Córka diabłaTekst

Z serii: Saga rodu z Lipowej #25
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka diabła
Córka diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Córka diabła
Córka diabła
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 25: Córka diabła

Saga

Saga rodu z Lipowej 25: Córka diabła

Zdjęcie na okładce: ShutterstockCopyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788726167054

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Tom 25 - Córka diabła

Ku przeznaczeniu

Wiosna 1406

Mateusz Lipowski i Matylda nie pojechali do Lubina krakowskim traktem. Mateusz był synem rycerza i nie musiał stosować się do królewskich nakazów, wyznaczających obowiązkowe szlaki dla kupieckich wozów. Mógł ominąć Dolinę, jeśli nie chciał trafić w rodzinne strony i tak też uczynił: wybrał drogę z Pilicy na zachód ku Siewierzowi, a potem na Opole i Wrocław. Była to podróż dłuższa i kosztowniejsza, należało przekroczyć wiele granic księstw, ziem i miast, ale dzięki szczodrości burmistrza Kleinera nie musieli liczyć się z groszem. Krakowski bankier Josman od ręki wystawił dokumenty, wedle których Mateusz mógł pobrać potrzebną ilość gotówki w dowolnym mieście, w Namysłowie czy we Wrocławiu albo dopiero w samym Lubinie.

- Chwalebna roztropność - chwalił Lipowskiego. - Po co kusić los, wożąc ze sobą znaczną sumę? Wasz brat, na ten przykład, to człowiek zupełnie innego pokroju.

- Mój brat? - zaciekawił się Mateusz, który nie widział Marcina od dłuższego czasu.

Żyd pogłaskał brodę.

- Z nim też robię interesy. To znaczy, on bierze ode mnie pieniądze. Owszem, zarabiam na tych pożyczkach, choć czasem nie zwraca długów w terminie.

Mateusz machnął ręką.

- Niewiele mnie obchodzą wasze rozliczenia z moim bratem - oświadczył. - Mnie interesuje, żeby teraz wszystko zostało należycie załatwione.

- Oczywiście, oczywiście - zapewniał bankier. - Przecież nie pierwszy raz służę waszej rodzinie i dotąd nie było najmniejszej skargi. Sami to dobrze pamiętacie. Kiedy wasza matka przesyłała pieniądze, zawsze dostawaliście swoją część.

Mateusz zatrzymał się, zaskoczony. Matka przysyłała pieniądze?

- No, jakże? - zdziwił się Josman. – Wiele razy.

- Dla mojego brata?

Bankier zmarszczył brwi, zrozumiał nagle, że z uprzejmości powiedział nieco za wiele.

- Dla waszego brata - potwierdził. - No i dla was.

Lipowski pokręcił głową.

- Nie pamiętam, żebym coś otrzymał - zauważył.

Żyd poszukał w papierach, jakich plik wyjął ze stojącej w pobliżu niewielkiej okutej skrzynki.

- Mam tu wszystkie pokwitowania, szlachetny panie - oświadczył szybko, uprzedzając pretensje. - Nie brakuje ani jednego, bo w interesach najważniejsza jest akuratność.

Pogrzebał w dokumentach.

- Oto są. Cztery razy przekazałem pieniądze od pani Hedwigi. Dla waszego brata, a przez niego dla was. Dwie i pół grzywny, trzy grzywny, półtorej, dwie grzywny bez jednego wiardunku. Sami zobaczcie.

Mateusz pochylił się nad kartkami. Na wszystkich widniał wyraźny podpis Marcina.

Zacisnął wargi i nic nie powiedział. Ale Josman natychmiast zorientował się, że pieniądze nie dotarły do adresata.

- Wybaczcie - giął się teraz w ukłonach. - Nic o tym nie wiedziałem. Rozpytywałem o was i nie mogłem odszukać. Pan Marcin mówił, że wie, jak do was dotrzeć. Dawałem mu srebro w przekonaniu, że trafi gdzie należy.

