Przygody Tomka SawyeraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,20  21,76 
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Ireneusz Załóg
20,30  16,65 
Szczegóły
PRZYGODY Tomka Sawyera
PRZYGODY Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Ireneusz Załóg
16,90 
Szczegóły
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
29,95  24,56 
Szczegóły
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Włodzimierz Press
29,90  25,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału:

The Adventures of Tom Sawyer

Przekład wstępu:

Jan Biliński

Ilustracje:

© Copyright by Editions Hemma, Belgium

LEKTURA DLA KLASY V SZKOŁY PODSTAWOWEJ

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-583-7

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2016

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Spis treści

Wstęp

I Tomek i ciotka Polly

II Podstęp

III Niedole Tomka

IV W szkółce niedzielnej

V Pudel i chrząszcz

VI Huck Finn

VII Tomek popełnia okropny błąd

VIII Robin Hood

IX Morderstwo

X Przysięga

XI Zbrodniarz przychodzi na miejsce przestępstwa

XII Ciotka Polly zajmuje się medycyną

XIII Młodzi piraci

XIV Na bezludnej wyspie

XV Ciotka Polly opłakuje siostrzeńca

XVI Nowe zabawy piratów

XVII Wojna czerwonoskórych Indian

XVIII Rozwiązanie zagadki

XIX Dziwny sen

XX Tomek usprawiedliwia się

XXI Wspaniałomyślność Tomka

XXII Popis

XXIII Wakacje

XXIV Sąd

XXV Tomek bohaterem

XXVI „Nawiedzony” dom

XXVII Skarb

XXVIII Młodzi detektywi

XXIX Numer drugi

XXX Piknik

XXXI Zaginieni

XXXII W pieczarach

XXXIII Odnalezieni

XXXIV Śmierć Joe’ego

XXXV Niespodzianka

XXXVI Plany i nadzieje

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Spis treści

5  Wstęp

6  I. Tomek i ciotka Polly

7  II. Podstęp

8  III. Niedole Tomka

9  IV. W szkółce niedzielnej

10  V. Pudel i chrząszcz

11  VI. Huck Finn

12  VII. Tomek popełnia okropny błąd

13  VIII. Robin Hood

14  IX. Morderstwo

15  X. Przysięga

16  XI. Zbrodniarz przychodzi na miejsce przestępstwa

17  XII. Ciotka Polly zajmuje się medycyną

18  XIII. Młodzi piraci

19  XIV. Na bezludnej wyspie

20  XV. Ciotka Polly opłakuje siostrzeńca

21  XVI. Nowe zabawy piratów

22  XVII. Wojna czerwonoskórych Indian

23  XVIII. Rozwiązanie zagadki

24  XIX. Dziwny sen

25  XX. Tomek usprawiedliwia się

26  XXI. Wspaniałomyślność Tomka

27  XXII. Popis

28  XXIII. Wakacje

29  XXIV. Sąd

30  XXV. Tomek bohaterem

31  XXVI. „Nawiedzony” dom

32  XXVII. Skarb

33  XXVIII. Młodzi detektywi

34  XXIX. Numer drugi

35  XXX. Piknik

36  XXXI. Zaginieni

37  XXXII. W pieczarach

38  XXXIII. Odnalezieni

39  XXXIV. Śmierć Joe’ego

40  XXXV. Niespodzianka

41  XXXVI. Plany i nadzieje

Wstęp

Większość przygód, opowiedzianych w tej książce, zdarzyła się rzeczywiście; w jednej czy dwóch ja sam byłem bohaterem, w innych — moi szkolni koledzy. Huck Finn jest portretem z natury. Tak samo Tomek Sawyer, ale nie według jednego pierwowzoru: jest on połączeniem charakterów aż trzech chłopców, których znałem, może zatem uchodzić za pewną kombinację psychologiczną. Dziwne zabobony, o których w książce jest mowa, panowały powszechnie wśród dzieci i niewolników Zachodu w czasie naszej historii.

Choć głównym celem mojej książki jest zabawienie młodzieży, męskiej i żeńskiej — spodziewam się jednak, że i dorośli nie będą od niej stronić, drugim bowiem moim zamiarem było w zabawnym stylu przypomnieć dorosłym, jakimi oni sami kiedyś byli, jak czuli, myśleli, mówili i jakie sami płatali figle.

