ZaklinaczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Mariola Zaczyńska, 2018

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Irene Lamprakou

/Arcangel Images; Believe_In_Me/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-760-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Gabrieli przyśnił się ksiądz proboszcz, zdecydowanie zbyt przystojny na duchownego. Klęczał przed nią i składał ręce jak do modlitwy.

– Nie mówiłaś, dziecko, że jesteś dziewicą. To taki kłopot, taki kłopot! – Kiwał głową.

Jak to we śnie, nie mogła nic odpowiedzieć, zaprzeczyć. Słowa więzły jej w gardle, aż poczuła, że traci oddech. Duchowny z ubolewaniem wznosił oczy do nieba, jakby przepraszał Pana Boga za Gabrielę.

– Nie jestem dziewicą! – udało jej się krzyknąć.

– To się nie zachowuj jak dziewica – usłyszała nadąsany głos Waldemara.

Zlana potem poderwała się z łóżka. Była w sypialni, a nie na zapleczu plebanii. Uff! Przez chwilę rozglądała się po pokoju, czy gdzieś w kącie nie czai się zatroskany proboszcz. Zamiast niego tuż obok leżał mąż. Opierał się na łokciu, zaspany, ze skrzywioną miną. Na szafce z jego strony łóżka świeciła się lampka, pewnie ją włączył, gdy męczona koszmarem zaczęła krzyczeć.

– Nie jestem dziewicą! Nie jestem dziewicą! – powtarzała, oddychając ciężko.

– Cicho – wysyczał. – Adela usłyszy.

– Adela jest dorosła. Na pewno wie, co to dziewica! – wrzasnęła, zsuwając nogi z łóżka.

Podeszła do okna i otworzyła je szeroko. Chłodny jak na czerwcową noc powiew pomógł jej dojść do siebie. W blasku księżyca srebrzyły się liście wierzby płaczącej, od lat zaglądającej do ich sypialni. Wciągnęła zachłannie rześkie powietrze. Od razu przypomniała jej się wieczorna kłótnia z mężem. To przez niego te koszmary. Odwróciła się gniewnie.

– A Adela niech słucha, że jeśli kobieta mówi „nie”, to ma do tego święte prawo!

– Cicho! – mitygował ją Waldemar. – Ludzie usłyszą. Zamknij okno!

No tak. Najbardziej bał się tego, co ludzie powiedzą. Gdyby mógł, zatkałby jej teraz usta.

– Nie zamknę!

Czuła, że otwarte okno to metafora jej życia. Nie będzie się więcej dusić!

– Co się z tobą dzieje? – wyszeptał wściekły, naciągając kołdrę pod nos.

Był strasznym zmarzluchem.

– Nie będę z tobą rozmawiać! – postanowiła. – Do środy!

Ciche dni były jej sprawdzoną bronią od lat. Waldek ich strasznie nie lubił. Teraz skrzywił się kpiąco.

– Chyba masz kryzys wieku średniego – mruknął. Podsunął poduszkę pod głowę i odwrócił się, dając sygnał, że zamierza spać. – Klimakterium cię dopadło?

Wrrrr... Klimakterium?!

– Do czwarrrtku! – warknęła w odpowiedzi, przedłużając ciche dni.

Czterdzieści sześć lat i klimakterium?! Za kogo on się uważa? Adonis, psia mać. Podstarzały demon seksu! Teraz taki kogut z niego? Teraz?

Zacisnęła usta, ze złością zabrała swoją poduszkę i wymaszerowała do pokoju syna, świeżo upieczonego magistra, mieszkającego obecnie w stolicy. Niewielka klitka znajdowała się na wprost ich sypialni. Okno wychodziło na ulicę, otworzyła je natychmiast i przykryła się kocem wyciągniętym z szafy. Lubiła chłód. Wsłuchała się w odgłosy dobiegające z zewnątrz. Były inne. Gdzieś szczeknął pies, trzasnęły drzwi od samochodu, skrzypnęła furtka. W małżeńskiej sypialni, usytuowanej od strony podwórka, tylko szumiały drzewa. Tu na ścianie wisiał plakat z Ozzym Osbourne’em, światło latarni padało na jego wywalony język. Miała ochotę zrobić to samo, pokazać język całemu światu. Głównie Waldkowi. Klimakterium!

– Sam masz klimakterium! – burknęła.

W oddali znowu zaszczekał pies. Gabriela powoli się uspokajała. Zamknęła oczy z nadzieją, że widok zatroskanego księdza proboszcza przestanie ją już męczyć. Co za koszmar! Choć i tak lepszy zmartwiony proboszcz niż woda. Głęboka czarna toń, która co jakiś czas chciała wessać Gabrielę, uniemożliwiając nabranie powietrza i krępując ruchy. Panicznie bała się wody. Sny o głębinach zawsze zwiastowały kłopoty. Niech już lepiej nawiedza ją proboszcz.

