Dworek pod Malwami. Ślubne fotografie

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #69
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 69 – Ślubne fotografie

Saga

Dworek pod Malwami 69 – Ślubne fotografie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801323

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Pamięci mojej Matki Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

ODNALEZIONY

Wrzesień 1937

Mimo pochmurnego i deszczowego dnia przed szpitalem świętej Teresy w Santiago de Chile kłębił się wielki tłum ciekawskich.

Na ulicy przed budynkiem bezładnie zaparkowano liczne auta – straży ogniowej, policji, żandarmerii wojskowej. Kilkuset gapiów nie chciało słuchać nawoływania służb porządkowych, ludzie stali na chodnikach i na jezdni tamując ruch, a wszyscy wysoko zadzierali głowy. Słońce niespodziewanie przedostało się przez chmury, świeciło jasnymi promieniami i niebo wyglądało bardzo malowniczo.

Ale to nie niebo wzbudziło ciekawość przechodniów. Na dachu czteropiętrowego budynku stał jakiś człowiek, którego pokazywano sobie rękami, wykrzykując porady i ostrzeżenia.

– Nie podchodź bliżej! Spadniesz!

– Zabije się!

– Pewnie! Przecież to samobójca!

– Przenajświętsza Panienko, niech nie skacze! Tu są dzieci!

Człowiek był zapewne pacjentem szpitala, bo w tłumie kręciło się kilka osób w białych kitlach, usiłujących wydawać polecenia gapiom, starając się wpłynąć na zebranych, by nie przeszkadzali w akcji ratunkowej.

Samobójca tymczasem tkwił na samej krawędzi dachu, tuż nad ozdobami wieńczącymi kamienicę, wiele metrów nad ulicą. Stał i patrzył przed siebie, nieruchomy jak posąg.

Jedna grupa strażaków pobiegła do gmachu, by dostać się na dach od środka. Inni rozkładali wielką płachtę, by złapać w nią desperata, jeśli zdecyduje się na skok, gdyż rozstawiona wcześniej drabina nie sięgała do gzymsu, który kończył się na wysokości trzeciego piętra.

Tłum gęstniał, w oknach szpitala a także sąsiednich domów przybywało ciekawskich głów. Przybywało także rad.

– Siecią złapać!

– Albo uśpić zastrzykiem!

Doktor Alfonso Uteribe, przysadzisty mężczyzna z bródką w stylu hiszpańskim, odziany w przepisowy lekarski kitel, głośno wykłócał się na środku ulicy z szefem policji.

– Zabierzcie gapiów!

Oficer w pięknym mundurze nie wykazywał entuzjazmu.

– Nie mam dość ludzi.

Obaj mówili głośno i gestykulowali wyraziście.

– To od czego tu jesteście?

– Pilnujemy ładu i spokoju.

– Zatem weźcie się do dzieła!

– Robię, co mogę.

Staś Kalinowski przecisnął się przez tłum i podszedł bliżej.

– Porozmawiam z nim.

Spojrzeli obaj ze zniecierpliwieniem.

– Chcę z nim porozmawiać. Żeby nie skoczył.

– A kim pan jest?

Kalinowski wyjął z kieszeni gazetę, w której znajdowała się fotografia rozbitka ocalonego na bezludnej wyspie archipelagu Juan Fernandez.

– Czy to on tam siedzi?

Lekarz rzucił okiem na gazetę i potaknął energicznie głową.

– Pan go zna? – popatrzył z niedowierzaniem na Stasia. – Od tygodni usiłujemy ustalić tożsamość pacjenta, a teraz jeszcze i to...

– Prawdopodobnie. Mogę z nim pomówić?

Lekarz nie dowierzał słowom nieznajomego przechodnia. W ciągu ostatnich tygodni zgłosiło się kilku ludzi twierdzących, że mogą podać personalia rozbitka. Pooglądali go, poirytowali, pozawracali głowę a nazwisko i pochodzenie nieszczęsnego pacjenta pozostały niewiadome.

Policjant wszedł pomiędzy lekarza i Kalinowskiego.

– Pozwoli pan dokumenty?

Staś wyjął portfel, paszport i wizytówkę wręczył policjantowi a lekarzowi podał starą fotografię.

– To rzeczywiście on! – wykrzyknął doktor z przejęciem. – Panie, to on!

Policjant zwrócił paszport Kalinowskiemu i zasalutował.