Hartford, 1876

Autor

Tłum. Jan Biliński

Rozdział I Tomek i ciotka Polly

– Tomek!

 

Cisza.

– Tomek!

Nie ma odpowiedzi.

– Co się znowu z tym chłopakiem dzieje? Tomku, słyszysz?

Starsza pani zsunęła okulary na nos i rozejrzała się po pokoju ponad szkłami. Potem uniosła je na czoło i spojrzała pod szkłami. By zobaczyć kogoś tak mało znaczącego jak Tomek, patrzała przez szkła niezmiernie rzadko – prawie nigdy. Były to przecież jej odświętne okulary, duma i chluba jej duszy, noszone raczej dla nadania sobie „stylu” niż dla użytku. Z równym skutkiem mogłaby patrzeć przez żelazne obrączki.

Zdumiona brakiem odpowiedzi, powiedziała bez gniewu, ale dość głośno, aby meble w pokoju mogły ją usłyszeć:

– Czekaj, czekaj, jak cię złapię, to cię…

Nie dokończyła i schyliwszy się poczęła grzebać miotłą pod łóżkiem. Uderzała z taką zapalczywością, że aż jej dech zaparło. Na światło dzienne wylazł jednak tylko kot.

– Że też ja nigdy tego smyka nie mogę schwytać!

Podeszła do otwartych drzwi, przystanęła na progu i rozejrzała się po kilku krzakach pomidorowych i dzikim zielsku, czyli po tak zwanym ogrodzie. Ale i tutaj ani śladu Tomka. Wytężyła więc głos obliczając jego siłę na większą odległość i zawołała:

– Hej, hej! Tooomku!

Wtem dosłyszała za plecami lekki szelest i zdążyła się jeszcze w porę odwrócić, aby złapać chłopaka za kołnierz i udaremnić jego ucieczkę.

– Mam cię nareszcie! Że też od razu nie pomyślałam o spiżarni! Coś ty tam robił?

– Nic, ciociu…

– Nic! Spójrz no na swoje ręce! Spójrz na usta! A co to się tak lepi?

– Nie wiem, ciociu!

– Ale ja wiem! Konfitury! Ile razy ci mówiłam, że ci skórę przetrzepię, jeżeli się znowu dobierzesz do konfitur! Dawaj rózgę!

Rózga świsnęła już w powietrzu. Sytuacja była groźna.

– Ciociu! Ciociu! Obejrzyj no się za siebie! Ale prędko!

Stara pani odwróciła się z przerażeniem, zadzierając ze strachu spódnicę. W tej samej chwili chłopiec był już na parkanie i zniknął po drugiej stronie. Ciotka Polly stała przez chwilę stropiona, potem wybuchnęła śmiechem.

– A to dopiero urwis! Nigdy chyba przy nim nie zmądrzeję! Nieraz już przecież spłatał mi takiego figla, mogłabym więc już nabrać doświadczenia i mieć się na baczności. Ale cóż! Nie ma większego głupca niż stary głupiec, a starego psa nikt nowych sztuczek nie nauczy – wiadomo! Jak tu jednak przewidzieć, co ten smyk zamyśla, skoro codziennie wpada na nowe pomysły psot! Wie widocznie dokładnie, jak daleko można przeciągnąć strunę, żeby nie pękła. O, wie doskonale, że jeżeli uda mu się odwrócić na chwilę moją uwagę, to już wygrał sprawę, bo gdy mi złość minie, nie mam już serca, żeby go zbić. Bóg świadkiem, źle spełniam swoje obowiązki względem tego chłopca! „Rózeczka nigdy dziatkom nie zaszkodzi!” – mówią mądre księgi. Grzech i potępienie ściągam na nas oboje, bo w nim na pewno diabeł siedzi! Ale jakże bić sierotę? Ile razy mu daruję, dręczy mnie sumienie, jeśli zaś mu nie przepuszczę, boli mnie serce! Tak, tak, żywot człowieka zrodzonego z niewiasty jest krótki, ułomny i grzeszny, jak powiada Pismo święte. Dziś po południu na pewno znowu ucieknie ze szkoły i za karę będę mu musiała kazać, żeby jutro pracował. Przykra to rzecz być przykutym do miejsca w sobotę, kiedy wszyscy chłopcy mogą się bawić do woli. A dla niego nie ma nic bardziej przykrego niż praca… Muszę jednak spełnić swój obowiązek, jeżeli nie chcę ściągnąć na siebie odpowiedzialności za jego wieczną zgubę.