– Nie jestem dziewicą – wymamrotała sennie. – Po prostu przestałam lubić seks.

Z mężem.

Głos prezentera w radiu poinformował, że minęła szósta. Kuchnia o tej porze była pusta, Gabriela miała ją tylko dla siebie. Radio cicho grało, a przez wielkie panoramiczne okno zaglądało słońce. Rzadkość tego lata. Pierwszy pogodny poranek od kilku dni. Gabi z gniewem odsunęła ukochane pismo „Uroda Życia”, potrącając kubek z kawą. Skąd oni wzięli takie dane?

„Kobieta czterdzieści plus jest odważna w związkach. Nie owija w bawełnę, staje się bardziej niezależna, jest realistką. Kobieta czterdzieści plus uwielbia seks. Osiąga orgazmy częściej niż dwudziestolatka, a nawet częściej niż jej trzydziestoletnie koleżanki”.

Akurat! Uwielbia seks! Osiąga częściej orgazmy! Co za bzdura!

Wycierała rozlaną kawę, zerkając z ciekawością na dalszą część artykułu. Wynikało z niego, że teraz to kobiety czterdziesto- i pięćdziesięcioletnie przyznają się do aktywnego, satysfakcjonującego życia seksualnego. „Dokonała się kolejna rewolucja seksualna” – przekonywała autorka artykułu.

No, ze mną na pewno nikt nie rozmawiał, pomyślała z irytacją Gabriela. Miała czterdzieści sześć lat i nie uwielbiała seksu. Rewolucja odbywała się gdzieś poza nią. W najbliższej perspektywie miała ciche dni z mężem. Ostentacyjnym milczeniem ukarze go za własną niemoc, za tę wadę, brzydką ułomność, za brak libido. Niesprawiedliwe to, ale kto powiedział, że będzie łatwo i pięknie?

W radiu kończył się serwis informacyjny. Spiker ogłosił sensacyjną wiadomość.

– Kolejny seryjny morderca wyszedł na wolność! – poinformował z emfazą. – Przypomnijmy, że gdy w Polsce zniesiono karę śmierci, wszystkie wyroki skazujące na śmierć zamieniono na dwadzieścia pięć lat więzienia. Część morderców i gwałcicieli umieszczono w specjalnym ośrodku w Gostyninie, ale wielu innych nadal opuszcza mury zakładów karnych. W najbliższym czasie wolnymi ludźmi staną się kolejni zabójcy.

To nie może się dobrze skończyć, wzdrygnęła się Gabriela i szybko wyłączyła radio. Nie warto rozpoczynać dnia od szarpania sobie nerwów.

Rozejrzała się po przytulnej kuchni. Dawała poczucie bezpieczeństwa, chroniła przed światem i złymi ludźmi. Teraz koiła niepokój po radiowych newsach. Gabi pootwierała szafki, patrząc w nie tępo. Gotowanie zawsze ją uspokajało. To czynność znana, bezpieczna, przydatna. Tworzy się coś z niczego. I ma się na to wpływ od początku do końca. Stała w szlafroku, z rozczochranymi włosami, niewyspana i wściekła na Waldka. Furia w kapciach.

– W pewnym wieku ludzie powinni mieć oddzielne sypialnie – wymamrotała, wyjmując produkty i ustawiając je na stole. – Żeby nie słuchać „pufff... chrrr...”, i nie być narażoną na poranne umizgi. Na Boga, ile Waldek ma lat, żeby się budzić z erekcją? Co by tu...

Zrazy po staropolsku! Solidna rodzinna kuchnia. Tradycyjna i smaczna. Jak ona sama, Gabriela Stańczuk, idealna pani domu.

Tyle że bez libido.

Gdy pół godziny później córka zeszła na dół, zobaczyła matkę siekającą cebulę wielkim nożem. Nastolatka jak zwykle była ubrana na czarno. Jedyny żywszy element stanowił szeroki srebrny pas na biodrach. Rozpuszczone ciemne włosy opadały jej na plecy. Widząc zaciśnięte usta Gabrieli, powstrzymała grymasy i komentarze na widok bitek wołowych. Była wegetarianką, krwawe plastry mięsa budziły w niej ideologiczny gniew i ludzki ból. To mięso wcześniej miało oczy i zapewne było słodkim bezbronnym cielątkiem. Na szczęście na stole czekała już przygotowana dla niej pasta z jajek i twarogu. Usiadła z miną: zaraz, zaraz, aż tyle?!

