Ostatnia ojczyznaTekst

Z serii: Trylogia Ojczyzny #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Matteo Righetto

OSTATNIA

OJCZYZNA

Wydanie 1

Przekład z języka włoskiego:

Tomasz Kwiecień

Sopot 2021

Tytuł oryginału: L’ultima patria

Copyright © 2018 Matteo Righetto

This edition published in agreement with Piergiorgio Nicolazzini Literary Agency, Italy and Book/lab Literary Agency, Poland.

All rights reserved.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Kwiecień

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

Fotografia wykorzystane na okładce:

© istockphoto.com / Olga_Gavrilova

Druk: Mazowieckie Centrum Poligrafii

Konwersja do EPUB/MOBI:

http://www.gigaproject.pl/epuby

ISBN: 978-83-65731-93-7

Smak Słowa

ul. Monte Cassino 6A

81-805 Sopot

tel. 507-030-045

Zapraszamy do księgarni internetowej wydawnictwa

www.smakslowa.pl

Tym, których ojczyzną jest wiatr, lasy,

obłoki i woda w strumieniu.

Których ojczyzną jest świt,

zmierzch i rozgwieżdżone niebo.

Których ojczyzną jest sprawiedliwość i wierność

Księżyc pędził między chmurami;

nie było już rzeczy, nie było już ludzi,

był tylko ludzki lament.

Mario Rigoni Stern, Il sergente nella neve

A potem niespodziewanie prawda stanęła mi przed oczami,

prosta niczym szklanka wody.

Życie jest, jakie jest, ale na pewno nie jest

sprawiedliwe.

Joe R. Lansdale, The Thicket

Część pierwsza
1

Dwaj mężczyźni przylgnęli płasko do ziemi. Choć byli przemarznięci do kości, zastygli bez ruchu niczym czyhające na zdobycz węże, starając się, by nie odkryto ich obecności. Leżeli tak nieruchomo przez kilka minut. Nad nimi leniwie kołysały się czubki świerków.

Ukryci na skraju lasu wśród krzaków przywiędłych malin i wielkich liści dzikiego szczawiu, przyglądali się mu, jak w rzadkim momencie spokoju i beztroski tłumaczył synowi sztukę podkuwania konia.

Augusto De Boer, mały Sergio i Samson znajdowali się dwadzieścia lub trzydzieści metrów niżej, od nawietrznej. Dwaj mężczyźni wpatrywali się w Augusta, a potem wymienili między sobą spojrzenia podekscytowanych drapieżników i uśmiechnęli się porozumiewawczo.

W tej samej chwili z domu wyszła żona Augusta, a po chwili ich najstarsza córka.

Przyczajeni mężczyźni nie mrugnęli nawet okiem.

Typowym dla siebie pośpiesznym krokiem Agnese weszła do drewutni i zabrała kilkanaście bukowych szczap, potem powiedziała coś do męża i syna, a oni jej odpowiedzieli.

Mężczyźni w lesie nie usłyszeli słów, chociaż wiatr wiał w ich stronę.

Jole zerwała kwiat zimowitu jesiennego, zatknęła go sobie za lewe ucho i podeszła do ojca i brata. Poklepała Samsona i pocałowała go w nasadę nosa. Powiedziała coś i wszyscy troje się uśmiechnęli, chociaż zaraz potem dziewczyna zwróciła się do ojca w taki sposób, jakby robiła mu wyrzuty.

Była coraz piękniejsza ze swoimi rozpuszczonymi włosami, czystymi jak siano zebrane na łąkach, i skórą opaloną słońcem późnego lata. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy, by pomyśleć, że przyszłość stoi po jej stronie, że weszła z nią w wieczny pakt, podobny przymierzu, które czas zawarł z pięknem okolicznych lasów i gór, surowych i wzniosłych zarazem.

Jeden z dwóch przyczajonych mężczyzn, chuderlawy, z połową twarzy zniekształconą przez ciężkie poparzenie, powoli zdjął z głowy pilśniowy kapelusz i mruknął:

– Czworo.

– Hę?

– Zostało ich czworo. Drugiej córki nie ma już od jakiegoś czasu…

– No to jeden z głowy – szepnął drugi, tęgi chłop z podłużną blizną na prawym policzku, o przekrwionych oczach, brwiach przypominających krzaki dzikich jeżyn, dobry jak legowisko żmij.

– Jedna z głowy – poprawił się.

– Tak. Teraz musimy się dowiedzieć, gdzie ukrywa towar. Będzie trzeba trochę poczekać.

