Inna

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pamiętam smutny uśmiech, który przemknął przez jej twarz. Spojrzała na mnie i zaraz na powrót zajęła się przeglądaniem jednego z notesów. Naszego pierwszego wieczoru od tylu lat dowiedziałam się, że ona też przed czymś ucieka. W głębi duszy ucieszyło mnie, że tym czymś wcale nie jestem ja.

Teraz nie byłam już tego taka pewna. Jeszcze raz zaczerpnęłam głęboko powietrza i przebrałam dłonią po aksamicie fotela. Zamknęłam oczy. Nie musiałam już patrzeć na wiadomość, żeby ją odczytać. Każde ze słów wryło mi się głęboko w umysł.

„Tym razem to Izabela postanowiła umrzeć. Uprzejmie prosi, aby jej w tym nie przeszkadzać”.

29.08 14:01

@izakiziasmutaska

#tojużjestkoniec #niemajużnic Jeszcze się usłyszymy. Gdzieś.

[Komentowanie zostało zablokowane]

* * *

Standardowo w sprawach zaginięć policja działa ze sporą dozą wstrzemięźliwości. Przynajmniej tak ujął to aspirant (czy tam komisarz), który jako pierwszy przyjechał do mojego domu. „Wie pani, czasem nastolatkowie zachowują się tak, żeby zrobić wszystkim na złość”. Jasne, ale Iza ani nie była nastolatką, ani nie miała powodu robić wszystkim na złość.

Już nie.

Choć jestem sobie w stanie wyobrazić, że wyszła bez słowa, a teraz po prostu sprawdza moją reakcję. Obserwuje mnie. Bada. Już kursy psychologiczne ją zmieniły, ale pierwsze terapie uczyniły z niej całkiem innego człowieka. Dokładnie w ten sposób o tym opowiadała. A ja nie wiem, co miałabym o tym myśleć.

Duże, ciemne oczy policjanta lustrują mnie i przy okazji każdy szczegół salonu. To do niego zaprosiłam dwójkę funkcjonariuszy, ale młoda kobieta, pewnie jeszcze młodsza niż Iza, zapytała, czy mogłaby obejrzeć pokój mojej córki. Najpierw pomyślałam, że strasznie by ją to zezłościło. Ale przecież wszystko zaczęło się od niej. Nie chcę myśleć, że przez nią, lecz tak właśnie jest.

Elwira przed kwadransem wyszła, podtrzymywana przez Macieja. Zaproponowali, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby… No właśnie. Żeby co? Uprzejmie poprosiłam ich, aby po prostu zostawili mnie samą. Chciałam racjonalnie, krok po kroku wytłumaczyć wszystko policji. Nie potrzebowałam do tego dodatkowych słuchaczy. Poza tym wciąż wstydziłam się przed kimś przyznać, że skrzywdzona przez los prawie pięćdziesięciolatka randkuje jak gówniara. I to właśnie wtedy, gdy jej córka zostawia taką wiadomość.

– Nie ma pani wrażenia, że ten list – policjant potrząsa torebką, w której wylądowała kartka – jest tylko, przepraszam za słowo, dowcipem? Próbą zwrócenia na siebie uwagi?

Znowu traktuje Izę jak nastolatkę ze skłonnościami do cięcia się żyletką przy akompaniamencie gitarowych riffów i przyprawiającego o ciarki wokalu. Nerwowo zaciskam dłoń na rękojeści laski. Zastanawiam się, czy nie powinnam zaproponować herbaty lub kawy, ale to jest teraz nieważne.

– Panie aspirancie…

– Komisarzu.

– Przepraszam. Panie komisarzu… – Nie wiem, jak ubrać w słowa swoje myśli, więc po prostu zaczynam mówić. – Iza nie jest osobą, która chciałaby się zabić, i z całą pewnością ten list to nie wygłup.

Policjant kiwa ze zrozumieniem głową. Mam wrażenie, że to starannie wystudiowany ruch.

