Kot niebieski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog

CZĘŚĆ PIERWSZA: CZAS FALI

Jan

Alma

Mestwin

Joanna

CZĘŚĆ DRUGA: CZAS MATERII

Rajnold

Idem

Ola

Epilog

Przypisy

Copyright © Martyna Mistarz-Bunda, 2019

Copyright © for this edition

by Wydawnictwo Literackie, 2019

Published by arrangement

with Beata Stasińska Literary Agency

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: PIOTR TOMZA

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, MARIA ROLA, MARIA WOLAŃCZYK

Opracowanie graficzne: TOMASZ MAJEWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06797-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Błękitny kot, ostatni z dzikich szartrosów widzianych na Kaszubach, przyszedł na świat w kartuskim lesie w roku dwa tysiące piętnastym. Urodził się pod krzakiem jeżynowym w Prokowie, tam gdzie drzewa były dość stare, choć wiele razy nadpalone przez ogień. Matka, szylkretowa kotka, która wydała na świat pierwszy w życiu miot, uchodziła za miłe i przyjazne zwierzę. Ojciec był rudym łajdakiem z naderwanym uchem, wystrzępionym ogonem i posępną miną. Bił i gryzł kotki, nim je posiadł, a potem przytrzymywał je ostrymi haczykami, którymi pokryty był jego koci penis. Żadna nie wybrałaby go na ojca swoich dzieci, ale stało się – dwa koty o błękitnej, nieco tylko rozrzedzonej krwi, powołały na świat młode, a wśród sześciu kociąt, urodzonych w krzakach, było też jedno niebieskie.

W tych latach już od dawna nie widywano szartrosów na wolności. Wydawało się nawet, że wymarły. Błękit jest kapryśny. Nie pojawi się, jeśli przy akcie dawania życia nie spotkają się dwa koty o krwi choć trochę niebieskiej, a i wtedy nie ma pewności, bo gen sam wybiera, kiedy się pokazać. Kocur, który przyszedł na świat w kartuskich krzakach, miał wszystkie cechy szartrosa. Od wyraźnie widocznego uśmiechu, poprzez umiłowanie milczenia, bo doprawdy nie słyszano, by kot kartuski miauczał, aż po bursztynowe oczy i tę dziwną skłonność: łażenie. Nie mając władzy nad własną naturą, kot niebieski wybierał sobie człowieka i za nim lazł.

W roku Pańskim tysiąc dwieście dziewięćdziesiątym pierwszym, gdy upadł stary świat, gdy po latach budowania imperiów, podbijania lądów i toczenia wojen, po latach obliczania i szacowania c z a s m a t e r i i wypalił się i nadszedł c z a s f a l i, ciężarna błękitna kotka zawędrowała z Akki w Królestwie Jerozolimskim na statek krzyżowców, z niego na Cypr, a stamtąd w głąb Europy. Podróżowała wraz z ludźmi, którym obiecano, że w zamian za złotą monetę z kogucim ogonem zostaną bezpiecznie wywiezieni z kraju niszczonego wojną. Kotka szła za chłopcem, najwyżej sześcioletnim. Gdy zmarł z braku chleba i medykamentów, jakiś zakonnik w habicie, nakreśliwszy krzyż nad grobem i na czołach tych, co przy grobie pozostali, zabrał kotkę. Tak znalazła się w Chartreuse.

Kiedy nadszedł c z a s f a l i, dzieci niebieskiej kotki mnożyły się z wielkim temperamentem i oddaniem. I pewnie zaraz zasiedliłyby całą Europę. Ludzie jednak szybko dostrzegli, jak miękkie w dotyku mufki, jak przyjemne kołnierze szyje się z futra szartrosów, więc darto z nich skóry bez litości. A gdy cykl się zamknął i znów nadszedł c z a s m a t e r i i, ludzie, otumanieni wizją władzy i bogactwa, wywołali tyle wojen, że z głodu polowali na koty. Szartrosy były cięższe i treściwsze od innych. I smaczne.

Przed wielką wojną, nazywaną „światową”, niebieskie koty trafiały się jeszcze w klasztorach wśród mnichów stroniących od mięsa i mowy. Kilka ocalało w dawnym, nieczynnym szpitalu u wybrzeży Bretanii. Po wielkiej wojnie, nim c z a s m a t e r i i raz jeszcze ustąpił c z a s o w i f a l i, ludzie, zachwyceni niebieską sierścią zwierząt, zaczęli szartrosy mnożyć, by je dobrze sprzedać.

