Zobacz, co zrobiłeś

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Recenzje

„Odkryć młodego utalentowanego autora powieści kryminalnych to wielka przyjemność, czego przykładem jest Matthew Farrell. W swoim znakomitym debiucie Zobacz, co zrobiłeś zgłębia mroczną stronę więzów rodzinnych. To mocny, wciągający i trzymający w napięciu thriller, od którego nie będziesz się w stanie oderwać”.

– Lisa Scottoline

autorka bestsellerów „New York Timesa”


„Lektura obowiązkowa! Intensywny, pełen napięcia i wartkiej akcji thriller – siedziałem jak na szpilkach”.

– Robert Dugoni

autor bestsellerów „New York Timesa”


„Piekielnie dobry thriller. Dzięki zawrotnej akcji i zawiłej fabule Zobacz, co zrobiłeś utrzyma cię w niepewności aż do ogłuszającego zakończenia”.

– Eric Rickstad

autor bestsellerów „New York Timesa”


„Nie przegap! Thriller Zobacz, co zrobiłeś to istny rollercoaster, który porywa czytelnika już od pierwszej strony. Ten debiut zachwyci fanów Meg Gardiner i Marka Edwardsa. Już się nie mogę doczekać następnej powieści, którą upichci Matt”.

– Tony Healey

autor serii Harper and Lane

Cathy,

udało nam się, Skarbie

Rozdział 1

Pierwsze, co zauważył Liam, to materace na podłodze salonu. Meble odsunięto pod ściany, a na środku pokoju, gdzie powinny stać kanapa i stolik do kawy, panoszyły się trzy materace. Leżały rzędem, nienakryte prześcieradłami ani żadnymi narzutami, a na każdym z nich położono po jednym papierowym bukieciku. Matka nauczyła się je robić na warsztatach rękodzieła prowadzonych przez jej przyjaciółkę Patty, która spodziewała się wówczas drugiego słodkiego maleństwa. Jaskrawe kolory kwiatów tylko wzmagały posępność ciemnego wnętrza. Rolety były opuszczone. W domu panowała cisza. Liamowi ścisnął się żołądek. Coś było nie tak.

Zanim zdążył się zorientować, co jest grane, ciszę przerwał jakiś głuchy odgłos i chłopiec ujrzał kątem oka, jak jego starszy brat Sean upada na podłogę. Nagle czyjeś ręce pochwyciły Liama od tyłu i niewidoczny dla niego napastnik wyniósł go z salonu. Chłopiec próbował się oswobodzić, wołać Seana i matkę, ale unieruchomiony silnym uściskiem, ledwie mógł oddychać, a co dopiero wzywać pomocy.

Wanna na lwich łapach była stara i zardzewiała. Napełniono ją aż po brzegi, co Liam zdążył zauważyć, zanim wylądował na twardej podłodze wyłożonej płytkami. Ktoś związał mu ręce za plecami – tak mocno, że stracił czucie w palcach.

– Pójdziemy do tatusia – powiedział ktoś stojący za nim. Rozpoznał głos matki, choć tak niezwykle ożywiony i zdecydowany. Wręcz tryskała energią, w jej żyłach pulsowała adrenalina. Właśnie ta nowa werwa przestraszyła go najbardziej. – Znów będziemy jedną szczęśliwą rodziną. Wszyscy razem. Jak należy.

Podniosła go i wrzuciła do wanny. Liam się szarpał i wierzgał, próbując znaleźć oparcie, aby usiąść i utrzymać głowę nad powierzchnią wody, ale spętane ręce i śliska porcelana sprawiały, że mógł wystawić co najwyżej twarz. Zanurzony w zimnej wodzie, nie słyszał niczego poza własnym oddechem, który aż dudnił mu w uszach.

Nad sobą ujrzał matkę. Spore kępy włosów przycięła tak krótko, że na skórze głowy powstały krwawe placki. Przy każdym ruchu luźne pasemka osypywały się do wanny z kołnierza brudnej koszuli nocnej. Cerę miała bladą, a oczy zapadnięte i puste.

– Kocham cię, Liamie. – Jej spierzchnięte wargi pękały, gdy mówiła. – Ciebie i twojego brata. Teraz będziemy z waszym ojcem. Tam się spotkamy.