Uśmiechnęli się i cierpliwie odczekali, aż wszyscy De Boerowie wrócą do środka. Dopiero wtedy ostrożnie wycofali się w głąb lasu. Jakieś sto metrów dalej przystanęli na niewielkiej polanie ukrytej wśród gęsto rosnących dębów i dawno padłych, butwiejących jodeł. Nożami ścięli nieco gałązek grabu i splatając je z kasztanowymi gałęziami zbudowali sobie kryjówkę.

Spoceni weszli do środka i usiedli. Chuderlawy wyjął z plecaka butelkę grappy, upił łyk i podał drugiemu.

– No to cierpliwości – powiedział.

Tęgi wziął butelkę, skosztował i nie powiedział słowa.

Wczesnolistopadowe niebo, którego skrawek otwierał się nad nimi, było jasne i przejrzyste. Powietrze było zimne i suche, niosło ze sobą zapach żywicy.

Chudy raz jeszcze sięgnął do torby i wyciągnął porcje wędzonego króliczego mięsa. Wziął jedną, odgryzł kawałek i podał resztę towarzyszowi.

Dziwny głos przebił się przez szelest lasu. Powta­rzający się stukot, seria ciężkich stłumionych dźwięków.

Tak-tok… tak-tok…, tak-tok… tak-tok…

Mężczyźni przestali żuć i rozejrzeli się.

Tak-tok… Tak-tok…

Potem nisko nad nimi przeleciał cień. Głuszec rozwinął skrzydła i natychmiast zniknął nad powalonymi drzewami.

Kilka sekund później nieoczekiwanie zerwał się północny wiatr. Jego nagły podmuch zaszeleścił w drzewach. Porwał kapelusz z głowy chudego i przeturlał go po ziemi.

Drugi mężczyzna roześmiał się. A potem wiatr ucichł. Chudy podniósł kapelusz i obaj wrócili do jedzenia.

2

Minęły dwa lata, odkąd Jole przekroczyła granicę, odnalazła ojca i wróciła razem z nim do domu.

Dwa lata to długo albo krótko, wszystko zależy od bardzo wielu rzeczy, poczynając od miejsca, w którym mieszkasz.

Jesienią 1898 roku w Nevadzie, małej wiosce zagubionej wśród surowych gór, pomiędzy płaskowyżem Asiago i doliną Brenty, pozostali już tylko De Boerowie. Tylko oni uparcie opierali się pokusie opuszczenia własnej ziemi i wyemigrowania za chlebem.

Rzeczywiście, od lat w tej okolicy trwał prawdziwy exodus. W Dolomitach i w każdym zakątku Prealp Wenec­kich działo się to samo: rolnicy opuszczali swoje domy i schodzili w doliny, podobni strumieniom wody w czas majowej odwilży. Rzesza biednych ludzi emigrujących w poszukiwaniu lepszego miejsca.

W ciągu dziesięciu lat ponad sto tysięcy ludzi opuściło Wenecję Euganejską. Na grzbietach gór nie został prawie nikt. Tylko ostatniej wiosny z samej doliny Brenty wyjechały trzysta czterdzieści trzy osoby, kierując się na drugi koniec świata. Agenci emigracyjni obiecywali im szczęście i pełny żołądek i zachęcali do rychłego wyjazdu, mówiąc, że im szybciej kto przybędzie do miejsca przeznaczenia, tym lepiej się w nim urządzi.

To samo działo się w Nevadzie. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy wyjechał najpierw Zest z rodziną, a następnie wszyscy Battistowie, pozostawiając De Boerów samych i jeszcze bardziej niż dotąd odizolowanych od reszty świata.

Mimo zachęt, których nie szczędzili promessi – obiecywacze, jak ironicznie nazywano w tych stronach agentów emigracyjnych, docierających z obietnicą nowych rajów do gospodarstw położonych nawet w najbardziej nieprzystępnych górskich rejonach – Augusto postanowił zostać tam, gdzie się urodził i dorastał, przekonany, że prędzej czy później lepsze czasy nadejdą dla wszystkich. Jednak w tych rzadkich chwilach, kiedy otwierał usta, jego słowa brzmiały słabo i nieprzekonująco. Agnese czasami zastanawiała się, czy jej mąż był rzeczywiście tak bardzo przekonany do pozostania, skoro szło im coraz gorzej. Również Jole nie zgadzała się z ojcem, ale nie było rady, musiała poddać się jego upartej woli.

