Hiszpański książę

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Maya Blake
Hiszpański książę
Tłumaczenie:
Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Złodziejka…

Serce Jasmine Nichols wystukiwało takt oskarżenia. Jeszcze niczego nie ukradła, ale sprawa była przesądzona. Przejechała tysiące kilometrów, by sięgnąć po coś, co nie należało do niej. A wmawianie sobie, że nie ma wyboru, tylko nasilało poczucie bezradności.

Zanim noc dobiegnie końca, etykietka złodziejki przylgnie do niej niczym obcisła wieczorowa suknia.

Porażka nie wchodziła w gę.

Wstyd i lęk walczyły w niej o lepsze, ale głównie napędzała ją świadomość, że nie może sprawić zawodu rodzinie. Tylko dlatego, choć niechętnie, wstąpiła na czerwony dywan w Muzeum Sztuki Nowoczesnej położonym na klifie z widokiem na Rio de Janeiro i nawet w tak niezwykłym otoczeniu ani na chwilę nie zapomniała o powodach swojej obecności tutaj.

W tej sytuacji niełatwo było o uśmiech, zwłaszcza gdy myślała o czekających ją zadaniach.

Po pierwsze, poznać księcia Reyesa Vincente Navarre, co wcale nie będzie łatwe. Dysponowała tylko ziarnistą fotografią z pogrzebu jego matki sprzed czterech lat. Od tamtej pory nie opublikowano żadnego zdjęcia rodziny królewskiej z południowoamerykańskiego królestwa Santo Sierra. Jej członkowie strzegli swojej prywatności z zawziętością graniczącą z fanatyzmem.

Na domiar złego, w ciągu ostatnich trzech lat książę wyjechał z kraju tylko trzykrotnie, a cały swój czas poświęcał pielęgnowaniu ciężko chorego ojca. Krążyły pogłoski, że król Carlos Navarre może nie przeżyć lata.

Wszystko to oznaczało, że trudno będzie nawiązać z nim znajomość. Tym bardziej, że nie miała pojęcia, jak wygląda. A tu trzeba by się nie tylko zaznajomić, ale i spędzić z nim trochę czasu. Wszystko to, zanim jej matka i ojczym, Stephen Nichols, zorientują się w jej zamiarach.

Gdyby Stephen wiedział o szantażu, pękłoby mu serce.

I choć z całej duszy pragnęła zrezygnować ze swoich zbrodniczych planów, w żaden sposób nie mogła. Jutro o tej porze wróci już do domu, a Stephen będzie bezpieczny.

Pod warunkiem, że wszystko pójdzie gładko.

Nie wolno jej wątpić. Negatywne myślenie zrujnowało już niejeden doskonały plan. Stephen powtarzał jej to bez przerwy.

Pogodnie uśmiechnięta, weszła do przestronnego holu muzeum, ale obrazy i rzeźby nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia.

Drżącą dłonią sięgnęła po kieliszek szampana i wyszła na półokrągły taras, gdzie goście sączyli przedobiednie drinki.

Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem przygotowanym przez szantażystę, Joaquina Estebana. Tak jak obiecał, nazwisko Jasmine znalazło się na liście gości wśród światowych przywódców i celebrytów, znanych jej z telewizji i kolorowych pism. Czekała przez chwilę, aż ochrona sprawdzi elektroniczny chip na jej zaproszeniu, żywiąc sekretną nadzieję, że zostanie zawrócona od wejścia. Ale okrutnik, w którego dłoniach spoczywał los jej ojczyma, zadbał o każdy szczegół.

Poza zdjęciem trzydziestodwuletniego następcy tronu.

Podpisanie kontraktu miało się odbyć za godzinę w słynnej Złotej Sali. Z okazji urodzin księcia Mendeza z Valderry gości zaproszono na taras, skąd mogli podziwiać spektakularny zachód słońca.

Księcia Reyesa z Santo Sierra i księcia Mendeza z Valderry oczekiwano o dwudziestej. Do wyznaczonej pory brakowało pięciu minut i Jasmine denerwowała się coraz bardziej.