– Dziękuję, panie konsulu. Chyba nie zamierza pan wejść na dach?

– Owszem. Proszę mi wskazać drogę.

Oficer zawahał się.

– Nie wiem, czy mogę pozwolić, żeby obcokrajowiec...

Staś zwrócił się do lekarza:

– Tylko ja zdołam tu coś uzyskać, doktorze. Nikt inny nie zna języka tego biedaka.

Doktor Uteribe potwierdził.

– To jedyna szansa.

Widząc, że policjant zrezygnował z oporu, machnął ręką ku jednemu ze strażaków.

– Zaprowadź pana konsula. Niech porozmawia z tym szaleńcem. Może co zdziała.

Strażak poszedł przodem, podbiegał, śpiesząc się i Kalinowski ledwo mógł za nim nadążyć.

Wbiegli na podwórze, potem do klatki schodowej i wysokimi stopniami na samą górę, gdzie u szczytu schodów znajdował się właz na dach. W otworze widniały nogi strażaka.

Przewodnik Stasia zagadał szybko z kolegą, tamten ustąpił miejsca i Kalinowski mógł wejść po drabince do włazu.

Dach był prawie płaski, ale nierówny, pokryty dachówkami i gdzieniegdzie blachą, zwłaszcza wokół wysokich kominów z cegły.

Staś wychylił się, potem ostrożnie wyciągnął na wierzch i zobaczył, że dwa kroki przed nim znajduje się kolejny strażak. Siedział na dachu i perswadująco przemawiał do stojącego o kilka metrów dalej człowieka, usiłując go uspokoić i namówić, aby poniechał swych zamiarów.

– Wracaj! To niebezpieczne miejsce!

Obejrzał się, stwierdził, że nadchodzi nieznany mu cywil i zdziwił się jego obecnością.

– Idę do pana – powiedział Staś, ostrożnie stąpając po chybotliwych dachówkach.

Gdy znalazł się koło komina, zobaczył plecy desperata. Witia Sidorowicz stał ledwo o krok od krawędzi dachu. Może sam a może pod wpływem wiatru wyraźnie kołysał się na piętach.

Staś położył palce na ustach, by strażak przestał mówić, po czym półgłosem zawołał:

– Witia! Czy to ty? Co tam robisz?

Człowiek drgnął, odwrócił się powoli, sprawdzając, kto do niego mówi.

– To ja, Staś – Kalinowski nie ruszył się z miejsca. – Nie poznajesz mnie?

Człowiek zakołysał się niebezpiecznie, ale zaczął iść z powrotem w kierunku włazu. Nie patrzył pod nogi, potknął się, jednak na szczęście utrzymał równowagę. Strażak jęknął na ten widok, a Staś znowu skarcił go gestem.

– Cicho!

Witia Sidorowicz podszedł na dwa kroki. Wyglądał zupełnie inaczej niż Staś go pamiętał, wychudzony i blady, a oczy świeciły nienaturalnym blaskiem. Sprawiał wrażenie jakby nie bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje. Nie wydawał się przejęty okolicznościami, w których się znalazł. Rozglądał się jak ktoś, kogo raduje widok chmur i przeświecającego przez nie słońca, a wcale nie dostrzega, że pod nogami ma trzydziestometrową przepaść.

– Gul, gul! – zagadał wesoło jakby spotkali się w parku na ławce.

Staś uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Chodź na dół – powiedział. – Trzeba pogadać.

Sidorowicz energicznie kiwnął głową i ruszył przed siebie, sprawnie ześlizgując się z drabiny przed Kalinowskim. Zgromadzeni na podeście strażacy i policjanci zasypali go gradem słów, na które zupełnie nie zareagował. Nawet nie odwrócił głowy w ich stronę, a poszedł w kierunku schodów.

– Dajcie mu spokój, sam trafi – zażądał Staś. – Chciał tylko popatrzeć na miasto.

***

W gabinecie dyrektora szpitala doktor Alfonso Uteribe uważnie oglądał zdjęcia leżące na biurku.

– Więc twierdzi pan, panie konsulu, że ów człowiek nie chciał skoczyć?

Staś zdecydowanie zaprzeczył.