Przycisnęła dłoń do jego twarzy i wepchnęła go pod wodę. Wstrzymywał oddech najdłużej, jak mógł, ale gdy leżał zanurzony i uwięziony na dnie wanny, panika wzięła górę. Próbował się podnieść, obrócić, uklęknąć, zrobić cokolwiek, ale zaciśnięte w pięści ręce miał unieruchomione ciężarem własnego ciała. Matka nie zwalniała uścisku, wbijała mu palce w oczodoły i policzki, uniemożliwiając ruchy. Płuca płonęły, gdy bronił się przed zaczerpnięciem oddechu. Zacisnął powieki i ciemność eksplodowała feerią barw.

Sekundy zdawały się godzinami, ale jego drobne ciało szybko dało za wygraną i w końcu chłopiec mimowolnie otworzył usta, by nabrać powietrza. Woda zalała mu gardło, dławiąc go, a choć próbował kaszleć, wdzierała się coraz głębiej, aż do płuc. Organizm odruchowo starał się wykrztusić wodę, ale nie miała dokąd wypłynąć. Wciąż jej przybywało. Chłopiec się topił. Umierał. A w myślach kołatała mu szalona obietnica matki.

„Znów będziemy jedną szczęśliwą rodziną. Wszyscy razem. Jak należy”.


Liam nabrał powietrza i zaczął się krztusić. Gwałtownie wyrwany ze snu, dławił się i rozchlapywał wodę, zanim wyczołgał się z wanny i upadł na posadzkę, wciąż dysząc i kaszląc.

– Jezu! – wykrzyknął między kolejnym atakiem kaszlu i świszczącą próbą ustabilizowania oddechu.

W korytarzu rozległy się kroki i po chwili w drzwiach pojawiła się jego żona Vanessa. Stanęła jak wryta, zmrożona widokiem.

– Liam! Co się stało?

Przez chwilę widział jak przez mgłę. Kształty i kolory zlewały się w jeden falujący obraz. Usiadł i przycisnął się do ściany przy sedesie. Pierś falowała mu w rytm głębokich oddechów.

– Jak… Jak ja się znalazłem w wannie?

Vanessa wparowała do łazienki. Jasne włosy miała zebrane do tyłu w koński ogon, a z orzechowych oczu wyzierał lęk.

– Co się stało? – powtórzyła, klękając przy nim, żeby mu pomóc oprzeć się pewniej o śliską porcelanę. – Dlaczego krzyczałeś? I dlaczego brałeś kąpiel?

Uspokoił się nieco, spojrzał na żonę, potem na wannę i znowu na żonę. Zaczął drżeć, bo nagle poczuł, jak bardzo jest mu zimno.

– Dlaczego ja… Skąd… Dlaczego byłem w wannie?

– Właśnie o to cię przed chwilą spytałam.

– Obudziłem się tu, w łazience. Skąd się tu wziąłem?

– Nie mam pojęcia. – Vanessa wstała, zdjęła ręcznik z wieszaka i rzuciła go mężowi. – Spałam. Przeraziłeś mnie tym krzykiem. Myślałam, że naprawdę stało się coś złego. Nie wiem, skąd się tu wziąłeś. Kiedy cię ostatnio widziałam, spałeś na kanapie.

Liam owinął się ręcznikiem, starając się nie trząść. Wstał ostrożnie i powłócząc nogami, podszedł do sedesu i usiadł. Od dnia, w którym matka próbowała go utopić, bał się wody. Dobrowolnie nigdy nie wszedłby do wanny. Nie zrobił tego od dwudziestu siedmiu lat.

Vanessa założyła ręce na piersi.

– Co się dzieje? – spytała.

– Nie mam pojęcia.

– Serio nie pamiętasz, jak się tu znalazłeś?

– Serio. Nic nie pamiętam.

– Chyba wczoraj wieczorem nieźle zabalowałeś.

Przyjrzał się sobie. Był mokry i wciąż drżał, a od barku do klatki piersiowej biegła pokaźna szrama. Wyglądała na świeżą.

– Zaraz. Powiedziałaś, że spałem na kanapie?

