W paszczy LwaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Redakcja

Marta Trywiańska

Korekta

Marta Trywiańska

Daria Róża Bacza

Joanna Kulczyńska

Projekt okładki

Izabela Rybak

Zdjęcie na okładce

© lightfieldstudios, https://pl.123rf.com/

Copyright © by Melisa Bel

ISBN: 978-83-956624-3-0

Strona internetowa

www.melisa-bel.pl

ZNAJDZIESZ MNIE TEŻ TUTAJ:

Facebook: @melisa.bel.autorka

Instagram: melisa.bel.autorka

E-mail: melisa.bel.autorka@gmail.com

Wydanie I, Lublin 2020

SPIS TREŚCI

W paszczy lwa

Podziękowania

Londyn, rok 1815

— Kitty, zajmujesz tyle miejsca… Pognieciesz mi suknię!

Catherine Williams, słysząc słowa siostry, zareagowała przepraszającym uśmiechem i przesunęła się na siedzisku zanim powóz zdążył ruszyć.

— Wybacz, Helen — mruknęła i kątem oka spojrzała na matkę, która zajęła miejsce naprzeciw. Na twarzy lady Amelii Williams malowała się irytacja.

— Och, Kitty, naprawdę powinnaś bardziej uważać. Pamiętasz, ostatnio nadepnęłaś siostrze na stopę i to tuż przed samym balem. Biedaczka nie mogła przez ciebie tańczyć! — wypomniała jej. — Wiesz, ile wysiłku wkładam w waszą prezentację. Ledwie zadebiutowałaś, a już są z tobą kłopoty.

Dziewczyna spuściła głowę, doskonale wiedząc, że jest utrapieniem rodziny. Matka nie przepuszczała żadnej okazji, żeby jej o tym przypomnieć. Spojrzała w stronę siostry, szukając u niej wsparcia, lecz ta jedynie pokręciła głową z dezaprobatą, jakby żałowała losu niesfornego, głupiutkiego szczeniaczka. Na jej ustach błądził źle skrywany, ironiczny uśmieszek. Catherine zacisnęła dłonie w bezsilnej złości.

— Miałam nadzieję, że gdy podrośniesz, choć trochę pozbędziesz się tej dziecięcej niezdarności. Doprawdy, zawsze o ciebie drżę. Nigdy nie wiem, czego się po tobie spodziewać — lamentowała dalej matka.

Cat znana była z tego, że gdziekolwiek się pojawiła, zdarzał się jakiś większy lub mniejszy wypadek. Winą za te niefortunne epizody obarczała swoją wybujałą wyobraźnię, która nieraz wprowadzała ją w głębokie zamyślenie. Od dziecka uwielbiała fantazjować, znajdując w tym nieszkodliwą przyjemność i oderwanie od ponurej rutyny dnia codziennego. Lubiła sobie wyobrażać, że ma rzesze przyjaciółek, że jest uwielbiana, adorowana i popularna. Oczywiście w rzeczywistości było na odwrót.

— Nadal mam przed oczami wizytę u księcia Warwick, podczas której wylałaś zupę na kolana biednego lorda Addingtona, jego wieloletniego kompana! — mówiąc to, wyciągnęła z rękawa niewielką, koronkową chusteczkę i przyłożyła do czoła w dramatycznym geście. — Śni mi się to do dzisiaj. Co za wstyd! Myślałam, że jego lordowska mość już więcej nas do siebie nie zaprosi, ale na szczęście wicehrabia zniósł tę potwarz nadzwyczaj spokojnie i nie zrobił sensacji z twojego przedstawienia.

— Mamo, ale on… nie zachowywał się w stosunku do mnie jak dżentelmen, już ci to mówiłam… A do tego śmierdział cebulą i… i nie miał kilku zębów! — powiedziała na swoją obronę. Nie wspomniała o tym, że szanowny kompan księcia próbował położyć rękę na jej kolanie. Szczerzył się do niej obleśnie, ukazując tym samym swoje krzywe i wybrakowane jak u starego kuca uzębienie. Gdy tylko Cat dostrzegła brzydki uśmiech, oczami wyobraźni ujrzała wicehrabiego siedzącego na kwiczącym ośle i ochoczo podgryzającego dużą, cuchnącą cebulę. To właśnie w momencie najgłębszego zamyślenia poczuła na udzie jego włochate łapsko. Wzdrygnęła się odruchowo i zahaczyła dłonią o talerz z zupą, która wylądowała na kolanach natręta.

