniach zaczyna zgłębiać zagadnienia metafizyki, ponad wymagania programu akademickiego. Ponadto zaczyna zaniedbywać praktykowanie swej wiary. W okresie Bożego Narodzenia znika z pola widzenia i nie dzwoni do domu w tym właśnie okresie, gdy większość ludzi kontaktuje się z rodziną. Na początku stycznia nadal się nie pojawia. I na koniec: te dziwne telefony do ciebie dwudziestego pierwszego i dwudziestego trzeciego stycznia. Wygląda mi to na wyraźnie celowe zachowanie.

– To bardzo pomocne. Do tej pory szczegóły kłębiły mi się w głowie, zostawiając, jak zwykle, mętlik w myślach. Jednakże to nie wskazuje, co powinienem zrobić.

– Dobrze, idźmy po kolei: po pierwsze Kościół Nowego Adwentu musi być legalnie zarejestrowany – albo jako właściciel, albo dzierżawca terenu, który kiedyś należał do parafii Świętego Swithuna. To znaczy, że otrzymamy nazwiska i adresy. Po drugie, nazwiska Gustava Blocha i Shaw Cunningham mogą znajdować się w spisie central telefonicznych: oksfordzkiej lub londyńskiej. Ostatecznie telefonistka ujawni, że mają numery zastrzeżone. I chociaż w tym przypadku nie otrzymalibyśmy żadnego numeru czy adresu, wiemy, że panna Cunningham nie jest zjawą.

– Ja już wiem, że ona nie jest zjawą, Owen.

– Tak, ale myślę, że przyda się informacja, czy ma jakieś miejsce, do którego dzwoni jak do domu, a nie pojawia się i znika jak smuga cienia.

– Bez wątpienia była cielesna.

– Trzecim naszym celem będzie namierzenie tego wydarzenia w Helsinkach. Może właśnie tam zakotwiczony jest ich statek-baza.

– Możesz to powtórzyć?

– Jeśli to są obcy, biedny kościółek Świętego Swithuna jest prawdopodobnie tylko przyczółkiem, jedynie grupą rozpoznawczą, jak wolisz – malutkim satelitą. Właściwym źródłem jest kosmiczny statek-baza krążący powyżej naszej atmosfery.

Alex spojrzał na Whitfielda.

Profesor uśmiechnął się zza swojej fajki.

– Taka przenośnia, Alex. Spodziewam się, że ci ludzie są w stu procentach ludźmi. Ale mogą być obcy w innym znaczeniu. Na pewno taki jest ten Bloch i z pięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem również ów Pakistańczyk.

 

– Towarzystwo metafizyków – mruknął Alex, przecierając twarz drżącą ręką. – Co też to, do pioruna, właściwie jest?

– Trudno powiedzieć. Nazwa może znaczyć cokolwiek: począwszy od klubu kawowego emerytowanych profesorów filozofii, a skończywszy na jakiegoś rodzaju umysłowym kulcie.

– Ale jaki to rodzaj kultu?

– Na pewno nie taki, którego członkowie idą na ulice tańczyć w szafranowych szatach.

Whitfield zadzwonił na posterunek policji w Oksfordzie, ale dowiedział się jedynie, że detektyw Helm tego dnia nie dyżuruje. Będzie w biurze jutro. Kolejny telefon do urzędu hrabstwa skutkował odpowiedzią automatycznej sekretarki, że biuro rejestracyjne będzie czynne dopiero następnego dnia.

Telefonistka w informacji powiedziała im, że nie ma numerów dla nazwisk przez nich podanych.

Whitfield nalegał:

– Czy to oznacza, że ich numery są zastrzeżone? To bardzo ważne, proszę pani. To sprawa życia i śmierci.

– Nie ma tych nazwisk: ani w spisie jawnym, ani w zastrzeżonym. Przykro mi.

– Czy mogłaby pani sprawdzić w całym Zjednoczonym Królestwie?

Zawahała się, ale za moment, po dalszych prośbach, zgodziła i powiedziała, żeby nie odkładał słuchawki. Po kilku minutach kobieta wróciła, informując, że do tych nazwisk nie mogła znaleźć żadnych numerów: zastrzeżonych czy niezastrzeżonych.

– Miła pani, czy byłaby pani tak uprzejma i sprawdziła jeszcze numer dla nazwy: Międzynarodowe Towarzystwo Metafizyków?

Po chwili przyszła odpowiedź:

– Nie ma nic pod tą nazwą, proszę pana.