– Dlatego zajęliśmy się tą sprawą niezwłocznie – odzywa się po chwili. – Zgodnie z tym, co pani mówi, ta wiadomość mogła przeleżeć na biurku prawie dwa dni. To z jednej strony mnóstwo czasu, a z drugiej w takich sprawach nie zawsze trzeba się spieszyć.

– Chyba nie rozumiem.

– Osoby, które informują wszem wobec, że chcą popełnić samobójstwo, zazwyczaj wcale nie są do tego przekonane.

– Ale ona…

Przerywa mi machnięciem ręki. Przed trzema laty na ten gest od razu zareagowałabym dziką wściekłością i zwyzywała komisarza od niekompetentnych dupków. Tyle że to pogorszyłoby jedynie sytuację. Czegoś się jednak nauczyłam.

Policjant wyciąga z kieszeni notatnik w skórzanej oprawie i kładzie na nim długopis.

– Proszę podać mi numery jej przyjaciół i najbliższych znajomych.

Sięgam do kieszeni po telefon, ale to przecież bez sensu.

– Nie znam ich.

– A chociaż imiona?

– Nie miała ich za wielu. – Staram się sobie przypomnieć, kto był na wielkiej imprezie urodzinowej. To nie jest zbyt trudne. – Przychodzi mi na myśl tylko Natalia Krawczyk. Albo Krawczuk.

– Gdzie mieszka?

– Nie mam pojęcia… Wiem, że spotykały się od czasu do czasu na kawę, ale nie były jakimiś wielkimi przyjaciółkami.

Komisarz znowu kiwa głową. Zaczyna mnie to irytować.

– A mężczyźni?

– Nie – mówię z pełnym przekonaniem. – Nic o nich nie wiem, choć… – To smutne, że myślę o tym dopiero teraz. – Mogła ich przede mną ukrywać, nie zdziwiłabym się.

– Dlaczego?

– To skomplikowane… Ale czy mamy teraz czas wnikać w nasze relacje? Za przeproszeniem, gówno to pana obchodzi.

Naprawdę zaczynam się czuć bardzo sfrustrowana. Powoli dociera do mnie powaga sytuacji. Jestem totalnie skołowana, zaczyna mi się kręcić w głowie i muszę jak najszybciej łyknąć tabletkę. Iza nie wyszła z domu ot tak. Nie wywinęła mi głupiego żartu i nie zostawiła swoich pacjentów samym sobie. Przez ostatni rok robiła wszystko, żeby poukładać swoje życie. Już przeszłyśmy przez okres oddalenia i naprawdę nie miałyśmy powodu do tego wracać.

Nachodzi mnie jeszcze jedna myśl.

To, że jej list pożegnalny mógłby być zwykłym dowcipem, wcale mnie nie uspokaja. Właściwie to nawet gorzej. Jeśli założymy, że ktoś chciałby zrobić jej krzywdę, stawał się zupełnie nieuchwytny. Kilkoma zdaniami oczyszczał się ze wszystkich podejrzeń. Wszyscy, włącznie ze mną, skupiają się na tym, że Iza albo jest rozwydrzoną nastolatką, albo postanowiła się zabić. Nikt nie bierze pod uwagę innego scenariusza.

– Ona przed kimś uciekała – mówię, choć wiem, że tylko skomplikuję tym sprawę.

* * *

Przez następną godzinę ekipa policyjna rozrasta się do kilkunastu osób. Nie wiem, na co trafiła funkcjonariuszka buszująca w pokoju Izy, ale zdaje się, że to coś istotnego. Nikt mi nie chce o niczym powiedzieć.

Komisarz poinformował mnie tylko, że list trafił do analizy kryminalistycznej. Z jego twarzy nie mogłam wyczytać żadnej emocji, lecz kolejne pytania brzmią tak, jakbym to ja była główną podejrzaną. W sprawach zaginięć chyba często tak właśnie jest.