– Zdaje się, że przez całą noc. Obudziłam się koło czwartej i zobaczyłam, że nie ma cię w łóżku. Kiedy zeszłam cię poszukać, leżałeś na kanapie, chrapiąc jak pijany dureń. Zalatywało od ciebie alkoholem. Mogłeś dać znać, że wrócisz tak późno. Wiesz, jak łatwo się denerwuję.

– Przepraszam. Miałem zamiar zadzwonić. Chyba straciłem poczucie czasu. – Liam zaczął się wycierać ręcznikiem. W głosie Vanessy wyczuwał znajomy ton. Była wkurzona, a on nie chciał znów się z nią kłócić.

– O której wróciłeś?

I wtedy zamarł na chwilę, wpatrując się niewidzącym spojrzeniem w przestrzeń.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia – wymamrotał bardziej do siebie niż do żony. – Tego też nie pamiętam.

– Brawo. Ktoś zatęsknił za studenckimi szaleństwami. – Vanessa zdjęła z wieszaka drugi ręcznik i zaczęła ścierać wodę z podłogi. – Jesteś dorosłym facetem, Liam. Trochę za starym na zaniki pamięci. – Podniosła wzrok i wskazała na niego palcem. – Co ci się stało w pierś?

Nie odpowiedział.

– Tak, wiem. Nie pamiętasz.

Skończyła sprzątać, schyliła się nad wanną i wyjęła zatyczkę. Liam patrzył, jak podnosi jego bokserki leżące obok umywalki, zwija je w kulkę i wpycha do kieszeni szlafroka. Zawsze sprzątała, gdy coś ją wkurzyło. Czy chodziło o sprzeczkę, po której zaczynała ścierać kurze, czy o wielką awanturę wymagającą porządków w szafie, złość i sprzątanie nieodmiennie szły ze sobą w parze. Było tak, odkąd się poznali.

– Gdzie twoje ubranie? – zapytała.

Odgłos spływającej wody sprawił, że Liamowi ścisnęły się płuca, jakby znów się topił. Prawie zrobiło mu się niedobrze.

– W salonie?

– Nie, tam go nie ma.

Rozejrzał się po łazience, ale na próżno.

– Nieważne. Nie chcę wiedzieć. – Vanessa wrzuciła mokry ręcznik do kosza na brudną bieliznę i poprawiła pasek od szlafroka, który się niemal rozwiązał. – Więc z kim byłeś? Zapewne z bratem.

 

– Tak, byłem z Seanem – skłamał Liam. Nie mógł sobie przypomnieć niczego z poprzedniej nocy. Co się wydarzyło? I jakim cudem wylądował w wannie?

– I z kim jeszcze?

– Z kilkoma kumplami z komisariatu. Nie znasz ich.

Vanessa podeszła do drzwi.

– Jesteś technikiem kryminalistyki w Departamencie Policji w Filadelfii. Nie sądzisz, że takie wybryki ci nie przystoją?

– To był jeden wieczór.

– Urwał ci się film. Tak robią dzieciaki z liceum, kiedy ukradną butelkę z barku rodziców i nie potrafią się kontrolować.

– Przepraszam.

Twarz nieznacznie jej się ścięła. Przez chwilę stała bez ruchu, a potem odwróciła się na pięcie.

– Ubierz się, a ja zrobię kawy. Spóźnisz się.

Liam patrzył, jak Vanessa wychodzi. Oddychał już spokojniej, a siedząc w zaciszu łazienki, próbował sobie przypomnieć coś z ubiegłej nocy. Niczego nie pamiętał. Ani jednego szczegółu, ani jednej chwili. Kiedy ostatnio był aż tak zalany? Woda pojękiwała i rzęziła, znikając w odpływie wanny.

– I sprzątnij buty! – zawołała Vanessa z korytarza. – Zostawiłeś je na dole schodów. Prawie się zabiłam, jak schodziłam rano.

– Okej.

Liam wstał z sedesu i przeszedł do sypialni. Jego komórka leżała na stoliku nocnym. Sięgnął po nią i przyłożył kciuk do czytnika. Telefon ożył. Może dowie się, co robił, kiedy przejrzy rozmowy i esemesy?

– Kawa!

– Zaraz zejdę!