– Z pewnością nie! Pragnął po prostu popatrzeć na miejsce, w którym się znalazł. On od dziecka nie boi się wysokości. Kiedyś nazywano go piekielnym Witią, ponieważ właził na wszystko, co znajdowało się wysoko a nawet jak najwyżej, na kominy, dachy i drzewa. Dla nas wysokość może być przerażająca, dla niego jest czymś normalnym, wręcz fascynującym. Nie bez przyczyny został lotnikiem.

Dyrektor obejrzał zdjęcia przedstawione mu jako dowody tożsamości chorego i z zainteresowaniem wysłuchał krótkiej opowieści Kalinowskiego o historii Witii.

– Nie było z nim praktycznie kontaktu aż do dzisiaj – wyjaśnił. – Zwłaszcza, że nie mówi. Notatki, jakie wykonywał na życzenie lekarzy, koślawe litery, nieczytelne słowa idące niespodziewanie ukosem po kartkach sugerowały, że ma niewielkie pojęcie o sztuce pisania. Ale teraz wszystko się zmieniło. Skoro pan konsul zapewnia, że nasz chory ma dokąd wrócić, za dzień czy dwa możemy go wypisać ze szpitala.

– Ma żonę i dom w Buenos Aires.

Doktor Uteribe starannie zapisał imię i nazwisko pacjenta.

– Muszę to jednak zgłosić policji. Ale w sensie medycznym jest zdrowy. Zapewne długi pobyt w odosobnieniu miał na niego wpływ,

ale z czasem wróci do normalności. Może nie szybko, bo musi się przyzwyczaić od nowa do warunków panujących w cywilizowanym świecie.

Po zejściu z dachu Witia Sidorowicz bez oporów dał się zaprowadzić do szpitalnej sali. Tu w obecności lekarzy rozmawiał ze Stasiem. Właściwie nie mówił, ale głównie słuchał w skupieniu i z radością na twarzy. Na pierwszy rzut oka widać było, że szpital pozbędzie się wreszcie kłopotu z pacjentem bez tożsamości.

 

Kalinowskiego mówił powoli, uważnie dobierając słowa, a Sidorowicz przytakiwał, gdy tamten wspominał ludzi i miejsca, które obaj dobrze znali.

– Zostaniesz tutaj dzień albo dwa – Staś tłumaczył wyraźnie. – Póki nie załatwię spraw urzędowych. To nie potrwa długo, ale bez niezbędnych formalności nie możesz opuścić Chile.

Patrzył na brata uważnie. Witia wydawał się rozumieć wszystko, więc ostrożnie przekazywał mu kolejne wiadomości.

– Długo się martwiliśmy, sądziliśmy, że mogłeś zginąć w katastrofie. Nie mogliśmy uwierzyć w twoją śmierć, więc szukaliśmy cię wbrew wszystkiemu. Zwłaszcza Haneczka...

– Gul, gul – odpowiedział Witia bliski płaczu.

– Ona tu jest – wyjawił Staś. – To znaczy będzie. Czeka na ciebie. Zamieszkała w Buenos Aires, by być bliżej centrum wypraw poszukiwawczych. Ma w mieście dom. To znaczy – wy macie tam posiadłość.

Sidorowicz ożywił się i usiłował opowiadać o swoich przygodach, ale Kalinowski pokręcił głową.

– Później. Będziemy mieli dużo czasu na opowieści. Teraz muszę zacząć załatwiać twoje sprawy. Obiecaj, że zostaniesz w szpitalu, nie wejdziesz na dach albo w podobne miejsce.

Witia potaknął i zagulgotał. Wydawało się, że wszystko dokładnie zrozumiał.

– Też odniosłem takie wrażenie – z zadowoleniem potwierdził doktor Uteribe. – Proszę być spokojnym, panie konsulu, zadbamy o niego do pańskiego powrotu. Czy pan konsul zechce podać nam adres żony pacjenta czy może zawiadomi ją osobiście?

– To sprawa rodzinna, proszę mi ją zostawić. Wystawię tymczasowy paszport oraz uzyskam konieczne pozwolenia władz na formalne wydanie pacjenta pod moją opiekę.

Po wyjściu ze szpitala Staś udał się na pocztę, gdzie nadał depeszę do Kalinówki.

WITIA ODNALEZIONY STOP CALY I ZDROWY STOP WKROTCE OPUSCI SZPITAL STOP STAS

Podobny telegram wysłał do swojej żony. Prosił w nim Irinę o psychiczne wsparcie Haneczki w razie szoku, jaki może wywołać wieść o odnalezieniu Sidorowicza.

