Sezon drugi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

S01E02

SARA

Kamerzysta i dźwiękowiec wymieniają z nami uściski rąk. Adam poklepuje ich po plecach, jakby byli najlepszymi kumplami. Podążam za spojrzeniem Vogla. Prezes łypie w stronę pomieszczenia oddzielonego szybą od tego, w którym jesteśmy.

– Realizatorka – wyjaśnia, czując mój wzrok. – Moim zdaniem wypadliście świetnie, ale człowiek, który tam siedzi, to najlepszy specjalista. Ściągnąłem go z emigracji z Frankfurtu – dodaje z dumą. – Potrafi w ułamek sekundy ocenić, czy ktoś nadaje się do występowania przed kamerą. A muszę wam zdradzić, że są ludzie, których obiektywy po prostu nie cierpią.

A więc właśnie jesteśmy poddawani ostatecznej weryfikacji. Cholera.

Udzielając kilkuminutowego wywiadu, zachowywałam się naturalnie, lecz nie przykładałam do tego większej wagi. Sądziłam, że to tylko jakiś materiał pro forma. Nadal mówię nieco piskliwiej niż normalnie, ale to pewnie zrozumiałe. Mam taką nadzieję.

Adam wydaje się w ogóle nie przejmować. Rozgląda się z zainteresowaniem po niewielkim studiu, w którym znajduje się sprzęt wartości dorobku całego mojego życia. Udzielając wywiadu, dowcipkował i pajacował. Swoim zachowaniem mógł wszystko zepsuć. Zastanawiam się, czy jesteśmy oceniani jako para czy oddzielnie. Niby w programie mamy egzystować jako system naczyń połączonych, ale w końcu każdego z nas można wymienić. Nie sądzę, żeby podania rozpatrywano łącznie, łącząc ludzi od razu w pary. Choć może właśnie do tego służył ten durny kwestionariusz osobowy?

Zdaję sobie sprawę, że z naszej dwójki to ja jestem słabszym ogniwem. Nie potrafię sypać żartami ani nie mam daru zjednywania sobie ludzi. Większość znajomości utrzymuję jeszcze z dzieciństwa. Moje relacje rozwijały się powoli i bez eksplozji. Jestem zdystansowana – żadnej z tych cech nie ukrywałam w formularzu, ale też specjalnie się nimi nie chwaliłam. Powiedzmy, że dokonałam drobnej cenzury.

Broń Boże, nie koloryzowałam!

– Nie stresuj się – uspokaja mnie Adam. – Wypadłaś tak, jakby cię poczęto na scenie. Albo przynajmniej w kuluarach. Twoi rodzice musieli być wielkimi aktorami.

– Nie stresuję się – kłamię. – Będzie, co ma być.

– Będzie, co ma być – podłapuje Vogel. – Ten program mógłby mieć właśnie taki podtytuł. Dlatego panią wybrałem.

Mimo mojego pytającego spojrzenia Vogel nie rozwija tematu. Mam wrażenie, że przejrzał moje myśli na wylot. Ukradkiem zerka na elegancki zegarek z czarnym cyferblatem, po czym ponownie odwraca się do realizatorki. Stoi zamyślony i wyprostowany, podobny do postaci z Wędrowca nad morzem mgły Caspara Friedricha. Zawsze lubiłam ten obraz. Ułożyłam do niego kilka kompozycji, ale nigdy nie uznałam ich za dość dobre, by komukolwiek je zaprezentować.

Kiedy się stresuję, uciekam myślami do muzyki.

Mężczyzna w realizatorce wstaje z fotela i podchodzi do szyby. Serce bije mi coraz mocniej. Nawet Adam zamiera w bezruchu.

Nagle frankfurcki eksemigrant unosi dłoń. Niczym Cezar obraca powoli do góry kciuk.

– Brawo – kwituje ten gest Vogel. – Nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości.

Po chwili znów jesteśmy w jego ogromnym gabinecie. Prezes zasiada za biurkiem, a my na fotelach, które zapomniały już o naszym cieple. Nad Warszawą przesuwają się kłębiaste chmury.

Nieco zeszło ze mnie powietrze, lecz nadal się stresuję. Dopóki nie podpiszę żadnych dokumentów, dopóty nie uwierzę w swoje szczęście.

