Białe szaleństwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Białe szaleństwo

Tłumaczenie:

Maria Dorycka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sean Ryan marzył o gorących plażach, trzymetrowych falach i zimnym piwie.

Z tego wszystkiego było mu jedynie zimno.

Po raz kolejny pomyślał, że zima w Wyoming to pomyłka. Facet z Kalifornii nie jest stworzony do chodzenia w śniegu po kolana. Gdyby to zależało od niego, nigdy by się tu nie zjawił.

Ale tym razem padło na niego. Musiał zamienić podupadły hotel w raj dla miłośników gier fantasy. A podstawą tej zmiany miała być jedna z bestsellerowych gier wideo produkowanych przez jego firmę.

– Dlaczego nie mógł mi się trafić jakiś hotel na Tahiti? – mruknął.

Odpowiedź była prosta. Gry firmy Celtic Knot opierały się na starych celtyckich legendach, a żadna z nich, przynajmniej według wiedzy Seana, nie rozgrywała się na plażach Tahiti. Niestety.

Sean był wysokim mężczyzną z gęstymi, ciemnymi włosami sięgającymi kołnierzyka brązowej skórzanej marynarki, którą włożył na swetry. Z rękami w kieszeniach dżinsów rozglądał się dookoła.

Główna sala starego hotelu była ogromna, każdy jego krok na drewnianej podłodze odbijał się tu głośnym echem. Z powodu dużych okien miało się wrażenie, że śnieg niemal wsypuje się do środka. Podwójne szyby nie wpuszczały zimna, ale taka ilość szkła wystarczająco mroziła nastrój.

Hotel nie był duży, zaledwie sto pięćdziesiąt pokoi, ale wyglądał na większy. Sean uważał, że to z powodu tego szkła i drewna. Mógł sobie jednak wyobrazić, jak to miejsce będzie wyglądało po renowacji. A zmiany miały być rzeczywiście duże. Należało odnowić wszystkie pokoje, unowocześnić je, a potem wyposażyć w systemy do gry i telewizory z płaskimi ekranami. A graficy będą musieli namalować na ścianach murale, dzięki którym gra „Forest Run” ożyje w hotelowych wnętrzach, jej miłośnicy będą tu walić drzwiami i oknami.

Sean musiał przyznać, że otoczenie jest do tego idealne. Hotel znajdował się na kilkudziesięciohektarowym terenie z lasami, łąkami i pięknym rozległym jeziorem. Nie umiał sobie jednak wyobrazić, że ktoś z własnej woli przyjeżdża na takie odludzie w środku zimy, gdy wszystko jest pokryte śniegiem. Kto woli śnieg od piasku?

Na pewno nie on. Ale mimo wszystko liczył na to, że znajdzie się wielu graczy lubiących mróz. Tymczasem on sam nie mógł się już doczekać powrotu do Kalifornii. Kręcąc głową, powtarzał w duchu, że ten wyjazd na szczęście ma się ku końcowi. Był już w Wyoming od tygodnia, ale udało mu się wreszcie zakończyć „konsultacje” z wykonawcą, więc po południu wsiądzie do firmowego odrzutowca i wróci do normalnego świata.

Odwrócił się od okna i słysząc nad głową czyjeś kroki, zerknął na sufit. Przeszedł go nagły dreszcz. Skrzywił się z niezadowoleniem, próbując odsunąć od siebie uczucie, do którego nie chciał się przyznawać nawet przed sobą.

O nie. Gdy stąd wyjedzie, nie będzie tęsknił za zimą. Ani za ciszą i spokojem, to pewne. Ale ta kobieta… No cóż, to już co innego.

Kate Wells. Nieustające źródło utrapienia. Przyjechał do Wyoming w środku zimy tylko dlatego, że Kate, której firma miała wykonać remont, uparła się na spotkanie w hotelu, by jej ludzie mogli zacząć renowację wnętrz.