A jeżeli zostanie zdemaskowana? Wtedy będzie musiała pożegnać się z pracą w firmie brokerskiej. Ale nawet gdyby się jej powiodło, nie mogłaby już nigdy spojrzeć w lustro bez wyrzutów sumienia. Przez osiem lat udawało jej się nie wracać do przeszłości, a teraz, jako dwudziestosześciolatka, znów znajdowała się na grząskim gruncie.

Obserwując malowane barwami zachodu niebo ponad imponującą sylwetką Sugarloaf Mountain, nie potrafiła zapanować nad obawą i wątpliwościami.

W innych okolicznościach pobyt w tym miejscu dostarczyłby jej niezwykłych przeżyć. Dla dziewczyny z jej pochodzeniem i przeszłością było to coś zupełnie wyjątkowego. Ale okoliczności nie były normalne i wszystkie emocje blokował strach.

Niebezpieczne, bo nie mogła sobie pozwolić na porażkę, nawet jeżeli sukces miał jej przynieść tylko wstyd i umocnić w przekonaniu, że drzwi do przeszłości nie da się tak po prostu zamknąć.

Niestety, jej ojczym uzależnił się od podłego człowieka, który zamierzał bezwzględnie wykorzystać jego słabość. Dlatego musiała wybierać: albo przyjedzie do Rio, albo Stephen trafi do więzienia.

Joaquin słusznie przypuszczał, że poza chęcią uniknięcia publicznego upokorzenia wskutek posądzenia o sprzeniewierzenie rządowych pieniędzy, Stephen zrobi wszystko, by nie przysparzać cierpienia żonie i córce.

Matka Jasmine była słaba i nie przeżyłaby utraty męża. Dlatego Jasmine była o krok od wpakowania się w poważne tarapaty.

Okrzyk „Przyjechał!” przerwał jej rozmyślania. Była punkt ósma. Zgromadzeni goście wpatrywali się w brzeg klifu, skąd nadlatywała w kłębach piany smukła motorówka. Jeszcze nabrała szybkości i tuż przed skałami wykonała efektowny skręt, wzniecając gigantyczną falę. Pilot dokonał kilku śmiałych manewrów, godnych westchnień podziwu wśród oczkujących, i w końcu przybił do nadbrzeża.

Mężczyzna we fraku stanął na dziobie łodzi i lekko zeskoczył na molo. W odpowiedzi na entuzjastyczne pozdrowienia tłumu skłonił się głęboko.

Jasmine wstrzymała oddech. Książę Reyes Navarre był znany z samotniczego trybu życia i tak efektowne przybycie wydawało się cokolwiek zaskakujące.

‒ Nie zachwyca się pani umiejętnościami Jego Wysokości?

Pytanie sprawiło, że drgnęła. Sądziła, że jest na tarasie sama, bo wszyscy pospieszyli do głównego holu na powitanie księcia.

Jak to możliwe, że intruz poruszał się tak cicho? Dopóki się nie odezwał, nie czuła jego obecności. Odruchowo cofnęła się o krok, ale mocna dłoń przytrzymała jej ramię.

‒ Ostrożnie!

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że stanęła zbyt blisko niskiego murku ograniczającego taras i o mało nie spadła.

‒ Och! Dziękuję.

Od ciepłego dotyku dłoni na ramieniu plątał jej się język. Nagle, jakby i on poczuł coś podobnego, gwałtownie zacieśnił uścisk i po sekundzie puścił.

‒ Czyżby nie była pani miłośniczką szybkich łodzi?

Usiłowała oderwać wzrok od jego twarzy, ale skończyło się na nieznacznym poruszeniu głową. Był bardzo… zmysłowy, to chyba właściwe słowo. Zarówno jego oczy, jak i wargi fascynowały ją tak bardzo, że nie zastanawiając się, co robi, prawie musnęła dłonią jego twarz.

Przerażona i zakłopotana tym, co zrobiła, patrzyła w rozszerzone zdumieniem oczy. Cofnęła dłoń w ostatniej chwili, przepełniona pragnieniem, by zapaść się pod ziemię.