— Nie wypada mówić w ten sposób o lordzie Addingtonie — zbeształa ją matka. Na jej policzkach zaczęły już wykwitać brunatne plamy zdenerwowania. Oderwała chusteczkę od twarzy. — Nie wmawiaj mi teraz, że przez jego u… u… uzębienie wykazałaś się brakiem manier! Och, to niedorzeczne — wyrzucała z siebie. Słowo „uzębienie” ledwo przeszło przez jej gardło. — Spójrz na Helen. — Wskazała dłonią na córkę.

Dziewczyna na te słowa wyprostowała się jak struna, uniosła dumnie podbródek, jakby była okazem na wystawie, po czym posłała siostrze pobłażliwie spojrzenie.

Catherine niechętnie odwróciła głowę w jej stronę. Doskonale wiedziała, co zobaczy. Helen była ucieleśnieniem idealnej córki. Delikatna, wiotka, dystyngowana, o pięknych lazurowych oczach, które, gdy chciała, wyrażały całkowitą bezbronność i niewinność. Włosy w kolorze platynowego blondu dodawały jej powabu, a małe różowe usta przywodziły na myśl płatki róż. To na cześć tej właśnie niekwestionowanej urody poeci pisali wiersze, to dla spojrzenia tych oczu mężczyźni byli gotowy toczyć pojedynki i rywalizować między sobą tylko po to, by móc ucałować koniuszki jej palców.

— Jak to jest, że ona zawsze wie, jak się zachować? Doprawdy, gdybym nie była waszą matką, nie domyśliłabym się, że jesteście spokrewnione. Powinnaś uczyć się od siostry dobrych manier i powściągliwości. Jeśli to za trudne, to może chociaż spróbuj nie rzucać się w oczy? Wszyscy chwalą Helen, podczas gdy ciebie… — tu zawiesiła głos i westchnęła z rezygnacją. — Mam nadzieję, drogie dziecko, że weźmiesz sobie w końcu moje rady do serca — zakończyła i spojrzała na nią tak, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi.

Catherine nie raz widywała już to spojrzenie i szczerze go nienawidziła. Nie wiedziała dlaczego, ale zamiast mobilizować ją do zmian, powodowało, że miała ochotę wrzasnąć na matkę i zrobić coś skandalicznego, jak na przykład pokazać język lub podciągnąć spódnice do kolan i odtańczyć gigę.

Jak zwykle jednak przygryzła wargę, powstrzymując się od jakiegokolwiek komentarza i spuściła wzrok. Wiedziała, że w porównaniu z siostrą prezentuje się jak grubiutki, niski kuc przy rasowej klaczy arabskiej. Westchnęła ciężko, a jej obfite jak na szesnastolatkę piersi, uniosły falbaniasty materiał jasnej sukni.

— Wzdychasz, jakby na twoich barkach spoczywał niebywale ciężki los.

— Powiedziałabym, mamo, że to nawet trafne określenie. Kitty zawsze się grabi, przez co ma się wrażenie, jakby siedziało na niej coś ciężkiego — wtrąciła Helen drwiąco.

Catherine wyprostowała się mechanicznie, co sprawiło, że jej biust jeszcze bardziej się uwypuklił, znajdując się nagle w centrum uwagi. Zawsze trzymała się nieco pochyło, by choć trochę ukryć swoją figurę.

Obie, siostra i matka, spojrzały na krągłości dziewczyny. W jednej chwili na ich twarzach wymalowało się żałosne współczucie, którego Cat wolałaby nie dostrzec. Poczuła, jak pod jej powiekami zaczynają wzbierać łzy bezradności.

— Biedna kruszynko, wiem, że może los nie dał ci takich atrybutów, jakich byś chciała, ale na swój sposób jesteś… bardzo ładna. Pomimo twoich…eee — tu dłoń matki zatoczyła w powietrzu parę kółek — bujniejszych kształtów — dodała dobitnie.

Wszystkie trzy zamilkły zakłopotane. Kwestia „bujniejszych kształtów” Cat była w domu Williamsów tematem tabu.

Za czasów dzieciństwa dziewczynka za namową matki, starała się naśladować zachowanie swojej dwa lata starszej siostry. Czasem nawet nieźle jej to wychodziło, a co ważniejsze, dawało aprobatę rodzicielki. Wkrótce Helen przeobraziła się z uroczego dziewczęcia w olśniewającą młodą kobietę, więc Catherine miała nadzieję, że i ona z pospolitego kaczątka przemieni się w pięknego łabędzia.

Ku jej przerażeniu, ciało ją zawiodło.

