Chłopiec zwany Gwiazdką

Tekst
Autor:Matt Haig
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chłopiec zwany Gwiazdką
Chłopiec zwany gwiazdką
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,95  47,96 
Chłopiec zwany gwiazdką
Audio
Chłopiec zwany gwiazdką
Audiobook
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Matt Haig

Chłopiec zwany Gwiazdką


Tytuł oryginału

A Boy Called Christmas ISBN 978-83-65676-38-2 Copyright © Matt Haig, 2015 Illustrations © Chris Mould, 2015 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Published by arrangement with Canongate Books Ltd, 14 High Street, Edinburgh EH1 1TE Redakcja Witold Kowalczyk Opracowanie graficzne okładki Tobiasz Zysk Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Całkiem zwyczajny chłopiec

Syn drwala

Chatka i mała mysz

Myśliwy

Sanie (i inne kiepskie wieści)

Przybycie ciotki Karlotty

Burczące brzuchy i inne koszmarne sprawy

Bardzo krótki rozdział o wyjątkowo długim tytule (w którym niewiele się dzieje)

Staruszka

Renifer

Coś czerwonego

Koniec magii

Ojciec Topo i Mała Nuśka

Wioska elfów

Tajemnica Małego Kipa

Nieprzyjemne spotkanie

Troll i wróżka prawdy

Najstraszniejsza myśl

Sztuka przeciskania się przez kominy

Renifer Błysk na ratunek!

Poszukiwanie

Elfi chłopiec

Zemsta renifera

Coś dobrego

W chmurach na grzbiecie renifera

Chłopiec zwany Gwiazdką

Ważna decyzja

Ostatnie odwiedziny u ciotki Karlotty

Jak Ojciec Gwiazdka spędził następne dziesięć lat

Grzeczne i niegrzeczne

Ojciec Gwiazdka w poszukiwaniu prawdy

Czarodziejska moc podarunków

Pierwsze dziecko, które obudziło się w świąteczny poranek

Dla Lucasa i Pearl

„Niemożliwe”.
— Stare elfie przekleństwo
Całkiem zwyczajny chłopiec

to otwiera się przed Tobą najprawdziwsza historia Świętego Mikołaja. Tak! Samego Świętego Mikołaja.

Pewnie chcesz zapytać, skąd ja właściwie mogę znać najprawdziwszą historię. Odpowiem Ci: lepiej nie dociekaj pewnych spraw. Przynajmniej nie na samym początku książki. To niezbyt uprzejme.

A przede wszystkim pomyśl, dlaczego miałbym pisać o najprawdziwszej historii Świętego Mikołaja, gdybym jej dobrze nie znał?

Wiem, możesz znać Świętego Mikołaja pod innym imieniem. Mikołaj, Gwiazdor, Dziadek Mróz może być dla Ciebie dziwnym, brzuchatym facetem rozmawiającym z reniferami i przynoszącym prezenty... A może nadałeś mu dla żartu specjalne imię wymyślone przez siebie. Gdybyś był elfem, na pewno mówiłbyś mu: Ojcze Gwiazdko. Nie inaczej. Taką już elfy mają tradycję. Wróżki z kolei przezywają go Dziadkiem Mrozem, śmiejąc się z jego długiej, białej brody. Ale bez względu na to, pod jakim imieniem go znasz, wiesz, kim jest — i to najważniejsze.

Czy uwierzysz, że był taki czas, kiedy nikt nic o nim nie wiedział? Czas, kiedy był całkiem zwyczajnym chłopcem, zwanym Mikołajem albo też Gwiazdką. Mieszkał wtedy w jakimś nikomu nieznanym zakątku, gdzieś w Finlandii, i nie miał nic wspólnego z magią poza tym, że głęboko w nią wierzył. Mało też wiedział o świecie — znał tylko smak zupy grzybowej, zimno północnego wiatru i historie, jakie mu opowiadano. Miał tylko jedną zabawkę — lalkę wykonaną z rzepy.

Ale wiele rzeczy w życiu Mikołaja miało się zmienić i to w sposób, którego nigdy by się nie spodziewał. W jego życiu miały się zadziać...

Dobre rzeczy.

Złe rzeczy.

Rzeczy niemożliwe.

