CieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cień
Cień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,89  54,31 
Cień
Cień
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
4,99  3,94 
Szczegóły
Audio
Cień
Audiobook
Czyta Mateusz Drozda
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PROLOG

1

2

3

4

5

O TEJ KOBIECIE

6

7

8

9

10

11

ZAGADKA FASCYNACJI

12

13

14

15

16

17

18

O PRZECZUCIACH I CAŁKOWITEJ NIEŚWIADOMOŚCI

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

O ZEMŚCIE

35

36

37

38

39

40

41

42

43

O DECYZJACH I NIEUWADZE

44

45

46

47

48

49

50

O ZDOLNOŚCI ZABIJANIA

51

52

53

54

55

O SZTUCE I O ŚMIERCI

56

O STRACHU

57

58

22 godziny wcześniej

59

60

61

62

63

64

65

66

Epilog

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Der Schatten

Redakcja: Weronika Girys-Czagowiec

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: Shutterstock; mRGB // Adobe Stock

Korekta: Beata Wójcik, Aleksandra Ślósarska

Der Schatten

by Melanie Raabe

© 2018 by btb Verlag,

A division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, GermanyCopy

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Copyright for the Polish translation © Paweł Masłowski, 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-193-4


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

I’m a fountain of blood

In the shape of a girl

Björk – Bachelorette

In the desert

I saw a creature, naked, bestial,

Who, squatting upon the ground,

Held his heart in his hands,

And ate of it.

I said, »Is it good, friend?«

»It is bitter – bitter« he answered;

»But I like it

»Because it is bitter,

»And because it is my heart«

Stephen Crane – In the Desert

PROLOG

Po prostu zniknie. Lód ustąpi z trzaskiem pod jej stopami, zostanie nagle wciągnięta z impetem w głąb, żadnej rozpaczliwej szamotaniny, rozbryzgiwania wody, by utrzymać się na powierzchni, żadnej walki, tylko w dół, w dół, w dół, w ciemność, w ciszę.

Jako dziecko często chodziła po zamarzniętym stawie, który leżał wśród pól, za ostatnimi domostwami. Wtedy nie uświadamiała sobie jeszcze z taką jasnością, że lód może się pod nią załamać.

Że też w ogóle istnieje takie miejsce. Jezioro w środku lasu, otoczone drzewami, których gałęzie jakby w żałobie obwisły pod ciężarem świeżego śniegu. Brak czucia w opuszkach palców, dojmujący ból w palcach u nóg. Pomachała latarką. Poza nią nie było tu nikogo. Nie przyszli. A przecież widać było ślady. Minęła się z nimi? Przyszła za późno? Spojrzała na zegarek. Nie.

 

Zgasiła latarkę. Gdy szła tutaj leśnym duktem, powoli, krok za krokiem, nie poradziłaby sobie bez tej wiązki ziarnistego światła. Teraz, gdy wydostała się z cienia drzew, już jej nie potrzebowała.

Gwiazdy świeciły tu tak jasno, było tak daleko od miasta. Szelest zamarzniętych liści. Roziskrzony, nocny świat. Na moment zapomniała, po co tu przyszła w środku nocy. Wymazała z pamięci zdradę, wściekłość, ból – wszystko.

Postawiła pierwszy krok na lodzie. Zamarła, nasłuchiwała. Dał się słyszeć trzask. Śpiące stworzenie wydające z siebie ciche odgłosy, bo coś mu się śni.

Wytężyła słuch, skierowała wzrok ku niebu, zamknęła oczy. Cisza brzmiała jak śpiew. Chorał.

Dziwne – pomyślała.

Zerwał się wiatr, ostry jak nóż, przynosząc ze sobą zapach świeżego śniegu. Wtuliła głowę w ramiona.

Mleczna poświata gwiazd. Poczucie, że nie powinno jej tu być.

Potem to zobaczyła. Przedmiot na lodzie. Zawahała się, pochyliła, chcąc dokładnie zobaczyć, co takiego leży w śniegu. Wyciągnęła rękę. Mrugnęła, gdy jej mózg pojął, co widziały oczy. Cofnęła rękę. Martwy ptak, ciemniejący w śnieżnej bieli, jeszcze niezamarznięty.

Wyprostowała się – wierzyła w znaki. Obróciła się gwałtownie. Jej oddech stał się nagle bardzo głośny.

Nikogo. Nie było nikogo.

Jeszcze raz obróciła się wokół własnej osi. Nic, nikogo, tylko ona i noc. Jeszcze raz spojrzała w górę na gwiazdy i podjęła decyzję.