Adam nagle delikatnie klepie mnie w kolano i się uśmiecha.

– Przy tobie nie mogłem wypaść źle – odzywa się całkiem poważnie. – To był mój pierwszy wywiad w życiu i wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Gdyby nie ty…

Przerywa, usłyszawszy chrząknięcie Vogla. Prezes wyciąga z szuflady kolejne pliki kartek i układa je na biurku. Pedantycznie. Jedne obok drugich w niemal równych kupkach.

– Przejdźmy do kolejnego etapu – mówi, bębniąc palcami w ostatni z arkuszy. – To regulamin, o którym rozmawialiśmy. Aby program doszedł do skutku, będziecie musieli go zaakceptować. – Spogląda najpierw na mnie, potem na Adama i znów na mnie. – Bez żadnych zastrzeżeń, rzecz jasna. Z góry ostrzegam, że postanowienia nie podlegają negocjacjom.

6

S02E03

EWA

Zachowuję się, jakbym wygrała cały show, i co chwilę się za to ganię. Nie mogę być przesadną optymistką. Takie podejście sprawia, że ewentualne rozczarowania bolą jeszcze bardziej. Powinnam znaleźć złoty środek. Cieszyć się z tego, dokąd zaszłam, i mobilizować na przyszłość. Chciałabym teraz porozmawiać o tym z terapeutą.

Musisz nauczyć się sama, beze mnie, oceniać sytuację. Musisz wziąć odpowiedzialność za własne decyzje.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

„Prawie wygrałam”, brzmi lepiej niż „zostałam wybrana spośród kandydatów aplikujących do tajnego projektu i mam potencjalną możliwość zgarnięcia sumki, która ustawi mnie na wiele lat, a przynajmniej postawi mnie na nogi”.

Prawie wygrałam.

Kiedy czytałam zaproszenie do udziału w projekcie, w ogóle się na to nie nastawiałam. Dlatego moja radość jest tak wielka. Gdybym nie dostała tej wiadomości, nie przeżyłabym również rozczarowania. To było właściwe nastawienie.

Teraz znalazłam się na innym etapie…

Zgodnie z treścią zaproszenia zostało ono skierowane do wybranych drogą loterii osób, ale nie chce mi się w to wierzyć. Tam, gdzie pojawiają się takie pieniądze, nie istnieje przypadkowość. Nie mam jednak czasu zastanawiać się, dlaczego zaproszenie trafiło właśnie do mojej skrzynki.

O programie nie powiedziano ani słowa w telewizji ani nie przewinęła się żadna reklama w innych mediach. Przynajmniej żadnej nie widziałam. Producent zastrzegł, że najważniejsze jest zaskoczenie odbiorców. Dlatego prosił o utrzymanie, w miarę możliwości, sekretu. Pomyślałam, że to mógł być pierwszy test i dopóki nie dostałam esemesa w kawiarni, dopóty nie puściłam pary z ust. Zresztą komu miałabym o tym mówić?

Ostatni raz zerkam na swoje odbicie w lustrze. Niebieska sukienka w pudrowe kwiaty, talia ściągnięta brązowym, skórzanym paskiem, buty na niezbyt wysokim obcasie. To najlepsze ciuchy, które mam, i czuję się w nich najpewniej. Nadal nie lubię patrzeć na swoją twarz. Wiem, że mogę uchodzić za ładną, ale już nie tak ładną jak pięć czy dziesięć lat temu.

Mam trzydzieści jeden lat i sporo przeszłam.

Przygładzam odstający pukiel blond włosów. Przynajmniej minęły już czasy, gdy taki ruch pociągał za sobą wyrwanie połowy z nich. Mogę powiedzieć, że jest dobrze.

Jest nieźle – nigdy nie bądź przesadną optymistką.

Sięgam po flakonik perfum Bohoboco sea salt carmel. Dostałam je w poprzednim życiu, ale nie potrafiłam się z nimi rozstać. Nie używałam ich przez wiele miesięcy. Teraz spryskuję się nimi i od razu uświadamiam sobie, że pasują idealnie. Są takie jak ja. Słono-słodkie. Jak łzy, które skapnęły do posłodzonej pięcioma łyżeczkami cukru kawy. Od razu czuję się lepiej. O dziwo, zapach nie przywołuje wspomnień, a tworzy mnie całkowicie na nowo.