Lipowski pokręcił głową.

- Niczego mi nie przekazał. Ale to już są rozliczenia między nami. Wy się tym nie kłopoczcie.

Wyciągnął rękę i zabrał pokwitowania.

- Wam już niepotrzebne.

Żyd chciał sprzeciwić się, jednak ustąpił, widząc zawziętą minę klienta. Mateusz starannie schował papiery na piersi.

- Będę mógł odebrać całą swoją należność zaraz po przyjeździe do Lubina? – upewnił się.

- Tak, szlachetny panie. Jak tylko przedstawicie list ode mnie.

Lipowski podziękował i wyszedł z kantoru. Był tak zły na brata, że gdyby go teraz zobaczył, nie skończyłoby się na zwykłej bójce. To on głodował, marzł w zimnej izbie, sypiał kątem, a Marcin opływał w dostatki i spokojnie odbierał jego pieniądze!

Ale zaraz pomyślał o Matyldzie. Gdyby żył inaczej, nadal byłby studentem, nie siedziałby dla zarobku przed Czerwonym Kogutkiem, nie poznałby Matyldy, nie zostałby jej mężem. Zatem brat mimowolnie przyczynił się do jego szczęścia.

Niczego nie ujawnił Matyldzie. Zobaczyła jego zachmurzoną minę, ale przypisała to porannej rozmowie z jej ojcem. Starała się go pocieszyć i wkrótce Mateusz rozpogodził się na dobre. W duchu już przebaczył bratu.

Podróż do Lubina przebiegała wolno. Drogi rozmiękły i wyładowany wóz toczył się niespiesznie. Dziesiątki razy napotykali wielkie kałuże, przegradzające szlak albo powalone drzewa, które trzeba było usuwać, bo nie zawsze dało się je ominąć. Wtedy Mateusz zsiadał z wozu, wyprzęgał konia i przy jego pomocy odciągał pnie na bok. Jerkę i jego kompanów, którzy stanowili eskortę, odprawił z powrotem już drugiego dnia i teraz wszystko musiał robić sam. Czynił to jednak nad wyraz chętnie i z zapałem machał siekierą, przełamując zatory.

- Pomogę ci - Matylda lekko zeskakiwała na ziemię.

- Nie! - wołał. – Zamoczysz suknie!

- To nic! - śmiała się. - Trzewiki i tak mam już przemoczone.

Niania Bugałka siedziała na wozie niczym jaka królowa, czasami poburkiwała na zachowanie dziewczyny, ale tylko na pozór, bo cieszyła się z oznak miłości i oddania, jakie młodzi okazywali sobie przy takich okazjach.

- Trzeba było nająć służbę - burczała.

- Słusznie - zgodziła się Matylda. - Ale to dopiero na miejscu. Teraz sami damy radę.

Mateusz walił siekierą z rozmachem, drzazgi leciały wokoło i kilka wpadło we włosy dziewczyny. Przerwał robotę, podszedł i zaczął je wyjmować.

- A co? - śmiała się. - Nie podobam ci się jako leśna wróżka?

- Zawsze mi się podobasz - odpowiedział i była to prawda.

Pogłaskała go po policzku.

- Jeszcze nie mogę uwierzyć, że jesteś naprawdę mój - szepnęła.

- Ani ja.

Zaczęli się całować, ale niania nie pozwoliła na długie pieszczoty.

- Kończcie, dzieci! - zażądała. - Do gospody jeszcze kawał drogi, a wieczór za pasem.

Zatrzymywali się w gospodach, spędzając w nich często więcej niż jedną noc. Młodzi chcieli być sami ze sobą, a niania nie miała nic przeciw temu, jazda na wozie męczyła ją, więc chętnie korzystała z dłuższych wypoczynków. Postoje były dobrą okazją, żeby i Bugałka mogła dać upust swojej radości, więc opowiadała naokoło, kto jedzie i dokąd, podkreślając przy tym swoją znaczącą rolę u boku młodych.