Zrobi to. Zniszczy ich. Ich wszystkich. Ale przede wszystkim ją. Norę.

1

Norah kochała pożegnania. Momenty przejścia. Minuty na progu między nocą i dniem, między zimą i wiosną. Narodziny, wesela, noce sylwestrowe. Nowe życie, drugą szansę. Rodzenie się na nowo. Wymazywanie tego, co stare, sięganie po nową, czystą kartkę.

To czemu płaczesz?

Nieprzenikniona czerń lasów. Niebo posiniaczone przez noc w zielenie i fiolety. Bezkres drogi przed nią. Norah wpatrywała się w ciemność szeroko rozwartymi oczami. Jej stare życie znikało we wstecznym lusterku. Coraz mniejsze i mniejsze. Nierzeczywiście szybko. Jej praca. Mąż. Jej dom. Pies.

Katastrofa.

Norah otarła łzy. Kiedyś sobie z tym poradzi, z tym, co wydarzyło się w Berlinie. Życie nie jest fair, tego zdążyła się już nauczyć. Przeżyje to. Wściekłość i gorycz nigdy nie znikną, ale nie będą już tak dotkliwe, staną się czymś takim, jak wykłuty dawno temu tatuaż.

Ciężar, który ją przygniatał w ostatnich tygodniach i miesiącach, stawał się lżejszy z każdym kilometrem dzielącym ją od berlińskiego domu, który teraz nie był już jej domem. Podjęła właściwą decyzję, odchodząc.

Przed nią było jeszcze co najmniej sześć godzin jazdy. Norah zwolniła, wprowadziła samochód w zakręt, przymuszając się, żeby go nie ściąć. Włączyła radio, z niewielkich głośników rozległa się elektroniczna muzyka.

Minął już pewien czas, od kiedy wyminął ją jakiś samochód jadący z naprzeciwka. Podobało jej się to. Szum asfaltu pod kołami, cicha muzyka, drzewa, spokój, nowy początek. Znikały ostatnie promienie dnia. Iglasty las, przez który wiodła kręta droga, zdawał się zagęszczać. Weszła w kolejny długi zakręt, docisnęła pedał gazu, oderwała wzrok od asfaltu – i nagle je zobaczyła. Gwiazdy. Kilka, tuzin, tysiące, bez liku, nieskończenie wiele.

Rzut oka na nawigację mówił jej, że miała przed sobą prawie pięćset kilometrów. Nieważne. Zwolniła, zjechała na pobocze, zatrzymała się. Gapiła się przez przednią szybę w niebo i w końcu wyłączyła radio, silnik i światła.

Norah otworzyła drzwi auta, wysiadła, wyszła na środek drogi i zadarła głowę. Tam! Gwiazdozbiory wymalowane cieniusieńkim pędzelkiem na sklepieniu nieba. Uśmiechnęła się. Stała tak przez chwilę. Zimno poczuła najpierw na policzkach, potem w koniuszkach palców, przez cienką materię czarnych skórzanych rękawiczek, wreszcie w palcach u nóg, ciągle stojąc i wpatrując się w niebo. Kiedyś wiedziała, dlaczego gwiazdy mrugają, ale zapomniała. Usłyszała nagły trzask, odwróciła się, wbiła wzrok w ciemność. Odgłosy lasu. Uśmiechnęła się, czując gwałtowne bicie swojego serca.

Las. Jej własny oddech. Przed nią droga prosto jak strzelił, nad nią niebo. Nic, czego należałoby się bać. Bez pośpiechu wsiadła z powrotem do samochodu, włączyła silnik, zapaliła reflektory. Na fotelu obok leżała jej torebka, na tylne siedzenie rzuciła kilka osobistych rzeczy, nic poza tym. Spakowane w pośpiechu kartony czekały już na nią w Wiedniu. Wszystko zaczyna się od nowa, jest wolna. Norah włączyła radio. Zmieniła kanał. A potem była już tylko ona, droga i muzyka.

2

Gdy następnego dnia Norah obudziła się w swoim wiedeńskim mieszkaniu i boso podeszła do okna, eleganckie fasady domów naprzeciwko tonęły już w mlecznym świetle zimowego słońca. Otworzyła okno i rozkoszowała się przez chwilę dojmującym zimnem, które uderzyło ją w twarz i zaróżowiło jej policzki, podczas gdy w dole miasto budziło się niczym jeden żywy organizm. Wdzierający się na górę hałas przejeżdżających samochodów niemal całkowicie zagłuszyły okrzyki szkolnej wycieczki, która właśnie przechodziła przez ulicę. Norah wzięła głęboki wdech, po czym zamknęła okno i rozejrzała się wokół siebie.