‒ Dlaczego tak pan uważa? – spytała, bo najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi.

‒ Ma pani bardzo wyrazistą twarz – odparł z powagą.

‒ Och… ‒ Próbowała zyskać na czasie i coś wymyślić.

Co mogłaby powiedzieć, żeby nie wywołać obrazy?

‒ Nic do nich nie mam, po prostu to nie moja bajka. Za szybko i za mokro.

Poza tym przypominały jej czasy, kiedy Stephen zabrał je obie z matką na swoją łódź, niedługo po tym, jak się do niego wprowadziły. Była dla niego wyjątkowo niemiła, bo nie potrafiła mu zaufać i wciąż się bała, że odejdzie tak jak wcześniejsi pseudoprzyjaciele matki. Każdego ranka od nowa przeżywała lęk, że nadszedł dzień, kiedy wyrzuci je ze swojego życia. Nigdy tego nie zrobił, ale widok łodzi wciąż przypominał jej tamten stresujący czas.

‒ Choć, oczywiście, są bardzo efektowne – dodała poniewczasie.

Jej rozmówca skinął z powagą, a ona nie potrafiła przestać się w niego wpatrywać.

‒ Zdaniem niektórych to niezwykle emocjonujące. Nieprawdaż?

Owszem. Nawet porywające i zapierające dech w piersiach. Ale wszystkie te epitety odniosłaby nie do łodzi tylko do stojącego obok mężczyzny.

‒ Nie wiem, czy dałabym się namówić. Dostaję mdłości już na plaży.

‒ Na mnie woda działa uspokajająco.

‒ Mój ojczym też bardzo lubi wodę – powiedziała niepotrzebnie.

‒ A jednak ma pani jakiś kłopot – zauważył.

Taka intuicja musi niepokoić, bo odziera z tajemniczości.

Na tarasie było pusto, ale ogromny hol poniżej powoli wypełniali goście. To tam powinna teraz być. Poszukać dostępu do księcia Reyesa. Tymczasem tkwiła tutaj, omamiona urokiem nieznajomego.

W czarnym smokingu i śnieżnobiałej koszuli, ze złocistą opalenizną, wyglądał bardzo elegancko. Wyraziste kości policzkowe i mocna szczęka kusiły, żeby ich dotknąć.

‒ Nie lubię wody – powiedziała w końcu. – Nie ma o czym mówić.

Nie skomentował jej słów, spytał natomiast o jej imię i nazwisko.

‒ Jasmine Nichols – odparła posłusznie.

Uśmiechnął się lekko.

‒ Kwiat, którego imię pani nosi, kwitnie w moim ogrodzie, Jasmine.

Jego głos pieścił jej imię w sposób, od którego przeszedł ją dreszcz.

‒ Jest zarazem delikatny i odporny, a cieszy nas swoim aromatem od tysięcy lat. Cóż… Proszę miło spędzić resztę wieczoru. – I odszedł, stawiając długie, po kociemu miękkie kroki.

To nagłe pożegnanie zaskoczyło ją. W dodatku od ocienionej futryny drzwi oderwały się cztery postacie i podążyły za nim. Najpewniej ochroniarze.

I słusznie, pomyślała. Ktoś tak zabójczo przystojny nie powinien się poruszać bez uzbrojonej eskorty.

Zdolność racjonalnego myślenia odzyskała dopiero u dołu schodów prowadzących do holu. Uświadomiła sobie, że nie spytała nieznajomego o imię, i bez wahania pospieszyła za nim.

Po kilkunastu krokach zatrzymała się gwałtownie. Przypomniała sobie cel swojego przyjazdu tutaj i szybko wróciła do rzeczywistości. Kimkolwiek był nieznajomy, nie miał nic wspólnego z jej misją.

Zobaczyła go od razu, jak tylko znalazła się w holu. Otaczali go podobnie ubrani mężczyźni, ale to on, choć niezwykle powściągliwy, wyraźnie był w tym towarzystwie najważniejszy.