W naturze jednak błękity się nie rodziły. Nawet na strychu klasztoru Wielkiej Kartuzji we francuskich Alpach, gdzie wiele kotów przetrwało polowania na ich mięso i skóry, niebieskich już nie było. Nie widziano szartrosów ni w Saksonii, ni w Pradze, ani w kartuzji kaszubskiej. Aż do roku dwa tysiące piętnastego, gdy pewna kobieta z podkartuskiego Prokowa wyjęła z krzaków błękitne, uśmiechnięte kocię.


JAN

Wiosną roku Pańskiego tysiąc trzysta siedemdziesiątego dziewiątego kasztelanicowi z Ruśniczyna znów śniło się, że jest psem. I to przez dwie kolejne noce. Wszystko było jak zwykle. Lato, słońce, intensywny zapach siana. Pies biegł przez pola, kręcił ogonem, a uszy latały mu na boki. Wpadał na łąkę, rzucał się na miękką, świeżą ziemię i zaczynał kopać. Pazury grzęzły w niej, przedzierały się przez kłącza traw, wyszarpywały piach i glinę spod korzeni, a kasztelanic z Ruśniczyna czuł ten sam wielki lęk co zawsze. Próbował się obudzić, lecz nie był w stanie. Pies kopał dalej, dziwił się, kręcił łbem, przykładał nos do dziury. Wiedział pan z Ruśniczyna, co zaraz zobaczy: fragment śmierdzącego ciała, które pies będzie ślinił i wycierał o nie pysk. Stęchłe, sine mięso, które zwierzę wywlecze spod ziemi. Wiedział, co usłyszy. Biegnących zewsząd ludzi, krzyczących: „Trup! Tam jest trup!”.

Kasztelanic, władca na zamku z polnego kamienia, syn Piotra, a wnuk Wojsława, rycerza przy królu Łokietku, który dał się nawrócić kawalerom Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego za cenę pięciu tysięcy włók od Pucka po Krokową i Gdynię, dziedzic tych ziem, wiedział, co myślą o nim ludzie. Dobiegający sześćdziesięciu lat, które przeżył pod okiem dobrze opłacanej straży, w zamku o murach wzmacnianych za jego życia aż trzykrotnie, nigdy się poza te mury nie wypuścił bez obstawy, a głupi ludzie sądzili, że to z powodu Schofkego. Wierzyli, że ręka pana z Ruśniczyna trzymała nóż, wbity w tętnicę gdańskiego czeladnika piekarskiego, gdy ten pakował chleb na dwór kasztelana w Tayszewie. Herr Johannes von Russniczin stał tam wówczas, chcąc nacieszyć powonienie zapachem świeżego pieczywa. Prawda była taka, że nawet chłopaka nie widział. Struga krwi, która wypłynęła zza drewnianych drzwi, początkowo zdała mu się winem. Nie stawił się na wezwanie sądu w Tayszewie ani w roku tysiąc trzysta czterdziestym ósmym, kiedy zabito Michała Schofkego, ani w następnym, kiedy dwukrotnie przychodzili posłańcy w tej sprawie. Miał swoje powody. Za unikanie sądu i domniemane morderstwo został uznany i ogłoszony banitą. Odtąd każdy mógł kasztelanica bezkarnie sponiewierać, opluć, zabić. Stanowisko po ojcu przypadło młodszemu bratu.

To, że pan na Ruśniczynie nigdy nie wziął prawowitej żony, zadowalając się pannami na dochodne, że nigdy nie doczekał się syna z prawego łoża, dla ludzi stało się dowodem, że ma serce z kamienia. On sam wiedział, że jeśli sprowadzi zakonników, da ludziom kolejny dowód swojej winy. Memento mori napiszą na zegarze słonecznym braciszkowie, pogrzebani dobrowolnie za życia, a ludzie przeczytają: „Schofke! Schofke!”. Ale pan nie dbał o to. Już posłał do Pragi list, w którym ofiarowywał ziemię, konieczne wsparcie i materiał potrzebny do budowy klasztoru. Minął rok, donator tracił nadzieję, lecz właśnie otrzymał odpowiedź.

Prawdziwy żal czuł na myśl, że prócz oddania Bogu z nawiązką tego, co próbował ukraść, musi odprawić ulubioną pannę, Sulkę. „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”[1], powtórzył wers z Ewangelii Świętego Łukasza. Dobrze było przez tyle lat kłaść obok młodej, ciepłej Sulki stare kości. Dobrze było wiedzieć, że wciąż mocno wzbierają w nim męskie siły, cieszyć się tym, jak dziewczyna jest zależna i posłuszna jego woli. Jednak on sam nie był posłuszny Bogu. Teraz chciał to zmienić. Postanowił, że Sulką zajmie się ktoś z kuchni. Ten kobiecy inwentarz, te skrzynie sukien, kosze szczotek, chustek i butów, znikną z zamku. Błękitne oczy, jasny, gruby warkocz, wraz z białymi, ciepłymi udami, którymi ściskała go w pasie, pójdą w niepamięć. Wszystko, wraz z nią, zostanie załadowane na wóz i raz na zawsze zejdzie z jego oczu.