Jakże jej życie się skurczyło. Jej łóżko to tylko kilka kawałków drewna, które leżały na podłodze nowej sypialni obok zrolowanego stelaża, rozrzucone przypadkowo na parkiecie jak rozpadający się szkielet. Poprzedniej nocy spała na karimacie, czując przy każdym ruchu twardość podłogi. Były jeszcze kartony. Czterdzieści osiem sztuk. Wszystko, co zabrała ze swojego starego życia.

Otworzyła pierwsze z brzegu pudło, podpisane „ubrania”. Rzeczy na lato, klapki, białe bikini, które kupiła na wakacje na Sardynii, gdzie w zeszłym roku wspólnie świętowali jej trzydzieste czwarte urodziny.

Pakowała się zbyt pośpiesznie, chciała jak najszybciej wydostać się z mieszkania na Prenzlauer Bergu. Alex patrzył tylko bezradnie, całkowicie zaskoczony biegiem wypadków. Nie znajdował słów, których ona i tak nie chciałaby słuchać.

Norah zamknęła karton, otworzyła kolejny, potem trzeci, czwarty: pościel. Sprzęt do nurkowania. Wełniany koc. Koszule i T-shirty. Ani śladu ciepłego swetra. Z głębokim westchnieniem sięgnęła po czarną bluzkę i przeciągnęła się. Stosy pudeł ustawione w najróżniejszych pomieszczeniach przez pracowników firmy przeprowadzkowej wyglądały wśród nagich białych ścian i pod wysokimi stropami jej nowego mieszkania jak obiekty w muzeum sztuki nowoczesnej.

Niewiele rzeczy znajdowało się na swoim miejscu: biurko w gabinecie, sofa w salonie i stojący w kącie naprzeciwko telewizor, który Norah mogła już zostawiać włączony, ilekroć cisza stawała się dla niej zbyt głośna, wreszcie ekspres do kawy w kuchni. Reszta była chaosem. Nie, pomyślała. Nie chaosem. Białą kartką papieru, którą zamierzała pomalować.

Norah uśmiechnęła się mimowolnie.

Gdy jakiś czas potem wychodziła z mieszkania i zamykała za sobą drzwi, na klatce schodowej pachniało mokrą wykładziną i kawą z ekspresu. Już miała zacząć schodzić po schodach, gdy nagle usłyszała jakiś odgłos, bardzo cichy. Odwróciła się. Dopiero gdy jej wzrok powędrował w górę, zobaczyła małego czarnego kota, który stał niezdecydowany na schodach między drugim a trzecim piętrem i przypatrywał się jej nieśmiało.

– Cześć – powiedziała Norah. – Skąd tu przywędrowałeś?

Odruchowo przykucnęła i wyciągnęła rękę. Kotek stał z utkwionym w niej wzrokiem. W końcu ruszył się z miejsca, najpierw z wahaniem, potem odważniej. Norah pogłaskała delikatnie jego główkę. W dzieciństwie zawsze chciała mieć kota, ale jej matka nie chciała zwierząt w domu. A gdy Norah osiągnęła wiek, kiedy nie musiała już nikogo pytać o zgodę, od dawna harowała dwanaście godzin dziennie w redakcji i nie miała czasu na kota.

Zwierzak porzucił całkowicie swoją początkową nieufność i przyciskał główkę do grzbietu dłoni Nory. Przymykając oczy, wygiął grzbiet w łuk i nawet zaczął mruczeć.

– Katinka? – Do uszu Nory dobiegł głos z góry, z piętra nad nią. Kot uniósł głowę, nie mogąc się najwyraźniej zdecydować, czy podążyć za tym wołaniem, czy może dać się jeszcze trochę pogłaskać swojej nowej zdobyczy. W końcu wybrał jednak to drugie i zaczął kokieteryjnie ocierać się o nogi Nory, która zdążyła się już wyprostować.

– Halo? – zawołała Norah. – Jeśli szuka pani swojego kota, to jest tutaj.

Najpierw dał się słyszeć śmiech, potem kroki, a chwilę później głos:

– Co, Katinka? Znowu molestujesz sąsiadów?

A potem:

– Sorry. Znowu udało mu się jakoś zwiać. Tak w ogóle jestem Theresa. Trzecie piętro.

