PrawdaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Lwy są zmęczone. Wylegują się leniwie w letnim słońcu, ich brzuchy unoszą się powoli w rytm oddechu. Mój syn przygląda się im przez kilka minut, potem ciągnie mnie dalej do surykatek, bo te są dużo ciekawsze od nudnych lwów. Surykatki przynajmniej coś robią.

Nienawidzę ogrodów zoologicznych. Nienawidzę patrzeć na trzymane w zamknięciu zwierzęta, ale Leo tak długo prosił i błagał, że w końcu ustąpiłam. Leo ma wakacje, większość jego przyjaciół wyjedzie gdzieś z rodzicami, ja mogłabym zabrać go przynajmniej do zoo. W dodatku wyjście z domu dobrze mi zrobi. Nie znoszę nudy i nie zaszkodzi, jeśli w czasie wakacji znajdę sobie jakieś zajęcie. Nigdy nie mówię tego głośno, bo nie chcę, żeby ludzie pomyśleli, że jestem jakaś dziwna, ale nigdy nie cieszę się z wakacji. Lubię rytm, który praca nadaje dniom, tygodniom i miesiącom. Ten porządek jest mi potrzebny, świadomość, że po wstaniu z łóżka pójdę pobiegać, wezmę prysznic, zrobię śniadanie, zaprowadzę Leo do szkoły, pójdę do pracy. Że od poniedziałku do piątku będę prowadzić swoje zajęcia z niemieckiego i angielskiego, w piątki dodatkowo z plastyki. Że potem wracam do domu, odrabiam z Leo lekcje, sprzątam i gotuję. A później, w zależności od tego, jaki dzień tygodnia akurat mamy, pomagam w ośrodku dla uchodźców, spotykam się z Miriam albo idę na trening.

Leo ciągnie mnie niecierpliwie za rękę i sprowadza z powrotem w teraźniejszość. Mój wzrok podąża za jego wyciągniętą ręką, uśmiecham się mimowolnie na widok ruchliwego stadka surykatek.

– Mama? – mówi w końcu, po tym jak kilka minut patrzyliśmy w milczeniu, wciśnięci między innych zwiedzających, którzy teraz, w samym środku wakacji, tłumnie zalewali zoo. – Kupisz mi loda?

– Oczywiście, kotku.

Rozglądam się, widzę, że wystarczy tylko okrążyć wybieg dla słoni i udać się w kierunku, z którego nadchodziły dzieci z buziami umazanymi na różowo i na brązowo, by dotrzeć do wózka z lodami. Prowadząca do niego kolejka była chaotyczną mieszaniną podekscytowanych dzieci i zirytowanych rodziców. Jakimś cudem udaje mi się znaleźć wolną ławkę zaledwie parę metrów od wózka. Daję Leo pieniądze, sama siadam na ławce, podczas gdy on zdenerwowany, ale też wyraźnie dumny ustawia się w kolejce. Zamykam na moment oczy i rozkoszuję się słońcem na mojej skórze. Strachy minionej nocy znowu są gdzieś bardzo daleko, ulotniły się wraz z pierwszymi promieniami budzącego się dnia.

Otwieram na powrót oczy. Gapię się na słonie. Znajdują się w czymś w rodzaju zakurzonej rotundy, niektóre z nich stoją w grupach, jak smutni palacze, których pauza za chwilę się skończy i będą musieli zaraz wracać do swojej nielubianej pracy. Po mojej lewej stronie, tuż przy murze, stoi samotny słoń, zwrócony do mnie bokiem. Porusza głową w tę i we w tę, potrząsa nią, to w prawo, to w lewo, raz po raz, jak zaniedbane, zdziczałe dziecko z objawami choroby sierocej. Było to jak niekończąca się, nieustanna negacja stanu, w jakim się znajdował. Jestem na afrykańskiej sawannie, nie tutaj, na maleńkim, zakurzonym wybiegu, nie, nie, nie. Odrywam wzrok od tego przerażającego widoku, szukam Leo, widzę, że posunął się w kolejce, ale ma jeszcze daleko do końca. Łapię jego spojrzenie, uśmiecha się do mnie, te dołeczki i luka w uzębieniu, gdybym miała bryłę lodu zamiast serca, jak postacie z ulubionej baśni Leo, stopiłaby się teraz, w jednej chwili. Kieruję uwagę ponownie w stronę zwierząt. Życie w zamknięciu to coś najstraszniejszego, myślę i wyobrażam sobie, że wracam tu nocą. Że otwieram bramy, zwierzęta opuszczają klatki, wielką chmarą wylewają się z zoo i zapełniają całe miasto. Że w porannym szczycie pawiany wskakują na stojące w korku samochody, szerząc chaos. Że lamparty wdrapują się bezszelestnie na drzewa w miejskim parku i spod przymrużonych powiek śledzą nieświadomych niczego spacerowiczów i biegaczy. Że rodzina słoni, krocząc bok przy boku, przemierza ulicę eleganckich butików, odbijając się w wypucowanych na wysoki połysk witrynach, że żyrafy zaglądają swoimi wielkimi oczyma, okolonymi długimi rzęsami, w okna wieżowców, sprawiając, że biznesmeni wylewają ze strachu kawę na swoje białe koszule.