– Czy ostatnio się panie pokłóciły?

– Dlaczego czekała pani na jej powrót prawie czterdzieści osiem godzin? Córka wyszła bez słowa i nie wzbudziło to u pani żadnego niepokoju? Zdarzało się to już wcześniej?

– Nie wydaje się pani dziwne, że Izabela miała przed panią same tajemnice? Właściwie nie ma pani pojęcia o jej życiu prywatnym. Co się z nią działo przez prawie dziesięć lat?

– Czyli wysyłała jej pani co miesiąc przelew, ale rozmawiałyście jedynie od święta?

– Nigdy nie miałyście dobrych relacji? Wie pani, jak matka z córką: zwierzenia, sekrety, wspólne tajemnice…

– A pani… przepraszam, inaczej to ujmę. Czy Iza ma dobry kontakt z ojcem?

Niepokój coraz mocniej zaciska mi pętlę na gardle. Kolejne słowa wypowiadam piskliwym głosem, jak chłopiec przechodzący mutację. Trzęsą mi się ręce. Nogi mam zdrętwiałe. Tabletka na uspokojenie nic nie pomogła. Staram się tylko nie rozpłakać. Paznokcie wbijam już nie w skórzany splot laski, a we wnętrza dłoni. To trzyma mnie w świecie rzeczywistym. Przez tyle lat nie chciałam z nikim bliskości, bo bliskość zawsze przemienia się w żałobę i to był mój główny problem. A kiedy terapia i autoterapia zaczęły przynosić efekty, doigrałam się.

– Jej ojciec zginął, gdy miała niecały roczek – odpowiadam cierpko. – Raczej nie zdążyła nawiązać z nim specjalnych relacji. Nie sądzę, żeby w ogóle go pamiętała.

– Zginął?

Nic dziwnego, że gliniarzy nazywa się psami. Przy tym pytaniu nos komisarza zmarszczył się, jakby funkcjonariusz właśnie chwytał trop. Młoda matka, wdowa, a teraz – matka zaginionej. Odwracam się lewym profilem, bo prawe oko zaczyna mi łzawić. Po incydencie nawet rozpłakać nie mogę się synchronicznie. Spojrzenie komisarza przemyka po mojej opiętej na biuście bluzce.

– Popełnił samobójstwo.

– Przykro mi…

– Miał raka – wyjaśniam, siląc się na obojętny ton, a mimo upływu lat wspomnienia wracają z pełną mocą. – Walczył przez kilka miesięcy, ale nie było żadnych szans. Męczył się, a przede wszystkim sądził, że męczy wszystkich wokół. Zamiast tego wybrał garść tabletek i miękką pościel. Miał dwadzieścia siedem lat.

Nie wiem, jakie znaczenie ma informacja o wieku, w jakim mój mąż się zabił, ale po prostu muszę mówić. Przez kolejne lata pracowałam jak najęta. Robiłam wszystko, żeby zapomnieć. O nim, o małej Izie, o znajomych. Nie chciałam nikogo poznawać, przywiązywać się i po raz kolejny przeżywać bólu śmierci, rozstania lub czegokolwiek. To był jedyny efekt dwuletniej pomocy udzielanej mi wtedy przez psychiatrę.

Wiem też, że tego kłamstwa nikt nie zweryfikuje. Prawda jest bardziej skomplikowana. Mój mąż popełnił samobójstwo z zupełnie innego powodu. Pogrążył się w chorobie psychicznej. Rak był tylko wymówką. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że stanowi niebezpieczeństwo dla najbliższych. Poza tym, odkąd go poznałam, wspominał o genie samobójcy. O uwarunkowaniach do skończenia z życiem na własnych zasadach. Ale to nieistotne.

Syndrom pogłębionej żałoby – tak roboczo nazywano mój stan.