Wczoraj po szesnastej nie dostał żadnych nowych wiadomości, ostatnia była od brata, który pytał, czy chce bilety na mecz hokeja. Teraz to sobie przypominał, ale wszystko, co się działo później, utonęło w niepamięci. Sprawdził wiadomości głosowe i okazało się, że dostał jedną o dwudziestej. Była wyszarzona, co oznaczało, że już ją odsłuchał, ale niczego takiego nie pamiętał. Odtworzył ją ponownie.

„Hej, to ja. Dostałam twojego esemesa, ale cię nie widzę. Gdzie jesteś? Zadzwoń”.

Liam natychmiast rozpoznał ten głos. To była Kerri. Mówiła o jakimś esemesie, który od niego dostała. Jeszcze raz przejrzał wysłane wiadomości, ale niczego nie znalazł. Sprawdził w koszu, lecz tam też nic nie było. Przeszedł przez sypialnię, wyjrzał na korytarz i zamknął drzwi. Potem wybrał jej numer i czekał.

„Hej, to ja, a jeśli wiesz, kim jest ja, to zostaw wiadomość, żebym…”

Rozłączył się i rzucił telefon z powrotem na stolik nocny. W zaciszu sypialni słyszał dobiegające zza okna śpiewy ptaków. Znak, że zaczyna się nowy dzień. Nastaje nowy początek. Tak właśnie działał jego związek z Vanessą. Jeden dzień, potem drugi, a po nim jeszcze następny. Ich małżeństwo było produkcją w toku.

Liam miał sześć lat, kiedy matka próbowała go zabić. Było to jedenaście miesięcy po wypadku ojca: zawiodły hamulce i z samochodu został wrak. Matka nie potrafiła sobie poradzić ze śmiercią męża i stopniowo się staczała, a czegoś tak przerażającego Liam jeszcze nie widział w swoim krótkim życiu. Kobieta, na której polegał, pogrążyła się w mrocznej głębokiej depresji i odcięła się od obu synów. Zamiast używać słów, cicho pochrząkiwała i kiwała głową. Liam i Sean musieli się domyślać, co znaczą te gesty i odgłosy, a także jak na nie reagować. Czasami im się to udawało, ale często się mylili. W ciągu tych jedenastu miesięcy ich matka przestała jeść i gotować, a tamtego ostatniego dnia już nawet nie wstała rano z łóżka, żeby odprowadzić ich do szkoły. Mąż, który był dla niej wszystkim, odszedł na zawsze, a nim minął rok, ona również odeszła. Ani Liam, ani jego brat nie mogli się spodziewać tego, co ich czekało tamtego popołudnia. Wspomnienie o tamtych wydarzeniach na zawsze wryło się w pamięć Liama.

Teraz ubierał się przy nieustającym akompaniamencie ptasich treli. Bolała go głowa. Usiłował przypomnieć sobie coś z poprzedniej nocy, ale nadaremnie. Zastanawiał się, czy kiedyś wróci mu pamięć. W końcu musi, prawda? Zapewne jeszcze zanim dojedzie do pracy. Nie było sensu świrować. Zresztą będzie tam Sean, więc wypyta go o szczegóły z nadzieją, że nie zrobił czegoś głupiego. Jeśli ten plan nie wypali, to jeszcze raz zadzwoni do Kerri. Ktoś musiał coś wiedzieć. Przestraszyła go ta pobudka w wannie. Jak do tego doszło? I jak bardzo był nawalony?

Rozdział 2

Zwłoki Alexandra Scully’ego przykryto białym prześcieradłem. Było to najlepsze, co mogli zrobić policjanci do czasu zakończenia wstępnego śledztwa, kiedy sanitariusze zapakują trupa do worka i przewiozą go do biura koronera. Sean Dwyer stał nad martwym ciałem i wpatrywał się w nie, jakby nie widział prześcieradła i jakby się spodziewał, że nieboszczyk zaraz usiądzie i zdradzi mu, kto go zabił. Ale nie potrzebował takiego wyznania ani z zaświatów, ani skądinąd. Wiedział, kto jest sprawcą.