Tomek istotnie uciekł ze szkoły i świetnie się bawił. Powrócił do domu przed kolacją i pomagał małemu Murzynkowi Jimowi w rżnięciu drzewa na dzień następny i rąbaniu go na małe polana – to znaczy: opowiadał Jimowi swoje przygody, a Jim wykonywał trzy czwarte pracy. Sid, młodszy brat Tomka (a raczej brat przyrodni), skończył już wyznaczoną sobie pracę (zbieranie drzazg), gdyż był to chłopiec grzeczny, który nie odznaczał się tak awanturniczym usposobieniem jak Tomek.

Podczas kolacji Tomek przy każdej nadarzającej się sposobności kradł cukier, a ciotka Polly zadawała mu podstępne pytania, aby wydobyć z niego kompromitujące wyznanie. Jak wszyscy ludzie prostoduszni, była dumna ze swego talentu dyplomatycznego i najoczywistsze swoje zamiary uważała za cuda niezwykłej przebiegłości.

– Gorąco dziś było w szkole? – zapytała.

– Tak, ciociu.

– Bardzo gorąco, prawda, Tomku?

– Bardzo, ciociu.

– A nie miałeś ochoty wykąpać się?

Tomka przeszedł dreszcz. Rzucił badawcze spojrzenie na twarz ciotki, ale nie wyczytał na niej żadnego podejrzenia. Odpowiedział więc:

– Nie, ciociu, właściwie nie…

– A teraz już ci nie gorąco? – zapytała ciotka wyciągając rękę i dotykając kołnierza Tomka.

Pochlebiało jej, że w tak sprytny sposób sprawdziła, iż koszula jego była sucha, i nie wzbudziła przy tym w chłopcu podejrzeń. Ale Tomek zwąchał już, co się święci, i uprzedził jej następne posunięcie:

– Kilku z nas zmoczyło sobie głowy pod studnią… O, moja jeszcze mokra, widzisz?

Ciotka zagryzła usta, zła, że zapomniała o tak oczywistym dowodzie i że podstęp jej się nie udał. Wtem przyszła jej do głowy nowa myśl:

– Przecież podstawiając głowę pod studnię nie potrzeba odpinać kołnierzyka, który ci przyszyłam do koszuli, prawda, Tomku?

Tomek natychmiast odzyskał pewność siebie. Triumfalnie odpiął bluzę: kołnierzyk przy koszuli był nietknięty!

– A niechże cię, smyku! No, dobrze już, dobrze, możesz iść! Przysięgłabym, żeś uciekł ze szkoły i kąpał się! Więc znowu zgoda między nami. Widzę, że się trochę opamiętałeś… chwilowo!

Z jednej strony była zła, że zawiodła ją zwykła przenikliwość, z drugiej zadowolona, że Tomek przypadkiem zabłąkał się na drogę posłuszeństwa.

Nagle odezwał się Sid:

– Ciociu, mnie się zdaje, że ciocia przyszyła Tomkowi kołnierzyk białą nitką, a teraz jest przyszyty czarną!

– Co? Rzeczywiście przyszyłam go białą nitką. Tomku!

Ale Tomek nie czekał na dalsze pytania. W drzwiach odwrócił się jeszcze i zawołał:

– Sid! To ci nie ujdzie na sucho!

Znalazłszy się w bezpiecznym schronieniu Tomek zbadał dwie grube igły wpięte w połę bluzy. Każda z nich była owinięta nitką, jedna czarną, druga białą.

– Gdyby nie Sid – mruknął Tomek – nigdy by się nie połapała. Dlaczegóż ona, u licha, szyje raz białą, raz czarną nitką! Nigdy nie można zapamiętać, na którą z nich kolej! Pewne jest jednak, że Sid za to oberwie!

Tomek nie był wzorem chłopca. Znał wprawdzie taki wzór, ale czuł dla niego pogardę.