- To ważne zadanie wam powierzono - cmokali z podziwem goście gospody.

Słuchali chętnie, gdyż niania częstowała wszystkich piwem i chcieli skorzystać jak najwięcej.

- A pewnie! - brała się pod boki. - Kiedy zaś dojedziemy na miejsce, zostanę wielką panią. Za lata służby coś mi się należy. Najmiemy pachołków i dziewki, a ja tylko będę doglądać wszystkiego i dzieciaczki moich gołąbeczków piastować.

Po dwóch tygodniach dotarli wreszcie do czerwonych murów i kwadratowych baszt Lubina.

- Zobacz! Zobacz! - piszczała z radości Matylda. - Tutaj będzie nasz dom!

Bywała w Lubinie jako dziecko, a teraz pewnie kierowała Mateusza przez fosę i Głogowską Bramę wprost na rynek.

- Ojciec mówi, że to najspokojniejsze i najbezpieczniejsze miejsce na świecie - paplała, wskazując zapamiętane miejsca. - Widziałeś te grube mury?

Wóz zatrzymał się na środku rynku, o dwadzieścia kroków od studni, przed dużą trzypiętrową kamienicą o oknach szczelnie zamkniętych drewnianymi okiennicami. Matylda zeskoczyła na bruk i pobiegła ku solidnym, okutym drzwiom. Mateusz szedł za nią z kluczem w ręce, trochę zaskoczony, gdyż dawna własność burmistrza Kleinera okazała się naprawdę ogromna. Przekręcił klucz w zamku i pchnął drzwi.

- Na ręce! - zawołała niania z wozu. - Weź ją na ręce, chłopcze. Wypada przenieść przez próg młodą żonę!

Mateusz posłusznie chwycił Matyldę w objęcia i uniósł ją w ramionach. Postawił w sieni, a potem trzymając się za ręce zaglądali kolejno do wszystkich pomieszczeń - kuchni i składów na parterze, sypialni i pokojów gościnnych na piętrach. Dom był nowy, świeżo wykończony, zastawiony ciężkimi solidnymi meblami, stołami, komodami, szafami, obwieszony ozdobnymi tkaninami. Brakowało w nim oczywiście wielu codziennych przedmiotów, ale o te mieli dopiero się postarać.

Dotarli na najwyższe piętro, gdzie znajdowała się sypialnia z wielkim podwójnym łożem. Z dołu słychać było nianię, narzekającą na liczne braki w kuchni i pustą spiżarnię.

- Tutaj - powiedziała Matylda, stając na środku izby i rozkładając ramiona. - Tutaj upłynie nasze życie aż do śmierci. Tu będziesz mnie kochał, tu urodzą się nasze dzieci. Tutaj one będą miały własne dzieci i tutaj doczekamy starości.

Wiarygodny świadek

Lipowa, lato 1407

Dominikanów było dwóch. Wielce uczeni mężowie przybyli do Doliny na początku lipca i któregoś ranka zatrzymali się w Lipowej na odpoczynek. Jechali dalej, do Dębowca.

- Sprowadza nas bardzo poważne zadanie. Odbieramy zeznania od wiarygodnych ludzi, którzy mogą świadczyć za świętością zmarłej królowej polskiej, pani Jadwigi.

 

Podróżowali konno, noce spędzając po dworach i zajazdach.

- Przewielebny biskup krakowski, Piotr Wysz, upewnił nas, że będziecie naszym przewodnikiem – oświadczyli Hedwidze.

Pani na Lipowej przyjęła ich bardzo serdecznie, goszcząc czym tylko mogła. Od tygodnia panowały wielkie upały, duchowni byli zmęczeni do ostatnich granic i z wdzięcznością usiedli do stołu w ogrodzie, radzi z cienia i sutego posiłku.

- Nie sądziłam, że pan biskup skieruje was tutaj, wielebni ojcowie - mówiła. - Bo przecież to nie o mnie chodzi, lecz o moją sąsiadkę z Dębowca.