Departament Policji w Filadelfii notował rocznie szesnaście tysięcy brutalnych przestępstw, z czego około trzystu stanowiły zabójstwa. Jako detektyw z wydziału zabójstw Sean dobrze wiedział, że w większości są to sprawy przeciętne i niewarte zapamiętania: wojny gangów, ucieczki z miejsca wypadku, nieumyślne spowodowanie śmierci wskutek przemocy domowej. Pracowało się nad przydzieloną sprawą, a potem wracało do szeregu. Przy trzystu pięćdziesięciu morderstwach w zaledwie dwudziestu jeden dzielnicach nie było czasu, żeby za każdym razem bawić się w Perry’ego Masona. Zazwyczaj ten, kto wydawał się winny, faktycznie taki był i sprawę rozwiązywano bez większych fanfar. Takie zabójstwa nie miały w sobie hollywoodzkiego blasku. Rzeczywistość często okazywała się przyziemna. Ale to nie był jeden z tych przypadków.

Sean potarł kwadratową szczękę pokrytą kilkudniowym zarostem i w zamyśleniu skubał zawieszoną na szyi odznakę. W policji pracował od dwunastu lat, a w wydziale zabójstw od siedmiu. Myślał, że widział już wszystko, ale to miejsce zbrodni sprawiło, że stanął jak wryty. Zdumiewające, że śmierć można zadać z taką brutalnością.

Sanitariusze czekali przed karetką. Było jeszcze wcześnie, ale wkrótce miał się zacząć poranny ruch. Policjanci przeganiali tych nielicznych przechodniów, którzy z rzadka próbowali zaglądać do sklepu. W przeważającej części miasto dopiero się budziło. Jeszcze upłynie trochę czasu, zanim wszyscy się tu zlecą.

W drzwiach pojawił się Don Carpenter, partner Seana. Był to wysoki przystojny Afroamerykanin, starszy od Seana o jakieś piętnaście lat. Poruszał się lekko, bez żadnych gwałtownych gestów. Kobiety go uwielbiały, a fakt, że pozostawał wiernym mężem, czynił go tym bardziej pociągającym. Był jedynym partnerem, z jakim pracował Sean, a także jego mentorem, odkąd Sean wstąpił w szeregi policji. Z czasem połączyła ich więź znacznie wykraczająca poza ramy wydziału.

– Wybacz spóźnienie – powiedział Don.

Sean zbył go machnięciem ręki.

– Jak twoja mama?

– Wczorajszego wieczoru zasnęła przed telewizorem. Kiedy się ocknęła, nie wiedziała, gdzie jest, i zaczęła panikować. Nie chciała słuchać pielęgniarek, więc zadzwoniły do mnie.

– Nie pierwszy raz.

– Wiem. Może trzeba będzie przenieść ją gdzieś bliżej. Nie mogę jeździć do Doylestown za każdym razem, kiedy coś jej się pomyli. Za często się to zdarza. – Don wskazał na przykrytego prześcieradłem Scully’ego. – Masz coś?

– Niewiele. Miał siedemdziesiąt dwa lata. Ten sklep należał do niego praktycznie przez całe życie. Posłaliśmy samochód po jego żonę, mają ją przywieźć do biura koronera, żeby zidentyfikowała ciało.

Schyliwszy się, Don odsunął prześcieradło, by zerknąć na zwłoki.

– Jezu – mruknął. – Równie dobrze możemy od razu zażądać karty stomatologicznej. Niewiele zostało mu z twarzy.

– To mi nie wygląda na włamanie. Rano wszedł tu kurier UPS z przesyłką i wezwał policję. Domyślamy się, że ofiara znała napastnika. Sklep był zamykany o dwudziestej, a śmierć nastąpiła prawdopodobnie około północy.

– Technicy znaleźli jakieś odciski?

– Aż za dużo. Będą mieli co robić od drzwi wejściowych przez szklaną ladę i półki aż do tylnego wyjścia. To sklep papierniczy, a za dwa tygodnie Wielkanoc. Facet miał pełne ręce roboty.

Don wskazał na kamerę monitoringu zamontowaną w rogu pod sufitem, za ladą.

– Mamy nagranie?

Sean pokręcił głową.

– Jest podłączona do komputera na zapleczu. Tylko że zniknęła jednostka centralna. Sprawdziliśmy kasy, ale nie znaleźliśmy gotówki. W sejfie też nie. Mamy za to potwierdzenia płatności kartami kredytowymi i czeki.