Gabriela zerknęła na córkę znad wyciskającej łzy cebuli.

– Jedz! Ta pasta oczków nie miała! – krzyknęła.

Rozszyfrowała ją natychmiast. Adela najchętniej wymknęłaby się bez śniadania. Odchudzała się. Wiecznie. Odziedziczyła krągłości po matce, ale przecież nie była gruba.

– Schudniesz, jak wyjdziesz za mąż – zapewniła córkę.

A potem przytyjesz, dodała mściwie w myślach. Taka kolej rzeczy. Kiedy się zakochała w Waldemarze, schudła bez żadnych diet. Tak działa bliskość odpowiedniego mężczyzny. Tylko potem, z upływem lat, stało się coś dziwnego. Im bardziej kochała męża i czuła się przy nim bezpiecznie, tym więcej przybywało jej kilogramów. Widocznie tak działa małżeństwo.

Adela za niecałe cztery miesiące skończy osiemnaście lat. Na myśl, że w wieku córki już uprawiała seks, Gabriela poczuła irracjonalny gniew. Kto jej na to pozwolił, przecież była dzieckiem! Adela też jest jeszcze dzieckiem. Na pewno o seksie wie już wszystko, ale raczej go nie uprawia. Nie ma chłopaka. I całe szczęście.

Nóż jeszcze gwałtowniej zastukał o deskę.

– Co.. za... jadowita... bestia!

Oczy ją zapiekły i popłynęły łzy. Zapomniała wcześniej zmoczyć cebulę i nóż. Woda wiązała drażniące cząsteczki z soku. Prosty i skuteczny zabieg. Odwróciła się gwałtownie, by chociaż nóż podsunąć pod kran i zneutralizować cebulowy sok.

– Yyyhhh!

Czubek noża zatrzymał się przy brzuchu Waldemara. Mąż wciągnął powietrze w płuca i wytrzeszczył oczy. Mało brakowało! Gabriela zamarła. Chciała wrzasnąć, że nie powinien się skradać, ale przecież nie odzywała się do niego. Ciche dni to ciche dni. Za to Waldemar dramatycznym gestem Rejtana rozchylił koszulę na piersi.

 

– Ależ proszę! Wbijaj!

Adela prychnęła znad talerza. Matka dziś trochę ją przerażała, ojciec śmieszył. Pod spojrzeniem obojga wbiła wzrok w pastę. Lepiej w takich sytuacjach być niewidoczną, bo jeszcze trzeba będzie się opowiedzieć po którejś ze stron.

Gabi ominęła męża i chwilę trzymała nóż pod strumieniem wody. Waldemar ze zmarszczonymi brwiami skonstatował, że śniadanie, niestety, na niego nie czeka. Otworzył lodówkę i bezradnie przyjrzał się pełnym półkom.

– Może porządek byś tu zrobiła? Nic nie można znaleźć – burknął.

Gdy się pochylił, jaskrawe światło odbiło się w łysinie na czubku głowy. Włosy po bokach, trochę przydługie, sterczały groteskowo, a okulary zsunęły się na koniec nosa.

– Ojciec, wyglądasz jak wkurzony krasnolud. – Adela uśmiechnęła się, chcąc rozładować sytuację.

Waldemar trzasnął drzwiami lodówki. Pokręcił się chwilę z miną przybysza z innego wymiaru. W kosmosie kuchni się gubił, brakowało mu nawigacji, o którą zawsze troszczyła się małżonka. I być może by eksplodował, gdyby nie dzwonek telefonu. Zamiast warknąć coś nieuprzejmego, poszedł odebrać. Moment później przyniósł słuchawkę i podał ją Gabrieli.

– Mamusssia – wysyczał jadowicie, wystarczająco głośno, by teściowa usłyszała.

Ostentacyjnie wymaszerował z kuchni, manifestując w ten sposób, że nie może przebywać z matką Gabrieli w jednym pomieszczeniu, choćby jedynie słyszał jej głos płynący z Niemiec. Niechęć była obopólna. Podobnie jak w przypadku relacji Gabrieli z matką Waldemara, która na każdym kroku okazywała synowej jawną pogardę. W tej rodzinie obie teściowe się nie udały.

Gabi przycisnęła słuchawkę ramieniem do ucha. Matka, jak zwykle, dzwoniła w najmniej odpowiednim momencie. Miała do tego talent. Dziś telefonowała o wyjątkowo wczesnej porze, więc Gabi się zaniepokoiła.

– Co się stało? Coś z ojcem?

– Ty wyjeżdżaj z tej Polski! Demokracji już u was nie będzie. Jedna reforma gorsza od drugiej – zaczęła matka z grubej rury. – Właśnie obejrzałam wiadomości w telewizji. Cały świat się z was śmieje!