I gdy tylko zobaczył ją po raz pierwszy, przestał myśleć o remoncie. Jego myśli krążyły wokół gęstych czarnych włosów, zazwyczaj związanych w koński ogon, błękitnych oczu i warg tak pełnych, że od samego ich widoku każdy mężczyzna mógł mieć erotyczne sny.

To dlatego, że już od dawna nie miał naprawdę namiętnej przygody, tłumaczył sobie. To jedyny powód, dla którego jego ciało pożądało kobiety noszącej w pracy – aż trudno uwierzyć – pas z narzędziami.

Ponownie zerknął na sufit. Słysząc na górze szybkie stanowcze kroki, skrzywił się jeszcze bardziej. Nigdy nie spotkał kobiety tak pewnej siebie jak Kate Wells. Owszem, silne kobiety zawsze go pociągały, ale ten przypadek przekraczał wszelkie wyobrażenia. Spierała się z nim o wszystko, irytowała go do granic wytrzymałości, a mimo to te kłótnie sprawiały mu dziwną przyjemność – co było jedynie dowodem, że w tym mrozie jego mózg przestawał pracować.

Kręcąc głową, włączył swój telefon komórkowy. Na szczęście był tu zasięg. Wcisnął przycisk rozmowy wideo i wybrał numer.

Po trzecim sygnale na ekranie pojawiła się twarz Mike’a, jego brata.

– Nienawidzę Wyoming – burknął Sean.

Mike roześmiał się i odchylił na oparciu fotela. Za plecami miał widok ogrodu otaczającego wiktoriański dom w Long Beach w Kalifornii, który służył jako siedziba Celtic Knot.

– No, nie krępuj się, wyrzuć z siebie wszystko.

Seanowi przemknęło przez myśl, że brata łatwo jest rozbawić. Ale to nie on znalazł się na zadupiu w towarzystwie atrakcyjnej kobiety, która jednocześnie potrafi doprowadzić go do furii. Obejrzał się za siebie, sprawdzając, czy Kate się za nim nie skrada. A potem utkwił wzrok w ekranie telewizora.

– Od mojego przyjazdu śnieg pada bez przerwy – powiedział. – Zaspy mają już prawie metr. Chyba nigdy nie przestanie.

– Już mi jest zimno. – Mike zatrząsł się od udawanych dreszczy.

– Zimno? – parsknął Sean. – Tu jest lodowato. Wkładam pod marynarkę dwa swetry.

– A poza tym strasznym chłodem? – spytał ze śmiechem Mike. – Czy mimo tej udręki udało ci się obejrzeć hotel i otoczenie?

Mike zawsze umiał trzymać się tematu. Sean wzruszył ramionami.

– Tak, rozejrzałem się – burknął. – Ładnie tu. Dużo drzew. Dużo otwartego terenu. Nigdy nie myślałem, że niebo poza miastem jest takie ogromne.

– To prawda – przyznał Mike. – Sam to zauważyłem, kiedy byliśmy z Jenny w Laughlin…

Sean zmrużył oczy. Zastanawiał się, co się wydarzyło między jego bratem a Jenny Marshall, jedną z najlepszych graficzek w firmie. Mike nigdy o tym nie mówił. Sean miał go w tej sprawie wypytać, ale zanim nadarzyła się sposobność, musiał wyjechać do Wyoming.

– Coś mi się wydaje, że w tym waszym wyjeździe nie chodziło tylko o niebo – zauważył Sean, obiecując sobie w duchu, że zaraz po powrocie zabierze brata na piwo i wyciągnie z niego prawdę.

– I tak nic ci nie powiem.

Na pewno nie na odległość. Ale Sean nie należał do ludzi, którzy łatwo rezygnują. Między jego bratem a Jenny na pewno coś jest. Jednak na razie bardziej interesował go wyjazd z Wyoming.

– Sean, a jak wygląda sam hotel?