– Jednostka centralna? Kto tego jeszcze używa?

– Mówiłem, że miał siedemdziesiąt dwa lata.

Sean przeszedł się po sklepie, podczas gdy Don myszkował za ladą. Gdyby nie zwłoki na podłodze, sklep wyglądałby normalnie. Kartki z życzeniami wciąż znajdowały się na swoim miejscu na stojakach, a szklane figurki i pozytywki za szybkami gablotek. Z sufitu zwisały wycinanki w kształcie wielkanocnych jajek, poruszane lekkim powiewem wiatru, którego Sean nie czuł. Żadnych śladów walki.

– Nie wzięli potwierdzeń płatności ani czeków, bo można je namierzyć. Cutter jest na to za sprytny.

– Myślisz, że to Cutter? – spytał Don, przeglądając leżący przy kasie harmonogram fakturowania.

– A ty nie?

– To mógł być każdy.

Minął ich jeden z techników, niosąc marynarski worek ze sprzętem. Sean zerknął do środka i zobaczył jakieś płyny w butelkach z atomizerami, plastikowe pojemniki z przyklejonymi na wieczkach taśmami i pudełko lateksowych rękawiczek. Techniki kryminalistyczne. Ta część śledztwa zawsze była mu obca. Tym właśnie zajmował się jego brat Liam. To on był najbystrzejszy w rodzinie.

– To Cutter – powtórzył Sean, kiedy technik zniknął mu z oczu. – Od lat terroryzuje właścicieli sklepów, a teraz zaczął zabijać starców dwie przecznice od ratusza. Robi się bezczelny, a przez to niebezpieczny. To był on.

– Pewnie masz rację – zgodził się Don. – To do niego podobne, ale lepiej trochę pogrzebać, żeby się upewnić. Od dwóch lat próbujesz mu się dobrać do tyłka i wciąż nie masz żadnych dowodów. Ledwo znajdziemy jakiegoś świadka, zaraz znika. A jak ktoś chce zeznawać, to w ostatniej chwili zmienia zdanie. Więc jeśli to był on, to musimy znaleźć coś, z czego się już nie wykręci.

Sean poczekał, aż Don wyjdzie zza lady na tyłach sklepu, i razem przeszli na przód. Zewsząd otaczały ich kartki pełne życzeń, pluszaki, lalki ceramiczne i szczęście. Szczęście wśród tragedii. Umysł Seana zasnuwały wizje tego, co mogło się wydarzyć między Cutterem i Alexandrem Scullym.

– Zmasakrował mu twarz.

– Na to wygląda.

– Przyszedł ściągnąć haracz. To by wyjaśniało brak śladów włamania. Może staruszkowi zabrakło kasy. Może nie pierwszy raz. Bo ileż można dzisiaj zarobić w sklepie papierniczym? Wiem, że są święta, ale nie zbijał tu przecież kokosów. A Cutter ma gdzieś wymówki. Więc rozkwasił staremu twarz. Zrobił z niego przykład dla właścicieli innych sklepów w mieście. To był on. Na pewno. Nie mam wątpliwości.

– Więc go dorwiemy – powiedział Don. – Ale musimy się trzymać przepisów. Żeby się nie wywinął, bo czegoś tam nie dopełniliśmy.

– Nie wywinie się.

Do sklepu weszło dwóch sanitariuszy. Jeden z nich niósł pod pachą zwinięty worek na zwłoki. Machnęli detektywom, którzy odpowiedzieli tym samym gestem. Potem podeszli do ofiary i rozłożyli worek obok białego prześcieradła. Seana wciąż dręczyło wspomnienie zmasakrowanej twarzy Alexandra Scully’ego. To zabójstwo na pewno nie należało do przeciętnych. Zostaną po nim blizny.