Życie De Boerów jakoś toczyło się dalej, było jednak pełne trudu i wyrzeczeń sięgających niejednokrotnie do granic ludzkiej wytrzymałości, zwłaszcza że Augusto postanowił skończyć z przemycaniem swojego tytoniu przez granicę. Od dłuższego czasu sprzedawał tylko niewielkie jego ilości w dolinie, tak jak jeszcze kilka miesięcy wcześniej robili niemal wszyscy plantatorzy. De Boer postanowił na dobre zamknąć w swoim życiu rozdział niebezpiecznych wypraw, które co prawda pozwoliły mu zgromadzić nieco cennego metalu, ale wystawiły na szwank jego własne życie i życie jego pierworodnej.

 

Dni i pory roku następowały po sobie wciąż takie same, odmierzane rytmem wyczerpującej pracy przy uprawie tytoniu i zwykłego życia, prostego i ubogiego. I jakby nie wystarczyła niesprawiedliwość ze strony Królewskiego Monopolu Tytoniowego, który co roku zabierał wszystkie plony i płacił za nie tyle, co kot napłakał, to jeszcze w połowie sierpnia dwie straszliwe burze z silnym wiatrem i gradem wielkości kasztanów poniszczyły większość upraw. Dzieła zniszczenia dopełniły larwy i pasożyty, pożerając sporą część pozostałej resztki zdrowych liści. W tych samych dniach padła na tężec Judyta, jedyna krowa, która im pozostała, i należący niegdyś do Mosa czarny koń, którego Jole przyprowadziła ze swej przemytniczej podróży i któremu nigdy nie chciała nadać imienia. Biednej szkapie zaczęły się napinać mięśnie i w ciągu paru godzin coraz częstsze skurcze sięgnęły aż do szyi. Nieszczęsne zwierzę z trudem przeżuwało i coraz bardziej rozszerzało nozdrza, aż w niecały tydzień po pojawieniu się pierwszych objawów spuściło łeb i padło. Ten sam los spotkał Judytę zaledwie dwa dni później.

Na szczęście już na widok pierwszych objawów śmiertelnej choroby Augusto postanowił odizolować oba zwierzęta, aby nie zaraziły Samsona.

Ojciec rodziny wykopał spory dół kilkaset metrów od domu i w nim spalił zwłoki zwierząt.

Sergio bardzo lubił Judytę: to on zadawał jej paszę, to on, pod czujnym okiem ojca, opiekował się nią. Kiedy zobaczył w dole zwłoki zwierzęcia, nie mógł powstrzymać płaczu.

Jole tuliła go do siebie, gdy patrzyła, jak ciało czarnego konia trawią płomienie. Ogień pożerał ostatniego świadka wydarzenia, które pozostało w dużej mierze tajemnicą, schowaną w najgłębszym zakamarku serca dziewczyny. Patrzyła na niego oczami pełnymi współczucia, ale bez żalu, tak jak się patrzy na przykre wspomnienie, które znika na zawsze, zabierając ze sobą fetor złych doświadczeń. Potem Augusto zasypał dół, a po jakimś czasie wyrosły w tym miejscu jaskry i koniczyny, żółte i zielone jak kolory najpiękniejszej pory roku.

3

Choć wciąż był silny i nie stracił twardego charakteru, również Augusto, przygnieciony odpowiedzialnością za rodzinę w tych trudnych czasach, zaczął zdradzać pierwsze objawy starości. Po tym, jak powrócił z córką z ostatniej przemytniczej wyprawy, błyskawicznie się postarzał. Miał zaledwie czterdzieści sześć lat, a jednak jego gęste dumne wąsy prawie całkiem posiwiały. Chodził lekko zgarbiony, a skóra jego twarzy i ramion, choć twarda niczym kora modrzewia, skurczyła się i pomarszczyła.

W ciągu minionych czternastu miesięcy, aby rodzinie żyło się jako tako, musiał uszczuplić swój drobny skarb zdobyty na austro-węgierskiej granicy i wymienić w Bassano część srebra i miedzi na jedzenie.

Tak więc w pierwszych dniach listopada 1898 roku w kryjówkach rozsianych na polach wokół domu pozostało ostatnie osiem wlewków, cztery srebrne i cztery miedziane, i choć Augusto zawsze miał nadzieję, że któregoś dnia przydadzą się na ślub Jole, w głębi duszy wiedział, że wkrótce, być może jeszcze przed nadejściem wiosny, i tych ośmiu będzie musiał się pozbyć.