– Mamo, twoja komórka dzwoni – mówi Leo, stojąc obok mnie. Aż drgnęłam, nie zauważyłam, kiedy usiadł obok mnie z wielkim lodem w dłoni. Liże go w krótkich odstępach, z wielkim zaangażowaniem, zdeterminowany, by wygrać wyścig ze słońcem bezlitośnie roztapiającym lód.

Po omacku szukam w torebce komórki, w końcu ją znajduję. Spodziewam się, że zobaczę numer Miriam, ewentualnie któregoś z wczorajszych gości, może Claudii, która zostawiła u mnie swój jedwabny szal, może Mirka, który z typową dla siebie uprzejmością chce jeszcze raz podziękować za wczorajszy wieczór. Ale to nieznany numer.

Od razu czuję niepokój, przez chwilę igram z myślą, żeby odczekać, aż włączy się sekretarka. Ale potem myślę sobie, że przecież Leo jest przy mnie i ma się dobrze, nawet bardzo dobrze, z tym swoim wielkim lodem ściekającym mu po palcach. I jak długo Leo siedzi przy mnie i walczy z lodem, nie mogło się wydarzyć nic naprawdę złego. Odbieram.

– Tak, słucham.

– Nazywam się Wilhelm Hansen – słyszę głęboki, oficjalnie brzmiący głos. – Czy rozmawiam z Sarah Petersen?

Marszczę brwi.

– Przy aparacie – odpowiadam głucho.

– Pani Petersen, jestem pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tak się cieszę, że się do pani dodzwoniłem. Próbowaliśmy wcześniej na numer domowy, wreszcie udało mi się zdobyć pani numer komórkowy. Mamy dla pani ważną informację i bardzo nam zależy, żeby nie dowiedziała się pani o tym z prasy.

Nagle zaschło mi w gardle.

– Żebym o czym nie dowiedziała się z prasy? – pytam.

Wiem, co powie. Może być tylko jeden powód, dla którego dzwoni do mnie pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Siedem lat czekałam na ten telefon. Wiem to, a jednocześnie nie mogę w to uwierzyć. Chyba śnię. To musi być sen, zaraz się okaże, że znowu jestem w korytarzu, stoję drżąca i przerażona przed zamkniętymi drzwiami, zza których dobiega głuchy łomot.

– Pani Petersen, czy pani siedzi? – pyta głos.

– Siedzę – odpowiadam.

Odzyskałam panowanie nad sobą. Siedem lat przygotowywałam się do tej rozmowy. Jestem gotowa. Wilhelm Hansen z Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie może mi powiedzieć nic, na co nie byłabym przygotowana. Nie potrafię wyobrazić sobie żadnego scenariusza gorszego od tych, które odmalowywałam w bezsenne noce. Powie mi to i będę mogła wreszcie zacząć wszystko od nowa. Nowy początek. Tak się chyba na to mówi.

Przełykam ślinę.

– Słucham, co chce mi pan powiedzieć? – mówię.

Po bardzo krótkiej pauzie Hansen zaczyna mówić. Słucham, nie wypowiadając ani słowa. Potem kończymy rozmowę, włączam blokadę klawiatury, wkładam telefon do torebki, zasuwam zamek, stawiam torebkę na powrót na ławce obok siebie i zaczynam gwałtownie wymiotować.