Rozdział 3

Raul Montenez wparował do holu hotelu Tiger, trzymając w jednej ręce kubek z kawą, a w drugiej torebkę z pączkami. Rzucił okiem w kierunku budki kasjera, gdzie za brudną i porysowaną szybą kuloodporną drzemał na swoim krześle jego szef, pan Guzio. Ten niski grubawy człowieczek wyglądał, jakby nie spał od wielu dni. Poplamiona koszula wystawała mu ze spodni, a jej trzy górne guziki były rozpięte, odsłaniając kępki czarnych włosów na klatce piersiowej. Był łysy, ale wyhodował sobie bokobrody, a zamiast palców miał dziesięć serdelków. Chrapał prosto do mikrofonu, który zapomniał wyłączyć. Wyraz niechęci malował się na jego twarzy nawet podczas snu.

W holu – gdzie Raul spędzał większość dnia pracy – walały się puste butelki po piwie, plastikowe kubki, przeróżne papiery oraz opakowania po prezerwatywach. Czarne linoleum usłane było niedopałkami, a na i tak już brudnym dywanie pojawiły się nowe tajemnicze plamy. Zapowiadała się kolejna długa zmiana.

– Spóźniłeś się – burknął Guzio. Oczy miał zamknięte, a skrzyżowane ramiona spoczywały na jego pokaźnym brzuszysku.

– Dzień dobry, panie Guzio. Przepraszam. Autobus nie przyjechał na czas. Wpuści mnie pan?

 

Guzio otworzył oczy i podniósł głowę, jakby dopiero teraz zauważył chudego imigranta.

– Sporo się spóźnił ten twój autobus – warknął.

– Tak, sporo się spóźnił.

– Znajdę kogoś chętniejszego i punktualnego, skoro ty masz tę pracę gdzieś.

– To nie była moja wina, proszę pana. Autobus się spóźnił. Kiedy spóźnia się autobus, to ja też.

– Co to za numer?

– Trzydzieści dwa.

Guzio podźwignął się z wysiłkiem z krzesła.

– Chyba zadzwonię do przewoźnika i spytam, czy dziś rano trzydzieści dwa miał opóźnienie. A jeśli tak było, to dostaną ochrzan, że mój pomocnik codziennie spóźnia się do pracy.

– Proszę bardzo, może pan dzwonić. Będę panu wdzięczny, jeśli coś z tym zrobią.

– Ale jak powiedzą, że przyjechał o czasie, to wtedy się z tobą policzę. – Niechlujny człowieczek sięgnął pod kontuar i wcisnął guzik. Drzwi się otworzyły. – Bierz się do roboty.

Gracias.

Raul wśliznął się do pomieszczenia i odłożył kawę i pączki, aby czym prędzej zabrać się do pracy.

– Ten z B11 jeszcze się nie wymeldował – rzucił Guzio przez ramię. – Jeśli tu nie zlezie, zanim skończysz parter, idź na górę i każ mu się stąd zabierać. Zaraz się skończy doba hotelowa, a to nie Marriott. Przed czwartą pokoje muszą być sprzątnięte. Ja tu prowadzę interes.

Raul wyciągnął mopa i wiadro ze schowka na szczotki i postawił je pod ścianą z resztą sprzętów do sprzątania.

– Tak. Nie ma problemu. Jeśli nie zejdzie, zanim skończę parter, powiem mu, żeby się wynosił.


Po dwóch godzinach zamiatania, odkurzania, polerowania i mycia parter w końcu jako tako nadawał się do przyjmowania wieczornych gości. Co prawda żadnego z nich nie obchodziło, czy w hotelu jest czysto, czy walają się w nim krowie placki. Ci, którzy tu przychodzili, mieli w głowie tylko jedno. Porządek w holu nie miał większego znaczenia, ale Raulowi kazano tu sprzątać, więc to robił. Codziennie.

Wyniósł ostatni worek śmieci do kontenera, a kiedy wrócił, Guzio stał w drzwiach swojej budki.

– Nasz gość z B11 jeszcze się nie wyniósł – oznajmił. – Idź po niego.

– Tak jest, proszę pana.

– Wpisał się do księgi jako Johnny Cash. Bardzo śmieszne. Zameldowane są tam dwie osoby. Obie mają się zabierać.

Goście hoteli na godziny często podają fikcyjne nazwiska, ale tym razem Raul to przeoczył.

– Powiem panu Cashowi, żeby zaraz się stąd zabierał.

– Tak zrób. Tylko się pospiesz. Szybko tracę cierpliwość, jeśli jeszcze tego nie wiesz.