 

Wierząc, że wracający sen o psie zapowiada zemstę Bożą, niepocieszony brakiem odpowiedzi z Pragi, robił, co mógł. Zakupiwszy w Gdańsku żywoty świętych dla najbliżej położonych klasztorów, hojniej niż kiedykolwiek wsparłszy biednych jałmużną, kazał jeszcze wymurować drugą, lepszą kaplicę zamkową. W miejscu, w którym przez lata był najpiękniejszy, ulubiony przez Sulkę kawałek ogrodu z włoską fontanną, ławkami i altaną, murarze postawili solidne ściany z moczonych w oleju cegieł, a łuki sklepili wysoko na wzór pokojów, jakie budowali Rycerze Domu Niemieckiego. W okna wstawili witraże, z których każdy pokazywał inny moment z życia Matki Boskiej, na posadzkę dali kamienie z Nadrenii, na ołtarz – trzy odcienie marmuru i oddali dzieło panu na Ruśniczynie, a ten powierzył je Bogu. Wcześniej z własnej komnaty sypialnej Jan kazał przenieść wytłaczane złotem kurdybany i hebanowy fotel, mebel dla celebransa, wszystko zdobyte przez Rycerzy Domu Niemieckiego na Saracenach w świętych pielgrzymkach do Jerozolimy i darowane przez nich dziadowi, Wojsławowi z Ruśniczyna, jako przeprosiny za wyłupienie oczu. Nikt, kto widział zamek, nie mógł wątpić, że kaplica stała się najgodniejszą częścią budowli.

Do reszty domostwa kasztelanic nie miał już głowy. Wszystko, co Sulka kazała tam nawstawiać, uwierzywszy widocznie, że przez dzielenie łoża można zostać panią, dałby spalić bez żalu. Oprócz samej Sulki.

List z Pragi przyszedł w wigilię Wielkanocy roku Pańskiego tysiąc trzysta osiemdziesiątego. Przeor Ogrodu Maryi w Pradze powiadamiał, iż posyła nad Bałtyk najlepszego człowieka, prokuratora klasztornego Jana Deterhusa, by ten na miejscu zadbał o budowę klasztoru z czternastoma eremami i tyluż miejscami w dormitoriach. Herr Johannes von Russniczin odnotował z ukontentowaniem, że z mnichem idącym już z Pragi noszą to samo imię, i poczytał ów zbieg wypadków za kolejny znak. Kazał zaraz zbierać się dwóm mocnym rycerzom z obstawy, którzy konno mieli wyjechać na spotkanie ojcu Janowi, a potem dbać, aby włos z głowy mu nie spadł. Sam oczekiwał, pełen niepokoju.

Po dniach sześćdziesięciu wreszcie go zobaczył. Długo nie wierzył własnym oczom. Wojowie, którzy mieli czuwać nad bezpieczeństwem zakonnika, najwyraźniej nie zdołali namówić go, by wsiadł na konia. Szedł obok wozu, na którym zamiast spodziewanych kufrów z rzeczami, jakich każdy współczesny człowiek potrzebowałby w tak męczącej podróży, leżał worek. Z odkrytą głową, w sandałach, drapał się mnich pod zamkową górę. Biały habit i narzucony nań dziwny płaszcz-nie płaszcz – skrawki grubej wełny z kapturem tworzące jak gdyby krzyż, z poprzecznymi ramionami tego krzyża swobodnie zwisającymi z dwóch boków – przytrzymywał na przedzie, by ich nie przydeptać. Obok ojca, który maszerował krokiem może nazbyt tanecznym jak na osobę swego stanu, zmęczoną trudami podróży, szedł kot. Wyprężony, zadzierający wysoko ogon i nadstawiający uszu, wielki, szarobłękitny. Gdy już uwierzył pan na Ruśniczynie w to, co widział, uśmiechnął się. Pomyślał, że to kolejny znak. Kot niebieski wygra z psem.


Prawie cały zamek zgromadził się przed główną bramą, by zobaczyć zakonnika, który – jak mówiono – sypia w trumnie, żywi się korzeniami i wędruje z kotem. Tylko kilka osób uwijało się pod kuchnią od strony małej bramy. Do jednej Sulki kasztelan von Russniczin przysłał pięciu ludzi z mieczami.