Nie minęły dwie minuty, a Tomek zapomniał o wszystkich swoich troskach. Nie znaczy to, by troski jego dokuczały mu odrobinę mniej niż dorosłemu człowiekowi jego troski i kłopoty – ale po prostu nowa sprawa pochłonęła uwagę Tomka i na jakiś czas wyparła z jego świadomości poprzednie strapienia, zupełnie tak samo, jak dorosły człowiek zapomina o swoich kłopotach w zapale nowych przedsięwzięć.

Ta nowa sprawa dotyczyła bardzo kunsztownej nowej metody gwizdania, którą Tomek zdobył od pewnego Murzyna. Pragnął ją teraz bez przeszkód wypróbować. Był to jakiś osobliwy rodzaj ptaszęcego trelu, jakby przeciągły świergot, polegający na tym, że wśród gwizdania uderza się leciutko, w krótkich odstępach językiem o podniebienie. Czytelnik pamięta jeszcze zapewne, jak to się robi, jeżeli sam był kiedyś chłopcem. Pilnością i wytrwałością dopiął wreszcie Tomek tego, że doszedł w nowej metodzie gwizdania do mistrzostwa. Z ustami pełnymi harmonijnych tonów, a duszą pełną błogości szedł teraz ulicą i doznawał podobnych uczuć jak astronom, który odkrył nową planetę – tylko pod względem rozmiarów, głębokości i czystości rozkoszy przewaga była stanowczo po stronie chłopca.

Wieczory letnie były już długie. Nie ściemniło się jeszcze zupełnie. Nagle Tomek urwał gwizdanie. Stał przed nim ktoś obcy, chłopiec nieco wyższy od niego. Zjawienie się nowej osoby jakiegokolwiek wieku i płci było w małym miasteczku St. Petersburg zdarzeniem niezwykłym.

Chłopiec był ubrany porządnie, nawet jak na dzień powszedni – zbyt porządnie. Czapkę miał nie zgniecioną, niebieską, jego bluza sukienna była nowiutka i czysta, podobnie jak spodnie. Na nogach miał buciki, chociaż to był tylko piątek! Bluza przybrana była nawet kokardą z kolorowej wstążki. W całej jego postaci było coś wielkomiejskiego, co oburzyło Tomka do głębi. Im dłużej pożerał wzrokiem to wspaniałe zjawisko, im wyżej zadzierał nosa w pogardzie dla jego elegancji, tym nędzniejszym wydawał mu się jego własny wygląd.

Ani jeden, ani drugi nie przemówił słowa. Gdy jeden się poruszył, poruszył się i drugi, ale tylko bokiem i w kółko. Przez cały czas zwróceni byli do siebie twarzą w twarz i mierzyli się wzrokiem. Wreszcie Tomek powiedział pierwszy:

– Mogę cię sprać!

– Spróbuj!

– Mogę!

– Nie dasz rady!

– Zobaczysz, że dam!

– Nieprawda, nie dasz!

– Dam!

– Nieprawda!

– Tak!

– Nie!

Przykra pauza. Potem Tomek powiedział:

– Jak się nazywasz?

– To cię nie obchodzi.

– Jeżeli zechcę, będzie mnie obchodziło!

– No, to dlaczego nie chcesz?

– Jeżeli będziesz dużo mówił, to zechcę.

– Dużo, dużo, dużo!… No, i co teraz?

– Myślisz, że z ciebie taki wielki elegant, co? Mógłbym sobie jedną rękę przywiązać na plecach, a drugą stłuc cię na kwaśne jabłko!

– Więc dlaczego tego nie zrobisz? Ciągle tylko gadasz, że mógłbyś!

– Niech ci się nie zdaje, że możesz ze mnie kpić!

– Takich jak ty widziałem tuzinami!

– Laluś! Wydaje mu się, że jest nie wiem kim! Patrzcie, jaki ma kapelusz!

– Spróbuj go strącić! Pozwalam ci. Ale uprzedzam, że się tak prędko potem nie wyliżesz!

– Kłamiesz!

– Ty sam kłamiesz!

– Tchórz! Chciałby się bić, a boi się!

– Wynoś się!

– Jak mi tu będziesz dłużej szczekał, to cię tak kamieniem zdzielę…

– Naprawdę?

– Zobaczysz!