 

Rozejrzała się wokoło. Spróbowała dyskretnie spytać kelnera, który z mężczyzn jest poszukiwanym przez nią księciem, ale odpowiedziało jej tylko obojętne spojrzenie.

Niestety większość rozmów odbywała się po portugalsku. Naiwnie założyła, że personel hotelu mówi po angielsku, podobnie jak większość mieszkańców Rio.

A jednak jej rozmówca z tarasu władał doskonałym angielskim…

Może więc zapyta jego?

To jednak było niemożliwe. Musiałaby się przedostać przez tłum, a tymczasem otaczająca go grupa zdążyła się już powiększyć trzykrotnie. Próba przeciśnięcia się do niego tylko zwróciłaby na nią uwagę, a do swojego zadania najbardziej potrzebowała anonimowości. Szkoda, że nie wypytała Joaquina Estebana o więcej szczegółów dotyczących księcia.

Na głośny dźwięk gongu nieomal podskoczyła. Goście zaczęli zajmować miejsca przy długim, bankietowym stole. Zajęła swoje obok jasnowłosego mężczyzny, który powitał ją wzrokiem pełnym nadziei.

‒ Mówi pani po angielsku, prawda?

‒ Owszem. – uśmiechnęła się z ulgą.

‒ Całe szczęście! Człowiekowi wydaje się, że jego portugalski jest poprawny, dopóki nikt mu nie zada pytania. Wtedy wszystko od razu wylatuje z głowy. Jestem Josh – przedstawił się.

‒ Jasmine – odpowiedziała.

Wskazał grupę mężczyzn zajmujących miejsca przy dalszym końcu stołu.

‒ Nie do wiary, że ci ludzie kontrolują niemal połowę światowej produkcji stali i wydobycia kamieni szlachetnych.

‒ Owszem – odparła, nie chcąc zdradzić własnej ignorancji.

‒ Niestety, ich relacje handlowe to kompletny bałagan. Podpisanie traktatu wprowadziłoby przynajmniej pozory porządku, w przeciwnym razie chaos tylko się pogłębi. Nawiasem mówiąc, dotarcie do tego etapu to ogromna zasługa księcia. – Swoje słowa popił zdrowym łykiem szampana.

‒ Który z nich to książę Reyes? – spytała, udając obojętność.

Przez moment zakłopotany, wzruszył ramionami.

‒ Rzeczywiście można się pomylić, w końcu to bliska rodzina. – Wskazał jednego z mężczyzn. – Mendez, ten niższy, który przypłynął motorówką, rządzi Valderrą, większym z dwu królestw. Wyższy, ten u szczytu stołu, który rozmawia z premierem, to Reyes. Jego Santo Sierra jest może mniejsze, ale to główny gracz.

Zapalono światła i dwóch oficjalnie wyglądających mężczyzn, z czarnymi walizeczkami w dłoniach, wstąpiło na bliźniacze podia.

Jasmine dopiero teraz zrozumiała wszystko.

Rozmawiała z księciem Reyesem Navarrem, a nawet podała mu swoje imię i nazwisko!

Po krótkiej przemowie pierwszy etap podpisywania traktatu został zakończony, a dokumenty wróciły do czarnych walizeczek.

Jasmine miała dłonie mokre od potu. Ostrożnie odłożyła sztućce. Instynkt nakazywał jej ucieczkę i natychmiastowy powrót najbliższym samolotem do Londynu. Ale jak mogłaby to zrobić? Nawet gdyby jakimś cudem udało jej się sprzedać swoje dwupokojowe mieszkanie w Londynie i spłacić pół miliona funtów Joaquimowi, lichwiarz wciąż mógł zniszczyć jej ojczyma. Jej rodzina nie była może doskonała, ale Stephen dał jej i jej matce tak bardzo potrzebną drugą szansę i nie mogła go teraz zawieść.

‒ Więc Reyes to ten wyższy?

‒ Tak, właśnie patrzy w naszą stronę – mruknął jej towarzysz z nutą niedowierzania w głosie.