Po niespełna godzinie, wciąż czując przyjemny aromat, zatrzymuję się przed odrestaurowaną kamienicą. Zerkam na tabliczkę z adresem i porównuję ją z danymi spisanymi z maila. Wszystko się zgadza. Jestem na miejscu.

Rozglądam się za jakimkolwiek szyldem, lecz niczego takiego tu nie ma. Spodziewałam się przeszklonego biurowca, a wchodzę na niewielkie podwórze. Przy klatce schodowej są numery mieszkań. Naciskam guzik domofonu i niemal natychmiast słyszę brzęczyk.

Lokal znajduje się na parterze. W przedpokoju umieszczono niewielką recepcję, za którą siedzi elegancko ubrane dziewczę. Ma włosy tak mocno ściągnięte w kitę, że z pewnością przy robieniu tej fryzury ryzykowała zdjęciem sobie skalpu.

– Pani Witter – rzuca, jakby czekała tylko na mnie. – Zapraszam.

Podrywa się od biurka, naciska dzwonek, który brzęczy gdzieś w głębi lokalu, i się uśmiecha. Przez kilkanaście sekund stoimy w całkowitej ciszy.

Nagle otwierają się drzwi jednego z pomieszczeń i w progu staje postawny, całkowicie łysy mężczyzna. Ma eleganckie okulary w złotych oprawkach. Prążkowany garnitur leży na nim całkiem nieźle, ale widać, że nie został uszyty na miarę.

– Tomasz Rylski – przedstawia się, delikatnie kiwając głową. – Zapraszam.

Staje w progu i gestem pokazuje, bym poszła przodem. Staram się zachować spokój. Przechodzę tuż obok niego, po czym znajduję się w przestronnym gabinecie. Pomieszczenie przypomina sztampową kancelarię adwokacką. Ciężkie, rzeźbione meble, zastawiony teczkami stół, grube zasłony w oknach, staroświecki żyrandol. Do tego ściany pomalowane na ciemnobutelkowy kolor dodają wnętrzu ponurości. Mimo że pomieszczenie ma co najmniej dwadzieścia metrów kwadratowych powierzchni i ponad trzy wysokości, czuję się w nim klaustrofobicznie.

– Jestem zastępcą pana Vogla. – Rylski odsuwa mi fotel i czeka, aż usiądę. – Prezes jest szalenie zapracowany, a poza tym… wolał się tu nie pojawiać.

– Wolał się nie pojawiać? – dziwię się.

– Tak, tak…

Rylski siada naprzeciw mnie i podciąga mankiety marynarki, odsłaniając złote albo pozłacane spinki. Nagle się reflektuje. Uśmiecha się przepraszająco i wzdycha jak najbardziej zapracowany człowiek świata.

– Kawy? Herbaty?

Kręcę głową. Chcę jak najszybciej przejść do konkretów. Poza tym boję się, że po łyku czegokolwiek skończyłabym w toalecie.

– Dziękuję. Przed przyjściem wypiłam wielkie cappuccino.

– Gdyby tylko pani miała ochotę… – Rylski wskazuje na ukrytą wśród papierów tacę z czekoladkami. Wyprostowuje się i przez kilka sekund uważnie mi się przygląda. – Przede wszystkim jestem niezmiernie zadowolony, że odpowiedziała pani na nasze zaproszenie. Muszę przeprosić za te nietypowe warunki jak na firmę producencką, ale… – mężczyzna poufale zniża głos – to nasze biuro przygotowane tylko do tego programu. Działamy bardzo nietypowo, licząc na wielkie zyski. W związku z tym wyjątkowo rygorystycznie dbamy o tajemnicę.

 

– Dlatego nie było żadnego szyldu…

– Zgadza się. W czasach internetu plotki roznoszą się w błyskawicznym tempie, a konkurencja czuwa.

– To zrozumiałe – odzywam się nieco bez sensu.

Rylski splata dłonie i pochyla się nad biurkiem. Wydaje się nieco skrępowany albo to jedynie sprytna gra.