– Duży, zimny i pusty. – Sean westchnął z rezygnacją i przeczesał palcami włosy. – Poprzedni właściciel zostawił na dole trochę mebli, ale pokoje trzeba będzie urządzić od początku. Nie ma łóżek, krzeseł ani stołów, nada.

Spojrzał na zniszczoną skórzaną sofę i dwa fotele ustawione przed ogromnym kominkiem. Nie podobały mu się, ale skoro musiał spędzić tu z Kate trochę czasu, to przynajmniej mieli na czym usiąść.

– Żaden problem – odparł Mike. – I tak musielibyśmy przerobić pokoje po swojemu.

– To prawda. Na szczęście konstrukcja budynku jest w dobrym stanie. Ale będziemy musieli się porządnie narobić, żeby hotel stał się miejscem akcji do „Forest Run”.

– A ta Kate Wells da sobie radę?

– Powinieneś ją zobaczyć – mruknął Sean.

Nigdy dotąd nie spotkał kobiety tak przekonanej o swoich umiejętnościach. I nigdy nie miał do czynienia z kimś, kto mu się we wszystkim przeciwstawiał. Przywykł do tego, że ludzie, którzy dla niego pracują, po prostu dla niego pracują. Ale najwyraźniej tej kobiecie wydawało się, że ona jest kierowniczką. Będzie musiał coś z tym zrobić, i to szybko.

– Mamy tu sto pięćdziesiąt pokoi – przypomniał Sean, odsuwając od siebie myśli o Kate. – To poważny remont.

Mike zmarszczył brwi.

– Jeśli chcemy zorganizować tam nasz własny zjazd graczy, to będziemy potrzebowali więcej pokoi. Są tam inne hotele w pobliżu?

– Nie. Piętnaście kilometrów stąd jest miasteczko z dwoma pensjonatami. No i jest motel przy autostradzie.

Mike skrzywił się jeszcze bardziej.

– Sean, przecież nie zorganizujemy wielkiej konferencji, jeśli goście nie będą mieli gdzie przenocować. I tylko mi nie mów, że mogą sobie rozstawić namioty.

Sean roześmiał się.

– Ja lubię spanie pod namiotem, ale to nie znaczy, że chciałbym, aby tłum obcych kręcił mi się po terenie. No cóż, do większego miasta z kilkoma hotelami jest czterdzieści kilometrów. – Właśnie tam się zatrzymał. W ładnym, wygodnym i eleganckim hotelu. Dałby wiele, by móc się tam teraz znaleźć. Miał ochotę na gorący prysznic, który rozpuściłby kryształki lodu, które zaczęły się zbierać w jego żyłach. Niestety, będzie musiał na to poczekać, bo Kate także w tej kwestii miała swoje zdanie.

– A co ona na to? – Mike sięgnął po kawę i upił długi łyk.

Sean spojrzał ze złością na brata.

– Pijesz cappuccino? Ty draniu.

Mike wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Wypiję także za ciebie.

– Dzięki. – Pozwolił sobie na sarkazm w głosie, wiedząc, że Mike się tym nie przejmie. No bo i dlaczego? Mike siedział sobie teraz wygodnie w domu w Long Beach, w każdej chwili mógł wyskoczyć do ich ulubionej kawiarni albo do baru na rogu, miał widok na ocean, a przede wszystkim nie marzł mu tyłek.

Sean tęsknił za cywilizacją.

– Kate uważa, że za głównym budynkiem powinniśmy postawić małe chatki, które będą się ciągnąć aż do lasu. To ma dać ludziom więcej prywatności i poczucie, że są na łonie przyrody.

– Dobry pomysł – odparł Mike.

– Wiem.

– Ale nie wyglądasz na zadowolonego.

– Bo ona od początku była cholernie pewna, że ma rację – powiedział Sean, przypominając sobie rozmowę z poprzedniego dnia.