– Pani okazuje nam zadziwiającą cierpliwość. Czy mogę jeszcze raz wystawić na próbę pani dobry charakter i poprosić o sprawdzenie dla nazwy: Brytyjskie bądź Angielskie Towarzystwo Metafizyków?

Ukarała go zmianą tonu głosu, lecz przychyliła się do prośby.

– Jest, pod nazwą: Brytyjskie Towarzystwo Metafizyków.

Whitfield zanotował numer i zaczął błagać o adres towarzystwa. Jeszcze raz nagięła przepisy i podała mu go.

– Moc błogosławieństw dla pani i wszystkich bliskich, łaskawa pani – powiedział Whitfield.

– A... tak – odparła i rozłączyła się.

Whitfield podniósł triumfalnie kartkę papieru.

– Eureka! Mają siedzibę w modnej dzielnicy Kew Gardens, Richmond, Surrey. To gmina w południowo-zachodnim Londynie, położona niedaleko Heathrow.

– Gallipoli Street osiemnaście – przeczytał głośno Alex. – U mnie gdzieś biją dzwony, Owen. Gdzieś już słyszałem tę nazwę.

– Wielka Wojna?

– Tak, ale... Zaczekaj!

Alex, podniecony, wyciągnął mały notes z kieszeni spodni i szybko go otworzył.

– To moja ściąga – wyjaśnił. – Gallipoli, Gallipoli, gdzie jesteś? O jest! Owen, budka, z której Andrew dzwonił drugi raz jest na ulicy Gallipoli w Richmond. Telefonistka powiedziała mi, że znajduje się ona w kwartale z numerami domów od jednego do sześćdziesięciu.

– To podwójna eureka! Znaleźliśmy naszą sektę.

– I być może również Andrew.

– Czekaj, spróbujmy czegoś.

Whitfield wybrał numer towarzystwa. Słuchał z kamienną twarzą, potem odłożył słuchawkę.

– Niech to piorun! Odezwał się nagrany komunikat, informujący, że biuro towarzystwa jest zamknięte do maja.

– Maj? To jeszcze jedno potwierdzenie.

– Ale co z niego wynika? Bodaj tyle, że grupy oksfordzka i londyńska to jedno i to samo towarzystwo. Nawet gdybyśmy się mylili, wygląda, że zamknęli interes dokładnie na ten sam okres.

– I wyjechali gdzieś razem?

– Może do Helsinek.

– I tu stoimy w miejscu.

– Niekoniecznie. Tak naprawdę nie wiemy, co to za miejsce, prawda? Może wyjechało tylko kilku oficjeli, a parę płotek pozostało na Gallipoli osiemnaście. Biuro jest zamknięte, ale może ta grupa ma jakieś tajne oblicze, schowane za urzędową fasadą. Andrew równie dobrze może tam być.

Alex zerwał się na równe nogi.

– Jadę to sprawdzić.

Whitfield zapalił fajkę i wyprostował się w swoim foteliku, przymykając oczy. Raz po raz się zaciągał, tak jakby niedosyt tlenu w mózgu miał mu pomóc w myśleniu.

– Nie mam na dzisiaj żadnych planów – rzekł wreszcie. – Co powiesz na przejażdżkę?

Humber robił, co mógł, żeby przemierzyć drogę ekspresową M40, biegnącą po przekątnej przez południową Anglię od Birmingham do Londynu. Wszystkie pozostałe pojazdy wyprzedzały staruszka i niejeden kierowca zatrąbił zdenerwowany, pokazując jednocześnie, co myśli o Whitfieldzie. Profesor zdawał się nie zwracać na to uwagi, ilekroć jakiś przejeżdżający maniak wymienił z nim spojrzenia, odmachiwał mu, rozpromieniony, z zębami zaciśniętymi na cybuchu fajki.

– Oni wszyscy pewnie zabierają swe żony na oddział położniczy – powiedział, uśmiechając się. – Bardzo bym nie chciał, żeby moje maleństwo urodziło się w samochodzie poruszającym się z prędkością stu kilometrów na godzinę, a ty? Nie zwracaj uwagi na obelgi, nie są osobiste.

– Uważam, że są skrajnie osobiste, Owen. I prostackie.

– To taka próbka naszego kulturalnego słownika.

W ciągu dziewięćdziesięciu minut dotarli do Londynu.