Podczas gdy Helen nabrała jeszcze więcej powabu i wyszczuplała, Catherine w zastraszającym tempie zaczęła nabierać krągłości, których żadna żyjąca kobieta z rodu Williamsów nie posiadała. Dziewczęce, skromne suknie zaczęły wyglądać na niej wręcz śmiesznie, naciągając się w niestosownych miejscach, co przykuwało uwagę dżentelmenów. Szczególnie tych podstarzałych, którzy więcej czasu spędzali, gapiąc się na jej biust, niż patrząc w twarz.

Dla dorastającej kobiety było to niezwykle deprymujące. Catherine, mimo swojej żywiołowej i otwartej natury, zamknęła się w sobie, ukrywając swoje kształty w obszerniejszych sukniach.

— Głowa do góry, moja gąsko. W końcu wybieramy się do madame Bouville, a wizyty u niej zawsze wprowadzały cię w dobry nastrój — pocieszyła ją matka. — Helen potrzebuje nowej sukni spacerowej i jestem pewna, że z przyjemnością jej doradzisz.

Catherine westchnęła żałośnie i posłała w stronę siostry słaby uśmiech. Nie chciała zepsuć jej wizyty u krawcowej. Gdyby tylko ona choć przez chwilę miała takie powodzenie…

Matka nie musiała się nawet starać, żeby zwabić do Helen wysoko urodzonych arystokratów, którzy byliby chętni na ożenek. Oczywistym było, że dziewczyna potrafiła oczarować gości na każdym balu. Uwielbiała być w centrum uwagi. Mężczyźni sami wpadali w jej sieci niczym bezrozumne muchy złapane na słodki lep olśniewającego uśmiechu i zachęcających spojrzeń. Gdy tylko młoda panna Williams wyczuwała, jakie zainteresowanie wzbudza wśród mężczyzn, zaczynała bawić się w kokietkę.

W sezonie, w którym zadebiutowała, aż dziewięciu dżentelmenów walczyło o jej rękę, lecz ona żadnego nie przyjęła, tłumacząc, że jeszcze nie nadszedł jej czas.

 

Matka z niekłamaną fascynacją przyglądała się poczynaniom córki i Cat miała wrażenie, że sama chętnie by się z nią zamieniła. Lady Amelia znana była ze swoich wielkich ambicji matrymonialnych, a widząc w córce wschodzącą gwiazdę londyńskiej socjety, aż puchła z dumy i satysfakcji. To dawało Helen czas na jej zabawy. Cat słyszała, że zakładała się nawet z innymi dziewczętami, ile kolejnych propozycji uda jej się złowić. Najwidoczniej nie spieszyło jej się do małżeństwa i traktowała wszystko jak zabawę.

Catherine szczerze współczuła przyszłemu mężowi siostry. Wiedziała, że gdy Helen wyjdzie za mąż, nie będzie to związek zawarty z miłości. To będzie czysta kalkulacja. Wybierze kogoś, kto ma koneksje, kogo stać na eleganckie i wytworne życie oraz kto podniesie rangę ich rodziny.

Właśnie z tego powodu, zmierzały teraz do ulubionej krawcowej lady Amelii. Kolejna oszałamiająca kreacja uszyta dla Helen miała rzucić na kolana wszystkich niezamężnych jeszcze dżentelmenów w mieście.

Cat nawet przez chwilę nie wątpiła, że ten plan zadziała.

— Mamo, myślę, że ona nie potrzebuje mojej rady. Wiesz, że we wszystkim jej do twarzy. Nawet w… stroju lokaja!

Oczy markizy rozszerzyły się ze zgorszenia. Trzepnęła córkę po kolanie.

— Kitty, nie opowiadaj bzdur. To nieprzyzwoite określenie. W stroju lokaja?! — zganiła ją — Kobiety nigdy nie będą nosić spodni, zapamiętaj moje słowa.

Helen jednak wyprostowała się dumnie, uznając uwagę młodszej siostry za komplement opiewający jej urodę. Catherine z pewną zazdrością spojrzała na jej szczupłą figurę i skromny, nierzucający się w oczy biust. Całe życie marzyła o tym, by być taka jak ona. Mieć jej powodzenie, maniery, figurę i wrodzoną elegancję. Żeby choć raz zobaczyć w oczach matki taką dumę, jaką widziała, gdy ta patrzyła na starszą córkę.

— Helen, moja droga, widziałam ostatnio między twoimi adoratorami młodego księcia Cavendisha. — Uśmiechnęła się konspiracyjnie. — Bardzo dobrze, dziecko! W naszym rodzie nie było jeszcze książęcej krwi — dodała półszeptem i zachichotała jak debiutantka.

Dziewczyna poruszyła się nerwowo.

— Ale ja nie… — zaczęła, lecz widząc wpatrzone w nią, wyczekujące spojrzenie lady Amelii, spuściła oczy na swoje splecione dłonie — Oczywiście, jest bardzo miły…

Markiza rozpromieniła się momentalnie.