Wóz, na który miano ją wsadzić, nie wyglądał na zamkowy. To był zwykły, sklecony z desek i grubszych patyków dwukołowiec do wożenia chleba. Dobytku Sulka nie brała wiele: trzy małe kufry, a w nich kilka zmian pościeli, trochę naczyń, cztery suknie i trzy pary trzewików, które pokojowe spakowały wedle własnego uznania, gdy siedziała pod kluczem. Pakujące ją panny rozgrabiły rzeczy najlepsze i najkosztowniejsze, bo wiedziały, że już nie muszą obawiać się niczyjego gniewu. Z kosztowności dostała więc tyle, ile miała na sobie, nadto parę kolczyków z rubinami, które Jan z Ruśniczyna wrzucił luzem do kufra, między suknie.

Była spokojna nad wyraz, zważywszy na to, że nawet nie wiedziała, gdzie ją zawiozą. Do lasu? Do Prokowa, skąd przed laty pan zabrał ją sprzed domu, pozwalając uwierzyć, że oto życie odmieniło się na zawsze? Gdyby choć zawieziono ją do zakonnic, do Żukowa! Tam gdzie odsyłano niechciane, a prawdziwe żony! Pan powiedział jednak, że siostry nie zgodziły się wziąć pod swój dach chłopki, Sulka zaś wolała wierzyć, że naprawdę zapytał.

Teraz, gdy przy bocznej bramie pakowano jej dobytek, Sulka, pośród szurania układanych na wozie kufrów i trzasku naczyń w kuchni, nasłuchiwała dźwięków z drugiej strony zamku. Wśród szemrzących, pełnych ekscytacji głosów ludzi witających mnicha szukała niskiego, mocnego tembru, należącego do Jana. Wciąż miała nadzieję, choć wojom przekazano, że pan nie ma życzenia jej więcej widzieć.

Nie płakała. Łzy były w dniu, kiedy zobaczyła, że w jej ulubionym weneckim ogrodzie, w starej części wysokiego zamku, zjawili się murarze i młotami rozbili fontannę. Poszła z płaczem do pana, a on spojrzał na nią jak nigdy – z odrazą. Zapytał, w czymże jej Bóg przeszkadza, skoro chce się sprzeciwiać budowie nowej kaplicy? Przestraszyła się tego spojrzenia.

Niebawem odkryła, że jest przy nadziei. Chciała wierzyć, że dziecko, które urodzi panu, wszystko zmieni. Nie była jedynie pewna, czy to, co się dzieje z jej ciałem, nie oznacza czegoś złego, skoro cokolwiek zjadła, wracało zaraz, skoro plamiła krwią i ciekł z niej dziwny śluz. Nie miała kogo spytać. Pan, nie chcąc, by pod jego bokiem rodziły się dzieci, odsyłał każdą ciężarną. Mając w sobie dziecko, Sulka bała się płakać, by nie zrobić mu krzywdy.

Wiedziała od ludzi, że pan odesłał wszystkie kobiety, które były przed nią. Znikały jedna po drugiej, na zawsze, mówiono, że w ciemnym lesie. Że pan, pozbywszy się dziewczyny z zamku, na długo zamykał się w starej kaplicy. Potem brał kolejną, nową Sulkę. Zawsze robił tak samo: kazał siodłać konie, wołał czterech, pięciu zbrojnych dla ochrony i ruszali przez wsie – Gdynię, Przejazdowo, Ostrzyce, Goręczyno, Prokowo. Kiedy mu wpadła w oko rozkwitająca dziewczyna, zsiadał z konia, brał miecz i bez pardonu końcem zadzierał jej spódnicę. Widząc, co jest pod materiałem, zwykle pogardliwie prychał, czasem jednak potakiwał z uznaniem. Potem wracał na zamek, by wlać w siebie dużo wina, a nazajutrz już wiedział – ta albo będzie szukał dalej. Wybraną Sulkę przywożono do siedziby z kamienia polnego i wsadzano do balii. Kąpiel z wody i mleka, lucerny, siemienia, pokrzyw i oleju miała wygładzić skórę. Surowe jaja, wcierane w głowę, pozwalały wyczesać wszystkie kołtuny z włosów. Błękitna suknia, którą przynoszono, zwykle pasowała, bo kolejne Sulki były podobnego, raczej niskiego wzrostu, miały duże piersi, długie jasne włosy i masywne, białe uda. Ona była siódma.

– Wcale nie lepsza od innych – mówiły kobiety w zamku.

– Ale jednak ostatnia, już dziesięć lat przy panu – powtarzała sobie siódma Sulka. Brutalnie i bez ceregieli rozdziewiczona w dniu trzynastych urodzin, starała się sprostać potrzebom mężczyzny. I wówczas, i potem, kiedy pan dosiadał jej z tą samą brutalnością, choć z coraz mniejszym impetem.