– Przed panią leży dokument zobowiązujący do zachowania pełnej poufności. Dotyczy wszystkiego, czego zaraz pani się dowie o programie, jego formule i tak dalej, i tak dalej… Sankcją jest…

Nim Rylski kończy, podpisuję dokument przygotowanym już długopisem. Co prawda do tego klimatu bardziej pasowałoby pióro, lecz… jeśli się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

– Dziękuję. – Mężczyzna nieco zbyt śpiesznie sięga po kartkę i upewnia się, że złożyłam podpis. Na jego twarzy pojawia się uśmiech ulgi. Ponownie się prostuje, po czym energicznie klaszcze. – No dobrze. Czas przejść do konkretów. Wytypowaliśmy naszym zdaniem najlepszą parę. Czas, abyście się poznali…

7

S01E03

SARA

– To wszystko bardzo skomplikowane, ale naprawdę wiele inwestujemy w ten program. Nasza formuła jest unikalna. Chcemy pobić oglądalność podobnych produkcji nie tylko z krajowego rynku, ale w ogóle. Nasz cel to nawet pięćdziesiąt procent widzów.

Vogel milknie i przenosi wzrok gdzieś za okno. Sprawia wrażenie, jakby czerpał siłę z tej rozległej panoramy. Jakby miejsce, w którym siedzi, dawało mu moc panowania nad wszystkim, co znajdowało się w dole.

– Państwo liczą na gigantyczną nagrodę – odzywa się wciąż odwrócony do nas bokiem – a my liczymy na gigantyczne zyski. Gi-gan-ty-czne – sylabizuje. – Tak to się kręci. Jesteśmy dwiema stronami tego samego medalu.

– Więc co z tym regulaminem? – dopytuje Adam. – Naprawdę powinniśmy się go bać? Czuję, że pot zebrał mi się już na gumce majtek, a my tu jeszcze o dwóch stronach medalu, waletach i tak dalej…

– Cierpliwości, panie Adamie. Zaraz wszystko będzie jasne. Proszę spojrzeć na opanowanie pańskiej towarzyszki. Będziecie doskonałą parą.

Ta, jasne… – dorzucam w myślach. Staram się jednak uśmiechnąć. Wypada to sztucznie, więc ponownie przybieram normalny, zaciekawiony wyraz twarzy. Uważnie słucham, lecz się nie wychylam.

– Odraczanie gratyfikacji – rzuca Vogel.

– Coś, co ma nam podnieść adrenalinę, niekoniecznie stanowi gratyfikację – wtrącam swoje trzy grosze i natychmiast tego żałuję. Policzki płoną mi ze wstydu. Mimo to Vogel zerka na mnie z uznaniem.

– Och, właśnie dlatego tak mi się pani spodobała. Niektórzy wydają fortunę, aby skoczyć ze spadochronem albo przejechać się na diabelskim młynie. Prawda, panie Adamie? – Mężczyzna znacząco odchrząkuje. – Osobiście nie do końca to rozumiem, ale… uwielbiam takie kobiety za ich zdrowy rozsądek. Stanowią doskonałe dopełnienie zdziecinniałych mężczyzn.

Adam chyba nie łapie, że ta uwaga odnosi się bezpośrednio do niego. Chichocze.

– Wróćmy jednak do sedna – ciągnie biznesmen. – Przed omówieniem regulaminu mam jeszcze jedną sprawę.

– Tak?

– Chodzi o klauzulę tajności. – Vogel przesuwa w naszą stronę kolejne dokumenty. – To bardzo ważne na wypadek, gdybyśmy nie porozumieli się w sprawie realizacji programu. Nie możecie nikomu powiedzieć o regulaminie. To nakaz producenta i kolejne wymagania naszych prawników.

Adam rzuca okiem na kartkę i przeczesuje palcami swoją jasną czuprynę.

– To szaleństwo. Mamy utajniać, że coś utajniamy? Nie przesadzacie?

– Bynajmniej.

– Ale…

– Zdradzę coś panu. – Vogel splata dłonie na piersi i spogląda prosto w oczy Adama. – Nigdy, ale to nigdy nie kłócę się ze swoimi prawnikami.