Poprzez słowotok rodzicielki Gabriela usłyszała, jak na podjeździe przed domem zawył silnik samochodu. Adela doskoczyła do okna.

– Nie poczekał na mnie! Widziałaś? – Z oburzeniem oparła ręce na biodrach, takim samym gestem, jak robiła to Gabi. – Pojechał!

Nie kończąc śniadania, pobiegła na piętro do swojego pokoju. Zadudniło, gdy przeskakiwała po dwa schodki.

– Będą was po kolei wsadzać do więzienia… – grzmiała matka. – Jak za komuny!

Miała swoje zdanie na temat „dobrej zmiany”, namiętnie oglądała TVN24. Wiadomości z Polski podnosiły jej ciśnienie lepiej niż kawa.

Rodzice wiele lat temu wyjechali do Niemiec, a potem udało im się uzyskać tamtejsze obywatelstwo. Gabriela została w kraju. Rzadko się widywali. Rodzice nie zamierzali wracać ze względu na polską marną służbę zdrowia. Gabi była u nich kilka razy, ale matka nie cierpiała zięcia, toteż wizyty nie należały do udanych.

Adela zbiegła z plecakiem przewieszonym przez ramię. W pośpiechu włożyła czarne ciężkie buty na grubej podeszwie, sznurowane do pół łydki.

– A ten wasz prezydent… – Matka wymownie zawiesiła głos.

Trzasnęły drzwi, gdy Ada pobiegła na przystanek. Może jeszcze zdąży na autobus. Że też Waldemar ją zostawił! Zawsze podwoził córkę do szkoły, gdy szła na ósmą. Gabriela pożałowała, że nie dźgnęła męża nożem ciut mocniej, bo przecież nawet go nie zabolało. A mogło. Cóż Adela jest winna ich kłótni?

Przytrzymując telefon ramieniem, wrzuciła cebulę na patelnię, zrazy już czekały, aby je dołożyć. Zdała sobie sprawę, że narobiła ich jak dla pułku wojska. Kto to będzie jadł?

Od słuchania pokrzykiwań rodzicielki bolało ją już ucho, a i głowa zaczynała ćmić. Umiejętnie sprowadziła konwersację z tematu polityki na dzieci. Mama mogła o swoich wnukach rozprawiać godzinami, udzielając rad, jak należy wychowywać współczesne młode pokolenie. Uważała się za eksperta.

– Bartek mógłby się już ożenić. Za często zmienia dziewczyny. Może coś z nim jest nie tak?

Coś z nim nie tak?! Niby co? Gabi na punkcie syna była szczególnie wrażliwa. Bartek to idealny młody mężczyzna!

– Powinnaś założyć biuro rachunkowe – radziła matka. – Nie narobiłabyś się, a pieniędzy byłoby mnóstwo.

– Nie brakuje nam pieniędzy.

– Wam! A swoje masz?

Nigdy się nie pogodziła z faktem, że jej córka jest jedynie „żoną przy mężu”. Obwiniała o to Waldemara, który preferował patriarchalny model rodziny. Uważała, że kobieta powinna pracować, być niezależną.

– W Polsce zostałaś, ale żyjesz jak niemiecka frau: kuchnia, dzieci, kościół.

Z oddali dał się słyszeć głos ojca:

– Wandeczko, tylko się nie denerwuj.

Gabriela znała na pamięć te wywody. Ona sama była ze swego życia zadowolona. Ale matka już się nakręciła. Gabi odpłynęła myślami. Machinalnie przykrywała garnki, przykręcała gaz, wycierała blat.

– Jakieś kościelne komitety, rada parafialna! – pokrzykiwała matka. – Wstyd nam przynosisz. Nikt z naszej rodziny w żadnych parafiach się nie udzielał, a ty jak stara dewotka... Nie tak cię, dziecko, wychowaliśmy. – W jej głosie zabrzmiała nagle gorzka nuta. – Ojciec nie wie, gdzie oczy podziać. Po co to tak latać co niedziela do kościoła?

– Nie przesadzaj, Wandeczko – mruknął ojciec w tle.

– Lolek! – przywołała go do porządku.

Gabi słyszała, jak ojciec mamrocze: „Nie pal, Wandeczko”. Matka, oczywiście, zaciągnęła się głęboko. Tych dwoje dobrało się jak w korcu maku.

– Mamo, chodzę na zebrania rady parafialnej ze względu na Waldka. Dostaje od Kościoła tyle zamówień, że chyba mogę jakoś się odwdzięczyć, podtrzymać dobrą atmosferę – tłumaczyła, zła, że musi bronić męża.