By nie sprawiać kłopotów, zgodnie z zaleceniem zamkowego medyka piła co dzień napar, a do pochwy wkładała przekrawane cytryny, przywożone specjalnie z Hiszpanii. I kłopotów nie było. Krwawiła czystą krwią co miesiąc, aż do teraz. Wierzyła, że rośnie w niej syn. Czy potomek mógł zmiękczyć pańskie serce? A niebieska jedwabna suknia, którą znów włożyła, a którą pan tak lubił? Czy mogła go roztkliwić? Sulka nasłuchiwała, ciągle jeszcze w nadziejach, choć jej dobytek leżał już na wozie. Pan nie przyszedł.

Drewniany dwukołowiec zniknął z zamku przed południem. W dużej sali kominowej stawiano właśnie przed mnichem dania na złotych talerzach, a tymczasem na wozie, na trzech kufrach oraz jednym worku, trzęsła się siódma Sulka. Jechała zgięta wpół, bo znów bolał ją brzuch, głodna i niepewna, czy tak jak poprzedniczki nie skończy w ciemnym lesie.

Późną nocą, po wielu godzinach podróży, minęli przewalony płot i opuszczoną chałupę. Wiatr dawno porwał strzechę, obaliła się ściana, z trudem rozpoznała swój dom rodzinny. Był pusty. Eudokia. Takie imię nosiła w poprzednim życiu siódma Sulka, urodzona w samym środku czarnej kaszubskiej puszczy. I nie chciała do niego wracać.


Dania, którymi uraczono gościa z Pragi w roku Pańskim tysiąc trzysta osiemdziesiątym w zamku z polnego kamienia, były przygotowane z najskromniejszej zieleniny, jednak zachwyciłyby najbardziej wymagające podniebienia. W liściach sparzonej kapusty leżały kawałki ćwikły, do złudzenia przypominające gicz cielęcą, polane ostrym sosem z warzyw, doprawionym tymiankiem i paloną w ogniu cebulą. Wiedząc, że przybędzie gość niejedzący mięs, pan z Ruśniczyna posłał po kucharza aż do Gdańska. Od tygodni na zamku ćwiczono się w sztuce sprawiania posiłku z niczego. Jednak Jan Deterhus, trzydziestoletni mnich, bardzo uważał, by brakiem entuzjazmu nie obrazić gospodarzy. Zbyt przytłoczony rwetesem, jaki wokół niego podniesiono, marzył tylko, aby już odejść w ciszę, w samotność, do której uciekł na Pomorze z Ogrodu Maryi w Pradze.

Urodzony w Saksonii, w zamku może nie ogrzanym, ale za to dającym pewność, że nie zostanie zdobyty, średni, siódmy syn dobrego rodu, wychowany z pomocą mamki i dwóch nianiek, prowadzony od wczesnej młodości przez nauczyciela, gdy tylko osiągnął pełnoletność, ruszył w pierwszą podróż w poszukiwaniu ciszy do klasztoru w Mauerbachu. Wtedy właśnie, wędrując samotnie przez dzikie ostępy, nieraz błądząc od gościńca do gościńca, uczył się o przyrodzie i o ludziach tego, co niezbędne. Podglądając zwierzęta, dowiedział się, jak odróżnić jadalne liście od trujących, gdzie znaleźć lecznicze korzenie. Od ludzi nauczył się rozpalać ogień za pomocą siarki i tego, że najpilniej trzeba strzec jej właśnie. Potrafił bezbłędnie wybrać miejsce chroniące przed wiatrem. Nałamawszy gałęzi na szałas, umiał użyć patyków i zwykłych traw, by stworzyć konstrukcję tak mocną, że dawała schronienie przed zwierzętami. Potrafił odstraszyć wilki dźwiękiem metalowego dzwoneczka i zapachem palonych ziół. Miał też w sobie nieodzowną obojętność, która zwykle wyzwalała go spod władzy lęku. Nawet nocą, gdy las stawał się tyglem pełnym odgłosów rozgrzewających wyobraźnię, Jan zasypiał spokojny. Złe duchy? Bóg się z nimi upora. Dzikie, głodne zwierzęta? Pożarłszy jego nędzne ciało, wyświadczyłyby mu tylko przysługę, zwracając duszę do nieba.