– Więc dlaczego tego nie robisz? Gadasz tylko ciągle, a nic nie robisz! A wiesz dlaczego? Bo tchórzysz!

– Nie tchórzę!

– Tchórzysz!

– Nie!

– Tak!

Znowu przykra pauza. Znowu wzajemne okrążanie się i spoglądanie spode łba. Wreszcie wparli się w siebie ramię w ramię.

– Wynoś się stąd! – zawołał Tomek.

– Sam się wynoś!

– Ani mi się śni!

– Mnie też!

Stali tak naprzeciwko siebie, wysunąwszy każdy jedną nogę dla lepszej równowagi, pchając się na siebie z całą siłą i miotając wzrokiem groźne błyskawice. Żaden jednak nie mógł uzyskać przewagi nad przeciwnikiem. Potem z zachowaniem należytej ostrożności odstąpili od siebie, a Tomek powiedział:

– Jesteś podły pies! Opowiem o tym memu starszemu bratu. Już on cię przetrzepie, możesz być pewny.

– Niewiele sobie robię z twojego starszego brata! Mój brat jest silniejszy niż twój! Jeżeli zechce, przerzuci go przez ten płot. (Obaj bracia byli oczywiście zmyśleni).

– Kłamiesz!

– Ty tak mówisz!

Tomek narysował palcem kreskę na piasku i powiedział:

– Spróbuj przekroczyć tę linię, a tak cię stłukę, że się nie będziesz mógł ruszyć!

Obcy chłopiec bez chwili wahania przekroczył kreskę mówiąc:

– Gadać potrafisz – zobaczymy, co teraz zrobisz!

– Nie zbliżaj się! Uważaj!

– No… dlaczego nic nie robisz?

– Do licha! Za centa to zrobię!

Nieznajomy wydobył szybko centa i z szyderstwem podsunął go Tomkowi.

Tomek wytrącił mu monetę z ręki.

W następnej chwili chłopcy rzucili się na siebie i sczepiwszy się jak dwa kociaki tarzali się w piasku. Targali się za włosy i ubrania, okładali się pięściami, rozdrapywali sobie wzajemnie nosy i okrywali się kurzem i sławą. Wreszcie z chaosu i kurzawy począł się coraz wyraźniej wyłaniać Tomek, który siedział okrakiem na nieprzyjacielu i grzmocił go pięściami.

– Dosyć masz? – zawołał.

Chłopak miotał się usiłując się wyrwać z uścisku, ale daremnie.

– Dosyć masz? Powiedz!

I bijatyka zaczęła się na nowo.

Wreszcie zwyciężony chłopak wykrztusił: „Dosyć!” i Tomek puścił go mówiąc:

– Zapamiętaj to sobie! Na drugi raz zastanów się najpierw, z kim zadzierasz!

Obcy chłopak oddalił się szybko, otrzepując ubranie, płacząc i pociągając nosem. Oglądał się raz po raz za siebie i odgrażał się Tomkowi. Tomek odpowiedział na pogróżki szyderczym śmiechem i w triumfalnym nastroju opuścił pole walki. Zaledwie się jednak odwrócił, nieznajomy podniósł kamień, cisnął go i trafił Tomka między łopatki, po czym uciekł co sił.

 

Tomek gonił zdrajcę aż do domu i przy tej sposobności dowiedział się, gdzie mieszka. Przez pewien czas stał pod bramą, rzucając nieprzyjacielowi wyzwania; ale chłopak nie chciał przyjąć ponownej walki i tylko stroił do Tomka miny przez okno. Wreszcie zjawiła się matka wroga, nazwała Tomka złym, wstrętnym, ordynarnym chłopakiem i odpędziła go. Odszedł więc, ale zapowiedział, że jeszcze kiedyś dostanie tego lalusia w swoje ręce.

Tego wieczora spóźnił się bardzo do domu. Gdy wchodził oknem, natknął się na czatującą na niego ciotkę. Kiedy zobaczyła, w jakim stanie siostrzeniec jej wraca do domu, powzięła niezłomne postanowienie wyznaczenia mu za karę dodatkowej pracy w sobotę.