– I jeszcze dziecko w to wciągasz! W jakieś oazy srazy!

Matka Gabrieli, agnostyczka z krwi i kości, najbardziej się martwiła, że jej wnuczka może zostać zakonnicą. Uważała, że wszelkie oazowe spotkania temu właśnie służą: żeby młodym ludziom zamącić w głowach. Nigdy też nie pogodziła się z faktem, że jej jedyna córka ochrzciła się w dorosłym życiu, by wziąć katolicki ślub. Bo tego wymagał od niej przyszły małżonek.

– Wandeczko... Nie unoś się tak – uspokajał ją ojciec.

– Mnie nie oszukasz! – fukała matka. – Chodzisz tam, bo twoje życie jest puste. Cztery ściany, gary, pieluchy.

– Jakie pieluchy? – Gabi uniosła brwi.

– Nie czepiaj się słówek! Tylko w gronie tych dewotów coś znaczysz, tylko tam jesteś kimś! Zrób coś ze swoim życiem!

Po tej tyradzie nagle zamilkła, jakby zorientowała się, że posunęła się za daleko. Gabriela poczuła narastający gniew.

– Mamo... – Oddychała szybko. – Nic nie wiesz o tych „dewotach”. Pracują, są dobrymi rodzicami, a przede wszystkim chce im się coś robić dla innych. Nie obrażaj ich. Ja też się cieszę, że mogę coś zrobić dla innych.

Usłyszała odgłosy szarpaniny, gdy ojciec wyrywał matce słuchawkę.

– Gabrysiu – wysapał. – Mama zadzwoni jutro.

Połączenie zostało przerwane. Ojciec jak zwykle ratował sytuację tak, jak umiał.

Gabi ciężko usiadła przy stole. Czuła, że jest spocona, podczas rozmowy z matką znowu miała uderzenie gorąca. Zobaczyła swoje odbicie w szklanych drzwiach piekarnika. Rozczochrana czterdziestoparoletnia kobieta, w nieświeżym szlafroku, w którym wyglądała grubiej niż w rzeczywistości. Pewnie miała też czerwone oczy i nos od cebulowego soku, ale w ciemnej szybie nie było tego widać. Wyciągnęła z kieszeni szlafroka spinkę i zebrała włosy w niechlujną kulkę. Zła i sfrustrowana najchętniej pokrzyczałaby teraz na Waldka albo wyżaliła się przyjaciółkom. Mężowi zapowiedziała jednak ciche dni, a przyjaciółki ostatnio nie miały dla niej czasu. Zresztą z Ewką i Izydą trudno się rozmawiało o małżeńskich i rodzinnych perypetiach, bo obie były singielkami. Dawały jej proste rady: myśl o sobie, nie rezygnuj z własnych aspiracji, nie daj się stłamsić i takie tam... mądrości, kompletnie nieprzydatne w codziennym życiu matki i żony. Nie, Ewka i Izyda nie wiedziały, co znaczy prawdziwe życie. Ale i tak zadzwoni do przyjaciółek, gdy tylko ochłonie. Bo nie miała nikogo innego oprócz nich.

Na rogu stołu leżało czasopismo, które tak zirytowało Gabrielę przy porannej kawie. Jak na złość, z poplamionej kartki zerkała roześmiana piękna kobieta z butelką szampana w jednej ręce i kieliszkiem w drugiej.

„Czterdziestka to nowa trzydziestka! – głosił podpis. – Taka kobieta to wyzwanie!”

O, tak, pomyślała Gabi, jestem wyzwaniem jak diabli. Zwłaszcza w szlafroku o poranku, po kolejnej odmowie seksu małżonkowi.

Oczywiście ta „czterdziestka jak trzydziestka” była też szczupła, miała nienaganny makijaż na wypoczętej twarzy i „kurwiki” w oczach. Chyba tak się nazywa to wiele obiecujące, kokieteryjne spojrzenie.

Seks, seks, seks. Wszędzie seks. Dupa rządzi światem.

Co za koszmarny dzień. A przecież dopiero się zaczął.

2

W starej sali gimnastycznej każdy upadek na matę odbijał się głuchym echem. Ewa przytrzymała sparingpartnera. Leżał pod nią jak kłoda, czerwony na twarzy. Ich usta niebezpiecznie się zbliżyły. Chłopak wydawał się tym oszołomiony. Przysunęła wargi do jego ucha.

– Nie mogę się tobą opiekować, kochanką też nie mogę być – szepnęła. – Jesteśmy kumplami z wojska. Jasne?

Pokiwał głową, a wtedy poluzowała uścisk. Speszony dwudziestolatek podniósł się i niepewnie strzelił na boki oczami, czy oprócz niego ktoś jeszcze to słyszał.