– Muszę zapytać o coś jeszcze . – Komisarz zamyka notatnik, jakby z góry znał odpowiedź. Wymienia porozumiewawcze spojrzenie z młodą policjantką i przystępuje do frontalnego ataku. – Czy pani córka mogła mieć jakichś wrogów? Wspominała pani, że musiała przed kimś uciekać, ale nie sprecyzowała, przed kim.

Mam cholerną ochotę na drinka. Szklankę wódki z sokiem cytrynowym. Albo samą szklankę wódki. Jeszcze chwila, a rozerwę pasy skóry aligatora na strzępy. Do łzawiącego prawego oka w samą porę dołącza lewe. Ocieram je wierzchem dłoni.

 

Sytuacja zaczyna mnie przerastać i próby zebrania się do kupy stają się coraz bardziej chaotyczne. Komisarz zdaje się to dostrzegać.

– Nie wiem, przed kim. – Pociągam żałośnie nosem. – Po prostu takie odniosłam wrażenie, a jak wspominałam…

– Będziemy musieli zabezpieczyć jej laptop – przerywa mi krępy funkcjonariusz. Wygląda jak jedna z tych kalek gęb kulturystów odlanych od matrycy sterydów. – Potrzebuję podpisu.

– Mojego? – upewniam się.

Tylko kiwa zlaną potem głową. Z trudem się podnoszę, jakby to on nie mógł podejść do mnie. Opieram się na lasce, a komisarz wyciąga w moją stronę rękę. Nie wiem, czy to odruch dobrego serca, czy próba wkupienia się w moje łaski. Jego mina przypomina o tym, że jest starym wyjadaczem, ale zarazem ma w sobie coś naturalnego.

– Dziękuję.

Mijam go i kuśtykając, idę do funkcjonariusza z laptopem zapakowanym w zamykaną folię. Wyciąga w moją stronę plik kartek. Trzyma palce dokładnie w miejscach, w których będę musiała się podpisać.

– Samobójstwo przenosi się w genach –szepcze komisarz do policjantki, ale wyraźnie słyszę jego słowa. – Jest coś takiego jak gen samobójcy, już dawno o tym czytałem.

„Sukinsyn”. Powstrzymuję się, żeby nie powiedzieć tego na głos. Dobrze zrobiłam, chowając drugi, najważniejszy laptop Izy w bezpiecznym miejscu.

* * *

Komisarz na odchodne wręcza mi swoją wizytówkę.

– Proszę dzwonić o każdej porze – mówi, siląc się na uśmiech.

Po tym, co usłyszałam, mam co najwyżej ochotę dać mu po gębie. Po tym, jak jego wzrok kolejny raz przesuwa się po moim biuście, najchętniej bym go opluła. Dała kopniaka i zatrzasnęła drzwi. Tyle że teraz prędzej mogę okładać kogoś laską niż rozdawać kopniaki. Drobna różnica.

– Oczywiście – zapewniam. – Będę o tym pamiętała.

– Proszę się trzymać.

Młoda policjantka kładzie spoconą dłoń na moim łokciu, lecz zaraz ją cofa. Nie kontroluję już mimiki. Przynajmniej nie na tyle, żeby ukryć wściekłość, niechęć do tej podręcznikowej dwójki gliniarzy. I żal. Łzy ciekną mi już niekontrolowanym strumieniem. Nawet ich nie ocieram.

Bez słowa pożegnania zamykam drzwi i odgradzam się od świata, w którym liczy się tylko bezemocjonalne wykonywanie swojej roboty. To znaczy: emocjonalne o tyle, o ile trzeba będzie zostać po godzinach. O tyle, o ile zepsułam komuś plany na wieczór. Od dwóch dni podobno morze jest zaskakująco ciepłe. Dwadzieścia jeden stopni – to na Bałtyk przecież niemalże ukrop. Wiatr całymi dniami niesie zapach przenośnych grillów, wrzaski dorosłych i piski dzieci. Za tydzień lub dwa to się skończy. Za trzy na plaży zostaną tylko niepozbierane śmieci, niedopałki papierosów i te same ziarnka piasku, które dziś tworzą mury zamków.