 

Kate kazała mu brnąć przez śnieg i oglądać miejsca, które jej zdaniem najbardziej nadawały się na postawienie chatek. Przedstawiła mu to ze wszystkimi szczegółami. Niewielkie chaty w lesie doskonale pasowały do tutejszej atmosfery, zaczął się nawet zastanawiać, jak każdej z nich nadać indywidualne piętno.

Denerwowało go, że to, co proponowała, nie przyszło mu wcześniej do głowy. Ale trudno. Wprawdzie to Kate na to wpadła, co było dość irytujące, ale Sean był wystarczająco bystry, by od razu docenić dobry pomysł.

– Ciężko przeżyć, gdy ktoś inny ma rację, nie? – mruknął Mike.

– Żebyś wiedział.

– Chyba wiem. – Mike z rozmysłem napił się cappuccino. – Wygląda na to, że się świetnie bawisz.

Sean spojrzał na niego wzrokiem bazyliszka. W tej chwili oddałby swój samochód za kubek gorącej kawy. Poza tym doskwierało mu coś jeszcze.

– Jasne, ubaw po pachy. Ta kobieta to najbardziej trzeźwo myśląca osoba na świecie.

– O ile dobrze wykonuje pracę, to nic więcej nie powinno cię interesować.

Brat ma rację, tylko to powinno go interesować. Ale Sean myślał też o jej włosach, że są tak ciemne i gęste, i o tym, jak by wyglądały rozpuszczone na ramionach. Myślał o jej błękitnych oczach i o pasie z narzędziami zapiętym na kształtnych biodrach. Niechętnie przyznawał się do tego przed sobą, ale gdy coś mówiła, tak skupiał się na jej wargach, że słowa z trudem do niego docierały.

Cholera jasna, musi jak najszybciej wyjechać z tego Wyoming. Potarł policzek i wrócił do rozmowy z Mikiem.

– Ona chce już w przyszłym tygodniu przywieźć tu swoich ludzi. Mnie to nie przeszkadza. – Umilkł i przeciągnął palcem po krawędzi kołnierzyka koszuli. – O ile będę nadzorował te prace z Kalifornii.

– W porządku. Ale skoro nie zabrałeś z sobą grafików, to co ona zrobi z muralami, które trzeba namalować?

– Daj spokój – burknął Sean. – Jak miałem przywieźć grafika, skoro wszyscy są zajęci przy wykańczaniu „The Wild Hunt”?

– To prawda – przyznał Mike. – Pracujemy na okrągło.

Sean też powinien wziąć się do roboty. Skontaktować się z działem marketingu, sprawdzić reklamy, które miały wypchnąć nową grę na rynek. W Kalifornii czeka na niego mnóstwo pracy, ale musiał przyjechać tutaj, bo pewien nadgorliwy wykonawca uparł się, że musi zacząć prace natychmiast. Podróż wypadła zupełnie nie w porę. Wszyscy graficy w Celtic Knot byli zajęci wykańczaniem najnowszej gry wideo, która miała ukazać się latem, więc nie miał prawa odrywać ich od pracy.

– Mogą zostawić puste ściany – stwierdził Sean. – Graficy zrobią swoje później.

– Słusznie. Nadal zamierzasz jutro wrócić?

– Taki jest plan – odparł Sean. – Kate zawiezie mnie do miasta swoją furgonetką. Oczywiście nadal pada śnieg.

– U nas jest trzydzieści stopni, jeśli to cię pocieszy.

– Dzięki. – Trzasnęły frontowe drzwi hotelu, a zaraz potem rozległ się głos Kate. Sean odwrócił głowę. – Co się stało? – zawołał.

Po chwili Kate stanęła w progu.

– Rozpętała się śnieżyca – powiedziała krótko.

Sean przykrył telefon dłonią.

– Chyba żartujesz.

– Nie żartuję. – Wzruszyła ramionami. – Przełęcz już zamknęli.

– Kiedy będziemy mogli wyjechać? – spytał.

– Kto to wie? – Kolejne wzruszenie ramion.

– Świetnie.

– O co chodzi? – spytał Mike.