Podniosła głowę i pochwyciła uporczywe spojrzenie niebieskoszarych oczu. Nawet z tej odległości zdawał się dominować nad wszystkimi.

Dla niej nie był już nieznajomym, tylko mężczyzną, którego miała okraść.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pod spojrzeniem nieznajomego znajomego Jasmine powinna się była zawstydzić, tymczasem ona czuła przede wszystkim podniecenie. Ledwo tknęła jedzenie i przez cały czas trwania posiłku usiłowała prowadzić lekką rozmowę z Joshem. Wciąż jednak czuła na sobie badawcze spojrzenie księcia.

Coraz wyraźniej docierało do niej, w jak niebezpiecznym położeniu się znalazła, i nie dosłyszała znaczącego chrząknięcia Josha. Dopiero po chwili dostrzegła księcia Reyesa stojącego tuż obok.

‒ Czyżby posiłek pani nie smakował? – Spojrzał znacząco na jej prawie pełny talerz.

Świadoma obserwujących ją dziesiątek par oczu, zastanawiała się, czy powinna nadal siedzieć, czy też wstać i dygnąć. W końcu postanowiła siedzieć.

‒ Jest bardzo smaczny, dziękuję – odparła kulawo.

‒ Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – Spojrzenie, jakim obrzucił Josha, było grzeczne, ale przenikliwe.

‒ Jesteśmy tylko rodakami, którzy odnaleźli się przy tym samym stole – wyjaśnił Josh z uśmiechem.

Goście zaczęli wstawać ze swoich miejsc i rozchodzić się po sali. Jasmine też się podniosła i nieszczęśliwie potknęła.

Książę Reyes chwycił ją za ramię, chroniąc przed upadkiem.

Przez chwilę trwali w napiętym milczeniu. Josh zniknął.

‒ Jest pani sama? – spytał z odcieniem dezaprobaty.

‒ Zapewniono mnie, że Rio jest bezpieczne. Jak na razie, nie zdarzyło się nic, co mogłoby temu zaprzeczyć.

‒ Niebezpieczeństwo pojawia się pod najróżniejszą postacią, panno Nichols. Czasem najmniej oczekiwaną. Radziłbym uważać.

‒ Dziękuję za radę, Wasza Wysokość, ale naprawdę nic mi nie grozi.

Nie dodała, że jej nie potrzebuje. Nie zostanie tu na tyle długo, by narazić się na niebezpieczeństwo. Jak tylko osiągnie swój cel, wraca do Londynu.

Wciąż patrzył na nią w ten niepokojący sposób, aż z dreszczem uświadomiła sobie raz jeszcze, jak trudno będzie wykonać to, co sobie zamierzyła.

Znów gwałtownie zapragnęła uciec i musiała użyć całej siły woli, by pozostać na miejscu i z pozornym spokojem odwzajemniać jego spojrzenie.

On jeden miał to, czego tak desperacko potrzebowała. Dlatego nie odrzuci jego troski, tylko ją umiejętnie wykorzysta. Kiedy na szali legło dobro Stephena, wstyd i lęk nie miały znaczenia.

Kiedy tak rozmyślała, książę Reyes wyciągnął dłoń.

‒ Chciałem zaproponować, by jeden z moich ochroniarzy odprowadził panią do hotelu, ale skoro tak… Miło było panią poznać, panno Nichols. – Odwrócił się, a ochroniarze uformowali się za nim w szyk. Jeden trzymał w ręku walizeczkę z traktatem.

I oto wychodził, unosząc jedyną szansę uratowania Stephena.

Pospieszyła za nim bez chwili namysłu.

‒ Ma pan rację, Wasza Wysokość. Kobieta nie powinna chodzić samotnie po tym dziwnym mieście. Będę bardzo wdzięczna za towarzystwo.

Zignorowała zaskoczenie najbliżej stojących gości. Po prostu nie mogła pozwolić, by odszedł. Nie po to przebyła tysiące kilometrów. Wystarczy dziesięć minut, a może nawet mniej, jeżeli okaże się wystarczająco szybka. Musi zdobyć traktat, choćby miała odwiedzić księcia w hotelu.