Ulica Gallipoli, jak powiedział Whitfield, rzeczywiście epatowała modą. Była to spokojna okolica pełna statecznych wiktoriańskich domów, odsuniętych nieco od ulicy, otoczonych ogrodami i strzelistymi wiązami. Przed domami parkowały drogie samochody, niektóre stare modele, inne nowoczesne i z obcą rejestracją. Gdy humber podjeżdżał pod numer osiemnasty, minął budkę telefoniczną. Whitfield zaparkował przy krawężniku, dwie długości samochodu od niej, i wysiadł. Alex dołączył do niego na wybrukowanym chodniku.

– Nasi przyjaciele żyją w wykwintnym miejscu – zadumał się profesor. – Biznes musi się tu kręcić.

Otworzyli żelazną kutą bramę w ceglanym murze okalającym podwórze i podeszli nerwowo do schodów u wejścia. Okna parteru zamknięto od wewnątrz drewnianymi panelami żaluzyjnymi. Drzwi były z solidnego dębu, bez okien. Obok nich przymocowano śrubami do cegły mosiężną tabliczkę z następującym napisem:

Brytyjskie Towarzystwo Metafizyków

Członek Międzynarodowego Towarzystwa Metafizyków

Rok założenia 1969

Londyn, Nowy Jork, Hamburg, Sztokholm, Helsinki, Sankt Petersburg

*

Instytut Europy

*

Korporacja Kosmiczna – Import-Eksport Kultury

– Czyżbyśmy znaleźli bazę? – szepnął Whitfield.

Alex zastukał kołatką. Odczekał minutę i zastukał jeszcze raz. Obaj mężczyźni nadstawili uszu, lecz ze środka nie doszedł żaden dźwięk.

Profesor zapalił fajkę i zerknął na tabliczkę z mosiądzu.

– Dużo się dzieje wewnątrz tej niewielkiej posiadłości, nie sądzisz?

– Wygląda, że nikogo nie ma w domu.

– Prawdopodobnie chowają się w piwnicy na węgiel.

Zeszli po schodach i cofnęli się na ulicę, wpatrując się w okna na wyższych kondygnacjach.

W tym momencie na ganek sąsiedniego domu wyszła młoda kobieta w palcie i pielęgniarskim czepku. Prowadziła wózek dziecięcy, śpiewając pasażerowi.

– Halo – zawołał Whitfield. – Czy może nam pani powiedzieć, czy ktoś jest w tym domu?

Obróciła do nich jasną twarz i powiedziała z irlandzkim akcentem:

– Myślę, że oni wszyscy wyjechali.

– Wszyscy? Jest pani pewna, że nie ma nikogo w domu?

– Nie za bardzo, ale już od paru dni nie pali się tu światło.

– Czy pani zna ludzi, którzy tu mieszkają?

– Raczej nie. Widzę, jak wchodzą i wychodzą, ale trzymają się razem. To jest biuro. Zwykle wchodzi tu i wychodzi masa ludzi, ale nie znam ich tak, żeby podejmować z nimi rozmowę. Od czasu, jak wyjechali, jest tu spokojnie.

– Ma pani pojęcie, dokąd mogli się udać?

Potrząsnęła głową.

– Ich ogrodnik powiedział mi, że zapłacili mu, żeby do wiosny utrzymywał podwórze w należytym porządku. Przypuszczam, że wrócą gdzieś w kwietniu, maju.

– I on też nie wiedział, dokąd wyjeżdżali?

– Niestety nie.

– Dziękujemy pani.

Ostrożnie wyprowadziła wózek na dwóch czarnych kółkach po schodach i powoli odeszła w górę ulicy, w kierunku parku.

– No i klapa. – westchnął Alex. – Znowu nić wymyka się akurat, jak mamy ją złapać.

– Nie wszystko stracone. Dowiadujemy się wielu rzeczy i znacząco zawęziliśmy możliwości. Zacieśniamy pierścień wokół nich.

– Nie sądzę, Owen. Wyjechali. Gdy ostatni raz rozmawiałem z Andrew, powiedział mi, że wyjeżdża.

– Do jądra wszelkiej energii duchowej... Czy nie tak powiedział?

– Tak. Gdy dowiedzieliśmy się dzisiaj rano o tym miejscu, myślałem, że to jest właśnie to jądro, o którym mówił. Widać jednak wyraźnie, że nie. Myślę, że wyjechał z nimi do Helsinek.

– Tabliczka głosi, że mają biuro w Helsinkach. A to oznacza adres i numer telefonu, chyba że to kompletna lipa. Ale są chyba na to za bardzo zinstytucjonalizowani i upublicznieni. Sugeruję wrócić do Oksfordu i dowiedzieć się jeszcze paru rzeczy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?