Większość zaginionych odnajduje się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Wiem to. I wiem, że ten czas albo już minął, albo minie lada moment. Nic na to nie poradzę.

Muszę się odświeżyć, bo w domu zrobiło się co najmniej trzydzieści stopni. Klimatyzacja jest zamontowana jedynie w dwóch sypialniach, co wypominam sobie w każde wakacje. Kto mógł kilkanaście lat temu przewidzieć pieprzone ocieplenie klimatu?

Zanim pójdę się obmyć, zachodzę do kuchni. Wiem, że nie powinnam tego robić. Wiem, że w takich momentach najlepiej zadzwonić do przyjaciela, ale do kogo miałabym dzwonić? Elwira pewnie właśnie rzyga nad kiblem albo śpi. Maciej…

Wyciągam z kieszeni telefon i obracam go w dłoni. Odbijam się w wygaszonym wyświetlaczu. Mam opuchnięte oczy, potargane włosy i zapadnięte policzki. Mimo to wiem, że wciąż jestem atrakcyjna. Przynajmniej powinnam sobie tak mówić, bo podobno tak jest.

Gówno prawda.

Naciskam przycisk i ekran się rozjaśnia, pokazując tapetę – oczywiście ze zdjęciem mnie i Izy. Na pierwszym planie nasze roześmiane twarze, w tle berlińska tropikalna wyspa. Do tego pojawiają się ikonki pięciu nieodebranych połączeń i siedmiu esemesów. O dziwo, raz dzwoniła Elwira, raz ktoś nieznajomy, a pozostałe trzy – Maciej. Esemesy chwilowo mam w dupie.

Otwieram barek i wyjmuję butelkę dżinu. Dżin miał dla mnie zawsze więcej klasy niż rum czy wódka. Tym razem nie przejmuję się klasą i piję prosto z butelki. Pali mnie w gardle, płyn się cofa, ale wciąż przełykam. Jak kaczka.

Wreszcie ocieram usta i powstrzymuję się przed natychmiastowym zwróceniem wszystkiego, co w siebie wlałam. Po kilku sekundach czuję się znacznie lepiej.

– Coś ty wymyśliła?! – krzyczę, pochylając się nad blatem, na którym przed paroma godzinami czarowałam magiczny chiński sos. – Gdzie jesteś, Iza?!

Spazmatycznie zaciskam dłonie na krawędzi szafki i lasce. Teraz nie płaczę, ale histerycznie ryczę. Jeszcze raz sięgam po butelkę, lecz się powstrzymuję. Nie. Teraz nie. Są ważniejsze sprawy do zrobienia.

Miesiąc, może półtora termu, Iza wróciła do domu wcześniej niż zwykle. Tłumaczyła to tym, że musi wieczorem popracować, a przedtem chce wziąć kąpiel i odpocząć. Od razu przyszło mi na myśl, że wybiera się na randkę, ale nie wydawała się specjalnie zadowolona. Poza tym na randkę nie chodzi się z plecakiem, opracowaniami naukowymi i notatnikiem.

– Wiesz, gdzie trzymam laptopa, na którym pracuję? – zapytała, dając mi buziaka na pożegnanie. Jako dorosłe kobiety nadrabiałyśmy to, co spieprzyłam wcześniej.

– Chyba tak – odparłam. – Pokazywałaś mi kiedyś, że chowasz go za ubraniami. Nie mam tylko pojęcia po co…

– Mam tam wszystkie swoje wywiady terapeutyczne.

– Chyba nie płacą ci za nie jeszcze tyle, żeby… – Nie chciałam brzmieć sarkastycznie, więc przerwałam.