9

Wszystko mnie razi. Świat wygląda inaczej niż przedtem. Ktoś nałożył na mnie filtr, który zmienia barwy. Niebo jest bardziej niebieskie niż kiedyś, kobaltowe. Liście na drzewach są jaskrawozielone, światło słońca jest tak silne, że bolą mnie oczy – mimo okularów słonecznych.

Pamiętam, że Philipp potrafił coś takiego: pomalować mój tak czasami bezbarwny świat, zabarwić deszczowy dzień czy pochmurny nastrój wszystkimi kolorami tęczy, radością życia, humorem, entuzjazmem. Kolorował moje życie, jak dziecko grubymi woskowymi kredkami koloruje swoją książeczkę.

Siedzę w ogrodzie pod moją ulubioną jabłonią. Choć musi zapewne panować upał, marznę. Cieszę się, że nikogo tu nie ma. Muszę być sama. Jakiś czas sama, muszę dać mojemu mózgowi szansę na zrozumienie. Siedzę pod jabłonią jak Budda pod drzewem bodhi, jakbym czekała na oświecenie. W moim mózgu jak mantra kołacze się jedno zdanie.

Philipp żyje.

On żyje.

Łaciaty kot skrada się wzdłuż ogrodzenia, zatrzymuje się na chwilę, rzuca w moją stronę krótkie spojrzenie, w końcu postanawia mnie zignorować i znika na posesji sąsiadów.

Zastanawiam się, gdzie jest jego bliźniak. Te łaciate koty chodziły zawsze w parze, dwa rozbrykane łobuzy z jednego miotu – do dzisiaj nie wiem, do którego z sąsiadów należą. Philipp je lubił.

Po prostu siedzę i próbuję poradzić sobie z tym wszystkim. I nagle narasta w piersi to uczucie, które nie mieści się w moim ciele, w wąskiej klatce piersiowej, rozsadza mnie, nie jestem w stanie tego wytrzymać, nie mogę już usiedzieć, więc wstaję, wracam do domu, podchodzę do telefonu. Nie mogę zachować tego dłużej tylko dla siebie, muszę się z kimś tym podzielić albo eksploduję.

Ale ledwie biorę do ręki telefon, nie wiem, co dalej.

Do kogo chcę zadzwonić?

W pierwszym odruchu chcę wybrać numer Miriam. Miriam jest moją jedyną prawdziwą przyjaciółką, to do niej idę, kiedy muszę pogadać. Ale Miriam nie zna Philippa, nigdy go nie spotkała, trafiłyśmy na siebie dopiero po jego zniknięciu. Nie wydaje mi się dobrym pomysłem uświadamiać w pierwszej kolejności właśnie ją.

Rodzina, myślę sobie. Przede wszystkim powinna się o tym dowiedzieć jego rodzina. Ale jego rodzina to w zasadzie już tylko Leo i ja. Jego ojciec, po którym odziedziczył swój wielki koncern, od wielu lat nie żyje, matka Philippa, cierpiąca na alzheimera, od dawna mieszka w luksusowym domu opieki, a mój mąż nie ma rodzeństwa. W tym względzie jesteśmy do siebie podobni. Ja też nie miałam rodziny – zanim spotkałam Philippa i zanim na świat przyszedł Leo.

Mój palec ciągle błądzi po klawiaturze telefonu. Waham się. Nagle czuję silną potrzebę, żeby zadzwonić do Johanna. Johanna Kerbera, starego przyjaciela rodziny Petersenów, którego Philipp darzył wielkim respektem i do którego zwracał się o radę zawsze wtedy, ilekroć tego potrzebował. Po jego zniknięciu ja sama także mogłam liczyć na mądrość Johanna, trzeźwą ocenę sytuacji i ojcowską radę.

Zajął się wszystkimi kwestiami finansowymi i majątkowymi, które trzeba było wtedy załatwić. Philipp, bądź co bądź największy udziałowiec miliardowego koncernu, zniknął nagle bez śladu. Bardzo wiele rzeczy trzeba było wtedy uregulować. Nic nie ucieszyłoby Johanna bardziej niż wiadomość o powrocie Philippa. Wybieram numer Johanna, gdy nagle nachodzą mnie wyrzuty sumienia i zmieniam zdanie. Naturalnie to matka Philippa powinna dowiedzieć się jako pierwsza. Że jej syn żyje. Że jest w drodze do ojczyzny. Alzheimer nie alzheimer. Byłoby nie w porządku nie poinformować jej w pierwszej kolejności. Kartkuję więc mały czarny notesik. Mam w nim ważne numery, których regularnie potrzebuję, ale których nie potrafię zapamiętać. Odnajduję numer do domu opieki, gdzie mieszka Constanze, i wstukuję go do telefonu.