Przez sekundę Norah stała jak sparaliżowana. Te niebieskie oczy o niemal doskonałym kształcie migdału, z jasnymi rzęsami, małe, jakby wymalowane pędzelkiem usta, piegi…

– Dobrze się pani czuje? – spytała młoda kobieta, ale Norah jej nie słyszała.

To podobieństwo…

– Wszystko dobrze? – zapytała ponownie Theresa.

Norah w końcu zmusiła się do uśmiechu.

– Jeszcze się nie obudziłam – powiedziała. – Proszę wybaczyć.

Uścisnęła wyciągniętą ku niej dłoń.

– Norah – dodała. – Drugie piętro.

– Cool – odparła kobieta. – Bardzo mi miło.

Spojrzała przez ramię.

– Lepiej już pójdę złapać tego małego diabła.

Norah powoli schodziła po schodach.

„Dobrze się pani czuje?” – takie pytanie zadała przed chwilą ta kobieta. Jak może się czuć człowiek, który właśnie zobaczył ducha?

3

Wiedeń przywitał ją chłodno. Gdy parę lat temu była tu latem z Aleksem, oczarował ją przekorny charakter tej metropolii, która okazała się tak bardzo inna od wszystkich znanych jej miejsc. Zdawało się, że było to dawno temu.

Teraz wszystko wydawało się ponure. Wiedeń z wizji Edwarda Muncha, mroczna asfaltowa dżungla, wykrzywiona i groźna. Puste mieszkanie Nory, posępne ulice. Przechodnie z tymi ich smartfonami, melancholia, która obejmowała wszystko jak lepka, niewidzialna błona. I to cholerne zimno.

W kiosku naprzeciwko kupiła austriacką i niemiecką gazetę, paczkę papierosów i usiadła z tym wszystkim w bistro na rogu. Po pierwszym łyku kawy nagła fala wspomnień, która uderzyła w nią na widok Theresy, nieco osłabła, a jej myśli znowu powędrowały w stronę tego, co było przed nią.

Jej nowa praca oficjalnie miała się zacząć dopiero za dwa tygodnie, ale Norah nie mogła się doczekać, kiedy będzie znowu pracować. Dlatego była zachwycona, gdy jej nowy naczelny zaprosił ją wcześniej do redakcji. Po wielu długich rozmowach telefonicznych było to ich pierwsze spotkanie z prawdziwego zdarzenia. Mimo wszystko trochę się denerwowała. Wiedziała, że jest dobrą dziennikarką, niektóre z jej reportaży zdobyły nagrody, już w przeszłości próbowali ją rekrutować inni wydawcy. Ale to wszystko było przedtem. Przed tym, czego w myślach nie nazywała inaczej jak „katastrofa”. Po tych wydarzeniach propozycja pracy, która przyszła z Wiednia, wydała się jej okrutnym żartem. Zbyt piękne, by było prawdziwe.

Dr Mira Singh, szefowa wydawnictwa, zadzwoniła do niej osobiście. Norah zwróciła na siebie jej uwagę reportażem o żołnierkach w Afganistanie; jak mówiła, przeczytała potem wszystko, co Norah opublikowała w ostatnich latach, i bardzo ceni jej pracę. Jej zmysł obserwacji, wyczucie tematów. W Wiedniu tworzą właśnie nowy tygodnik, myślą o zbudowaniu topowego zespołu redakcyjnego, który zamiast konkurować z tempem internetu, będzie się wyróżniał w masie innych magazynów jakością starannie przygotowanych materiałów i marką renomowanych autorów.

Dla Nory brzmiało to jak bajka. Gdzie jest haczyk? Zapytała Singh, czy wie, że Norah ma na karku proces. W odpowiedzi usłyszała, że tekst, o który chodzi, jest jej znany. Szuka kobiety z odpowiednią postawą i zdaje jej się, że taką znalazła. Norah poprosiła o dzień do namysłu. Dla zasady. Potem przystała na propozycję. Co innego miała zrobić?

No i teraz była tutaj.