Iza złapała mnie wtedy za dłoń i spojrzała mi głęboko w oczy. Ma naprawdę przenikliwy wzrok, którego nigdy pierwsza nie spuszcza.

– Gdyby cokolwiek się działo… – odezwała się poważnym, stanowczym tonem, jednak zupełnie do niej niepodobnym. – Gdybym kiedyś przez jakiś czas nie wracała do domu, nie odzywała się czy przepadła bez słowa… Zanim cokolwiek zrobisz, schowaj ten laptop. Są tam tajemnice pacjentów, których policja nie może poznać, bo mogłyby również zaszkodzić mnie. – Zacisnęła swoją dłoń jeszcze mocniej. – Rozumiesz, mamo? Zaszkodziłabyś wtedy przede wszystkim mnie. Proszę, powiedz, że rozumiesz…

Tamta rozmowa dawała nadzieję, że Iza była na wszystko przygotowana. Że przygotowała na to również mnie i w ten symboliczny sposób dawała mi znać, żebym się nie martwiła. To brzmi cholernie pokrętnie. Mimo wszystko musiałam jej zaufać. Jej laptop wylądował wśród moich szpargałów. Te, przynajmniej na razie, policji w ogóle nie interesowały.

GODZINA 9

No dobrze. Czas skończyć z tymi bzdurami i wziąć się w garść. Spodziewam się, że zaraz wyleci na mnie pęk balonów, a na głowę spadnie mi kolorowe konfetti. Za chwilę zrobi się wam głupio, gdy przeczytacie, że was rozgryzłem. Jestem tylko cholernie ciekaw, jakim wspaniałym świństwem mnie nafaszerowaliście.

Zaraz.

Mam pomysł.

Tamta dziewczyna to moja narzeczona, a ja jestem wkręcany na własnym wieczorze kawalerskim. Pięknie, że nie pamiętam nawet imienia swojej przyszłej żony, ale zapewniam cię, że zaraz, gdy to przeczytasz, zmuszę ich do przeprosin.

Dość tego.

Delikatnie popycham drzwi i nasłuchuję. Uchylają się bez najdrobniejszego jęknięcia zawiasów. Gdyby nie brzęknięcie sprężyny w zamku, wszystko odbyłoby się zupełnie bezszelestnie. Cisza jak makiem zasiał.

Wykonuję automatyczny, najwyraźniej zakodowany w podświadomości ruch. Sięgam do pokrętła i zapalam światło. Nieosłonięta żarówka mruga, po czym wypełnia pomieszczenie ciepłym, żółtym blaskiem.

A jednak nie musiałem korzystać z latarki.

Mrużę oczy i celuję w klawisze telefonu zupełnie na oślep. Po chwili odzyskuję ostrość widzenia. Zerkam jeszcze raz na kartkę z wydrukowanym napisem:

NAMIESZA CI W GŁOWIE. ZDJĘCIE KNEBLA OZNACZA KONIEC GRY.

Niby kto i po co? I w jaką kurewską grę właśnie gramy?

Wypisuję się, bo zwyczajnie nie podobają mi się zasady.

Podnoszę wzrok i…

Jezu…

Nie wiem, co mam napisać. Patrzę na wysoką, zupełnie nagą kobietę z rudymi włosami na głowie i rdzawym puchem tam na dole. Stoi co najwyżej trzy metry ode mnie. Stoi na palcach, bo gruba lina przeciągnięta przez metalowe zbrojenie unosi ją za związane dłonie ku stropowi. Patrzę na jej niewielkie, rozciągnięte piersi. Na poruszające się spazmatycznie żebra, które bez problemu mógłbym policzyć. Dziewczyna ma długą szyję, ale podbródek przyciska do obojczyka. Tylko w takiej pozycji może łapać oddech.

Spogląda na mnie, z trudem rozwierając powieki. Zdaje się, że jej oczy są ciemne, ale to może być kwestia ich ogólnego przekrwienia. Białka są poprzecinane żyłkami czerwonych pęknięć, a powieki obrzmiałe i podkrążone. Mój Boże…

Patrzę na usianą piegami, pochyloną twarz i staram się sobie cokolwiek przypomnieć.