Rozdział II Podstęp

Nadszedł ranek sobotni. Wszystko, co żyło, jaśniało świeżością lata i pieniło się weselem życia. W każdym sercu dźwięczała muzyka, a z młodych serc wydobywała się na usta. Radość była na każdej twarzy i wiosna w każdym ruchu. Akacje pokryte były kwieciem, a powietrze przesiąknięte zapachem.

Wzgórza Cardiff Hill, spoglądające ze swej wyniosłości na miasto, pełne były zieleni i wyglądały jak ziemia obiecana, pełna ciszy, rozmarzona, zapraszająca w gościnę…

Tomek zjawił się w bocznej uliczce z kubłem rozrobionego wapna i pędzlem na długim trzonku. Zmierzył okiem parkan i od razu radość zgasła na jego twarzy, a duszę ogarnęła głęboka melancholia. Parkan długości trzydziestu łokci i wysokości dziewięciu stóp! Życie wydało mu się okropnym jarzmem. Z westchnieniem zanurzył pędzel i przejechał nim po najbliższej desce; powtórzył tę czynność jeszcze raz; porównał znikomą zamalowaną powierzchnię z ogromem, jaki trzeba było jeszcze pomalować, i zrozpaczony usiadł na pniu. Z bramy wybiegł w podskokach Jim, z konewką na wodę, śpiewając „Buffalo Gals”. Noszenie wody z publicznej studni było dawniej w oczach Tomka czymś hańbiącym, ale teraz zupełnie inaczej na to patrzał. Przypomniał sobie, jakie to towarzystwo zbiera się przy studni. Pełno tam zawsze chłopców i dziewcząt, białych, Murzynów i Mulatów, czekających swojej kolei – wypoczywają, zamieniają się zabawkami, kłócą się, tłuką, zabawiają się, jak mogą. I przypomniał sobie, że chociaż do studni było niecałe dwadzieścia kroków, Jim nigdy nie wracał z wodą przed upływem godziny, a nieraz trzeba go było dopiero sprowadzać.

Powiedział więc:

– Słuchaj, Jim, ja pójdę po wodę, a ty pomaluj trochę za mnie.

Jim potrząsnął głową i odpowiedział:

– Nie może, paniczu Tomek. Pani kazać Jim iść po woda, nigdzie się nie zatrzymywać i nie robić głupstwa. Ona powiedzieć, że panicz Tomek będzie chcieć, aby Jim malować, ale ona kazać Jim nie słuchać i robić swoją robotę, a ona chcieć na malowanie dobrze uważać.

– Ach, Jim, nie przejmuj się tym, co ona mówi. Ona tak zawsze gada. Daj mi wiaderko, nie zabawię minuty. Ona nie będzie wiedziała.

– Nie może, paniczu Tomek. Pani Jim głowę urwać, ona tak na pewno zrobić.

– Ona? Ależ ona pojęcia nie ma o biciu! Cóż to znaczy, jak postuka trochę naparstkiem po głowie? Kto by się tym przejmował! Gada dużo, ale gadanie nie boli – chyba gdy zacznie krzyczeć. Jim, dam ci szklaną kulkę, wiesz, tę dużą, białą!

Jim poczynał się wahać.

– Dużą, białą kulkę, Jim, to nie byle co!

– Ach, ona być taka śliczna! Ale, paniczu Tomku, Jim strasznie bać się stara pani!

Jim był jednak tylko człowiekiem. Pokusa była za wielka. Odstawił wiadro i otrzymał szklaną kulkę. Po upływie minuty uciekał, aż się za nim kurzyło, z wiadrem i obolałym grzbietem, Tomek malował z zapałem, a ciotka Polly wracała z pola walki z pantoflem w ręku i triumfem w oczach.

Energia Tomka osłabła. Oczyma duszy widział przedsięwzięcia, które planował na dzisiaj, i zrobiło mu się bardzo smutno. Niedługo zaczną tędy przebiegać inni chłopcy, wolni, udający się na wspaniałe wyprawy, i będą żartowali z niego, że musi pracować – sama myśl o tym paliła go jak ogień!

Wydobył całe swoje mienie i poddał je oględzinom: szczątki zabawek, szklane kulki i rupiecie bez nazwy; wystarczające może, by opłacić tym krótkotrwałe zastępstwo w robocie, niedostateczne jednak, aby zdobyć za nie choćby pół godziny wolności. Wsunął więc z powrotem do kieszeni swoje ubogie skarby i pożegnał się z myślą, by próbować przekupić chłopców. Ale w chwili najczarniejszej rozpaczy spłynęło na niego nagle natchnienie. Wielkie, olśniewające natchnienie.