Siedziba redakcji znajdowała się niedaleko katedry św. Szczepana, w turystycznej części miasta, bezpośrednio przy jednym z tych wielkich deptaków z typowymi dla nich restauracjami fast food i sieciówkami odzieżowymi – oferta handlowa była niemal identyczna w każdym większym europejskim mieście, które odwiedziła. Norah znała okolicę ze swoich wcześniejszych podróży do Wiednia. Od rana do wieczora miejsce to było zaludnione przez turystów i wszystkich, którzy z nich żyją. Zorganizowane grupy w drodze do katedry św. Szczepana, kieszonkowcy, uliczni grajkowie, tu i tam jakiś zestresowany mieszkaniec miasta próbujący poruszać się w miarę sprawnie wśród tych mas ludzi, nastolatki z iPhone’ami robiące sobie selfie. I żebracy. Bezdomni. Przypominali jej widma. Ich rozbrzmiewające na ulicach nawoływania, powtarzające się raz za razem, jak głosy upiorów. Przepraszam? Przepraszam? A żywi wzdrygali się na dźwięk tych głosów i udawali, że nic nie słyszą. Przed laty chciała napisać reportaż o nieletnich bezdomnych, ale nie udało jej się przekonać szefa do tego tematu. Może teraz przyszedł już czas na tego typu historię. Norah zapaliła papierosa i szła pogrążona w myślach w dół ulicy. Obmacywała językiem jeden z zębów trzonowych, w którym czuła dziwne napięcie, jakby ząb nie był pewien, czy ma zacząć boleć, czy nie. Jeszcze tego brakowało. Wieczorem chciała iść na zakupy, nie do dentysty.

 

Przed H&M siedziała niepozorna dziewczyna. Najwyżej dwadzieścia parę lat, kasztanowe włosy pod czarną wełnianą czapką, wojskowa parka, obgryzione paznokcie, przed nią tabliczka: „Jestem głodna”. Obok niej owczarek. Kawałek dalej okularnik koło sześćdziesiątki o subtelnych rysach twarzy. Był jeszcze najpewniej psychotyczny typ z blond dredami, który przez większość czasu mruczał coś introwertycznie pod nosem lub żebrał, nagabując przechodniów. Od czasu do czasu jednak robił się agresywny i puszczał w stronę przechodzących kobiet imponująco długie i fantazyjne wiązanki.

I w końcu ona. Starsza kobieta z wyrazistymi zmarszczkami i jasnym spojrzeniem niebieskich oczu. Ten rodzaj twarzy, dzięki któremu fotoreporterzy zdobywają nagrody, gdy uda im się odkryć podobną gdzieś w odległej górskiej wiosce.

Nie siedziała ani nie klęczała na skraju ulicy, jak większość pozostałych żebraków. Stała dokładnie pośrodku, zupełnie nieporuszona tłokiem wokół niej. To było zdumiewające. Ta kobieta – Norah oceniała jej wzrost na dobre metr osiemdziesiąt pięć – zagradzała drogę przechodniom, lecz nikt jej nie potrącał, pośpiech metropolii omijał ją jak woda wyspę na środku rzeki. Od czasu do czasu któryś z przechodniów wrzucił do miseczki w kolorze mosiądzu kilka brzęczących monet, nigdy nie dziękowała. Stała po prostu nieruchomo, ponura i wyprostowana w nieustającej ludzkiej powodzi. Głaz narzutowy. Czarna wieża. Jedyne, co było w niej ruchome, to oczy. Norah mimowolnie zadała sobie pytanie, jaką historię ma do opowiedzenia ta kobieta.

Sebastian Berger, nowy szef Nory, był wysokim, potężnie zbudowanym mężczyzną po pięćdziesiątce, z zaczesanymi do tyłu, ciągle jeszcze czarnymi włosami. Nosił dżinsy i brązową tweedową marynarkę, co nadawało mu, przynajmniej zdaniem Nory, nieco profesorski wygląd. Najwięcej mówił jednak wyraz jego twarzy: „Zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałem”. Norah była do tego przyzwyczajona. Ciągle jeszcze, grubo po trzydziestce, za sprawą delikatnych rysów twarzy i drobnej budowy ciała brana była na spotkaniach za praktykantkę. Gdy robiła sobie zdjęcia, które pojawiały się później na jej profilach na najróżniejszych portalach, które Sebastian Berger też musiał widzieć, starała się pozować w ciemnych ubraniach i przybierać poważny wyraz twarzy, wybierała też te fotografie, na których wyglądała najdoroślej. W prawdziwym życiu nie mogła uciec się do takich trików i dość wcześnie na swojej zawodowej drodze uświadomiła sobie, że musi pracować ciężej i mieć grubszą skórę niż pozostali, by zasłużyć na respekt. W każdym razie Berger szybko się opanował, zaproponował jej kawę i usiedli, by kontynuować rozpoczęte wcześniej przez telefon rozmowy o potencjalnych tematach do magazynu. Gdy dobre dwie godziny później Norah jechała w dół windą, jej głowa pełna była pomysłów. Jak to dobrze znowu chodzić do pracy.