Na szczęście przystanął, ale zanim przemówił, wpatrywał się w nią długo.

‒ Mój kierowca odwiezie panią do hotelu. – Skinął na mężczyznę w ciemnym garniturze.

Nie tego oczekiwała i nie tego potrzebowała.

‒ A może pojadę z panem? – zaproponowała. – Oszczędziłoby to kierowcy jednego kursu. – Starała się, by jej głos nie brzmiał błagalnie.

Gestem dłoni powstrzymał ochroniarza, który wysunął się przed nią, gotów do interwencji. Znów zapadło pomiędzy nimi ciężkie, nacechowane napięciem milczenie.

‒ Chce pani jechać ze mną? Teraz?

Musiała zachować ostrożność, ale nie mogła się już wycofać. Zbyt wiele miała do stracenia.

‒ Tak. Proszę mnie zabrać. Mój hotel jest niedaleko. W podzięce zapraszam pana na drinka. – Własna śmiałość zdumiała ją samą. – Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu – dodała jeszcze.

‒ To pani powinna mieć coś przeciwko. Wiele osób odradziłoby pani takie zachowanie.

Z rozmyślną powolnością przesunęła koniuszkiem języka po wargach.

‒ Zapewne, lecz coś mi mówi, że panu mogę zaufać.

Flirtowanie i erotyczne gierki nigdy nie były jej mocną stroną. Spróbowała ich tylko raz, jeszcze na uczelni, i wszystko skończyło się upokarzającą katastrofą.

Książę Reyes patrzył na nią ze smutkiem zaprawionym goryczą.

‒ To niebezpieczna gra, Jasmine.

‒ Tylko podwiezienie do hotelu – odparła skrzekliwie.

‒ Może tak, a może nie. – Prześlizgnął się wzrokiem po jej twarzy.

‒ Małe pół godziny i zniknę z pańskiego życia. Naprawdę nie ma się czego obawiać.

‒ Mam prawo do obaw – powiedział z goryczą. – Klątwa pięknej kobiety zdecydowała o upadku moich przodków.

Zmusiła się do śmiechu. Piękna kobieta?

‒ Udowodnijmy, że to nieprawda, a uwolni się pan od tej klątwy.

Przechylił głowę na jedną stronę, jakby ważąc jej prośbę, a potem ujął ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Była zbyt zauroczona, by zauważyć zdumione spojrzenia spoza pleców otaczających ich ochroniarzy, a on zdawał się nic z nich nie robić.

‒ Intrygujesz mnie, Jasmine Nichols.

‒ Czy to źle?

Cofnął się o krok i najwyraźniej podjął decyzję.

‒ Nie jestem pewien, ale pewnie się dowiem. Chodźmy.

Reyes Navarre odetchnął głęboko.

Co też mu przyszło do głowy? Od czasów Anaïs nie zachował się tak nierozważnie. Okres beztroskich znajomości na jedną noc zakończył pięć lat temu, kiedy przekonał się na własnej skórze, jak dwulicowe potrafią być kobiety.

Dziś żałował, że jego ojciec nigdy nie dowiedział się prawdy. Że kobieta, którą zamierzał poślubić jego syn, okazała się równie przebiegła i wiarołomna, jak jego matka.

Ukradkiem zerknął na swoją towarzyszkę. Delikatny zapach jej perfum przesycił powietrze w limuzynie.

Czemu właściwie Jasmine Nichols tak go zaintrygowała? Może po prostu dlatego, że opuścił Santo Sierra po raz pierwszy od ponad roku? Czy też był to skutek ulgi, że po miesiącach trudnych negocjacji Mendez w końcu zgodził się podpisać traktat handlowy? W końcu musiał pozwolić sobie na moment odprężenia od ciągłej goryczy i wzajemnych oskarżeń?

Wcisnął guzik interkomu.

‒ Zawieź nas na łódź – polecił kierowcy.

Jasmine odwróciła się do niego.