 

Wybrzmiał zaledwie jeden sygnał, gdy w słuchawce odezwał się rezolutny kobiecy głos.

– Dzień dobry, nazywam się Sarah Petersen – mówię. – Czy mogłabym rozmawiać z moją teściową?

– Ach, pani Petersen – odpowiada głos. – Tak mi przykro. Pani teściowa nie czuje się dzisiaj zbyt dobrze i wątpię, czy rozmowa telefoniczna jest możliwa. Ale jeśli pani sobie życzy, może pani nas odwiedzić. Może pani w każdej chwili widzieć się z teściową, nic nie stoi na przeszkodzie.

Natychmiast potęgują się moje wyrzuty sumienia. Od tak dawna już nie odwiedzałam Constanze. Byłam zbyt zajęta sobą i swoimi problemami.

– Bardzo dziękuję – odpowiadam. – Przyjadę, gdy tylko będzie to możliwe.

Odkładam słuchawkę i od razu wybieram numer Johanna. Słychać sygnał, jeden, drugi, czwarty, siódmy, wreszcie daję za wygraną. Wystukuję numer komórkowy, który również znam na pamięć, przestępuję z nogi na nogę, czekając na połączenie, ale Johann ma wyłączoną komórkę. Przeklinam cicho. Biorę znowu do ręki notesik i szukam numeru do biura Johanna, który dał mi na wypadek nagłej potrzeby i którego jeszcze nigdy nie użyłam.

Uprzejmy i jednocześnie rzeczowy kobiecy głos zgłasza się, ledwie zdążyłam wybrać numer.

– Dzień dobry, nazywam się Sarah Petersen – mówię. – Czy mogę rozmawiać z panem Kerberem?

– Pan Kerber jest w służbowej podróży za granicą – odpowiada kobieta po drugiej stronie.

– Ach tak, naturalnie – wyrywa mi, bo sobie przypomniałam. Miał jechać służbowo na parę dni do Pekinu.

– A kiedy wróci? – pytam.

– Pan Kerber będzie za trzy dni z powrotem w kraju. Czy chce pani zostawić wiadomość?

– Nie, dziękuję – mówię. – Wie pani może, jak można się z nim skontaktować tam, na miejscu?

– Nie jestem upoważniona do podania numeru telefonu komórkowego. Może proszę ponownie zadzwonić, gdy…

– Rozumiem – przerywam jej. – Mam jego numer komórkowy. Spróbuję jeszcze raz później. Dziękuję.

Odkładam słuchawkę, nie czekając na odpowiedź. Od razu wybieram ponownie numer komórki w głupiej nadziei, że w ciągu tych kilku minut, które zajęła mi rozmowa z biurem, Johann włączył nagle telefon.

– No odbierz, odbierz, odbierz – mruczę pod nosem, czekając na połączenie.

Jednak po chwili obojętny głos informuje mnie, że abonent jest niedostępny, i przerywam połączenie.

Trzęsę się już niemal jak w gorączce. Muszę koniecznie porozmawiać z Johannem. Znowu klnę, chwilę się zastanawiam, ale nie przychodzi mi do głowy nikt, do kogo mogłabym zadzwonić. Więc wykręcam numer do Miriam. Znowu czekam niecierpliwie na sygnał, jestem już przygotowana na to, że będzie zajęte albo nikt nie odbierze – jednak w końcu słyszę znajomy głos.

– Martin Becker.

– Martin! Cześć! Tu Sarah.

– Super-Sarah! – wykrzykuje Martin.

Lubi mnie tak nazywać. Jakbym była jakąś superbohaterką. Dzisiaj wyjątkowo to ignoruję.

– Mogę rozmawiać z Miriam?

– Nie wiem, czy możesz – odpowiada Martin i na odległość widzę jego szelmowski uśmieszek.

Normalnie mam wiele cierpliwości dla jego żarcików, ale nie dziś. Muszę z kimś pogadać, natychmiast.

– Jest w domu czy jej nie ma? – pytam, starając się panować nad głosem.