Raul wszedł po schodach i ruszył do pokoju B11. Na całym piętrze było upiornie cicho. W słońcu wpadającym przez jedyne okno na końcu korytarza wirowały drobinki kurzu. Wykładzina tłumiła odgłos kroków, a Raul nagle poczuł się odizolowany od reszty świata.

Dotarł do drzwi i przez chwilę stał, wpatrując się w cyferki, które kiedyś były starannie i równo przymocowane, a teraz wisiały przekrzywione i przypominały raczej początek adresu internetowego niż numer pokoju: B//. Stare stalowe drzwi obłaziły z beżowej farby. Złota gałka była porysowana przez pijanych gości, którzy po omacku usiłowali trafić kluczem w dziurkę.

Uniósł rękę, żeby zapukać, i zamarł. Przyszło mu do głowy, że nie ma pojęcia, kto śpi – albo czeka – w pokoju. W tym hotelu nie używano wywieszek „Nie przeszkadzać”. Nigdy nie było wiadomo, co się dzieje za tymi wszystkimi zamkniętymi drzwiami, a biorąc pod uwagę rodzaj klienteli, jaką przyciągał Tiger, istniały duże szanse, że komuś w czymś przeszkodzi. Fakt, że jakiś gość został tu na całą noc, był dziwny sam w sobie. Większość wynajmowała pokoje na kilka godzin. Każdy, kto chciał tu nocować, płacił potrójnie i zwykle miał coś do ukrycia. Niepokój Raula wzrósł.

– Panie Cash, musi pan opuścić pokój! – zawołał, waląc trzykrotnie w drzwi. Na wykładzinę opadło kilka płatów farby. Czuł, że oddech robi mu się coraz płytszy. – Skończyła się doba hotelowa. Musi się pan wyprowadzić.

Nie było odpowiedzi. Przyłożył ucho do drzwi, nasłuchując jakiegoś ruchu, ale w środku panowała cisza.

– B11, trzeba się wymeldować. Już jest rano. Musi pan wyjść.

Wciąż żadnego ruchu ani dźwięku.

Nie odrywając oczu od drzwi, Raul powoli sięgnął po wielkie chromowane kółko wiszące u pasa dżinsów i zaczął przeglądać liczne przyczepione do niego klucze. Drżącymi dłońmi przesuwał kolejne numerki, aż znalazł klucz uniwersalny.

– Ma pan ostatnią szansę, panie Cash. Wchodzę do środka. Musi pan opuścić pokój.

Włożył klucz do zamka i przekręcił.

– Wchodzę! – zawołał, a głos załamał mu się zdradziecko. Popchnął drzwi, czując, jak jego twarz zalewa fala gorąca.

Słońce, które wpadało przez okno w korytarzu, oświetlało też wnętrze pokoju B11. Za szybą widać było odcinek międzystanowej autostrady, a na niej rozpędzone samochody znikające za zakrętem prowadzącym w stronę miasta. Ale wzrok Raula przyciągnął inny widok.

Na przedłużaczu przeciągniętym przez odsłoniętą rurę pod sufitem i przywiązanym do łóżka wisiało bezwładnie ciało kobiety. Nie kołysało się, było całkowicie nieruchome. I zakrwawione. Mocno. Krew spływała po nogach i ściekała ze stóp na podłogę. Kobieta była naga i ogolona – niezbyt dokładnie. Głowa opadała jej na bok, a z kącika ust wystawał czubek języka. Czerwone zapuchnięte oczy wpatrywały się w nicość gdzieś nad głową Raula. Kiedyś była pięknością. Teraz przypominała tuszę u rzeźnika.

– Nie! – wrzasnął Raul, wycofując się gwałtownie z pokoju, i gruchnął na brudną wykładzinę w korytarzu. Ze stalowych drzwi, o które zawadził stopą, opadło na niego kilka płatów farby. Przeżegnał się parę razy ze łzami w oczach, zdjęty nagłym lękiem. Diabeł nawiedził hotel Tiger i zostawił po sobie straszliwą śmierć. Nigdy nie zapomni tego widoku, nie pomogą nawet alkohol i prochy, którymi się nafaszeruje podczas czekającej go bezsennej nocy. Na zawsze zapamięta każdy szczegół, dźwięk i zapach.