Miała na końcu języka: mogłabym być twoją matką, jednak wydało jej się to zbyt okrutne. „Kumple z wojska” brzmiało lepiej – mniej krępująco dla nich obojga.

Nazywali ją tu Feniksem. Od nazwiska Fenik. Była najstarsza w grupie, ale najlepsza. No, starszy od niej był tylko trener, eksżołnierz. Mogłaby być instruktorem jak on, jednak przychodziła na zajęcia i poddawała się morderczemu treningowi ze wszystkimi, a potem ćwiczyła z najgorszymi fajtłapami. Każdy chciał z nią trenować, bo była cierpliwa i nigdy nie kpiła z kiepskich umiejętności partnerów. Potrafiła nauczyć lepiej niż trener, który ośmieszał ich i krzyczał jak na rekrutów w wojsku. Co prawda, niektórym było głupio, że rozwala ich taka kruszyna, ale to tylko budowało jej legendę. I potwierdzało, że krav maga to mordercze narzędzie w rękach tego, kto posiadł o niej wiedzę. Feniks o wadze pięćdziesięciu kilku kilo w starciu z dwukrotnie cięższymi przeciwnikami nadrabiała brak masy i siły szybkością ataku i sprytem.

Trening dobiegł końca. Ewa patrzyła z pobłażliwym uśmiechem za odchodzącym dwudziestolatkiem. Dała mu dziś porządny wycisk. Od jakiegoś czasu chłopak robił wszystko, aby z nią trenować. A jednocześnie peszył się w jej obecności, czerwieniał, uśmiechał się bezmyślnie. Kiedyś szedł za nią, kryjąc się za ludźmi. Udawała, że go nie widzi. Zaglądała do sklepów w galerii, klucząc i lawirując. Sprawdzała, na jak długo starczy mu wytrwałości. Zgubił się dopiero, gdy zjechała windą do garażu podziemnego. Zakochany głuptas.

– Ewka, masz chwilę?

Do szatni zajrzał trener i ruchem głowy wskazał drzwi do kanciapy na zapleczu sali. Zapach potu mieszał się tam z wonią skórzanych piłek i bokserskich worków, na półkach stały zakurzone sportowe trofea. Nic tu się z pewnością nie zmieniło od jakichś dwudziestu lat.

– Coś się dzieje? – Popatrzył jej w oczy.

– Co ma się dziać? – Wzruszyła ramionami.

– Przecież widzę. Młóciłaś dziś w młodego, jak w Fokę. To do ciebie niepodobne.

Ewa uśmiechnęła się do niego. Porównanie młodego sparingpartnera do zabójczego Komando Foki było zabawne. Znowu wzruszyła ramionami i położyła dłoń na klamce.

– To wszystko? – spytała.

Musiała zadrzeć głowę, by popatrzeć mu w oczy. Trener nie był przesadnie wysoki, to ona wyróżniała się mikrą posturą. Podszedł blisko i objął ją opiekuńczym gestem.

– Co zadzwonię, to albo jesteś poza zasięgiem, albo masz wyłączony telefon. Nie odbierasz ode mnie?

Wyswobodziła się zgrabnie i wyciągnęła aparat z kieszeni torby. Na wskaźniku zasięgu sieci widniało przekreślone kółko.

– Cholera! Znowu muszę go zresetować. Zaakceptowałam aktualizację oprogramowania i od tamtej pory się zawiesza.

Wyłączyła aparat i uruchomiła ponownie. Momentalnie zaczęły nadchodzić komunikaty o próbach połączenia, między innymi od Gabrieli, a także prezeski Fundacji Nasza Szansa. Jak nie zapomni, to do nich oddzwoni.

 

– Może zanieś telefon do naprawy? Na tej twojej wsi powinnaś... No wiesz, jakby ci się coś stało...

– A co ma się stać? – przerwała ze śmiechem. – Poczekam do następnej aktualizacji, może wszystko wróci do normy.

– No, ale...

– Będę częściej resetować – obiecała.

– To powiesz, co się dzieje? Wiesz, że jedno twoje słowo...

– Dam sobie radę, Robert. Dzięki... To wiele dla mnie znaczy.

Patrzył za nią, gdy odchodziła. Niejedna nastolatka pozazdrościłaby jej figury. Ani grama tłuszczu, same mięśnie. Ruchy pewne siebie, sprężyste. Jakieś metr sześćdziesiąt wzrostu, drobny kościec, ale imponująca para w mięśniach. Czarne włosy, bardzo gęste, krótkie jak u rekruta. Bez makijażu, podkreślone tylko oczy o zielonkawej barwie. Zwinna, szybka, gotowa w każdej chwili odeprzeć atak. Trudno ją zaskoczyć. Krav magi musiała się uczyć od najlepszych, pewnie miałby kłopot, gdyby kiedyś stanęli przeciwko sobie.