Martin orientuje się, że nie jestem w nastroju do żartów.

– Nie, poszła na zakupy. Ja tymczasem pilnuję dzieciaków. Wszystko u ciebie okej?

– Wszystko w najlepszym porządku – mówię. – Chciałam jej coś opowiedzieć, ale to może poczekać.

– Jak uważasz – odpowiada Martin.

Żegnam się i odkładam słuchawkę. Z trudem łapię powietrze. Ostatni raz próbuję dodzwonić się na komórkę Johanna, tym razem zajęte. Opuszczam dom, wychodzę znowu na zewnątrz, do ogrodu.

Dzień zrobił się jeszcze bardziej upalny, kilka chmurek ciągnie leniwie po pogodnym niebie, rozpoznaję w nich pojedyncze zwierzęta, które widziałam dziś w zoo, małego słonika, tygrysa, niedźwiedzia polarnego. Słońce od razu parzy mnie w głowę, ledwie wychyliłam się za próg, u sąsiadów żadnych oznak życia, wszyscy zabarykadowali się w domach, próbują uciec przed upałem. Nie ma wrzeszczących nastolatków w basenie moich sąsiadów, nie słychać terkotu kosiarek do trawy ani okrzyków dzieci na huśtawkach pod drzewami wiśni. Jedyne, co słyszę, to ciche brzęczenie pszczół, które nie przejmują się wakacyjnym upałem i kontynuują swoją codzienną robotę, szybując z kwiatka na kwiatek.

Znowu mam wrażenie, że zaraz eksploduję, czuję się taka pełna. Mój żołądek się buntuje, jak wcześniej w zoo. Opieram dłonie na biodrach, pochylam się do przodu, zamykam oczy, liczę oddechy, odruch wymiotny zanika, zostaje tylko lekki zawrót głowy. Jakieś dziwne uczucie w okolicach mostka wiruje w mojej piersi, wznosi się, wyżej i wyżej, wreszcie toruje sobie drogę na zewnątrz. Śmieję się. Chichoczę, najpierw cicho, potem zanoszę się śmiechem, kto wie, jak długo to trwa.

Aż nagle rozlega się głos po mojej prawej stronie, zza płotu oddzielającego naszą działkę od posesji naszej sąsiadki, starszej pani Theis, aż drgnęłam. Pani Theis, już dobrze po osiemdziesiątce, czerstwa, bardzo bezpośrednia i nieprawdopodobnie zdziwaczała.

Nie lubi dzieci – z wyjątkiem Leo – i mówi, że odkąd jest wdową, jest dużo bardziej szczęśliwa. Nie żeby jej mąż był złym człowiekiem, ale niektórzy są wprost stworzeni do życia w samotności i ona należy do takich osób. Zawsze trzyma w domu karmę dla kotów, chociaż sama kotów nie ma – to na wypadek wizyty jakiegoś zgłodniałego włóczęgi. Regularnie piecze ciasta, chociaż nie przepada za ciastami, lubi po prostu zapach świeżo upieczonego ciasta w kuchni. Ogromnie ją lubię.

– Pani się śmieje, jak dobrze to słyszeć, wreszcie ktoś przerwał tę nudną ciszę – mówi pani Theis.

– Dzień dobry, pani Theis! – mówię. – Jak zdrowie?

– Zdrowie jak zdrowie, powiem ci, kiciu – odpowiada, unosząc koszyczek, w którym znajdują się maliny, najwyraźniej świeżo zerwane. – Praca w ogrodzie trzyma mnie przy życiu!

Podaje mi przez płot koszyczek, biorę jedną malinę, wkładam ją sobie do ust.

– Obłęd – mówię. – Już dojrzałe i słodkie jak miód! Dziękuję.

– Na litość boską, jedna malina? – pyta pani Theis. – Proszę wziąć więcej, dla siebie i syna!

Urywa, zastanawia się chwilę.

– Kosz daję cały, dla całej rodziny – mówi w końcu. – Wiem przecież, jak pani lubi maliny.

– To takie miłe z pani strony – odpowiadam. – Najpiękniej dziękuję. Leo będzie zachwycony.