Adam wybucha nerwowym śmiechem.

– No tak. Przezorny zawsze ubezpieczony. Święta racja, święta racja…

Wciąż rechocząc, bierze pióro i kreśli na dokumencie krzywy podpis. Chwilę później robię to samo. Niemal bezwolnie poddajemy się wszelkim poleceniom Vogla. Nie mam pojęcia, czy to siła jego osobowości, czy niewyobrażalnych dla mnie pieniędzy.

8

S02E04

EWA

– Michał Ulm. – Szczupły brunet ze zmierzwionym zarostem ściska moją dłoń. Uśmiecha się, taksując mnie od stóp do głów. Nie kryje się z tym. – No proszę. Co za przyjemność.

– Wzajemnie – odpowiadam kurtuazyjnie.

– Dobre dobrego początki.

– Zdaje się, że to leciało inaczej – wtrąca się Rylski. – Ale niech właśnie tak będzie. Siadajcie państwo.

Lokujemy się na fotelach i na chwilę zapada cisza. Gdzieś za oknem rozlega się stukot tramwaju. Rylski ślini opuszki palców i metodycznie przekłada papiery. Szuka czegoś. Nagle wyciąga złożoną w pół kartkę, po czym ją rozprostowuje.

– O właśnie – szepcze. – Wreszcie znalazłem. Nie cierpię pracować poza swoim biurem.

Michał i ja milczymy. Jak zaklęci wpatrujemy się w stos dokumentów.

– Prezes Vogel ma specyficzny rytm pracy i autorski system porządkowania dokumentów. Nikt poza nim nie jest w stanie się w nim połapać. Choć może… – Rylski kiwa głową, wyciągając kolejną kartkę – może właśnie o to chodzi. To jak zakładanie hasła dostępu do komputera.

– Zorganizowany chaos – mamroczę, powtarzając słowa terapeuty. – Coś, co cechuje geniuszy.

– Świetnie – wtrąca Michał. – Jestem geniuszem. Właśnie takiego potwierdzenia szukałem.

– To tylko jedna z wielu cech – rzucam z udawaną zaczepnością. Czuję się coraz swobodniej i niedawne skrępowanie całkowicie ze mnie ulatuje. W końcu nie mogę nic stracić, a jedynie zyskać. Muszę być sobą. – Bywają też genialni pedanci.

– Zaliczasz się do nich?

– Może… Może się o tym przekonasz.

Michał chce coś powiedzieć, lecz Rylski znacząco szeleści papierami.

– Ze względu na tajną koncepcję programu – odzywa się i na chwilę zawiesza głos – nie wszystko, co znajdowało się w naszym zaproszeniu, było prawdą.

W oddali znów słyszę przetaczający się tramwaj. Kilka pięter wyżej ktoś się kłóci. Trzaskają drzwi.

– Nie do końca prawda? – powtarza jak papuga Michał. – Co ma pan na myśli?

– Kilka szczegółów.

– Więc dlaczego…

– Wyemitowaliśmy już pierwszy sezon tego programu. Zapewne kojarzycie państwo tytuł Za wszelką cenę.

Wymieniamy z Michałem porozumiewawcze spojrzenia. Boże. Nie wierzę w to, co słyszę. Mogłabym się założyć, że to jakiś żart. Mimo że wtedy, gdy Za wszelką cenę stało się hitem, tkwiłam w alternatywnej rzeczywistości, dotarły do mnie głosy o jego popularności.

Michał również wydaje się skołowany. Splata dłonie i kręci kciukami młynka. Odchrząkuje nerwowo.

– Słyszeliście o nim? – Rylski ni to pyta, ni stwierdza. – Oglądalność pobiła wszelkie przypuszczenia. Zgarnęliśmy widzów niemal w każdym wieku i o każdej porze emisji.

– To reality show – stwierdza Michał. – Nieco się różni od talk show, o którym pisaliście…

Rylski uśmiecha się drapieżnie. Skóra na jego łysej głowie się marszczy. Spogląda na nas ponad oprawkami okularów.