Jeśli jesteś jedną z osób, które uważają, że rzeczy niemożliwe są niemożliwe i tyle — lepiej, żebyś już teraz odłożył tę książkę. To nie jest najlepsza lektura dla ciebie, bo pełno w niej rzeczy magicznych i niemożliwych.

Wciąż jesteś z nami? To dobrze. (Elfy byłyby z ciebie dumne). W takim razie zaczynajmy...

Syn drwala

ikołaj był szczęśliwym dzieckiem. No, może nie całkiem. Jeśli zapytałbyś go, czy jest szczęśliwy, na pewno odpowiedziałby, że tak. Z pewnością robił, co mógł, aby być szczęśliwym, ale czasami bycie szczęśliwym jest nieco skomplikowane. Wierzył w szczęście tak mocno jak we wróżki, elfy i trolle, ale tak jak nigdy nie miał możliwości bliskiego spotkania z wróżką, trollem lub elfem, tak samo daleko było mu do prawdziwego szczęścia. Nie miał łatwo — nawet w święta. Nie wierzysz? Zerknij tylko na listę wszystkich prezentów, które otrzymał z okazji świąt Bożego Narodzenia w całym swoim życiu. Podkreślam, w całym swoim życiu.

1. Drewniane sanie.

2. Lalka wydrążona z rzepy.

Nic więcej.

Prawda jest taka, że życie Mikołaja nie należało do najłatwiejszych. Ale z pewnością dobrze je wykorzystał. Nie miał braci ani sióstr, z którymi mógłby się bawić, a najbliższe miasteczko — Kristiinankaupunki — było oddalone o wiele kilometrów. Wędrówka tam zajmowała nawet więcej czasu niż poprawne wymówienie tej nazwy. Zresztą w Kristiinankaupunki nie było co robić. No, może poza pójściem do kościoła lub gapieniem się na witrynę sklepu z zabawkami.

— Tato, zobacz! Drewniany renifer! — zachwycał się chłopiec, przyklejając nos do witryny sklepu.

Albo:

— Zobacz! Pluszowy elf!

Albo:

— Zobacz! Jaka ładna pacynka! To król!

A raz nawet zapytał:

— Czy mógłbym taką dostać?

Zapytał o to swojego tatę, Joela, patrząc na jego podłużną, szczupłą twarz, skórę twardszą niż buty po deszczu i gęste brwi nad oczami.

— Masz pojęcie, ile to kosztuje? — ojciec odpowiedział pytaniem na pytanie.

— Nie — przyznał Mikołaj.

A wtedy jego tata podniósł do góry swoją lewą dłoń, rozczapierzając palce. Miał tylko cztery zdrowe palce u lewej dłoni, bo jeden z nich został skrócony — pamiątka po okropnym wypadku z siekierą, naprawdę okropnym, pełnym krwi, o którym nie będziemy więcej opowiadać, aby nie zepsuć naszej świątecznej historii.

 

— Cztery i pół rubla?

Ojciec spojrzał na niego ze złością.

— Nie. Nie. Pięć. Pięć rubli. Pięć rubli za pluszowego elfa to strasznie dużo. Za takie pieniądze kupisz całą chatkę.

— Myślałem, że chatki kosztują jakieś sto rubli...

— Nie mądrz się, Mikołaju.

— Przecież mówiłeś, że powinienem być mądrzejszy.

— Zostawmy to — odpowiedział Joel. — W każdym razie po co ci pluszowy elf, skoro masz lalkę z rzepy, którą zrobiła ci mama? Nie możesz udawać, że lalka jest elfem?

— Mogę, oczywiście — odpowiedział Mikołaj, bo nie chciał zasmucać swojego taty.

— Nie martw się, synu, pracuję teraz ciężko i pewnego dnia będę tak bogaty, że kupię ci wszystkie zabawki, o jakich zamarzysz. Będziemy mieć prawdziwego konia, własną karocę i wjedziemy do miasteczka jak królowie!

— Nie pracuj tak ciężko — powiedział Mikołaj. — Czasem musisz się też pobawić. A mnie w zupełności wystarczy moja lalka z rzepy.

Ale Joel musiał ciężko pracować. Jako drwal codziennie ścinał drzewa. Wstawał do pracy skoro świt i pracował aż do zmroku.

— Problem w tym, że żyjemy w Finlandii — wyjaśniał w dniu, kiedy rozpoczęła się nasza historia.