— To, czy jest miły, nie ma znaczenia. Jeśli jest księciem, może być nawet zezowatym półgłówkiem. Najważniejsze, że zainteresował się moją córką! — odrzekła tryumfalnie.

Cat wykrzywiła usta w brzydkim grymasie.

— Naprawdę nie obchodziłoby cię, jeśli wydałabyś którąś z nas zezującemu durniowi? — żachnęła się.

Matka odkaszlnęła znacząco i spojrzała na nią uważnie.

— Kitty, zważaj na słowa. Nikt nie lubi niewychowanych pannic.

— Nic mnie to nie obchodzi.

— Obchodzi cię, obchodzi. Twoją rolą jest bycie żoną, a potem matką. Co innego miałabyś zrobić ze swoim życiem? To twój jedyny obowiązek. A ja dopilnuję, żebyś go spełniła — dodała znacząco.

Catherine nie spodobały się te słowa.

— A… może ja chcę czegoś innego?

— Dziecko, a co ty możesz wiedzieć o tym, czego chcesz? — ciągnęła nieustępliwie. — Na świecie liczy się jedynie pozycja. Pozycja i pozory. Jeśli zostaniesz żoną księcia, będziesz miała świat na dłoni. Każdy będzie cię poważał. Kiedy wychodziłam za waszego ojca, nawet nie miałam tytułu! Byłam nic nie znaczącą… szarą myszką! — wykrztusiła ostatnie słowa z takim przejęciem, jakby bycie myszką oznaczało najgorsze nieszczęście dla kobiety. Zmarszczyła zabawnie nos i wbiła paciorkowate oczy w młodszą córkę. — Dlatego doskonale wiem, co jest dla was najlepsze!

Matka jak zwykle była bardzo stanowcza, przez co Catherine straciła ochotę na polemikę. Było tyle rzeczy, o których marzyła! Tyle miejsc, które chciała zobaczyć. Wiedziała jednak, że jest córką markiza, a z tym tytułem łączyły się pewne zobowiązania. Jej marzenia o wolności były nieosiągalne.

Aby doświadczyć przygód, których nigdy nie będzie jej dane przeżyć, co wieczór snuła w swojej głowie niezliczone historie, stawiając siebie w roli głównej bohaterki. W swych fantazjach była odważna, piękna i na wszystko miała ciętą odpowiedź. Nie podlegała nikomu i nie znała ograniczeń związanych z mianem rodowym. Dzika, wolna i nieokiełznana.

I nierealna — pomyślała kwaśno, a jej chwilowe podekscytowanie ulotniło.

Wiedziała, że nie pasuje do panujących teraz kanonów urody, ale zawsze marzyła o tym, by olśnić kiedyś jakiegoś miłego mężczyznę swoim urokiem. Dobrego i serdecznego. Takiego, co kocha zwierzęta, przyrodę i wolność. I który przymknie oko na jej roztargnienie i drobne potknięcia.

Może nawet będą mieli psa o imieniu… hmm… Trefl? Groszek? Albo Klopsik! Zaśmiała się do swoich fantazji. Zawsze miała skłonność do wymyślania dziwnych nazw.

A może któryś z adoratorów siostry zwróci na nią uwagę?

— Powiedz, Helen, jaki jest ten książę Cavendish? — zapytała, w głowie już snując o nim fantazje.

Siostra zrobiła znudzona minę i tylko machnęła w powietrzu wypielęgnowaną dłonią.

— Taki jak wszyscy. Miły i uprzejmy — westchnęła.

Cat nie marzyła o niczym więcej. Nie miała adoratorów ani wielkich wymagań. Zazwyczaj stała pod ścianą, zbyt nieśmiała, by wyjść z cienia i z kimś porozmawiać.

Odwróciła się w stronę okna i odchyliła zasłonkę. Właśnie docierały do dzielnicy Mayfair, która była ekskluzywnym centrum rozrywki. Nie brakowało tu kawiarni i eleganckich sklepów, gdzie w oszklonych witrynach wystawiano najmodniejsze tekstylia, francuskie bibeloty czy egzotyczne produkty sprowadzone z kolonii.

Catherine uwielbiała Londyn. Choć jedni narzekali na panujący tu gwar, złe powietrze i złodziei, ona kochała go za to, że zawsze tętnił życiem. Tu ciągle się coś działo, dzień czy noc, nie było miejsca na nudę. A ona nienawidziła nudy. Tak jak swojego życia.