– Tak. W skrócie fabuła bazowała na schemacie pary nieznajomych, która miała zachowywać się jak małżeństwo i podlegać ścisłemu regulaminowi. Nagroda była uzależniona od tego, że nie złamią jego żadnego punktu. – Producent znacząco wydyma usta. – Drugą kwestią był czas. Po przetrwaniu siedmiu tysięcy godzin mogli zdobyć po milionie złotych.

Przypominam sobie o wspomnianych kilku dniach zdjęciowych.

– Siedem tysięcy godzin? – Staram się to szybko przeliczyć na doby, ale matma nigdy nie była moją mocną stroną. – Ile to dni?

– Lepiej brzmi podane w miesiącach. – Michał głośno wypuszcza powietrze. – O ile dobrze liczę, około dziewięciu miesięcy.

Rylski kiwa głową. Poprawia okulary i opiera obie dłonie na blacie biurka. Przypomina komiksowego buldoga, któremu brakuje fajki w kącie ust. No, może jest do tej roli nieco zbyt chudy.

Absurdalność tego skojarzenia wywołuje mój uśmiech. Mam wrażenie, jakby wydarzenia działy się gdzieś poza mną. Jakby czas płynął, a ja zatrzymałam się w próżni.

– W tym sezonie dokonaliśmy pewnych zmian – ciągnie Rylski. – Siedem tysięcy postanowiliśmy zastąpić dokładnie ośmioma tysiącami siedemset sześćdziesięcioma godzinami. Innymi słowy, równym rokiem przebywania w naszym ośrodku.

– O kurwa… – wyrywa się Michałowi.

– Nagrodą nie będzie też wspomniane w zaproszeniu kilkaset tysięcy złotych. Milion z pierwszego sezonu to także zbyt mało. Łączna suma co prawda nadal wynosi milion, ale… tym razem euro. To chyba kusząca propozycja?

9

S01E04

SARA

1. Nie będę miał(a) przed widzami żadnych tajemnic.

– Żadnych tajemnic? – pytam skonsternowana.

Decydując się na udział w programie, wielokrotnie zastanawiałam się nad tą kwestią. Czy dzieląc się z całym światem swoim codziennym życiem, nie przekroczę jakiejś granicy? Nie skrzywdzę samej siebie? To ekshibicjonizm, a ja wstydzę się nawet zarysu majtek prześwitującego spod zbyt cienkich spodni.

Mimo to plusy przeważyły nad minusami. Muszę się przełamać. To moja największa szansa.

Jedyna szansa – poprawiam się natychmiast.

Myślałam nad tym tak wiele razy, że nie mam już żadnych wątpliwości.

– To pierwszy, bardzo ogólny zapis – wyjaśnia Vogel. Nagle jego ton zmienia się w bełkot urzędnika. – Nasi prawnicy uznali, że kolejne go konkretyzują, co swoją drogą stanowi interpretację na waszą korzyść. Zostało jednocześnie wyrażone wprost w punkcie…

Mężczyzna marszczy brwi i przesuwa palcem wzdłuż strony.

– Obawa zdradzenia tajemnic potwierdza ich istnienie. – Adam spogląda na mnie filuternie. Gdy się odwracam, puszcza mi oko. – Nie znam się na tym, ale mówią, że kobieta bez tajemnic to żadna kobieta. Ajć… – Zbyt późno przetrawia to, co właśnie powiedział. – Nie chodzi mi o to, że z tego programu wyjdziesz jako żadna kobieta, ale…

Milknie zmieszany. W tym momencie po raz pierwszy czuję do niego cień sympatii. Nie jest tylko głupawym dowcipnisiem, ale potrafi się również zreflektować. A to już coś. W jego błękitnych oczach widzę autentyczne skrępowanie. Boi się, że mogłabym się obrazić, a to paradoksalnie dodaje mi sił.

– Mam parę sekretów, których nie zdradzę nawet, jeśli będę przypiekana na stosie – mówię na tyle głośno, by zwrócić uwagę Vogla. – Nie wiem, jak skrupulatnie działa wasz wywiad, ale chyba pan rozumie, że…

Prezes odrywa wzrok od regulaminu i spogląda na mnie surowo niczym nauczyciel na niesfornego ucznia. Natychmiast zapadam się w sobie.