Jole, która kilka miesięcy wcześniej skończyła dwadzieścia lat, stała się dojrzałą kobietą. Na przekór oddaleniu od świata, wyrzeczeniom i wymuszonej suro­wości życia robiła się coraz piękniejsza.

Była wysoka i mocna jak brzoza, i jak brzoza rosła prosto w górę, ku światłu, starając się uciszyć głosy przeszłości i odnaleźć nieco pogody ducha. Nie było to łatwe. Ostatnimi czasy stawała się coraz bardziej nerwowa, niedbała i trudna do zniesienia. Wraz z rodzicami pracowała ciężko na masiere, tarasach tytoniowych, i w ogrodzie, ale kiedy tylko mogła, oddalała się, by spacerować boso po lesie albo wędrować na grzbiecie Samsona po pastwiskach Rendale i zanurzać się w otaczającą roślinność. Czuła się jej częścią, a jazda wśród lasów i łąk uspokajała ją i dawała jej radość, której już od dawna nie czuła w domu. Potrzebowała samotności i często pyskowała matce i ojcu. Wchodziła w konflikt z obojgiem rodziców, ale zwłaszcza z Augustem. Kłóciła się z nim o to, czy naprawdę jest możliwe, by nie było innego sposobu na dobre życie. Musieli koniecznie coś wymyślić, aby żyć godnie. Kiedy się kłócili, Sergio mawiał, że wyglądają jak dwa walczące jelenie. Czasami, kiedy ojciec przestawał jej słuchać, Jole uciekała na pole, kładła się w trawie i patrzyła, jak chmury przesuwają się nad jej głową, zmieniając kształty. Wspominała swoją przeszłość i zastanawiała się, czy wszystko to, co przeżyła, wydarzyło się naprawdę. Jednak kiedy tamte obrazy do niej wracały, wyzbywała się wątpliwości, a w jej wnętrzu zaczynał wibrować gniew, dzika siła gotowa ruszyć niczym skała odrywająca się od górskiej ściany, spadająca z impetem i roztrzaskująca się w dolinie z całą swą niszczycielską mocą.

Galopując na grzbiecie Samsona, chodząc boso po miękkim mchu czy brodząc w lodowatej wodzie strumienia, czuła się szczęśliwa, a jednocześnie gotowa na wszystko, nawet na użycie siły przeciwko arogancji i niesprawiedliwości dotykającej najsłabszych. Nie dlatego, że tak nauczył ją ojciec, ale dlatego, że nauczyło ją tego samo życie i doświadczenie sprzed dwóch lat. Doświadczenie, które odcisnęło się w najmroczniejszych zakamarkach jej świadomości.

4

Antonia, młodsza siostra Jole, zamiłowana twór­czyni wisiorków z owadów i kwiatów zatopionych w kroplach żywicy, opuściła rodzinny dom kilkanaście miesięcy wcześniej, wiosną 1897 roku.

Coraz bardziej poddana wpływowi matczynej religijności, doznała silnej przemiany duchowej i postanowiła poświęcić się Bogu. Dokonywało się to stopniowo. Najpierw zaczęła spędzać coraz więcej czasu w domu, na klęczkach przed obrazem Madonny. Z biegiem tygodni jej pobożność intensywniała, aż religijne praktyki zaczęły zajmować jej większość dnia. Przestała spędzać wolny czas w lesie czy na zabawach z młodszym bratem, poświęcała się już tylko modlitwie i rozważaniom. Coraz częściej chodziła z pielgrzymką do kościoła Świętego Franciszka we wsi Foza. Na początku ta przemiana odrobinę zaniepokoiła Augusta, ale pomyślał, że może religijność córki pomoże dotrzeć ich potrzebom do uszu Boga, dlatego przyjął tę nowość w milczeniu.

Agnese była szczęśliwa tak, jak tylko szczęśliwa może być matka, która widzi, że jej córka spełnia jej najgłębsze pragnienie. Rozpoznawała w swoim dziecku wolę Bożą, przyjęła to szczere nawrócenie jako rodzaj błogosławieństwa. Także Jole widziała w oczach siostry prawdziwe światło i w pewien sposób robiło to na niej wrażenie, bo sama zupełnie nie odczuwała go w sobie i była nawet nieco przestraszona zachowaniem Antonii. Natomiast Sergio stracił w siostrze towarzyszkę zabaw i beztroski w tych rzadkich chwilach, kiedy mogli oderwać się od pracy.