– Taka karma – mruknął Sean. – Przełęcz w górach jest zamknięta. Zasypało nas.

Mike, zamiast okazać współczucie, wybuchnął śmiechem.

– Co w tym śmiesznego? – warknął Sean. – Przez ten śnieg utknąłem w pustym hotelu ze zrzędliwym wykonawcą.

– Najwyraźniej to jest śmieszne tylko w Kalifornii – stwierdził Mike. – Macie co jeść i czym się ogrzać?

– Mamy – powiedziała Kate z miną, która dawała do zrozumienia, co myśli o słowie „zrzędliwy”.

– Kate, pozwól tu na chwilę. Poznasz mojego brata.

Nie była zadowolona z tego zaproszenia. Nic dziwnego, pomyślał Sean. Ta kobieta jest sztywna jak kołek. Teraz stanęła obok niego.

– Cześć, jestem Kate, a ty jesteś Mike. Miło cię poznać, ale nie mamy czasu na rozmowę. – Z jej ust wylewał się potok słów. – Musimy wnieść do środka drewno do kominka, zanim się naprawdę rozpada. Ale spoko, drewna mamy pod dostatkiem, jedzenia też. Ja dbam o ludzi, a przez ostatni tydzień robiliśmy tu pomiary i w ogóle.

– Rozumiem – wtrącił szybko Mike, bojąc się, że to jego ostatnia szansa na powiedzenie czegokolwiek.

– Śnieżyca potrwa ze dwa dni, potem pługi szybko oczyszczą przełęcz, więc twój brat wróci pod koniec tygodnia.

Sean przejął telefon.

– Zaraz przyjdę ci pomóc – zwrócił się do Kate. A po chwili spojrzał na Mike’a. – Poszła na dwór, muszę kończyć. A tak niewiele brakowało, żebym się stąd wyrwał. Powiedz mamie, żeby się nie martwiła. I nie dzwoń do mnie. Wyłączam telefon, żeby oszczędzać baterię.

– Jesteś pewien, że dacie sobie radę? – spytał Mike poważniejszym tonem.

Teraz Sean się roześmiał.

– Zapomniałeś, że lubię przygodę? Spoko, nic mi nie będzie. Biwakowałem już w gorszych warunkach. Przynajmniej mamy dach nad głową i trochę łóżek do wyboru. Zadzwonię, jak będę mógł. I trzymaj dla mnie gorące cappuccino.

– Dobra. Aha, Sean, tylko nie zamorduj naszego wykonawcy.

– Nie mogę ci nic obiecać – powiedział, choć zupełnie co innego chodziło mu po głowie.

Rozłączył się i ruszył za Kate. Do cholery, przecież mogła na niego poczekać, pomyślał z irytacją. Spędził z nią tydzień i był na granicy wytrzymałości. A do tego teraz okazuje się, że będą zdani na siebie nie wiadomo jak długo.

Minął kuchnię, wystarczająco dużą jak na ich potrzeby, ale wymagającą remontu. Obrzucił wzrokiem meble i wyposażenie. Długa wyspa z grubym drewnianym blatem, pod ścianami podobne blaty, kuchnia z ośmioma palnikami oraz ogromna staromodna lodówka. Białe ściany zdążyły już pożółknąć, podłogę pokrywało zniszczone linoleum w kratkę.

Zazwyczaj przez wielkie okna roztaczał się widok na pobliski las, ale teraz niebo było szare, a śnieg padał tak gęsto, że przypominał bawełniane prześcieradło. Otwarte tylne drzwi prowadziły do przedsionka, w którym stały pralki, suszarki oraz wieszaki na płaszcze i półki na buty.

Jeszcze dalej znajdował się kryty ganek z rozpadającą się poręczą. Sean podniósł kołnierz marynarki i wyszedł na dwór. Śnieg padał coraz gęstszy. Przemknęło mu przez myśl, że wielkie płatki są całkiem ładne. A potem przypomniał sobie, że przez tę „ładność” nie może stąd wyjechać i zimowy widok stracił cały urok.