- Wiemy o tym - przytaknął ojciec Damian. - Ale przewielebny biskup polecił nam przekazać wam i waszemu dostojnemu mężowi słowa pozdrowienia i swoje błogosławieństwo.

Hedwiga przyklęknęła, a dominikanin podniosłym głosem wypowiedział łaciński tekst modlitwy.

- Chyba niedaleko ten Dębowiec? – zapytał potem.

- Niedaleko. Zechciejcie dzisiaj odpocząć, a rano sama was zaprowadzę.

Z wdzięcznością skorzystali z zaproszenia, podjedli sobie do woli, popróbowali miejscowego piwa. Odwdzięczyli się nowymi wiadomościami z Krakowa i plotkami z królewskiego dworu.

Młodszy z wysłanników biskupa, ojciec Izydor, długo rozmawiał z panem dworu. Był znawcą przypadków niebiańskiej pomocy i wypytywał Mikołaja o dawną bitwę z Saracenami.

- Rozmaicie o tym powiadają - zauważył. - Podobno byli tacy, którzy widzieli niebieski zastęp aniołów nad polem bitewnym pod Nicopolis. Cały zastęp, choć mały.

Mikołaj pokręcił głową.

- Ja nie widziałem.

- Ale nie zaprzeczycie, że tak mogło być?

- Sam nie widziałem - powtórzył Mikołaj. - I nie spotkałem nikogo, kto by twierdził, że widział niebiański hufiec. Jednakże zostałem ciężko ranny w bitwie i mogłem nie zauważyć wszystkiego.

Ta wiadomość ucieszyła ojca Izydora.

- Nasze zadanie bywa bardzo trudne - westchnął. - Nawet świadkowie tego samego wydarzenia często różnie o nim mówią. Zapewne Bóg nie każdemu daje jednakie spojrzenie, nie każdy dostępuje daru zobaczenia żywego przejawu boskiej łaskawości...

Mikołaj pokiwał głową, ale zgłosił swoje zastrzeżenia.

- Być może - zauważył łagodnie. - Nie chciałbym wkraczać na pole waszych badań, czcigodni ojcowie, ale moim zdaniem nie było pod Nicopolis żadnego oddziału aniołów. Upewnia mnie w tym fakt, że bitwę wygrali Turcy, a z chrześcijan mało kto ocalał. Wszak gdyby aniołowie walczyli po naszej stronie, nie ponieślibyśmy tak sromotnej klęski.

- Wasze rozumowanie jest słuszne - zgodził się ojciec Izydor. - Ale tylko do pewnego stopnia. Nikt bowiem nie zna bożych zamysłów i nie może z całą pewnością wiedzieć, w jaki sposób Bóg chciał przekazać ludziom swoje posłanie. Może jego zamiarem było ukaranie chrześcijańskiej pychy, która, jak słyszeliśmy, wprost opętała oddziały krzyżowców? Z drugiej strony, choć danina krwi była wielka, Bóg ocalił jednak niektórych. Króla Zygmunta, wielkiego mistrza Zakonu Szpitalników, licznych hrabiów francuskich, a i was także.

Mikołaj po namyśle zgodził się z przedstawioną argumentacją. Późnym wieczorem, kiedy wszyscy już udali się na spoczynek, powiedział do żony:

- Im więcej czasu upływa, tym większą legendą obrasta dawna wyprawa i tym bardziej ludzie doszukują się w niej zjawisk nadprzyrodzonych. Gdy czasem słyszę o niej opowiadania, zupełnie nie wiem, czy to ta sama krucjata, w której i ja brałem udział.

Hedwiga przytuliła się do męża.

- To ci chyba nie wadzi, Mikołaju. Ludzie opowiadają jednym, tamci następnym i pewnie przez to trochę zmieniają wydarzenia. Dla mnie najważniejsze, że jesteś tu ze mną. I że obiecałeś nigdy więcej nie brać udziału w walkach.