Tłumiąc ukłucie w sercu, zerknęła z zaciekawieniem na ulice miasta. Dostrzegła młodą kobietę sprzedającą pomarańcze, wychudzonego, obszarpanego chłopaka, który oparty o latarnię lustrował wzrokiem wykwintnego dżentelmena.

Zachwycały sąsiadujące ze sobą budynki z szarego kamienia i małe furtki prowadzące do domów wielmożnych panów. Wyobraziła sobie księcia Cavendish, który czeka na nią w jednej z takich posiadłości. Piękny, dystyngowany i rzecz jasna bez reszty nią urzeczony. W jej marzeniach był złotowłosym młodzieńcem o szerokim uśmiechu i ciepłych oczach. Westchnęła, pławiąc się w tej idyllicznej wizji.

Nagle jej uwagę przyciągnął jakiś ruch na ulicy. Dało się słyszeć głośne rżenie koni, skowyt psa i jakieś krzyki. Wyciągnęła szyję, by dostrzec, co jest powodem tego zamieszania.

Zauważyła dorożkę zaprzężoną w dwa kasztanki. Woźnica zsiadł z kozła i właśnie spoglądał pod koła. Krzyczał coś niezrozumiale, wymachując rękami. Drzwiczki powozu otworzyły się nagle, a po chwili stanął w nich jasnowłosy olbrzym, ubrany w wojskowy mundur. Z wrażenia zaparło jej dech w piersi.

Był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała.

— Co tam się dzieje? — gderała matka, gdy ich powozik gwałtownie zatrząsł się i stanął. Cat jak zahipnotyzowana wpatrywała się w nieznajomego. Bała się nawet mrugnąć, by nie okazał się tylko wymysłem jej wyobraźni.

Miała ochotę wybiec mu na spotkanie, spojrzeć w twarz. Choć przecież go nie znała, ogarnęło ją niejasne przeczucie, że właśnie zobaczyła osobę, która jest jej przeznaczona, że to na niego czeka.

Tymczasem mężczyzna, nie używając schodków, zeskoczył zgrabnie na ziemię. Cat zauważyła, że ramię miał umieszczone na drewnianym temblaku i poruszał się trochę niepewnie. Twarz, choć na swój surowy, męski sposób niezwykle urodziwa, odznaczała się zmęczeniem. Policzki miał lekko zapadnięte, a oczy podkrążone. Te pozorne deficyty urody sprawiały wbrew pozorom, że wydawał się jej jeszcze bardziej pociągający i… ludzki. Nagle mężczyzna ukląkł i schylił się, jakby szukał czegoś pod kołami pojazdu. Wtedy dało się usłyszeć kolejny przeciągły skowyt, od którego ciarki przeszły dziewczynie po plecach. Wytężyła wzrok.

Ludzie zaczęli się gromadzić i nieznajomy zniknął jej na chwilę z pola widzenia. Gdy znów go zobaczyła, trzymał w rękach niewielkiego, rudawego psa, który broczył nieznacznie krwią.

Cat wciągnęła ze świstem powietrze.

Przecież dosłownie przed sekundą wyobrażała sobie swojego upragnionego dżentelmena, dobrego i miłego, nawet zaplanowała psa, a tu nagle wszystkie te pragnienia zmaterializowały się na jej oczach! Może mam jednak jakieś ukryte talenty? — pomyślała z ożywieniem. Być może potrafię przewidywać przyszłość? — zadumała się. Postanowiła rozważyć to później.

— Kitty? Co tam widzisz? Co się stało? — narzekała matka.

— To pewnie jakiś pijany włóczęga, mamo. Na ulicach pełno jest teraz prostactwa — odpowiedziała za nią Helen, czego siostra nie skomentowała, kompletnie zaabsorbowana rozgrywającą się przed jej oczami sceną.

Obserwowała, jak mężczyzna otula zranione zwierzę, które przed chwilą wpadło pod koła pędzącego pojazdu. Nie mogła oderwać wzroku od jego sylwetki. Oto uzyskała swoje potwierdzenie. Człowiek, któremu niewstrętna była pomoc ulicznemu kundlowi urósł w jej oczach do rangi bohatera. Jej bohatera.

Kimkolwiek jest, zdobędzie go, zdecydowała.

To wydarzenie było znakiem od losu, na który czekała od dawna. Przez długie lata wyobrażała sobie idealnego dla siebie mężczyznę. Wrażliwego, kochającego, troskliwego. Takiego, który byłby zdolny do empatii, który by jej nie dokuczał i nie zwracał uwagi na jej liczne mankamenty. Ktoś o dobrym, prostolinijnym usposobieniu i anielskim sercu.