Wziął pędzel do ręki i zabrał się spokojnie do pracy. Właśnie Ben Rogers ukazał się na horyzoncie, ten sam Ben, którego szyderstwa Tomek obawiał się najbardziej. Ben zbliżał się w pląsach, skokach, podrygach, co dowodziło, że było mu lekko na sercu i że miał nie byle jakie zamiary. Gryzł jabłko i w przerwach wydobywał z siebie przeciągłe, melodyjne hukania, po których następowały głębokie tony: ding-dong-dong, ding-dong-dong, gdyż był w tej chwili parowcem.

Zbliżając się zwolnił biegu, zajął środek ulicy, skręcił na prawo i począł przybijać z wielkim wysiłkiem do brzegu, gdyż wyobrażał w tej chwili okręt „Wielka Missouri”, mający dziewięć stóp zagłębienia. Był parowcem, kapitanem, dzwonkiem sygnałowym w jednej osobie i stał w wyobraźni na własnym mostku kapitańskim, wydając rozkazy i wykonując je.

– Stop! Dzyń-dzyń-dzyń!

Droga się kończyła, począł powoli skręcać na boczną ścieżkę.

– W tył! Dzyń-dzyń-dzyń!

Ramiona trzymał przy sobie, sztywno wyprężone w dół.

– Ster na prawo! Dzyń-dzyń-dzyń! Hu, hu, hu!

Prawa ręka zataczała wielkie łuki, gdyż była przecież kołem sterowym, które miało czterdzieści stóp obwodu.

– W tył! Ster na lewo! Dzyń-dzyń-dzyń! Na prawo! Naprzód! Na lewo! Stój! Dzyń-dzyń-dzyń! Hu, hu, hu! Zwolnij liny! Żywo! Kotwica! Co się tam dzieje? Zakręcić linę! Stój! Popuścić! Maszyna zatrzymana, panie kapitanie! Dzyń-dzyń-dzyń! Sst! sst! sst! (próbowanie wentylów).

Tomek malował nie zwracając zupełnie uwagi na parowiec.

Ben zdumiał się, a po chwili rzekł:

– Ha, ha, ha! Ale to cię zasadzili do pracy!

Milczenie. Tomek okiem artysty badał ostatnie pociągnięcie; wykonał pędzlem zamaszysty ruch i znowu oceniał wynik jak przedtem. Ben podjechał ku niemu. Tomkowi ślinka szła na widok jabłka, ale dalej machał pędzlem. Ben zagadnął go znowu:

– No, cóż tam, musisz dzisiaj pracować?

– Ach, to ty, Ben! Wcale cię nie zauważyłem!

– Idę się kąpać… a ty nie miałbyś ochoty? Ale prawda, ty wolisz pracować! Tak, tak, widzę!

Tomek obejrzał chłopca od stóp do głowy i zapytał:

– Co nazywasz pracą?

– Jak to, czyż to nie jest praca?

Tomek zaczął znowu malować i odpowiedział obojętnie:

– Może to jest praca, a może i nie. Wiem tylko, że tak się podoba Tomkowi Sawyerowi.

– Nie udawaj, że ci to sprawia przyjemność!

Pędzel malował dalej.

– Czy mi to sprawia przyjemność? Oczywiście! A czemuż by nie? Nie każdego dnia trafia się człowiekowi taka gratka, by mógł malować parkan…

To ukazywało sprawę w nowym oświetleniu.

Ben przestał gryźć jabłko. Tomek z poważną miną poruszał pędzlem w jedną i drugą stronę, przestawał rzucając okiem na całość, dodawał tu jedno pociągnięcie, tam drugie, znowu badał wrażenie – a Ben śledził każdy jego ruch. Sprawa coraz bardziej go zaciekawiała. Nagle odezwał się:

– Słuchaj, Tomku, daj mi trochę pomalować!