Mikołaj westchnął. Ślub złożony w niewoli ciążył mu bardzo i dziś myślał o nim jako o przysiędze podjętej pochopnie. Nie podnosić broni przeciw chrześcijanom? Cóż to znaczy w praktyce? Wszak uniemożliwia udział w wojnach i w wyprawach, to niemal wypowiedzenie posłuszeństwa królowi, a również Kościołowi.

Ojciec Mikołaja, starosta holsztyński Jeno, burczał z powodu przysięgi syna i przy każdej sposobności okazywał niezadowolenie.

- Postąpiłeś nierozważnie - pouczał. - Ta przysięga nie pozwoli ci wypełnić rozkazów króla.

- Królowi mogę służyć w inny sposób - bronił się Mikołaj.

- Niby jak? - żachnął się pan Jeno. - Ma przy sobie dość uczonych, mędrców, astrologów, doktorów. Tylko zbrojnych zawsze i wszędzie jest mu za mało.

Mikołaj uważał podobnie, ale przysięga jest przysięgą i to jeszcze tak ważna, złożona przy Grobie Chrystusa.

Następnego dnia ojcowie Damian i Izydor ruszyli w towarzystwie Hedwigi do Dębowca. Dzień był słoneczny, ciepły, nawet upalny, na niebie nie widziano żadnej chmurki. Obaj mnisi chwalili zasobność mijanych pól, bo zboża urodziły nad podziw tego roku i lada tydzień planowano rozpocząć żniwa.

- Bogaty kraj! - chwalił ojciec Damian, który pochodził z Italii. - Klimat tu podobno surowy i bałem się trochę chłodów, jestem mało wytrzymały na zimno. Ale jak dotąd nie mogę narzekać.

Kiedy wjechali na dziedziniec dworu, pani Roksana stała na progu. Przysłaniając oczy dłonią, patrzyła na zbliżających się gości. Rozpoznała oczywiście Hedwigę i wyszła na jej powitanie, wyciągając ramiona.

- Hedwiga! Jakże się cieszę, że cię widzę!

Pocałowały się wzajemnie w nadstawiane policzki, a potem przybyła wskazała na zakonników siedzących jeszcze na koniach.

- Gości ci prowadzę - powiadomiła. - Jadą aż z Krakowa.

Roksana, znana z tego, że nie ceniła zbytnio osób duchownych, uśmiechnęła się jednak zachęcająco.

- Witajcie!

Dała znak pachołkom, żeby pomogli zakonnikom zejść na ziemię, zawołała o wodę dla podróżnych i ich zwierząt. Była ubrana, jakby wybierała się gdzieś w ważnej sprawie, uroczyście, odświętnie.

- Z Krakowa? - spytała nieco zdziwiona.

Hedwiga obejrzała strój przyjaciółki.

- Chyba nie w porę przyjechaliśmy...

- Ależ nie - zaprzeczyła Roksana, gestem zapraszając, żeby goście przeszli pod

ścianę dworu, gdzie panował miły cień od rosnących opodal drzew.

- Ojcowie zbierają zeznania świadków dla procesu kanonizacyjnego królowej Jadwigi - powiadomiła przyjaciółkę Hedwiga.

- O! - uśmiechnęła się Roksana. - Wszyscy mówią o niej, że była naprawdę świątobliwą osobą.

- Dlatego przybyli także do ciebie.

- Do mnie? - nie kryła zdziwienia Roksana. - Czemu akurat do mnie?

- Ojców interesuje, jak pani Jadwiga rozmawiała z Chrystusem na krzyżu, który jest w katedrze krakowskiej. Potrzebują wiarygodnego zeznania.

- To rozumiem - zgodziła się Roksana. - Nie wiem tylko, czemu właśnie mnie chcą o to pytać.

- Przyjechali cię prosić, żebyś opowiedziała, co wiesz o rozmowie pani Jadwigi z Chrystusem.

- Ja?!

- Przecież to słyszałaś.