Izabel.

Nic, ale to absolutnie nic mi to nie mówi. Moja narzeczona? Dziwka, którą wynajęto do udziału w jakiejś idiotycznej zabawie?

Izabel ma w ustach knebel i choć stara się coś powiedzieć, jej słowa zamieniają się w niezrozumiałe mamrotanie. Czarna kulka zamontowana na skórzanych paskach oplatających jej głowę dobrze spełnia swoje zadanie. Z ust kobiety na podłogę kapie ślina. Przyglądam się naprężonym mięśniom jej łydek, wiodę wzrok ku górze, ale umyślnie omijam łono i piersi, spoglądam dopiero na wyciągnięte drobne bicepsy.

To obłęd.

Muszę ją uwolnić.

Podchodzę do niej i uspokajająco gładzę jej policzek. Czuję delikatną gorzką woń kału oraz kwaśny aromat moczu. Zapachy, które kojarzą mi się z kocią kuwetą, a nie z piękną dziewczyną. Choć jest w nich coś tak sztucznego, że aż rozglądam się za jakimś aromatyzerem. Ale przecież nikt nie robi odświeżaczy powietrza o zapachu gówna.

Lecz jeśli to tylko gra…

Jeśli…

– Zaraz cię uwolnię – szepczę zdenerwowany. – Nie bój się, zaraz cię, do cholery, uwolnię.

Jednoczesne pisanie i mówienie nie tylko jest trudne, lecz przede wszystkim wydaje mi się, że ją przeraża. Ciężko dyszy i stara się odsunąć jak najdalej. Łka. Panicznie napręża łydki, jakby osuwał się pod nią grunt. Cholera. Muszę się spieszyć. Jeszcze chwila i się udusi. Pieprzę tę komórkę.

Przez kilka sekund schowany do kieszeni telefon autentycznie mnie palił. Na szczęście sytuacja już jest opanowana. Udało mi się rozpleść gruby węzeł i opuścić Izabel na ziemię. Nie mam jednak pojęcia, jak zdjąć łańcuch z jej kostki. Jest zakończony czymś przypominającym kajdanki, lecz nigdzie nie widzę dziurki na klucz. Nie kojarzę też, żebym miał jakiś inny niż do tego pomieszczenia.

Kobieta siedzi w kucki i stara się uspokoić oddech. Okropnie kaszle. Co chwilę rzęzi i charczy, w czym przeszkadza jej knebel. Ten również jest szczelnie owiązany. Jeden ze skórzanych pasów biegnie pod jej podbródkiem. Nie widziałem tego wcześniej. Powinienem natychmiast go rozpiąć.

NAMIESZA CI W GŁOWIE. ZDJĘCIE KNEBLA OZNACZA KONIEC GRY.

Dostrzegam napis na leżącej na podłodze kartce. Nawet nie wiem, kiedy ją wyrzuciłem.

– Zaraz ci to zdejmę.

Podchodzę do niej i się nachylam. Wdycham duszny zapach unoszący się nad jej ciałem. Te gęste, ogniste włosy powinny pachnąć pięknym kwiatowym szamponem.

Na górze coś zabrzęczało. Albo tylko się przesłyszałem.

Wytężam słuch. Izabel, wciąż kaszląc, podnosi głowę i spogląda na mnie spojrzeniem pełnym nadziei. A może jest ono skierowane całkiem gdzieś indziej? Nagle z całych sił stara się krzyczeć, ale plastikowa kulka zamienia to w gardłowy skrzek. Znowu się dławi. Jej utkwione we mnie oczy są przerażone.

Kolejny raz słyszę melodyjne brzęczenie.

Boże, już wszystko rozumiem.

Do drzwi pewnie dobija się policja.