Na zewnątrz było teraz cieplej niż rano. Norah chciała jeszcze dzisiaj zdążyć do urzędu, by przerejestrować samochód, a jeśli czekanie w kolejce nie zajmie jej reszty dnia, mogłaby potem rozejrzeć się jeszcze za nowymi meblami. Rozpięła swój zimowy płaszcz, pod którym miała czarną wełnianą sukienkę, panowało niemal wiosenne ciepło, słońce, błękitne niebo. W tym mieście nie było cieni, nigdzie. Przystanęła na moment, widząc ludzkie masy wywabione przez piękną pogodę i przelewające się teraz przez deptak. Chłonęła wszystko wokół siebie.

Zapach tłuszczu z frytkownic, przechodnie, turyści, patrol policyjny, neony, gołębie, niedopałki papierosów, kubki po kawie na wynos, stukanie obcasów. Mężczyzna wciskający turystom róże, dudnienie kopyt w oddali, fontanna, sprzedawcy balonów, lody w rożkach i popcorn, smartfonowi zombi i kieszonkowcy. Norah została połknięta w całości, próbowała przyśpieszyć kroku, na próżno. Musiała się nawet trochę cofnąć, bo z naprzeciwka szła wielka, zorganizowana grupa turystów. Norah odłożyła na bok dobre wychowanie i zaczęła się przepychać, teczkę z dokumentami przyciskając mocno do siebie, nie zważając na nic. Wyminęła właśnie rykszarza, który z niepojętych przyczyn uznał za doskonały pomysł wieźć klientów przez ten tłok, gdy dotarło do niej, że dzwoni jej telefon. Wyłowiła go z torebki, rzuciła okiem na wyświetlacz i aż drgnęła. Alex. Od kiedy Norah się wyprowadziła, najpierw do hotelu, a potem do Wiednia, nie rozmawiali ze sobą. Ani jedno, ani drugie nie próbowało nawiązać kontaktu. Norah wpatrywała się w wyświetlacz, zrobiło jej się zimno. Czy ma odebrać, czy czekać, aż włączy się poczta głosowa? Ale było już za późno. Alex dał za wygraną. Norah wsunęła telefon do kieszeni płaszcza, podniosła wzrok.

Stara żebraczka, którą obserwowała wcześniej, stała bezpośrednio przed nią. Była tak wysoka, że Norah musiała zadrzeć głowę. Instynktownie wyjęła z kieszeni portmonetkę, by dać kobiecie parę euro.

– Przynosisz śmierć – powiedziała żebraczka.

Jej głos był spokojny i chrapliwy.

Norah spojrzała na nią, marszcząc czoło.

– Co pani do mnie powiedziała?

Kobieta zdawała się jej w ogóle nie słyszeć.

– Kwiaty więdną – kontynuowała. – Zegary się zatrzymują. Ptaki spadają z nieba martwe.

Jej spokojne spojrzenie spoczywało na Norze. Włosy kobiety były ciemniejsze, oczy jaśniejsze, a zmarszczki głębsze niż widziane z daleka. Na jej turkusowych źrenicach były czerwone plamki, jak maleńkie drobinki krwi, które czasami można znaleźć w żółtku kurzego jaja.

Dopiero teraz Norah uświadomiła sobie, że ma do czynienia z osobą psychicznie chorą.

– Jedenastego lutego zabijesz na Praterze mężczyznę o nazwisku Arthur Grimm – mówiła dalej kobieta. – Nie bez powodu. Całkowicie dobrowolnie.

Przez chwilę Norah nie wiedziała, co powiedzieć. Właśnie otwierała usta, gdy ktoś pchnął ją mocno w plecy. Norah zatoczyła się, upuściła teczkę i zobaczyła wylatujące z niej kartki. Schyliła się, zaczęła je łapać, znowu się wyprostowała.

Żebraczka zniknęła. Norah rozejrzała się mocno zirytowana. Wokół przeciskająca się grupa chińskich turystów, dalej młoda para z wózkiem dziecięcym. Gdzie ona się podziała? Norah przepchnęła się między dwoma kibicami z szalikami Rapidu Wiedeń, wypatrywała kobiety, która była przecież tak wysoka, że powinna wyrastać ponad tłum, a tu nic. Jakby zapadła się pod ziemię. Na pewno miałaby jeszcze wiele do opowiedzenia, pomyślała Norah. Czuła żal.

I po trosze też grozę.