Dzień, w którym Antonia oznajmiła rodzicom decyzję, że udaje się do klasztoru, i poprosiła ich, by towarzyszyli jej do Bassano, był jednym z ważniejszych i najbardziej poruszających momentów w życiu De Boerów.

Stało się to wieczorem któregoś późnowiosennego dnia. Światła z każdym dniem przybywało, a słoneczne promienie, pomarańczowe i złote, wdzierały się przez okno do kuchni i pozostawały w niej aż do kolacji, kiedy cała rodzina gromadziła się przy starym orzechowym stole. Właśnie zakończyli modlitwę nad miską kapuśniaku wspólnym „Amen”. Po chwili ciszy Antonia ze spuszczoną głową powiedziała nieśmiało:

– Tato, mamo, chcę zostać mniszką.

Augusto jadł w milczeniu, jakby nie usłyszał słów córki.

Agnese wstrzymała oddech, raptownie odwróciła się do męża, potem spojrzała na Antonię, a potem znów na Augusta.

Jole westchnęła głęboko i zapatrzyła się na złote promienie zachodzącego słońca.

Sergio chwycił się za głowę i zapytał oszołomiony:

– To znaczy, że chcesz odejść?

Prawdę mówiąc, wszyscy się tego spodziewali. Każde z nich wiedziało, że wcześniej czy później nadejdzie ta chwila i usłyszą te właśnie słowa, nie wiedzieli tylko, kiedy to nastąpi.

Przez kilka długich sekund nikt nie powiedział ani słowa, aż w końcu odezwała się Agnese.

– Jesteś tego pewna? – zapytała z niepokojem.

– Tak, mamo.

Augusto skończył zupę i popatrzył na nią.

– Moje dziecko… – powiedział, ale natychmiast mu przerwano.

– Tato! – krzyknęła dziewczyna.

– Nic nie mów – powiedział stanowczo, ale spokojnie. – Skoro jesteś tego pewna… Jutro pójdziemy do Bassano i porozmawiamy z kim trzeba.

Antonia zrobiła znak krzyża, zerwała się z krzesła i pobiegła mocno przytulić się do ojca.

– Niech cię Bóg błogosławi, córko – powiedziała Agnese ze łzami w oczach.

Jole, choć trudno jej było zrozumieć postanowienie siostry, z szacunkiem odniosła się do jej szczerości i determinacji. Zazdrościła jej pewności i niezachwianych przekonań. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo zmieniła się Antonia, jak daleko jej teraz do tej dawnej towarzyszki zabaw, którą była. A cała ta sytuacja była dla niej kolejnym dowodem, że ojciec, dla niej coraz bardziej szorstki, wobec siostry i brata okazywał się pobłażliwy i wyrozumiały. Nie pojmowała tego. Dlaczego nigdy nie chciał jej wysłuchać? Ten mężczyzna, pozornie twardy, gruboskórny i nieprzenikniony, okazał się zdolny do zrozumienia serca Antonii. Życie nauczyło Jole, że umiejętność prawdziwego słuchania drugiego człowieka jest jednym z najcenniejszych talentów, które można posiadać.

I Augusto ten dar posiadał. Ale nie wobec niej.

5

Nie rozumiesz, córeczko, że on po prostu boi się ciebie stracić? – powiedziała jej matka któregoś wieczoru, kiedy przy zapalonych świecach rozczesywała jej długie jasne włosy grzebieniem z jeleniego rogu, a reszta rodziny przebywała na zewnątrz. To Jole poprosiła matkę o tę rozmowę.

– Boi się mnie stracić?

– Dorosłaś, córeczko. Nie wiesz, co to znaczy być ojcem takiej dziewczyny jak ty.

– Cóż, ty też nie wiesz, co to znaczy być ojcem takiej dziewczyny jak ja…

Roześmiały się. Agnese delikatnie odwróciła głowę córki, by spojrzeć jej w oczy, a następnie pogłaskała ją po włosach, okazując jej podziw z całą czułością, do jakiej zdolna jest matka. Jak gdyby naraz znalazły się w innym świecie, w innym wymiarze, gdzie nie ma czasu, bólu ani trudów, gdzie nie istnieje głód, zmęczenie, plecy obolałe od pracy w polu, upokorzenia ze strony urzędników królewskiego monopolu, ani też lęk przed tym, co przyniesie przyszłość. Wszystko to nagle znikło. Zostały tylko one dwie i miłość, czułość i nadzieja, przekazywane samym spojrzeniem. A im dłużej na siebie patrzyły, tym bardziej każda z nich rozpoznawała samą siebie w twarzy tej drugiej, jakby podróżowały w czasie; w tym niemal magicznym momencie przeszłość i przyszłość znikały, wchłonięte przez wieczne teraz, szczęśliwą teraźniejszość, ukrytą między konstelacją piegów Jole a palcami matki, delikatnie gładzącymi twarz córki.