‒ Nie pojedziemy do hotelu? – Jej głos drżał lekko.

Uśmiechnął się z przymusem.

‒ Wolałbym wypić obiecanego drinka przed przyjazdem do hotelu.

‒ I naprawdę zabiera mnie pan na swoją łódź? – spytała z nutą zaciekawienia.

Dlaczego właściwie postanowił zabrać ją na jacht, zamiast do królewskiego apartamentu w Four Seasons? Może miał nadzieję, że od razu poprosi o odwiezienie do hotelu?

Od lat niewiele myśli poświęcał kobietom, a odkąd zaczął pracować nad traktatem handlowym z Valderrą, nie myślał o nich wcale. Ale wysiłek w końcu się opłacił.

Wciągnięcie do negocjacji Mendeza z Valderry miało zaowocować tak bardzo potrzebnym ekonomicznym boomem w jego kraju. Dokument miał zostać podpisany następnego dnia. Negocjacje były trudne. Mendez wysuwał ekstrawaganckie żądania, jak na przykład ten dzisiejszy bankiet dla uhonorowania jego urodzin. Reyes początkowo wzdragał się przed uczestnictwem w ceremonii, później jednak zmienił zdanie, bo przypuszczalnie Mendez skorzystałby z każdego pretekstu, by nie podpisać traktatu.

Jasmine siedziała obok niego w milczeniu. Wspomnienie dotyku jej skóry kiedy przytrzymał ją na balkonie, powróciło z nową siłą i Reyes też zacisnął dłonie na kolanach.

Wystarczyło jedno spojrzenie na nią, by gmach narzuconego sobie celibatu zaczął się chwiać. Przez cały czas trwania bankietu nie był w stanie oderwać od niej wzroku, a przecież z zasady wystrzegał się takich przygód.

Stali już przy nadbrzeżu, gdzie cumował jego oświetlony jacht. Celowo z dala od jachtu brata, żeby nie prowokować zainteresowania mediów.

W przeciwieństwie do Mendeza, Reyes dbał o swoją prywatność, od rozgłosu wolał samotność i ciszę. Dlaczego więc zdecydował się zaprosić na pokład zupełnie obcą osobę?

Spojrzał na Jasmine, która uśmiechnęła się nerwowo.

‒ Jeszcze możesz zmienić zdanie – powiedział bardziej szorstko, niż zamierzał.

Może dlatego, że nie chciał się z nią rozstawać.

‒ Nie – odparła stanowczo. – Umowa jest umową. Tylko nie wiem, jak miałabym postawić ci drinka, skoro będziemy na twojej łodzi.

Odetchnął z ulgą i kiwnął na ochroniarza, któremu podał walizeczkę z traktatem. Potem wyciągnął dłoń do gościa.

‒ Zastanowimy się nad tym na pokładzie.

Podała mu rękę, więc pomógł jej wysiąść i przeszli kilka kroków, kiedy poczuł jej opór.

‒ Zaczekaj. Nie dam rady.

Głęboko rozczarowany puścił jej dłoń. Najwyraźniej od jego ostatniego związku świat nie zmienił się za bardzo. Kobiety nadal uprawiały erotyczne gierki w nadziei, że upór doda im atrakcyjności w oczach płci przeciwnej.

Kiwnął na kierowcę, który natychmiast stanął obok niego.

‒ Zostaniesz odwieziona do hotelu. Baw się dobrze w Rio. – Odwrócił się, nie chcąc pokazać, jak bardzo jest rozżalony.

 

‒ Źle mnie zrozumiałeś. Nie zmieniłam zdania w kwestii drinka.

Odwrócił się gwałtownie.

‒ Więc?

‒ Jak już ci mówiłam, źle się czuję na łodziach, ale chciałam zrobić wyjątek… tylko ten jeden raz. Jednak nie dam rady wejść na pokład w tych butach.

‒ Nie rozumiem…

‒ Jest mi w nich strasznie niewygodnie. Pomożesz? – Wyciągnęła do niego rękę.