Jeśli się czegoś lękał, to ludzi i ich sporów, ludzkiej nadgorliwości, która odbierała spokój. Współbracia z Pragi, do której trafił z Mauerbachu, wysłany, by powiększył grono mnichów w kolejnym zakonie, zapatrzeni w jednego z ojców, Michała, uznanego w Europie pisarza i myśliciela, skłonni byli tępić grzech nawet tam, gdzie szaleństwem było się go dopatrywać. Bo w czym braciom wadziły marcujące się koty? Posyłani przez starszych rangą braciszkowie z miotłami ganiali jednak zwierzęta po klasztornych korytarzach, w imię czystości myśli. Mącąc ciszę, tak potrzebną dla ducha.

Marzec w Pradze nie dawał się znieść. Kwiecień, maj i czerwiec wcale nie były lepsze. Po kotach przychodziła kolej na koguty. I kaczory, do tego stopnia rozpasane, że było im obojętne, czy dopadają samca czy samicy, siejące zgorszenie nawet wówczas, gdy ojciec Michał rzucał w nie mokrą ziemią. Przychodziła kolej na bociany, klekoczące tuż za murem. Trąbiące żurawie, śpiewające po nocach słowiki, sikory, kosy, zięby, pokrzewki, trznadle, a po nich – żaby. Ślimaki. Jelenie. Psy. Ciągła walka o moralną czystość zamieniała się w nieustanny szum, rwetes, niepokój.

Wiele miesięcy zajęło Janowi Deterhusowi przekonanie praskiego przeora, by pozwolił mu założyć nowy klasztor Kartuzów na Pomorzu. By go puścił w podróż. Gdy to się udało, Jan uwierzył, że z resztą sobie poradzi.

Tuż za Fromborkiem zaczęła się jednak stara, pierwotna puszcza, jakiej Jan dotąd nie widział. Korony drzew splatały się i łączyły w gęsty kożuch, broniący dostępu światłu, a korzenie łączyły się i splatały pod ziemią. Wyjąwszy liche trakty z Gdańska do Bytowa, w puszczy nie było dróg. Ścieżek wytyczonych przez człowieka istniało może kilkadziesiąt. Czasem wiodły one przez porośnięte łąką zbocza gór, czasem stawał wędrowiec na brzegu jeziora i długo patrzył, zachwycony. Bywało też, że szedł, to pnąc się pod górę, to schodząc, i tracił resztę nadziei, nigdzie bowiem nie dało się przekroczyć mokradeł czy rwącej rzeki Raduni. W wielu miejscach deszcz wymył piaski, na których rósł las. Ścieżki wiodące omszałymi dolinami wydawały się szerokie i przyjazne, jednak miękko porośnięte stromizny niepostrzeżenie zbliżały się do siebie, by nagle się zamknąć. Deterhus musiał wracać.

 

Człowiek, zapuszczając się w to miejsce, wyczuwał instynktownie, jak jest mały wobec zespolonych istnień. Tak też czuł się Jan. Gdy nadchodził ów moment, w którym lęk – zwykła cecha człowiecza – był o krok od zawładnięcia umysłem i duszą, mnich brał dwa grubsze patyki związane na krzyż sznurem i siadał. Patrzył z taką miłością i wzruszeniem w owe kawałki drewna, że strach przemijał, jakby nigdy go nie było.

Latem roku Pańskiego tysiąc trzysta osiemdziesiątego drugiego, w dwa lata po wizycie na zamku z polnego kamienia, mieszkając już w środku puszczy, wciąż nie cieszył się upragnioną samotnością. Odwiedzany to przez wynajętych drwali, zwożących drewniane pnie pod budowę kościoła, to przez kamieniarzy, dostarczających materiał, przez majstrów, cieśli i rzemieślników z Gdańska, nieustannie prowadził jakieś negocjacje, tłumaczył, prostował. Decydował. Wyrysowawszy osobiście, jak będą stały ściany, sam układał pnie jeden na drugim i wiadomo było, że w tej pracy nie wolno mu przeszkadzać. Nie czekając na niczyją pomoc, zdążył wznieść spory fragment budowli. W końcu trzeba było pokryć gontem wieniec, ułożyć mur z kamienia, dopilnować, nakazać, wyprosić. Poświęcić czas ludziom.

Las w tym miejscu wciąż był nieprzyjazny. Choć wiele drzew wycięto pod budowę klasztoru, światło wciąż nie miało tu dostępu. Ocalałe drzewa zdwajały wysiłki, by ponad dachem stawianego kościoła utkać warstwę gałęzi tak gęstą, aby nawet pojedynczy promień światła nie przedostał się do ludzkich oczu. Pnie wciąż tkwiły w ziemi, która wykarmiła i wchłonęła pokolenia korzeni. Instynkty zwierząt polujących i uciekających zmieszały się tu tyle razy, że istoty zbudowane z krwi i kości wyczuwały je. Jan Deterhus początkowo sądził, że właśnie w takim miejscu potrzebny jest klasztor. Bóg rozjaśni mrok swoim światłem, myślał. Las straszył i zniechęcał, lecz ani skrzypienie gałęzi, ani odgłosy rosnących korzeni, ani ciche szumy i furkoty w pniach, ani nawet zimne tchnienia grozy nie zniechęcały mnicha. Im bardziej gęstniało powietrze wokół, tym więcej czci oddawał krzyżowi i tym mocniej wierzył, że świątynia odmieni to miejsce.