— Czyż nie wszyscy żyją w Finlandii? — zdziwił się Mikołaj.

[no image in epub file]Był ranek i wspólnie z tatą wędrowali w kierunku lasu, mijając starą, kamienną studnię, na którą nie wolno było patrzeć. Ziemię pokrywała cienka warstwa śniegu. Joel niósł na plecach siekierę, której ostrze błyszczało w zimnym, porannym słońcu.

— Nie wszyscy — odpowiedział ojciec. — Niektórzy ludzie mieszkają w Szwecji. I jakieś siedem osób mieszka w Norwegii. Może nawet osiem. Świat jest dość rozległy.

— To co takiego złego jest w mieszkaniu w Finlandii, tato?

— Drzewa.

— Drzewa? Myślałem, że lubisz drzewa. I dlatego codziennie je ścinasz.

— W Finlandii wszędzie, gdzie spojrzysz, są drzewa... I dlatego nikt dobrze nie płaci za... — Joel zatrzymał się nagle.

— Co się dzieje, tato?

— Chyba coś usłyszałem.

Przed nimi nie było widać nic poza brzozami, sosnami, ziołami i krzewami wrzosu. Na gałęzi przysiadł drobny ptak o czerwonym brzuszku.

— Pewnie mi się wydawało — powiedział niepewnie Joel. Spojrzał na wielką sosnę, przyciskając rękę do chropowatej kory. — To ta. — Rozpoczął ścinanie drzewa, a Mikołaj rozglądał się za grzybami i jeżynami.

Miał w koszyczku tylko jeden kapelusz, kiedy gdzieś w oddali zauważył cień zwierzęcia. Chłopiec uwielbiał zwierzęta, lecz zazwyczaj spotykał tylko ptaki, myszy i króliki. Czasami udawało się zobaczyć łosia. Ale tym razem cień wskazywał na coś o wiele potężniejszego — był to niedźwiedź. Ogromny, brunatny niedźwiedź, trzy razy większy od Mikołaja. Stał na swoich tylnych łapach i sięgał po jagody. Serce chłopca zaczęło walić z podniecenia. Postanowił podejść bliżej. Cicho skradał się do przodu, był już całkiem blisko.

„Znam skądś tego niedźwiedzia!” — pomyślał.

W tym przerażającym momencie, w którym zdał sobie z tego sprawę, przypadkiem nadepnął na gałąź, która pękła z trzaskiem. Zwierzę obróciło się i spojrzało prosto na niego. Mikołaj poczuł, że ktoś łapie go mocno za ramię.

— Co robisz? — wysyczał Joel. — Sprowadzisz na siebie nieszczęście.

Uścisk taty był tak mocny, że aż bolał — ale w końcu został rozluźniony.

— Bądź lasem — wyszeptał ojciec. Było to zdanie, które powtarzał zawsze, gdy tylko pojawiało się niebezpieczeństwo. Mikołaj nigdy nie rozumiał, co ma wtedy na myśli, więc po prostu stał nieruchomo. Ale było już za późno.


Przypomniał sobie, jak kiedyś, gdy miał sześć lat, ze swoją zawsze wesołą, rozśpiewaną mamą o rumianej buzi szedł, aby nabrać wody ze studni, i zobaczyli tego samego niedźwiedzia. Mama kazała wtedy Mikołajowi biec z powrotem do chaty, ale sama uciec nie zdążyła.

Chłopiec patrzył na tatę trzymającego siekierę. Zauważył, że jego ręce się trzęsą. Został też odciągnięty na bok, w razie gdyby niedźwiedź nagle ich zaatakował.

— Uciekaj — nakazał Joel.

— Nie. Zostaję z tobą.

Nie mieli pewności, czy niedźwiedź nie zacznie ich gonić. To raczej mało prawdopodobne — niedźwiedź był już dość stary i zmęczony. Ale jego ryk pozostawał co najmniej przerażający.

Nagle chłopiec usłyszał świst, a coś przeleciało tuż koło jego uszu. Chwilę później szara strzała wbiła się w drzewo obok głowy niedźwiedzia, który się tego przestraszył, opadł na cztery łapy i uciekł przed siebie.

Mikołaj i Joel rozglądali się wokół, starając się dostrzec osobę, która wypuściła strzałę, ale wśród sosnowych drzew niczego nie dostrzegli.