Kiedy ją ujął, wyczuł na dłoni cienką bliznę. Chciał zapytać, skąd się wzięła, ale jego uwagę przykuły jej stopy. Były małe, ale ładnie ukształtowane, z różowymi paznokciami.

Zrzuciła buty i razem ruszyli do trapu.

Wprost namacalnie czuł, jak z pleców zsuwa mu się duży ciężar. Wziął od niej buty i weszli na pokład, a potem do dużego, otwartego salonu. Był ciekaw jej reakcji.

Widywał już zazdrość wyraźną lub skrywaną za udawaną obojętnością. Jasmine zachowała się jak dziecko – nie kryła zachwytu na widok polerowanego drewna, złotych zdobień i błękitnych królewskich monogramów.

‒ Fantastyczne! – Obeszła salon i przysiadła na brzegu masywnej sofy.

Poczuł dreszcz podniecenia. Kremowa skóra dziewczyny lekko muśnięta opalenizną lśniła w świetle lamp pokładu. Miał ochotę jej dotknąć, ale jeszcze się wstrzymywał.

Będzie na to czas później. Bo bez wątpienia zamierzał zrobić coś, czego wcześniej unikał, czyli zaangażować się w jednonocną przygodę. To nie mogło być nic więcej, ale nie chciał niczego przyspieszać.

Rankiem sfinalizuje podpisywanie traktatu, co zapewni Santo Sierra ekonomiczną pomyślność. Teraz jednak…

‒ Myślę, że czas na drinka, prawda?

Jasmine z ulgą powitała zmianę nastroju. Przez chwilę miała wrażenie, że gospodarz rzuci się na nią i pożre na miejscu.

‒ Bardzo chętnie.

Podszedł do lśniącego drewnianego barku, z wprawą odkorkował butelkę wina i nalał dwa kieliszki. Podał jej jeden i usiadł obok, wyciągając przed siebie długie nogi.

‒ Za co wypijemy?

‒ Mmm… może za postęp w podpisywaniu traktatu?

Wspomnienie o traktacie pomogło jej trzymać się w ryzach i przypomniało, dlaczego tu jest.

Uśmiechnął się z wyraźną dumą.

‒ Bardzo dziękuję.

‒ Udało się osiągnąć założone cele?

Był bardziej rozmowny, niż wskazywałaby jego zwyczajowa powściągliwość.

‒ To była długa i trudna batalia, ale prawie dobiegła końca. Jutro o tej porze sfinalizujemy poważną umowę handlową pomiędzy naszymi królestwami, jakiej mój naród potrzebował od dłuższego czasu.

‒ W takim razie powinieneś teraz świętować sukces. Dlaczego wyszedłeś?

‒ Nie lubię tłumów.

‒ Rozumiem. Ja też – odparła z uśmiechem. – Zresztą, kto to lubi poza gwiazdami rocka? – zażartowała, zadowolona, że i on się uśmiecha.

‒ A ciebie co skłoniło do samotnego przyjazdu do Rio? Karnawał skończył się miesiąc temu.

Zmusiła się do zachowania swobody, ale przez chwilę zastanawiała się, czy mógł odgadnąć prawdę o niej.

‒ Nie miałam wakacji od lat, więc wykorzystałam nadarzającą się okazję.

‒ I przypadkiem udało ci się zdobyć zaproszenie na przyjęcie urodzinowe księcia Valderry? – spytał z niedowierzaniem.

‒ Oczywiście, że nie. Firma brokerska, dla której pracuję, od jakiegoś czasu śledziła negocjacje pomiędzy Santo Sierra i Valderrą. Kiedy jeden z moich klientów zaofiarował mi zaproszenie, pomyślałam, że warto się o nich czegoś więcej dowiedzieć.

‒ I dowiedziałaś się?

Pokręciła głową.

‒ Tylko tego, co przekazano prasie, co zresztą, z brokerskiego punktu widzenia, jest bardzo interesujące.

‒ Chciałabyś wiedzieć więcej? – spytał ostro. – Szukasz informacji z pierwszej ręki?