Oczywiście to, co zobaczyła, znacznie wykraczało poza jej skromne wyobrażenia. Ten człowiek miał nie tylko anielskie serce, ale też przypominał anioła. Był tak nieziemsko piękny, że brakowało mu już tylko skrzydeł wyrastających z szerokich pleców.

Ze wzruszenia zaszkliły jej się oczy. Miała nadzieję, że przy pierwszym spotkaniu mężczyzna poczuje taką samą więź z nią, jaką ona poczuła właśnie z nim.

Bo oczywiście się spotkają.

Choć nigdy wcześniej go nie widziała, była pewna, że jest szlachetnie urodzony. Mimo wyraźnych oznak przemęczenia, zauważyła w jego sylwetce dumę i pewność siebie, które charakteryzowały osobistości znakomitych rodów.

Trzymając zakrwawione zawiniątko w ramionach, wydał kilka krótkich poleceń woźnicy, po czym wsiadł z powrotem do powozu. Po chwili ich własny pojazd ruszył i nieznajomy zniknął jej z oczu.

Kwadrans później kobiety dotarły do krawcowej, która jak zwykle dwoiła się i troiła, by przypodobać się stałej klientce. Helen wyglądała na nieco znudzoną i była zniesmaczona jowialnym zachowaniem właścicielki sklepu. Lady Amelia natomiast ożywiła się. Była bardzo zadowolona z tego, że madame Bouville przedkładała jej zachcianki ponad potrzeby innych klientek i traktuje ją jak królową.

Catherine znalazła sobie krzesło w odległej części pracowni krawieckiej i na nowo przywoływała w pamięci obraz nieznajomego. Na jej ustach wykwitł uśmiech bardzo zadowolonej kobiety.

Słońce przebiło się przez niewielkie owalne okienko naprzeciwko fotela, na którym usiadła i rozświetliło jej twarz promieniami popołudniowego światła. Przymknęła oczy. Wszystko współgrało teraz z ogarniającym ją poczuciem harmonii i spokoju. Pod powiekami pojawił się niewyraźny obraz mężczyzny skąpanego w pomarańczowych smugach blasku kończącego się dnia. W żołądku poczuła skurcz podekscytowania. Szczęście wreszcie ją odnalazło.

Wieczorem otworzyła swój pamiętnik, w którym zawsze notowała najważniejsze przemyślenia i wydarzenia. Przez dłuższy czas zastanawiała się, co napisać. Przepełniały ją niezrozumiała radość i euforia. Tyle było w niej emocji, że mogłaby zapisać kilka stron. Ostatecznie jednak zdecydowała się na tylko trzy słowa:

„Nareszcie go spotkałam”.

Bal u lady Murray, miesiąc później

Catherine stała pod ścianą w sali balowej. Tym razem ukrywała się za wielką egzotyczną palmą i rozłożystym figowcem. Z obojętnością patrzyła na szykowną londyńską socjetę, marząc jedynie, by ten wieczór jak najszybciej się skończył.

Choć był to jej pierwszy sezon i jak każda debiutująca panienka powinna chłonąć to pełne przepychu wydarzenie, szybko zorientowała się, że nie jest entuzjastką takich rozrywek. Krępowało ją bycie na świeczniku i choć próbowała prezentować się możliwie najkorzystniej, to jednak nie ona była brylantem czystej wody, lecz Helen. Cat wolała wtopić się w tłum i nie zwracać na siebie uwagi.

 

Ile to już balów przestała samotnie, podpierając ściany? Co gorsza, na takie przyjęcia matka dekorowała swoją młodszą córkę dziesiątkami falbanek, mając nadzieję, że choć trochę przykryją jej nieeleganckie, pełne kształty. Niestety, zdaniem Cathrine, biel, którą na jedną modłę musiały przywdziewać wszystkie debiutantki, jeszcze bardziej podkreślała jej krągłości i upodabniała ją do rozłożystej bezy w śmietanie.

Pokornie przyjęła fakt, że najnowsze trendy nie sprzyjają pełnym kształtom i nie dbała o to, co pomyślą o jej wyglądzie inni. Onieśmielało ją za to samo przebywanie w licznym towarzystwie. Nieraz z zazdrością spoglądała na Helen, która z taką swobodą nosiła swoją garderobę, podczas gdy ona prezentowała się jak smutne zjawisko kulinarne.

Zamiast uczestniczyć we wszystkich tych balach, wolałaby w czterech ścianach własnej sypialni pomarzyć o przyszłym, łagodnym mężu, którego sobie wyśniła. Świat fantazji był jej bliższy i milszy od tego rzeczywistego.