Pani dworu miała minę wielce zaskoczoną. Patrzyła na Hedwigę, patrzyła na ojców dominikanów.

- Nie - oświadczyła stanowczym głosem. - Niczego takiego nie słyszałam.

Hedwiga zaniemówiła ze zdziwienia, zakonnicy spojrzeli zmieszani po sobie.

- Jak to nie słyszałaś? - zapytała Hedwiga. - Opowiadałaś mi, jak kiedyś, w dzieciństwie, podsłuchałaś taką rozmowę. Pamiętasz? Znalazłaś się przypadkiem w katedrze, poza tobą nie było wtedy nikogo. I słyszałaś, jak pani Jadwiga modliła się i rozmawiała z Jezusem wiszącym na krzyżu. W bocznym lewym ołtarzu.

- Nie - powtórzyła Roksana. - Nic o tym nie wiem.

Przyniesiono piwo w drewnianych kubkach, ale dominikanie, choć spragnieni, nie tknęli napoju.

- Nie słyszeliście takiej rozmowy? - zapytał jeden z nich.

- Nie słyszałam - powtórzyła Roksana.

Nie patrzyła na Hedwigę. Pani z Lipowej nie mogła pojąć, czemu Roksana zaprzecza. Przecież mówiła o tym z własnej woli, a teraz nie chciała powtórzyć.

- Opowiadałaś - przypomniała przyjaciółce. - Kilka lat temu, gdy przyjechałam z Krakowa z wiadomością o śmierci miłościwej pani.

Roksana pokręciła głową.

- Musiałaś się pomylić, Hedwigo - zauważyła łagodnym tonem. - Nie mogłam nic takiego powiedzieć. Nigdy nie byłam w Krakowie.

- Mówiłaś, że kiedyś, w dzieciństwie - upierała się Hedwiga.

Ale Roksana i tym razem zaprzeczyła.

- Mówił ci o tym ktoś inny. Tylu ludzi spotkałaś na dworze królewskim i gdzie indziej. Zapewne to wtedy o tym słyszałaś. Na pewno nie ja ci powiedziałam o tak wzniosłych sprawach.

Hedwiga bezradnie opuściła ręce.

- Nic nie rozumiem - szepnęła. - Dokładnie pamiętam tamten dzień. I tak opowiedziałam biskupowi Wyszowi.

Ojciec Damian dał znak, że chce pomówić z Roksaną.

- Wy jesteście pani Roksana z Dębowca? – zapytał urzędowym tonem.

- Ja.

- Co jest wam wiadomo o sprawie, o której tu mówimy?

- Nic.

- Nie słyszeliście rozmowy pani Jadwigi z Chrystusem na krzyżu?

- Nie mogłam słyszeć, bo nigdy nie byłam w Krakowie.

- W dzieciństwie też nie?

- Nigdy.

Zakonnik westchnął.

- Tedy nasza podróż zdała się na nic – zauważył cierpko.

Był niezadowolony. Odbyli długą drogę tylko po to, by przekonać się, że nie jest prawdą, co powiedziano im wcześniej. Zwrócił się do pani Hedwigi, a w jego głosie słyszało się rozdrażnienie.

- Nic tu po nas.

Pani Roksana rozłożyła ręce.

- Wybaczcie, że wasza podróż nie przyniosła spodziewanych wyników.

Zanim dominikanie pożegnali się i odjechali, Hedwiga szepnęła do Roksany:

- Nie rozumiem twojego zachowania. Nie wiem, czemu zaprzeczasz, skoro sama mi o tym opowiadałaś.

- Nieprawda - odszepnęła Roksana. - Niczego takiego nie mówiłam.

Zakonnicy na krótko zajrzeli do Lipowej, ruszyli zaraz z powrotem do Krakowa, zostawiając Hedwigę zawstydzoną, że była przyczyną ich daremnej, długiej podróży.

- Wybaczcie - przepraszała po raz kolejny. - Naprawdę nie wiem, czemu Roksana zaprzecza.