— To pewnie myśliwi — powiedział tata.

Ledwo tydzień wcześniej wspólnie znaleźli rannego łosia z dokładnie taką samą szarą strzałą, która przeszyła jego bok. Mikołaj nakłonił wtedy tatę do uratowania biednego zwierzęcia i patrzył, jak Joel zbiera śnieg, by przemyć nim ranę, zanim wyciągnie strzałę.

Wypatrywali kogoś pośród drzew. Jedna z gałęzi złamała się z trzaskiem gdzieś w oddali, ale i tak nikogo nie dostrzegli.

— W porządku, Gwiazdko, idziemy — powiedział Joel.

Chłopiec już od dawna nie słyszał tego przezwiska. Dawno, dawno temu, kiedy tata był wesoły i lubił żarty, zwykł nadawać wszystkim przezwiska. Mama Mikołaja została „Pierniczkiem”, choć jej prawdziwe imię brzmiało Lilia, a jego samego nazywano „Gwiazdką”, bo urodził się akurat w Boże Narodzenie. Tata nawet wyrył ten pseudonim na drewnianych saniach Mikołaja.

— Spójrz, Pierniczku, nasza mała Gwiazdka — powiedział kiedyś do żony.

Teraz prawie nigdy go tak nie nazywał.

— Obiecaj mi, że już nigdy nie będziesz sam podchodził do niedźwiedzi. To się nie skończy dobrze. Trzymaj się mnie. Jesteś jeszcze dzieckiem.

Joel rąbał drewno jeszcze przez godzinę, aż wreszcie usiadł na pieńku, żeby chwilkę odpocząć.

— Mógłbym ci pomóc — zaoferował Mikołaj.

Jego ojciec podniósł lewą dłoń.

— Tak właśnie kończy się sięganie po siekierę przez jedenastolatków.

A więc chłopiec dalej gapił się w ziemię, szukając grzybów i zastanawiając się, czy bycie jedenastolatkiem kiedykolwiek stanie się ciekawsze.


Chatka i mała mysz

hatka, w której mieszkali Mikołaj i Joel, była drugą najmniejszą w całej Finlandii. Miała tylko jeden pokój — tak więc kuchnia była jednocześnie sypialnią, sypialnia salonem, a salon był łazienką. Tak naprawdę nie było tam żadnej łazienki — przynajmniej nic, co można by nazwać wanną lub porządną toaletą. Za ubikację służył im wielki dół wykopany za domem. W chacie stały dwa łóżka z materacami wypchanymi słomą i pierzem. Mikołaj trzymał swoje sanie na zewnątrz, ale lalka z rzepy zawsze leżała koło łóżka, przypominając chłopcu o mamie.

Wcale nie przeszkadzał mu ani brak luksusów, ani niewielki rozmiar chatki. Nie ma znaczenia, że twój dom jest malutki, jeśli masz ogromną wyobraźnię, a Mikołaj spędzał każdy dzień, marząc na jawie i snując opowieści o wróżkach i elfach. Najbardziej lubił wieczór, bo wtedy tata opowiadał mu coś na dobranoc. Mała, brązowa mysz — Mikołaj nazwał ją Miiką — wkradała się wtedy do chaty, aby też posłuchać bajki. Chłopiec chciał wierzyć, że Miika wspólnie z nim słucha bajek, ale, prawdę mówiąc, ona raczej marzyła o kawałku sera. Trzeba przyznać, że wymagało to od niej pewnej wyobraźni, bo pochodziła z rodziny leśnych myszy, więc nigdy nie miała szansy zobaczyć krowy ani kozy, a co dopiero posmakować lub chociażby powąchać sera. Ale Miika, tak jak wszystkie inne myszy, mocno wierzyła w istnienie sera, a dzień, kiedy wreszcie go posmakuje, miał być najlepszym dniem w jej życiu.


W każdym razie Mikołaj leżał już wygodnie, wtulony w swoje poduszki, i słuchał opowieści Joela. Tata zawsze wyglądał na zmęczonego — pod oczami miał głębokie cienie, ciemniejsze i głębsze każdego roku niczym sęki drewna.

— Jaką historię chciałbyś dziś usłyszeć? — zapytał jego ojciec tej nocy.

— Opowiedz mi o elfach.

— Znowu? Chcesz słuchać o elfach każdego wieczoru, odkąd skończyłeś trzy lata.