Minął już prawie miesiąc, odkąd pierwszy raz zobaczyła swojego wytęsknionego rycerza i choć regularnie uczestniczyła w niezliczonych herbatkach, przejażdżkach i przyjęciach, on nadal nie wiedział o jej istnieniu. Co prawda widziała go jeszcze raz na Rotten Road w Hyde Parku, gdzie przechadzał się pod rękę z jakąś elegantką, ale zanim zdążyła podjąć kroki, by choć zwrócił na nią uwagę, para nieznajomych znikła jej z oczu.

W końcu jednak nadszedł przełom. Plotkowanie było przecież jednym z najulubieńszych zajęć eleganckiego świata. Każde nowe wydarzenie czy pojawienie się w kręgach towarzyskich nowej osoby błyskawicznie nagłaśniano i komentowano. Nic nie mogło ujść uwagi wścibskim plotkarom, więc wystarczyło, że któregoś pięknego dnia znalazła się w odpowiednim miejscu i czasie, by dowiedziała się wiele o swoim uroczym nieznajomym. Do dziś doskonale pamiętała każde słowo z podsłuchanej przypadkowo rozmowy:

— Jak się miewa pani córka, lady Chatwick? Jest już chyba w odpowiednim wieku, by zadebiutować? — zapytała lady Bishop, która siedziała wtedy przy stoliku razem z lady Chatwick i jej przyjaciółką, lady Goderich. Panie spotykały się sporadycznie, tamtego dnia połączyła je doroczna aukcja baronowej Fenderson.

Lady Amelia Williams oraz jej córki zajmowały sąsiedni stolik, przy którym Cat została na chwilę sama. Helen wypatrzyła wśród wystawionych przez baronową przedmiotów złotą bransoletkę wysadzaną turkusami i wraz z matką poszła przyjrzeć jej się bliżej.

— Jak miło, że pani pamięta — zaczęła ostrożnie matka wspomnianej damy. — Fanny ma dopiero trzynaście lat i… nie jest jeszcze gotowa, by pokazać się w towarzystwie. Obawiam się — tu ściszyła głos — że jest chorobliwie nieśmiała! A przy obcych wygaduje kompletne głupoty… — odparła ze zgrozą na tyle głośno, że każdy w odległości kilku stóp doskonale ją słyszał.

— Niemożliwe! Musiała to odziedziczyć po twoim mężu, moja droga. Bo z pewnością nie po tobie — wtrąciła się lady Goderich.

— Całe szczęście urodę odziedziczyła po mnie — uściśliła nieskromnie lady Chatwick. — Znalezienie jej odpowiedniego męża nie powinno być trudne.

— Czyżbyś miała już kogoś na oku? — zaciekawiła się lady Bishop.

— Och… cóż… w Londynie pojawił się ostatnio pewien ciekawy osobnik… Z pewnością widziały go już panie w Hyde Parku… — Wszystkie trzy nachyliły się do siebie nieznacznie. — Nie jestem jednak pewna, czy zasługuje na moją Fanny. Ona jest bardzo wrażliwa! — wyznała.

Kobiety pokiwały ze zrozumieniem głowami, a Catherine mimowolnie nadstawiła wtedy uszu.

— O kim pani mówi? Ciekawa jestem, któż taki wpadł pani w oko.

— Och! Nie chodzi o mnie, oczywiście… to znaczy… naturalnie… — Lady Chatwick zarumieniła się jak pensjonarka.

— Niech zgadnę. Chodzi o młodego Nicolasa Devona? Tego oficera, czyż nie?

— Skąd pani wiedziała?! — krzyknęła zdziwiona dama.

— Wszyscy o nim teraz gadają. Ledwie biedaczysko wrócił z wojny, a już pół Londynu szykuje na niego szturm. Jak wiecie, jego ojciec skończył bardzo niefortunnie — włączyła się lady Goderich.

— Tak! Choć z tego, co wiem, sam był sobie winien. Odkąd umarła jego żona, kompletnie się załamał. To musiała być miłość. Niezdrowe uczucie! I takie niemodne! — mruknęła pogardliwie lady Bishop.

— Odradzałabym ci jego syna, moja droga. Choć faktycznie wygląda niczym młody bóg, jest bez grosza przy duszy. Był jedynym spadkobiercą starego barona, więc odziedziczył po nim tytuł, ale ponoć ma… niezdrowe zainteresowania.

Pozostałe kobiety podniosły dłonie do ust w geście dezaprobaty, ale ich oczy roziskrzyły się. Od dawna czekały na jakąś interesującą plotkę.

— Jak to?! Mów, jakież to zainteresowania? — naciskała lady Chatwick.