– Kate! – zawołał.

– Tutaj jestem.

Ruszył w kierunku, skąd dochodził głos. Płatki śniegu kłuły go w policzki lodowymi igiełkami, wiatr wpychał z powrotem do środka.

Kate pochylała się nad stosem drewna. Trzymała w rękach trzy polana i sięgała po następne.

– Też będę nosił – powiedział, odsuwając lekko Kate.

Spojrzała na niego ze złością.

– Sama dam sobie radę.

– Nie wątpię. – Przez ten tydzień zdążył zauważyć jej upór. – Wiem, że jesteś twarda. Wszyscy to podziwiają. Ale jeśli oboje będziemy nosić drewno, to szybciej się z tym uporamy.

– Niech ci będzie. Weź, ile się da, a potem wrócimy po więcej.

Bez słowa weszła do środka. Sean nałożył sobie kilka polan, po czym się rozejrzał. Sosny stały wyprostowane jak żołnierze na warcie, mimo że targał nimi silny wiatr. Jezioro zamarzło, nad brzegiem już się tworzyły zaspy. Odchylił głowę i spojrzał na niebo, skąd pędziły ku niemu tumany śniegu. Jeśli tak dalej będzie, to nigdy stąd nie wyjedzie.

Kate ułożyła porządnie drewno obok kominka i oparła się o półkę nad paleniskiem. Czy ta śnieżyca nie mogła poczekać do jego wyjazdu?

Niestety, to by było za łatwe. Los najwyraźniej zamierzał unieruchomić ją w górach z mężczyzną, który wywrócił jej spokojne życie do góry nogami.

Potrząsnęła głową, próbując odegnać od siebie kotłowaninę myśli. Pochyliła się i ułożyła kilka polan w palenisku. Dołożyła do tego podpałkę wyjętą z koszyka i zapaliła długą zapałką. Miała nadzieję, że prosta czynność rozpalania kominka pozwoli jej się uspokoić.

Patrzyła, jak płomienie obejmują polana, jak drewno zaczyna syczeć i strzelać, przerywając ciszę.

– Dasz sobie radę – mruknęła. – On jest tylko szefem.

Kłamstwo, zaprzeczył wewnętrzny głos. I to mało wiarygodne. Sean Ryan był nie tylko jej zleceniodawcą. Był pierwszym od lat mężczyzną, któremu udało się nie tyle przebić przez jej doskonale skonstruowany system obronny, ale wręcz go zniszczyć. Wystarczyło jedno spojrzenie jego błękitnych oczu, by jej długo uśpione hormony zaczynały radosny taniec. Co za upokorzenie.

Naprawdę nie jest jej to potrzebne.

Była zadowolona ze swojego życia. Starannie je odbudowała, krok po kroku, i nie pozwoli, by zniszczył je jakiś idiotyczny poryw. Byłoby jej łatwiej uporać się z uczuciami wzbudzanymi przez Seana, gdyby jego dzisiejszy wyjazd doszedł do skutku. Ale śnieżyca może ich tu uwięzić na wiele dni.

Już ta jedna myśl wywoływała w jej ciele dziwne doznania. Pamiętaj, że udało ci się przetrwać coś, co zdruzgotałoby wiele osób, przypomniała sobie. Wytrzymasz te kilka dni z tym Ryanem.

Podniosła się, chcąc pójść po więcej drewna, gdy do pokoju wszedł Sean. Rzeczywiście, mógł unieść dużo więcej polan, ale wyglądał na równie nieszczęśliwego.

Co wcale nie poprawiło jej nastroju.

– Połóż je obok kominka – powiedziała. – Pójdę po następną partię.

Upuścił drewno z głośnym hukiem.

– Ja pójdę. Wezmę naraz więcej niż ty, więc nie trzeba będzie znów wychodzić.