— Proszę, tato. To moje ulubione historie.

Joel opowiedział więc Mikołajowi historie o elfach z Dalekiej Północy, które żyły za jedyną górą w Finlandii. Było to sekretne miejsce i większość mieszkańców Finlandii nie wierzyła w jego istnienie. Daleka Północ była magiczną krainą, w której znajdowała się mała, przykryta śniegiem wioska otoczona zalesionymi wzgórzami — Elfi Jar.

— Czy elfy naprawdę istnieją? — zapytał chłopiec.

— Tak. Chociaż nigdy ich nie widziałem, to wierzę, że istnieją — odpowiedział szczerze jego ojciec. — A wiara jest czasem równie dobra jak wiedza.

Mikołaj zgodził się z tatą, ale Miika nie była przekonana — w każdym razie nie dałaby się przekonać, gdyby rozumiała ludzkie słowa, bo inaczej na pewno odpowiedziałaby coś w stylu: „Wolałabym wreszcie zjeść ser, niż ciągle w niego wierzyć”.

Ale dla Mikołaja wiara taty była zupełnie wystarczająca.

— Masz rację. Wiara jest równie dobra jak wiedza. Myślę, że elfy są bardzo przyjacielskie. A ty?

— Ja też tak sądzę — odpowiedział Joel. — I noszą kolorowe, pstrokate ubrania.

— Ty też nosisz pstrokate ubrania, tato!

Tak było w istocie, ale tylko dlatego, że wszystkie ubrania Joela zszyte zostały ze skrawków materiałów, które dostał za darmo od krawców w pobliskim miasteczku. Sam uszył sobie wielokolorowe spodnie, zieloną koszulę i (ulubioną przez Mikołaja) wielką, czerwoną czapkę z białym, puchatym obszyciem i pomponem na czubku w tym samym kolorze.

— To prawda, ale moje ubrania są już znoszone i niemodne, tymczasem elfy z pewnością mają zawsze nowe ubrania i... — Joel zatrzymał się w pół zdania, usłyszał bowiem hałas, a chwilę po nim potrójne, głośne stukanie w drzwi.

Myśliwy

ziwne — powiedział Joel.

— Może to ciotka Karlotta? — odpowiedział Mikołaj, modląc się po cichu, by był to ktokolwiek inny, byle nie ona.

Joel podszedł do drzwi — oczywiście nie miał daleko, ich chatka była na tyle mała, że wystarczył mu jeden duży krok. Otworzył i za drzwiami zobaczył wysokiego, silnego mężczyznę o szerokich ramionach. Miał on kwadratową szczękę, włosy w kolorze słomy i niebieskie oczy. Pachniał sianem i sprawiał wrażenie silniejszego niż dwadzieścia koni. Lub pół niedźwiedzia. Wyglądał na tak silnego, że mógłby ot tak, bez problemu podnieść tę chatkę, gdyby tylko miał na to ochotę. Ale na szczęście akurat dzisiaj nie był w nastroju.

Joel i Mikołaj od razu rozpoznali znajome szare strzały w jego kołczanie.

— To ty jesteś tym myśliwym — odezwał się Joel.

Mikołaj widział, że jego tata jest pod dużym wrażeniem.

— Tak jest — odpowiedział mężczyzna. Jego głos brzmiał dostojnie i potężnie. — Mam na imię Anders. Byliście o krok od nieszczęścia wtedy w lesie, gdy spotkaliście niedźwiedzia.

— Tak, dziękujemy ci ogromnie. Proszę, wejdź. Mam na imię Joel. A to jest mój drogi syn, Mikołaj.

Mężczyzna spojrzał na małą myszkę skuloną w kącie pokoju i zjadającą grzybka.

„Wcale cię nie lubię” — myślała, jak się wydawało, Miika, wpatrując się w ogromne buty mężczyzny. „Twoje stopy są przerażające”.

— Chciałbyś się czegoś napić? — zapytał Joel uprzejmie. — Mam trochę wina malinowego.

 

— Chętnie — odpowiedział Anders i spojrzał na Mikołaja, uśmiechając się do niego szeroko. — Z przyjemnością napiję się wina. Widzę, że nosisz swoją czerwoną czapkę również i w domu, Joelu.

— Bez niej byłoby mi zimno.