PODRÓŻ Z VARGASEM

Wczesnym rankiem następnego dnia w domu polskiego konsula w Buenos Aires odezwał się telefon. Irina, zaniepokojona wyjazdem męża, spała bardzo czujnie i zerwała się z łóżka już po drugim dzwonku. Była godzina szósta dziesięć.

Znalazłem Witię – oznajmił Staś Kalinowski. – Jest cały i za kilka dni go przywiozę.

Irina zaniemówiła z wrażenia.

– To jest ten tajemniczy powód wyjazdu do Santiago? – odezwała się po chwili. – Haneczka chyba oszaleje ze szczęścia...

– Sam jeszcze nie bardzo mogę w to uwierzyć. – potwierdził Kalinowski radosnym tonem. I o to właśnie chciałem prosić. Zadzwoń do niej albo jeszcze lepiej pojedź i jakoś ją przygotuj...

Skrótowo opowiedział o wszystkim, co udało mu się ustalić. O rozmowie z kapitanem Hernandezem, fotografii w gazecie, podróży do Chile i rozpoznaniu Sidorowicza w szpitalu Świętej Teresy.

– Witia został odnaleziony na bezludnej wyspie przy wybrzeżu chilijskim. Cudem przeżył katastrofę swojego samolotu i cudem uniknął śmierci w warunkach tropikalnych. Teraz przebywa w szpitalu, ale lekarze twierdzą, że nic poważnego mu nie dolega, trochę tylko jest zabiedzony. I nie mówi w sposób artykułowany, tylko znowu to dawne „gul, gul”.

Jeszcze nie skończył, gdy w drzwiach pojawili się Barbarka i Misza, zaintrygowani niezwykłym na tak wczesna porę poruszeniem w domu W nocnych strojach usiedli w kuchni do zaimprowizowanego śniadania,

omawiając niezwykłe a radosne nowiny i ustalając taktykę postępowania wobec Haneczki.

– Nie powinnam odkładać rozmowy z Haneczką, choć doktor Uteribe uprzedzał, że doznać szoku groźnego dla zdrowia – zdecydowała Kalinowska. – I jeszcze jedna prośba ojca. Na razie nikomu nie wspominać o tym wszystkim, zwłaszcza dziennikarzom. Oni oboje, ale także my wszyscy potrzebujemy teraz spokoju i dyskrecji.

O wpół do ósmej Irina zatelefonowała do Seniory Any, by przekazać jej wiadomość. Nowina nie zrobiła na żonie Witii takiego wrażenia, jak się spodziewano. Pani Sidorowicz, oficjalnie wdowa, nie zemdlała, nie upadła i nie krzyczała.

– Wiedziałam – szepnęła na ostrożne słowa Iriny, że ma dla niej dobrą a niezwykłą wiadomość. – Byłam pewna, że go znajdziemy.

Godzinę później, gdy się spotkały w domu Seniory Any, Haneczka najspokojniej opowiedziała szwagierce o swoich ostatnich nadziejach.

– Wiem to wszystko z kart – oznajmiła. Kiedy byłyśmy młodsze, bawiłyśmy się w karciane wróżby. Bronia wywróżyła wielką zmianę w życiu. Sądziłam, że to chodzi o Lorenza...

Lorenzo Vargas oczekiwał ostatecznej decyzji Seniory Any w sprawie jej zgody na ślub i była już od niej o krok.

– Ale miałam sen...

Haneczka Sidorowicz od dawna nie mówiła głośno o swoich snach. Kiedyś często opowiadała o przeczuciach i znakach, zamęczając innych prośbami o ich wykładnię, ale pod pewnego czasu, gdy wydawała się pogodzona z faktem, że została wdową, nigdy nie wspominała, żeby śniło się jej cokolwiek.

– Widziałam we śnie Witię – powiedziała Haneczka. – Siedział na kominie garbarni w Zabłudowie i machał do mnie... Było to tak rzeczywiste, że pół nocy przepłakałam w poduszkę. Nikomu nie mówiłam, żeby nie narażać się na wasze uwagi, ale nagle odżyła we mnie nadzieja...

Irina przekazała jej prawie wszystko, co usłyszała przez telefon od Stasia.

– Kazał mi ostrożnie przekazywać ci wiadomości, ale widzę, że trzymasz się bardzo dzielnie...