Ojciec Damian machnął ręką.

- No cóż - mruknął. - Nie wypada nam mieć do was żalu. W końcu ugościliście nas jak należy i zrobiliście wszystko, co waszym zdaniem zrobić należało. A co do pani z Dębowca... Znamy takie przypadki. Komuś się wydaje czasem, że jest ważny, widział coś istotnego, słyszał, wie, był świadkiem. Kiedy jednak przychodzi do złożenia oficjalnych zeznań, odwołuje wszystko. Bo co napisane, to napisane, to nie słówko rzucone niedbale na wiatr.

- Tedy się nie martwcie, pani - pocieszył drugi z gości. - Nasze zadanie to odsiać ziarno od plew, odrzucić zmyślenia i fałsz od prawdziwych wydarzeń i ocenić, które z nich są rzeczywiście cudowne, a które tylko takie udają. Zatem wasze zadanie wypełnione, a my mamy pogląd na kolejne opowieści dotyczące zmarłej pani królowej.

Pokrzepili tym trochę Hedwigę, choć była mocno rozczarowana zachowaniem przyjaciółki.

- Nie rozumiem jej - mówiła później do Mikołaja. - Zupełnie nie pojmuję. Z własnej woli opowiedziała to zdarzenie. Ani jej nie wypytywałam, ani nie wypytywał nikt inny. Po co kłamała?

Mikołaj wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Może jest tak, jak mówią dominikanie. Przestraszyła się, że jej zeznanie zostanie zapisane i będzie musiała stanąć przed biskupim sądem. Chciała udawać ważną, ale się opamiętała. Ojciec zawsze powtarza, że trudno odgadnąć sposób myślenia niewiast. Zgadzam się z tym poglądem, z jednym tylko wyjątkiem. Ten wyjątek to ty, Hedwigo.

Uśmiechnęła się pocieszona.

- Każdego dnia dziękuję Bogu, że mi cię zwrócił - szepnęła.

- I ja dziękuję. Co zaś do pani Roksany, to nigdy jej nie rozumiałem i zawsze uważałem, że jest dziwna. Twierdzisz wprawdzie, że bardzo była użyteczna, gdy ci pomagała w wychowywaniu naszych chłopców, ale widać nie do końca to nam wszystkim się udało. Marcina muszę powstrzymywać na każdym kroku, a Mateusz przepadł jak kamień w wodę.

Brakiem wiadomości od młodszego syna bardzo martwili się oboje.

- Odezwie się - pocieszała męża i siebie Hedwiga. - Na pewno się odezwie. Przecież obiecał, że zrobi to, jak tylko sobie wszystko przemyśli.

- Wolno idzie mu myślenie - cierpko zauważył Mikołaj.

Przy każdym pobycie na Jasnej Górze Hedwiga modliła się za Marcina, który był źródłem jej nieustannych kłopotów. Ale jeszcze żarliwiej modliła się za Mateusza, bo o drugim synu od dawna nie miała żadnych pewnych wiadomości.

- Ochroń go, Panie - błagała. - Ochroń go i uratuj przed grzechem. Spraw, żeby odnalazł drogę do rodzinnego domu. Nie opuszczaj go i przywróć na łono rodziny. Jeśli zaś postanowiłeś inaczej, spraw, żeby był na swój sposób szczęśliwy, chroń go od złej przygody. I nie pozwól stracić wiary, że któregoś dnia zobaczę go tutaj.

 

Hedwiga modliła się i marzyła, że podobnie jak jej siostra Marina znajdzie pocieszenie w swoim synu, gdy dobry los powróci Mateusza w progi Lipowej.

- Ochroń go, Wiekuisty Panie, od złej przygody - powtarzała. - Gdy będzie mu lepiej, szczęśliwiej gdzie indziej, niechaj tam zostanie. Ale jeśli spotka go tam jaka zła przygoda, niechaj prędko trafi na drogę do domu...