„Wino malinowe” — pomyślał Mikołaj, patrząc, jak Joel wyciąga butelkę z kredensu. Nie miał pojęcia, że mają w domu wino malinowe. Ojcowie są zwykle tacy tajemniczy.

— Przyszedłem zapytać, czy mógłbyś mi w czymś pomóc — powiedział Anders.

— O co chodzi? — zapytał Joel, nalewając dwa kieliszki wina.

Anders wziął jeden łyk, później drugi, w końcu wypił cały kieliszek. Na koniec otarł usta ogromną prawą ręką.


— Chcę, abyś zrobił coś... dla króla.

Joel był zaskoczony.

— Dla króla Fryderyka? — Joel zaśmiał się głośno. Widocznie to jakiś dziwaczny żart myśliwych. — Ha! Przez chwilę prawie ci uwierzyłem. Co takiego mógłby chcieć sam król od biednego, pokornego drwala?

Joel czekał, aż Anders również się zaśmieje, ale ten milczał.

— Obserwowałem cię cały dzień. Świetnie się posługujesz siekierą... — Anders na chwilkę umilkł, zauważając, że Mikołaj siedzi na łóżku, wsłuchując się w najbardziej ekscytującą rozmowę, jaką kiedykolwiek słyszał. — Czy moglibyśmy porozmawiać na osobności?

Joel kiwnął głową tak zdecydowanie, że aż spadła mu z głowy puchata czapka.

— Mikołaju, czy mógłbyś iść do drugiego pokoju?

— Ale, tato, my nie mamy drugiego pokoju...

Joel westchnął.

— No tak... Masz rację... No tak. — I zwrócił się do swojego gościa: — Czy moglibyśmy wyjść na zewnątrz? Noc jest niezbyt chłodna. Mogę pożyczyć ci swoją czapkę.

Anders zaśmiał się głośno:

— Myślę, że jakoś dam sobie radę bez niej!

Mężczyźni wyszli przed dom, a Mikołaj położył się w łóżku i wytężał słuch, aby się dowiedzieć, o czym rozmawiają. Dochodził do niego szmer głosów, jedynie pojedyncze słowa: mężczyźni... król... ruble... Turku... długa droga... góra... broń... dystans... pieniądze... pieniądze. Słowo „pieniądze” padło przynajmniej kilka razy. Ale wtedy usłyszał słowo, które sprawiło, że prawie podskoczył w łóżku — magiczne, najniezwyklejsze ze wszystkich: „elfy”.

Mikołaj zobaczył Miikę szybko przemieszczającą się po podłodze. Podbiegła do niego, stanęła na tylnych łapkach i spojrzała na Mikołaja gotowa, aby rozpocząć rozmowę. No, w każdym razie wyglądała tak, jak może wyglądać mysz gotowa do rozpoczęcia rozmowy, co pewnie nie zdarza się często.

— Ser — pisnęła Miika w mysim języku.

— Mam jakieś złe przeczucie, Miika.

Miika spojrzała na okno, a Mikołaj miał wrażenie, że małe, ciemne oczy myszy wyglądały na zmartwione, a nosek drgał nerwowo.

— Jeśli nie dostanę sera, to zaraz się zdenerwuję i zjem to stare, śmierdzące warzywne stworzenie. — mysz odwróciła się w stronę lalki z rzepy i ugryzła kawałek.

— Hej, to mój prezent bożonarodzeniowy! — powiedział Mikołaj.

— Jestem myszą. Dla mnie Boże Narodzenie nic nie znaczy.

— Hej! — odpowiedział Mikołaj, ale trudno mu było gniewać się na mysz, więc pozwolił jej pogryzać ucho lalki.

Mężczyźni rozmawiali na zewnątrz przez długi czas, pijąc wino malinowe i wymieniając obce Mikołajowi słowa. Chłopiec leżał po ciemku w łóżku i czuł coś dziwnego w żołądku. Martwił się, co będzie dalej.

Miikę również bolał żołądek, ale raczej dlatego, że podjadła zbyt dużo surowej rzepy.

— Dobranoc, Miika.

— Ech, szkoda, że to nie był ser — odpowiedziała mysz.

Mikołaj leżał w łóżku i gnębiły go ponure myśli. Wydawało się, że mówią: „Coś złego się zaraz wydarzy”. I miał rację. Coś złego miało się wydarzyć. Za chwilę...