– Już powiedziałem, że te punkty nie podlegają negocjacjom. Formuła programu przewiduje, że widzowie będą mogli zapytać dosłownie o wszystko. – Vogel podnosi palec. – Bez obsceniczności i im podobnym, rzecz jasna.

Błyskawicznie robię rachunek sumienia. Prawdę mówiąc, spodziewałam się takiego obrotu spraw. Przewidywałam go i kalkulowałam. Wiem, że swoje sekrety będę potrafiła zachować tylko dla siebie. Nikt nie mógł się o nich dowiedzieć.

– Może przejdziemy do kolejnych punktów – proponuję, zdobywając się na uśmiech. – Skoro tak musi być…

Prezes z ulgą kiwa głową. Przygładza dłonią srebrzyste włosy na prawej skroni. Jego złoty sygnet z czarnym kamieniem, na którym wygrawerowano chyba jakiś herb, błyska z daleka.

2. Wszelkie wydarzenia z mojego życia, do których dotrze producent, mogą zostać upublicznione

– To właśnie ta konkretyzacja, oparta, jak państwo widzicie, na naszych danych.

– Zapewne chodzi o to, co przekazaliśmy wam w ankiecie? – pyta Adam.

– Między innymi. Przyznaję też, że prowadziliśmy działania wywiadowcze w internecie, na waszych kontach społecznościowych, w serwisach z ofertami pracy i im podobnych…

Czyli wielkie zero – kwituję w myślach. W internecie nie mogli znaleźć o mnie niemal nic.

– Pani Saro, możemy dalej?

Kiwam głową i w milczeniu czytam kolejne podpunkty.

 

3. Zgadzam się na udział w wywiadach oraz wszelkich działaniach marketingowych związanych z promocją programu w terminie i na warunkach uzgodnionych z producentem.

Nic strasznego.

4. Będę dbać o zdrowie zgodnie z wytycznymi sztabu medycznego ekipy programu. Ustalę z nim dietę z uwzględnieniem własnych preferencji. Producent zobowiązuje się dostarczać codziennie świeże produkty.

Ujdzie. W końcu lepiej, żeby wiedzieli, gdybym żywiła się tylko szampanem i kawiorem. Albo tym śmiesznym sardyńskim serem, który jadłam przed laty. W sumie to mogłoby być zabawne… Gdybym tak teraz…

5. Nie będę rozmyślnie utrudniał(a) funkcjonowania żadnej z kamer zainstalowanych na terenie produkcji (załącznik 1A).

6. Zobowiązuję się nie opuścić terenu produkcji (załącznik 1A) aż do upływu ostatniego dnia oznaczonego jako okres emisji. Chyba że…

– Okres emisji określa słowniczek, który znajdziecie państwo w punkcie trzecim umowy – wyjaśnia Vogel.

– To bardziej skomplikowane niż instrukcja rakiety kosmicznej – kwituje Adam.

Analiza kolejnych punktów regulaminu trwa dobre parę godzin. W międzyczasie dostajemy kawę oraz wegańskie ciastko bez glutenu (cokolwiek to znaczy). Na wtoczonym przez ochroniarza wózku stoją dwa mleczniki opisane dziwnymi nazwami. Wolę w to nie wnikać. Mamy do wyboru kilka rodzajów cukru oraz słodzików. Zapowiada się świetna zabawa…

W końcu nawet Adam wymięka z komentarzami. Vogel czyta, a my od czasu do czasu przytakująco kiwamy głowami. Pamiętam o rejestrujących wszystko kamerach i staram się nie ziewać.

Przy osiemdziesiątym punkcie Vogel dostaje chrypki. Odkasłuje i ukradkiem zerka na zegarek, ale zaraz wraca do lektury.

– To już prawie wszystko – oznajmia, podnosząc plik kartek i stuka nimi o blat. – Najgorsze już za nami, żyjecie państwo?

– Ledwo, ledwo. – Adam wzdycha. – Jeszcze kilka minut i głowa by mi eksplodowała jak popcorn w mikrofali.

– Prawie wszystko? – dopytuję.

Vogel podaje nam po jeszcze jednej kartce.

– Został ostatni punkt. Jest na tyle istotny, że, aby nie było wątpliwości, umieściliśmy go na odrębnej stronie.