Poznali się na jednym z kursów samoobrony dla kobiet. On prowadził zajęcia sprawnościowe, ona, jako psycholog, miała cykl spotkań poświęconych przemocy domowej. Wtedy jeszcze nie wiedział, że na równi z nim mogłaby uczyć chwytów obezwładniających, ataku, kontrataku. Dopiero gdy przyszła na trening do jego nowo utworzonej grupy, pokazała, co potrafi. Ale nie wszystko, był tego pewny. Stanowiła wielką zagadkę, a on bardzo lubił zagadki.

Przypominała mu kumpli, którzy po rozwiązaniu specjalnej jednostki znikali nagle, zacierali za sobą ślady, potem zaś okazywało się, że siedzą w szemranych biznesach. O lewe interesy jej nie podejrzewał, ale nie istniała na portalach społecznościowych i unikała mediów. Sam był świadkiem, jak dziennikarka lokalnej telewizji chciała zrobić o niej reportaż. Ewa odmówiła stanowczo. W dodatku zaszyła się gdzieś na wsi pod Siedlcami. Do tej pory nie wiedział, czy jest sama, czy z kimś. A bardzo chciałby wiedzieć. Feniks... Istotnie, miała w sobie coś z mitycznej niezniszczalnej istoty. Choć jako były żołnierz do zadań specjalnych wiedział, że nie ma stworzeń niezniszczalnych.

Ewa wskoczyła do terenówki. Może rzeczywiście za ostro potraktowała tamtego młodego. Nawet Robert to zauważył. On też poświęcał jej zbyt wiele zainteresowania. Szukał kontaktu. Dziś poczuła dotyk jego skóry. Powoli, ale konsekwentnie badał, na ile może sobie pozwolić. Był trochę inny od mężczyzn, których spotkała podczas nauki sztuk walki, jednak życiorys miał podobny: rozwiedziony, bo za mało bywał w domu, ważniejsza była adrenalina, kumple i alkohol na rozładowanie napięcia. Nie mówił o dzieciach, które odwiedzał rzadko, zresztą dorosły już.

Ech, tylko ta jego opiekuńczość... Najgorsza pułapka. Osłabiająca, zabijająca czujność. Nie można jej się poddać. Był dobrym człowiekiem, widziała to. Pod grubą skórą prostego osiłka kryła się miękka dusza spragniona bliskości. Chciał ją, Ewę, chronić, a na to nie mogła sobie pozwolić. Nie oddaje się własnego losu w cudze ręce. Niech lepiej trzyma te wielkie łapy przy sobie. Uderzyła dłonią w kierownicę. Maska beztroskiej koleżanki z treningu w okamgnieniu opadła. Jest silna! Potrafi zadbać o siebie.

Czuła przyjemne zmęczenie w mięśniach.

Okej, przyznaję się, pomyślała, wyładowałam złość na młodym.

Miała za sobą ciężki dzień. Wykończyła ją sesja z Popiołkową. W poradni był wielki rozgardiasz, a jej podopieczna przyjechała w wyjątkowo kiepskiej formie. Wymagała skupienia i uwagi. Kiwała się skulona na krześle niczym autystyczne dziecko. Rzadkie włosy dawno nie były myte, sukienka raczej nie widziała żelazka. W gabinecie pachniało starą kobietą. I strachem. Przykry to był zapach.

– On wróci, wróci – powiedziała, kołysząc się jak zepsuta zabawka.

Ewa nie odpowiadała. Obracała w palcach długopis, plastikowa oprawka była już ciepła od jej dłoni. Milczenie się przedłużało i wcale nie chodziło o to, by dać kobiecie czas na uporządkowanie myśli. Ta kupka nieszczęścia miała rację... On może wrócić.

– Jak mam teraz żyć? On wróci.

Popiołkowej nie można było powiedzieć: „Kobieto, weź odwet!”. Nie jej. A szkoda. Psychologia przecenia moc wybaczania. Przed wybaczeniem powinna być zemsta. Tak było od zarania dziejów, tak powinno być i teraz, w nowej cywilizacji. Zemsta oczyszcza. Przynosi ulgę.

– Morderca mojej córki nie powinien żyć. Gdzie jest sprawiedliwość? – Popiołkowa rozłożyła ręce i spojrzała pełnymi łez oczami w sufit, jakby szukała tam Boga, najwyższego sędziego.