Pani Theis macha ręką i wraca do swoich zajęć w ogrodzie. Obserwuję ją przez chwilę w milczeniu. Choć nie jesteśmy spokrewnieni, ona jest dla Leo kimś w rodzaju zastępczej babci. I przy okazji także dla mnie. Z innymi sąsiadami raczej nie utrzymuje kontaktu. Od kiedy jakoś w zeszłym roku postanowiła, że będzie odtąd mówić, rymując, by w ten sposób trenować mózg, jej reputacja niegroźnej wariatki znacznie się umocniła.

– Mój mąż wraca – wyrywa mi się. – Philipp żyje. Znaleźli go!

Już nie mogę, muszę to natychmiast komuś powiedzieć, dlaczego akurat nie zwariowanej pani Theis.

Patrzy na mnie, marszcząc brwi, najwyraźniej zastanawia się, czy mnie dobrze zrozumiała. Uznaje w końcu, że może zaufać własnym uszom.

– To ci dopiero niespodzianka! – mówi w końcu. I zorientowawszy się, że po dobrym roku rymowania wróciła oto nagle do prozy, dodała zaraz: – Całkiem szczerze, kochanie, to wspaniała wiadomość!

– Właśnie się dowiedziałam – mówię. – Philipp żyje. Wraca do domu.

Uświadamiam sobie, że po raz pierwszy powiedziałam to głośno, i to wyzwala we mnie jakiś mechanizm. Zaczynam głośno płakać i nie jestem w stanie przestać. Pani Theis tylko na mnie patrzy, pewnie nie wie, co powiedzieć, ale możliwe też, że nie przychodzi jej do głowy odpowiedni rym.

Opanowuję się powoli.

– Proszę wybaczyć – mówię. – Muszę wracać do domu. Mam dużo roboty. Jeszcze raz dziękuję za pyszne maliny.

W środku jest chłodno, nadal marznę. W kuchni wsypuję połowę malin do miseczki i wstawiam ją do lodówki – dla Leo. Potem siadam na kuchennej podłodze i wkładam sobie maliny do ust, jedną po drugiej.

10

Leo patrzy na mnie wielkimi oczami. Zdanie, które właśnie wypowiedziałam, jeszcze do końca nie wybrzmiało. Długo myślałam nad tym, jak mam mu to powiedzieć. Gdzie mam mu to powiedzieć. I jakimi słowami. „Twój ojciec” czy „tatuś”? „Wraca do domu” czy „żyje”?

Próbuję sobie przypomnieć, jak to jest mieć osiem lat. Wdrapywać się na najwyższe kasztanowce, nie czując przy tym strachu, bo nie rozumie się jeszcze, czym są śmierć albo paraliż. Majstrować z satysfakcją przy swoich chwiejących się mlecznych zębach, aż te wreszcie wypadną, i w ogóle się nad tym nie zastanawiać. Kopać maleńkie groby dla martwych ptaków znalezionych w trawie, usypywać dla nich miniaturowe nagrobki, podczas pogrzebu na zmianę udawać powagę i chichotać, bo nigdy nie było się jeszcze na prawdziwym pogrzebie. Poruszać się wyłącznie biegiem, bo przecież to nie ma sensu tak po prostu iść z A do B, skoro równie dobrze można ten dystans przebiec.

– Tata wraca do domu – powtarza mój syn, jakby badał ze wszystkich stron to zdanie, chcąc dociec, co ma z nim począć.

Ojciec jest dla niego jedynie myślowym konstruktem, tylko jednym z wielu bohaterów rozmaitych historii, które mama opowiada wieczorami, siedząc na brzegu jego łóżka. Jest bohaterem jakiejś bajki, uwięzionym pośród czarnych znaczków na białych kartkach książki.

Leo jest zdezorientowany i nie można brać mu tego za złe. Chciałabym mieć więcej czasu. Więcej czasu na wytłumaczenie mu wszystkiego, bez pośpiechu, żeby mógł się powoli do tej myśli przyzwyczaić. Ale tego czasu nie mamy, ani ja, ani on.

Philipp wraca do domu.

Nie kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, lecz już jutro.

Leo obejmuje mnie w milczeniu obiema rękami. Siedzimy tak jakiś czas. Biedny Leo, to wszystko to dla niego trochę za dużo. Zamierzam go właśnie spytać, co o tym wszystkim sądzi, jak się czuje, gdy dostrzegam, że jego oddech jest powolny i spokojny. Zdaję sobie ze zdumieniem sprawę, że mój syn zasnął.

Inne książki tego autora