Tomek namyślał się przez chwilę; zdawał się już przystawać, ale zmienił zamiar:

– Nie, nie, Ben, to niemożliwe. Widzisz, ciotka Polly jest na punkcie tego parkanu okropnie przesadna, zwłaszcza tu, od strony ulicy, sam rozumiesz… Gdyby to był parkan taki sobie, gdzieś na uboczu, to oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu, a ona chyba także nie. Ale gdy chodzi o ten właśnie parkan, jest niebywale wymagająca! To musi być zrobione niezwykle dokładnie. Nie wiem, czy na tysiąc, a nawet na dwa tysiące chłopców znajdzie się choć jeden, który to umiałby zrobić jak należy!

– Co ty mówisz? Słuchaj, daj mi spróbować, trochę tylko! Ja bym ci pozwolił, gdybyś był na moim miejscu, Tomku!

– Ben, zrobiłbym to, szczerze ci mówię, ale ciotka Polly! Wiesz, Jim chciał to robić, nie pozwoliłem, Sid chciał, nie pozwoliłem. Zrozum moje położenie! Gdybym ci dał pędzel do ręki, a coś by się stało…

– Głupstwo! Zobaczysz, jak ja to starannie będę robił… Pozwól mi spróbować! Dam ci za to kawałek mego jabłka!

– No, to dawaj, chociaż właściwie… nie! Okropnie się boję!

– Dam ci całe jabłko!

Tomek oddał wreszcie pędzel z niechęcią na twarzy, a z wielką ochotą w sercu. I podczas gdy niedawny parowiec „Wielka Missouri” pracował w skwarze, aż pot się z niego lał, uwolniony artysta siedział sobie opodal w cieniu na beczce, wymachiwał nogami, zajadał jabłko i szukał w myślach nowych ofiar.

Materiału nie brakło; co chwila zjawiali się chłopcy; każdy przychodził z zamiarem szydzenia z Tomka i każdy zostawał, aby malować. Tymczasem Ben zmęczył się, więc z łaski Tomka przyszła kolej na Billa Fishera w zamian za niezupełnie jeszcze podartego latawca; a gdy i ten miał już dosyć, prawo bielenia nabył Johnny Miller za zdechłego szczura i kawałek szpagatu, na którym można go było uwiązać i wywijać nim w powietrzu; i tak dalej, i dalej, godzina za godziną. A gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Tomek, który rano był jeszcze zupełnym biedakiem, stał się największym bogaczem. Oprócz wymienionych wyżej przedmiotów miał dwanaście szklanych kulek, złamane organki, kawałek niebieskiego szkła z butelki, przez który można było patrzeć, szpulkę do nici, klucz, który niczego nie otwierał, kawałek kredy, szklany korek od karafki, cynowego żołnierza, dwie kijanki, sześć kapiszonów, kota z jednym okiem, mosiężną kołatkę do drzwi, obrożę, której tylko psa brakowało, rękojeść noża, cztery kawałeczki skórki pomarańczowej i starą rozbitą ramę okienną. Przy tym spędził czas bardzo mile w błogim lenistwie, miał towarzystwo, a parkan pokryty był trzema warstwami wapna. Na szczęście wreszcie go zabrakło, inaczej bowiem Tomek byłby wszystkich chłopców z całego miasta doprowadził do bankructwa.

Tomek uznał, że świat mimo wszystko nie jest taki zły. Sam o tym nie wiedząc odkrył wielkie prawo wszystkich poczynań ludzkich, mianowicie: chcąc obudzić w dorosłym lub dziecku pragnienie jakiejś rzeczy, trzeba mu ją przedstawić jako bardzo trudną do osiągnięcia. Gdyby był wielkim filozofem, przynajmniej takim jak autor tej książki, to rozumiałby, że pracą jest to, co ktoś musi robić, a przyjemnością to, czego robić nie musi. Byłoby go to pouczyło, że sporządzanie sztucznych kwiatów albo chodzenie w kieracie jest ciężką pracą, natomiast granie w kręgle albo wspinanie się na Mont Blanc jest tylko przyjemnością. Wielu bogatych panów w Anglii tłucze się powozem, zaprzężonym w czwórkę koni, dwadzieścia lub trzydzieści mil na upale – bo ta przyjemność kosztuje ich dużo pieniędzy; ale niechby im kto kazał robić to samo za wynagrodzeniem, poczęliby to uważać za pracę i woleliby z niej zrezygnować.