To się zgadza, mówiła do siebie w myślach Ewa, on nie powinien żyć, pani Popiołek. Nie powinien.

Gdy długopis pękł z trzaskiem jak zapałka, oprzytomniała. Przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Ale pacjentka i tak nie zauważyła jej wzburzenia. Nie widziała niczego, znajdowała się w swoim świecie.

– Dlaczego ich wypuszczają?

Załzawione oczy, otoczone głębokimi zmarszczkami, spojrzały w końcu na terapeutkę. Ewa wiedziała, że ta kobieta nie oczekuje odpowiedzi, bo sama dobrze ją zna. Rozmawiały już o tym. Media też nie pozwalały zapomnieć o zagrożeniu. W końcu niebezpieczni mordercy i gwałciciele sukcesywnie wychodzili na wolność. Jednym przedłużano pobyt, chwytając się sztuczek na granicy prawa, wobec innych żadne fortele nie skutkowały. Stawali się wolnymi ludźmi. To tylko kwestia czasu, gdy ich natura weźmie górę. Czy ktoś naprawdę wierzy, że przeszli resocjalizację? W Polsce resocjalizacji nie ma. Resocjalizacja najpierw musi się dokonać w głowie, a potem trwać po wyjściu sprawcy z więzienia. Rzadkość w tym kraju. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, pracując z osadzonymi w zakładach karnych. Trafiali się tacy, którzy mieli szansę na powrót do normalnego życia, i tym pomagała. Ale było też więcej niż pewne, że wychodzące na wolność bestie przy najbliższej okazji zabiją lub zgwałcą ponownie. Służba więzienna robiła, co mogła, szukała pretekstów, by zatrzymać zwyrodnialców za murami, ale luka w prawie była nie do przeskoczenia. Za to, co zrobili, otrzymali karę śmierci. Ale gdy ją w Polsce zniesiono, do odsiadki mieli tylko dwadzieścia pięć lat. Zamiast gnić w ziemi, stawali się wolnymi ludźmi.

– On wróci, bo nie dokończył... dzieła. – Zapłakanej Popiołkowej zabrakło właściwego słowa.

Dzieło. Można to tak nazwać. Bo to nie była zwykła zbrodnia. To nie było przypadkowe uderzenie czy cios nożem. Nie dokończył „dzieła”, bo młodsza z sióstr Popiołek przeżyła.

Wspomnienie zdjęć z miejsca zbrodni było jak uderzenie pięścią w skroń. Gdy Ewa dostawała trudne przypadki, skrupulatnie przygotowywała się do terapii. Docierała do akt spraw, oglądała fotografie dokumentujące zbrodnię. One dobrze pokazywały, z jaką traumą ma się zmierzyć pacjentka. Widziała już setki zdjęć, mniej lub bardziej makabrycznych. Niektóre obrazy wracały niczym slajdy z projektora, który się zaciął i raz po raz je wyświetlał. Nie chce się ich już widzieć, ale nie można wyłączyć aparatu. Jak te obrazki z Agatką Popiołek. Włosy zlepione mazią tak gęstą i czarną, że skóra twarzy, a raczej tego, co z twarzy zostało, wydawała się biała. Kuchenny nóż, młotek... Wszystko we krwi. I ta dziecięca ręka zaciśnięta w pięść. Z bólu. Z akt sprawy Ewa wiedziała, że matce oszczędzono widoku ciała dziecka zaraz po jego znalezieniu. Szczęśliwi, którzy nie widzą.

Slajdy, cholerne slajdy. Oddychać!

– Wróci, wróci... – Popiołkowa wpadała w trans, kiwała się coraz szybciej. – Ktoś mi mówił, że wracają tam, gdzie się wychowali, gdzie był ich dom, bo nie mają dokąd iść. Po tylu latach znają tylko ten kawałek świata z dawnych czasów. Miałyśmy wyjechać...

Nie wyjechały, bo życie po tym „dziele” nigdy już nie było takie, jak przedtem. Nie zostało sił na podejmowanie decyzji, brakowało chęci, radości, planów. A on miał nie żyć. Ale żyje! Niedawno wyszedł na wolność. Ewa nie mogła zagwarantować, że zbrodniarz nie siedzi już w pociągu do miasta, które znał i pamiętał. Więc jak, do kurwy nędzy, miała powiedzieć sześćdziesięcioletniej kobiecie: „Zmierz się z tragedią, ze strachem i paraliżującymi wspomnieniami, jeśli chcesz być panią swego życia!”. Tu zmierzenie się z traumą niewiele da, bo bestia naprawdę może wrócić, by dokończyć dzieła. Nawet gdy sama jeszcze nie wie, że jest w stanie to zrobić ponownie.