A jednak tuż przed oficjalnym zakończeniem budowy nagle jasne stało się dla Deterhusa, że miejsce jest nieodpowiednie.

W owym roku, tysiąc trzysta osiemdziesiątym drugim, Jan Deterhus spakował wóz, porzucił prawie gotowe budynki postawione z bali i przeniósł się gdzie indziej. O pięć pacierzy marszu na południe, w dolinie, nieopodal wsi zwanej Prokowo i przesmyku łączącego jeziora Małe i Duże Grzybne.

Tam właśnie, spacerując po okolicy w poszukiwaniu ciszy, nad brzegiem jeziora zobaczył Matkę Boską. Tak pomyślał, widząc młodą kobietę w błękitnej, strojnej, lecz zniszczonej sukni, z dzieckiem na ręku, nad wodą. Piękna, choć brudna, nie spojrzawszy na niego, wołała: „Panie, panie!”, a echo niosło jej głos po jeziorze.


Donator z Ruśniczyna, czytając mokry wciąż od leśnej wilgoci list od zakonnika, pomyślał, że widać gniew Pana jest jeszcze większy, niż początkowo mniemał. Prokowo. Tę nazwę mnich wymienił w liście, prosząc o zmianę lokacji klasztoru.

Dlaczego akurat w tym miejscu? Dlaczego, gdy budynki były już prawie ukończone? Mnich wymawiał się grząskim gruntem, złamanymi osiami wozów i przyrodą tak bezwzględną, że nie wpuszczała światła do stawianych budynków, jednak Johannes von Russniczin wiedział swoje. Grzech pychy, w jaki popadł przed laty, był tak wielki, że Bóg postanowił raz jeszcze mu to uświadomić. Bóg był miłosierny, ale srogi. Prokowo, siódma Sulka i jej uda, takie same jak u pierwszej... Chciał Bóg mieć w zadośćuczynienie klasztor w miejscu, do którego Jan odesłał siódmą Sulkę, i będzie miał.

Postanowił sprzedać jeszcze trochę majątku. Pojechał zaraz do Pucka poprosić o wsparcie brata oraz ojca. Błagał. Straszył ogniem piekielnym, jeśli, niegodni, nie wesprą jego planu. W końcu przywołał pamięć matki, istoty próżnej, kłótliwej, zadzierającej nawet z samym Bogiem. Jeśli oni, mężczyźni, nie odkupią jej win, powiedział, kobieta pociągnie cały ich ród do piekła. Dostał zgodę.

Zakonnik prosił o czterdziestu pięciu młodych, silnych mężczyzn – sprowadzono ich zaraz z należących do pana nadmorskich wiosek od Gdyni po Puck. Potrzebował stu siedemdziesięciu pięciu buków oraz pięćdziesięciu pięciu dębów – ścięto je w starych częściach lasu. Chciał dwa woły, aby krew zwierzęca nadała strukturę glinianej posadzce w tymczasowym kościele – ubito je. Tylko samego donatora nie było mu dane zobaczyć. Pan z Ruśniczyna się bał. Jak mógł, odwlekał wyprawę nad jezioro.


Wśród licznych głosów, szemrzących nad prokowskim jeziorem, Eudokia, od czasu przyjazdu, nasłuchiwała jednego: głosu pana. Bała się. Wierzyła, że lęk minie, gdy tylko pan po nią wróci.

W domu, do którego ją przywieziono, dbano, aby niczego jej nie brakowało, nawet lepiej niż w zamku. Łóżko ustawiono w najcieplejszym miejscu izby i przesłonięto kawałkiem płótna, zahaczonym o rzemienie. Dwie kobiety, opłacone srebrem, co rano podawały jej za tę zasłonę solidną miskę strawy i dzban czystej wody do obmycia, tylko dla niej. Przynoszono gorące mleko, miód, syrop mniszkowy, zachęcano, żeby wyszła pochodzić po polu.

– Dośka – mówiły do niej kobiety, gdy nie chciała jeść, a mówiły jak do dziecka. Dziwiąc się, że ich nie rozpoznaje.