— Podobno bardziej lubi towarzystwo psów niż ludzi! Nie pokazał się jeszcze na żadnym przyjęciu… — szepnęła zgorszona lady Goderich. — A ostatnio widziano go na Oxford Street, jak zabierał jakąś zapchloną, psią przybłędę! Czy to nie dziwne?

W tym właśnie momencie Catherine odgadła, że panie mówią o jej złotowłosym bohaterze. Przecież sama była świadkiem tego wydarzenia na Oxford Street! Dodatkowo mężczyzna był wtedy ubrany w mundur wojskowy, więc to, że jest oficerem było bardzo prawdopodobne.

Nicolas Devon… podobało jej się to nazwisko. Obruszyła się jednak na bezczelne wywody dyskutantek. Jakim prawem mówiły w taki sposób o jej przyszłym mężu?!

— To nie przystoi mężczyźnie o takiej pozycji! — skomentowała lady Bishop.

Pani Chatwick miała niepewną minę.

— To prawda… ale słyszałam też, że w czasie starcia z Francuzami uratował życie jakiemuś hrabiemu! To musi być bardzo odważny człowiek… — dywagowała.

— Szkoda tylko, że taki biedny…

Wszystkie trzy panie pokiwały głowami, żałując losu młodego oficera. Kiedy tylko zmieniły temat, Catherine przestała ich słuchać. Doskonale wiedziała, co zdarzyło się na Oxford Street. To, jak zachował się baron, świadczyło nie o jego „dziwnych zainteresowaniach”, lecz o dobrym sercu! Nie mogła uwierzyć, jak różnie ludzie interpretują te same wydarzenia. Gdy dodatkowo usłyszała, że lord Devon uratował jakiegoś ważnego człowieka, poczuła autentyczną dumę. I wreszcie mogła w marzeniach nazywać go po imieniu.

Urywki potencjalnych faktów z jego życia docierały do niej raz po raz, a gdy ułożyła je w głowie, zrozumiała już, dlaczego tamtego dnia przy powozie wyglądał na tak wycieńczonego. Dopiero co powrócił ranny z frontu, a już musiał poradzić sobie ze śmiercią ojca i ratować upadający majątek. Choć dziewczyna była młoda i niewiele wiedziała jeszcze o świecie (a już tym bardziej wojnie), rozumiała, że takie traumatyczne wydarzenia musiały odcisnąć piętno na jego psychice.

Wieczorami, a także i teraz, na tym nieciekawym balu, wyobrażała sobie, jak nieustraszonym i odważnym był oficerem. Oczywistym było, że musiał wykupić wcześniej patent oficerski, jak to zazwyczaj robili bogaci młodzieńcy. Żaden arystokrata, którego syn decydował się iść na wojnę, nie zamierzał poświęcać go, by marnował się jako zwykły żołnierz piechoty.

Udział w bitwach, i ogólnie patriotyzm, był wysoko ceniony w towarzystwie. Jeśli młodemu wojownikowi udało się wrócić do domu, czekały go medale i uznanie. Jeszcze lepiej, gdy ów młodzieniec doznał urazu, stracił dłoń lub okaleczono mu twarz. Choć to okropne i małostkowe, dla towarzystwa kalectwo stanowiło niezbity dowód miłości do ojczyzny, nawet jeśli było skutkiem bezmyślnych decyzji.

Wszyscy wiedzieli, że wielu z tych, co ruszyło na wojnę, kierowały pobudki iście trywialne. Sława, uznanie czy prestiż były jednymi z czynników najsilniej oddziałujących na młodocianych dandysów. Niestety, często przychodziło im płacić wysoką cenę za swoją głupotę.

Catherine nie wiedziała, jakie cele kierowały obiektem jej westchnień, kiedy postanowił on ruszyć z kompanami do walki przeciwko Napoleonowi, ale miała nadzieję, że miał lepszy powód niż żądza chwały.

Jej rozważania przerwała nagle rozchichotana lady Bridgeman, która zbliżała się do palmy, prowadząc pod rękę młodego dżentelmena o ryżych włosach i rumianej twarzy. Chłopak patrzył na swoja towarzyszkę, jakby świata poza nią nie widział. Nie ulegało wątpliwości, że jest nią szczerze zafascynowany.

Cat wsunęła się głębiej między rośliny, próbując stać się niewidzialną. Niestety, okazała suknia skutecznie utrudniała jej kamuflaż. A tak marzyła, by w tej chwili wtopić się w tło lub nawet stać się rośliną.

Jak wygodnie byłoby nią być? Każdy dzień spędzać tylko na fotosyntezie… Westchnęła cicho po chwili rozmyślań, gdy zdała sobie sprawę, że jej dotychczasowe życie w pewnym sensie jednak przypomina monotonną wegetację krzaka.