Chciała zaprotestować, ale miał rację. Mimo to trudno jej było przyjąć pomoc. Mocno stała obiema nogami na ziemi. Zwłaszcza przez ostatnie dwa lata z rozmysłem unikała ludzi, którzy uważali, że nie da sobie rady.

– Jak chcesz – powiedziała. – Mam w furgonetce sprzęt na czarną godzinę. Czeka nas długa zimna noc, więc będziemy potrzebowali naprawdę dużo drewna.

– Jaki masz sprzęt? – zapytał z ciekawością.

– Koce, latarki, ekspres do kawy, wszystko co niezbędne.

Uśmiechnął się szeroko.

– Kawa? Nareszcie zaczynasz mówić z sensem. Dałbym sto dolców za kubek kawy.

Czy on musi się uśmiechać? I dlaczego ten uśmiech i błysk w niebieskich oczach ją rozkładają? Umiałaby sobie poradzić z tą idiotyczną sytuacją, gdyby go nie znosiła. Jasna cholera.

– Sto dolarów za kawę? Sprzedane.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– No to będę ci dłużny stówę, bo nie mam przy sobie gotówki.

– Niech będzie, przyślę ci rachunek.

– Zgoda. – Rozbawienie zniknęło z jego twarzy, ale w oczach nadal palił się wesoły ognik. – Rozliczymy się przed moim powrotem do Kalifornii.

Ruszył do drzwi. Kate odprowadziła go wzrokiem, a potem podniosła kołnierz kurtki. Idąc do frontowych drzwi, dała sobie w myślach surowy wykład. Aż trudno uwierzyć, jak jego uśmiech na nią działał. Uśmiech Seana Ryana był niebezpieczny.

Wyszła na dwór, z ulgą wystawiając twarz na lodowate podmuchy wiatru. Jedynie zima w Wyoming może ugasić żar tlący się w jej ciele.

Zeszła po schodkach i ruszyła do furgonetki. Śnieg sięgał już do połowy kół. Jeśli zostawi tutaj auto, to po ustaniu śnieżycy będą je musieli odkopywać. Wsiadła do kabiny, uruchomiła silnik i pojechała w kierunku garażu na tyłach hotelu. Zaparkowała samochód, zadowolona, że ściany garażu chronią ją przed wiatrem.

Wyjęła z bagażnika plastikową skrzynkę, w której miała spakowane rzeczy niezbędne w nagłych wypadkach, a także śpiwór i dwa koce.

Zamknęła drzwi garażu i zatrzymała się na chwilę, patrząc na hotel. Seana nie było już na ganku. Gdyby śnieżyca zastała ją tu samą, byłaby trochę przestraszona. Ale najbliższe dni z Seanem wydały jej się przerażające.

Oczywiście nie chodziło jej o własne bezpieczeństwo, ale o zachowanie resztek zdrowego rozsądku atakowanego teraz przez bezładne myśli. Sean był zabójczo przystojny. Do tego bogaty. Ale przede wszystkim był jej szefem. Zlecenie od Celtic Knot mogłoby wyprowadzić jej kulejącą firmę budowlaną na prostą i zapewnić jej spokojną głowę na kilka lat.

Dlatego musi trzymać pod kontrolą hormony, które zaczynały się burzyć, gdy tylko Sean się do niej zbliżał. Romans z nim byłby ryzykowny. Nie miała mężczyzny od ponad dwóch lat. I przez ten czas niemal nabrała przekonania, że jej potrzeby i pragnienia seksualne umarły wraz z jej mężem Samem. Niestety, pojawienie się Seana rozbiło tę teorię w pył.

 

Spojrzała na hotel. Blask ognia tańczył na okiennych szybach. Było dopiero późne popołudnie, a już zrobiło się ciemno. Ściana śniegu między nią a hotelem gęstniała coraz bardziej. Co oznacza, że mogą tu utknąć na parę dni.

Dziwne, ale ta perspektywa denerwowała ją i podniecała jednocześnie.