Nie była ich ciekawa. Całą uwagę skupiwszy na nasłuchiwaniu, czekała, aż pan wróci i ją zabierze. Wyłapywała strzępy rozmów. Zawsze były o niej. Bywało, że wytężywszy słuch, już odnajdywała gdzieś daleko pański głos i wybiegała przed chatę. Jednak pana nigdzie nie było. Czasem nie mogła biec. Gdy tylko zrywała się, aby go powitać, kobiety, które jej usługiwały, chwytały ją za ramiona i przytrzymywały siłą. Mówiły przez zaciśnięte zęby, że tak trzeba. Wyławiała pośród ciszy ich szepty, knowania, chichoty, by pojąć, że nie tylko one są w spisku, ale cała wieś. Wszyscy oszukują, zwodzą ją i pana.

Pewnego razu, gdy kobiety spróbowały siłą zedrzeć z niej niebieską suknię, mówiąc, że jest brudna, Eudokia im uciekła. Z kuchennego okna widać było chatę, w której kiedyś mieszkała. Wszystko zostało tak, jak w dniu, kiedy wyniesiono ciała jej matki i siostry, nawet sukno na łóżku, w którym razem umarły, wciąż leżało na słomie, teraz już zbutwiałe. Ludzie mówili, żeby tam nie wchodzić. Poszła. Może chałupa nie była dostatnia ani czysta, może nie było to miejsce dające schronienie przez wiatrem, deszczem czy upałem. Ale chroniło przed nimi.

Mogła odtąd cierpliwie czekać. Na pana.


Jan Deterhus wierzył, że wśród licznych głosów ze świata potrafił usłyszeć głos Pana. Nie w burzach, nie w lękach ani w zwątpieniu. Z Pragi wędrowało do niego dwóch kolejnych eremitów. Jednak gdy Deterhus wyczuł, że potrzebny jest krok w tył, nie zawahał się zburzyć tego, co już wybudował.

Nie chodziło o strach. Dziwne i pozbawione podstaw lęki właściwe były gatunkowi ludzkiemu, a Deterhus rozumiał je jak mało kto. Bo czymże były? Sumą procesów zachodzących w ciele, kiedy ono mierzyło się z własną wyobraźnią. Ból dotyczył zdarzeń rzeczywistych. Głód – podobnie. A lęk? Że każdy przemija, Jan Deterhus dowiedział się w lasach, przez które wędrował samotnie. Wiele razy umierał z lęku, nim zaczął go pojmować. Zdany na pastwę zwierząt, pogody i własnej duszy, nie mogąc już bać się dłużej ani bardziej, zaczął uważniej przyglądać się lękowi. Co to właściwie jest – kołatanie w sercu? Ile może trwać? Dlaczego mięśnie tak palą, kiedy człowiek chce się obejrzeć za siebie? Spokój rósł w Janie Deterhusie, gdy zaczynał rozumieć, jak tchórzliwym, nietrwałym stanem jest lęk, a jak łatwym do oswojenia zwierzęciem – własna szyja. W końcu dowiedział się, że można lęk zniszczyć jego własną bronią, wyobrażając sobie rzeczy jeszcze straszniejsze. Diabły? W najczarniejszej smole. Dzikie zwierzę? A niechby miało zęby w pięciu rzędach, niechby szarpało jego marne ciało, oddając jego duszę Bogu, a jemu samemu przysługę. Zawsze było tak samo: Jan Deterhus liczył w duchu, ile potrwa lęk, gdy będzie obserwowany, i nim doliczył do stu, wracał spokój, a lęk przed niewiadomym znikał. Pan nie był w burzy, w gradobiciu, w ogniu. Pan szedł po burzy, w ciszy spokojnego powiewu – ojciec Jan Deterhus lubił ten wers z fragmentu pisma o Eliaszu[2].

Przeczekawszy lęk i znalazłszy spokój, odnajdywał pewność. Dwóch mnichów, wędrujących z Pragi, zawróciło do Czech.


Prace nad Jeziorem Małym Grzybnym biegły prędko. Jan Deterhus dyrygował robotnikami budowlanymi jak chórem: gdy platformy z piachem, wsparte na ramionach jednych mężczyzn, ruszały na prawo, wiadra wody wędrowały na lewo, by zaraz zmieszać się ponad dołem z wapnem. Kiedy od strony jeziora rozpalano ogień, by dobrze osmalić bale, karczowano drzewa, wyrabiano glinę na cegły, od strony puszczy już gotowano strawę, aby zgłodniali od pracy mogli się posilić, i w niebo leciał dym, zapach i biała para. Pan musiał być zadowolony, patrząc na ten spektakl, na tę harmonię.

Inne książki tego autora