– Pewnego dnia dowiesz się, co to znaczy żyć u boku mężczyzny – powiedziała Agnese.

– Tak, ciekawe, kiedy…

– Przyjdzie i na to czas, Jole – odparła matka, wracając do rozczesywania długich włosów córki, takich samych, jak jej własne, kiedy była młoda.

– I nie prowokuj ojca – dodała. – Z całej waszej trójki najbardziej związany jest z tobą. Tylko że, wiesz…

Jole zamknęła oczy i prychnęła.

– On po prostu jest uparty jak wół – dokończyła matka.

I pocałowała ją lekko w czoło.

6

Rok wcześniej Jole poznała miłość, ale nikomu się z tym nie zdradziła.

To doświadczenie poruszyło nią i wprowadziło zamieszanie do jej duszy: wrażliwej, a jednocześnie żywej, wojowniczej i porywczej. Niczym ryś.

Miał na imię Sebastiano i po raz pierwszy zobaczyła go wiosną, podczas przejażdżki po lesie. Był wysoki, miał ciemne włosy i duże oczy. Przejechała kilkanaście metrów obok niego na grzbiecie Samsona, on się odwrócił, a na jej widok zdjął czapkę i uśmiechnął się szeroko. Jole zarumieniła się i następnego dnia wróciła w tę samą okolicę, by cieszyć się kolejnym uśmiechem, jedynie dla niej. I tak też się stało. Trzeciego dnia odezwał się do niej, a ona zsiadła z konia. Miał piękny, zdradzający pewność siebie głos.

 

– Ja jestem Sebastiano, a ty? – przedstawił się.

– Jole.

Miał tyle samo lat, co ona. Z pochodzenia był Cym­brem*. Mieszkał w Rotzo. Pracował jako robotnik sezonowy dla dziedzica z Asiago, był, jak to się mówiło w tych stronach, pechér: jego zadaniem było nacinanie sosen czarnych, aby pozyskać z nich pèch, po cymbryjsku żywicę. Na najlepszych pniach żłobił nacięcie w kształcie litery „V”, a potem starannie, cierpliwie i dokładnie zbierał spływający z niego gęsty żywiczny płyn, z którego jego zleceniodawca uzyskiwał terpentynę i kalafonię, by potem sprzedać ją kupcom z niziny na południu.

Począwszy od tamtego dnia, widywali się wielokrotnie w tym samym lesie, ale Jole nie miała odwagi, by z nim porozmawiać. Jednak pewnego razu przyniosła mu czarne jagody, które zebrała po drodze, a on w zamian ofiarował jej kilka kropli żywicznych do żucia: wylał żywicę na rozgrzaną, lekko nachyloną metalową płytę i pozwolił jej powoli spływać w dół, tak by po drodze pozbyła się zanieczyszczeń. Rezultatem tej czynności był rodzaj pachnącej i elastycznej gumy, nadającej się do żucia. Tego samego dnia u stóp modrzewia przytulił ją i pocałował.

Jole całymi dniami chodziła oszołomiona, zarazem zdezorientowana i szczęśliwa, aż dwa tygodnie po pierwszym pocałunku chłopak powiedział jej, że tak jak wielu jego rówieśników w owych latach, opuszcza swoje strony.

– Jadę do Ameryki – wyszeptał, wbiwszy wzrok w zie­mię. – Wyjeżdża cała moja rodzina…

Powiedziawszy to, próbował ją przytulić, ale ona wywinęła mu się i spojrzała na niego oczami błyszczącymi z rozczarowania i urazy. Nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa, chociaż chciała wykrzyczeć mu w twarz całą swą pogardę za to, że potraktował ją jak rzecz bez wartości, nie pytając jej nawet o zdanie na temat planów wyjazdu do Ameryki.

Wskoczyła na grzbiet Samsona i pogalopowała do domu, przeklinając żywicę i wszystkich pechér tego świata, którzy śmiertelnie ranili drzewa, by wykorzystać ich szlachetne, pachnące łzy.

Przypisy:

* Cymbrowie – pochodząca z południowej Bawarii grupa etniczna, od śred­nio­wiecza zamieszkująca płaskowyż Asiago i posługująca się własnym językiem (przyp. tłum.).

Inne książki tego autora