– Jadę tam zaraz – oświadczyła Haneczka, wskazując na otwartą walizkę. – Zaczęłam się pakować od razu po twoim telefonie.

– Staś prosił, byś tego nie robiła – uśmiechnęła się Irina. – Przyjadą obaj pojutrze albo dzień później. Mam cię też uprzedzić, że choć Witia jest właściwie zdrowy, prawdopodobnie będzie musiał kilka dni pobyć w szpitalu na obserwacji. Słowem ze szpitala do szpitala. Gdy już będzie na miejscu, pójdziemy po niego wszyscy.

Haneczka pokręciła głową.

– Nie usiedzę na miejscu ani chwili dłużej szepnęła. – To wszystko jest takie dziwne, takie niewiarygodne, ale tak bardzo upragnione, że po prostu nie wytrzymam dalszego oczekiwania.

***

Lorenzo Vargas na wiadomość o odwołaniu zapowiedzianych zaręczyn zapłakał rzewnymi łzami.

– Jak to pani odwołuje, Seniora Ana? Teraz, gdy po latach moich oczekiwań byłaby pani skłonna wreszcie oddać mi swoją rękę?

– Muszę tak postąpić, ponieważ nie mogę pana poślubić.

– Wiem, że pani mnie nie kocha – zgodził się. – Ale ja kocham panią do szaleństwa i tej miłości wystarczy za nas oboje.

Haneczka podeszła, czułym gestem objęła głowę mężczyzny i złożyła pocałunek na jego czole.

– Mój drogi Lorenzo – powiedziała. – Jest poważna przeszkoda, byśmy mogli się zaręczyć. Nie jestem wolna. Mam męża.

– Ależ nie – zaprzeczył. – Miała go pani, ale przecież małżeństwo wygasło, bo pani mąż został uznany za zmarłego.

Argument nie był racjonalny, jednakże Haneczka przyjęła go ze spokojem.

– Bardzo dziękuję, Lorenzo. Doceniam pańskie płomienne uczucie i wszystko, co dotąd pan dla mnie zrobił. Jestem pana dłużniczką i doprawdy nie wiem, jak odpłacę za pańskie przywiązanie... Ale musi pan zrozumieć, jakie są fakty. Uważam się za mężatkę, nawet jeśli będzie trzeba, aby ślub został powtórzony.

– Po co ma pani wiązać się ponownie z kimś, kto znowu przepadnie na lata! Jest ledwo żywy. Wcale nie mówi i w ogóle to nie człowiek, to dzikus z dżungli! Pani potrzebuje oprawy jak piękny klejnot. Jak brylant, jak diament! Ja, tylko ja, mogę to pani zapewnić i sprawić, że będzie pani błyszczeć, tak jak zasługuje. Na cały świat, seniora Ana. Na cały świat. Ja dla pani, ja pani...

Uklęknął na kolano. Choć dopiero spodziewał się być narzeczonym, a teraz został na lodzie, Lorenzo Vargas stanął na wysokości zadania. Nie zamierzał opuścić swojej wybranki, póki jej sytuacja się nie wyjaśni i ukochana nie będzie zupełnie bezpieczna.

– Dla pani wszystko, seniora Ana. Chce pani jechać do Santiago? No trudno, niech moje serce krwawi, ale pokażę pani, co jest wart Lorenzo Vargas. Moje auto jest do pani dyspozycji od zaraz. I oczywiście ja sam. Proszę rozkazywać.

***

Punktualnie o godzinie siódmej rano wielkie czarne auto czekało przed domem Haneczki Sidorowiczowej. Wyszła szybkim krokiem, w lekkim płaszczu, z małą walizką w ręku.

– Wszystko gotowe, Seniora Ana – zameldował Vargas. – Możemy jechać choćby na koniec świata. Mam dwa zapasowe koła i sam będę prowadził.

Otworzył drzwi.

– Proszę, Seniora Ana.

Wziął walizkę i pomógł kobiecie uplasować się w samochodzie. Sam usiadł za kierownicą, elegancki i jak zawsze pachnący dobrą wodą kolońską.

– Pani pozwoli, że zajedziemy na sekundę jeszcze w pewnej sprawie. To po drodze.

– Oczywiście, o ile to nie za długo...

– Mała chwilka. Skoro jedziemy tak daleko, to nie mogę zostawić interesów całkiem bez dozoru. Rozumie pani, droga moja.

– Tak, tak, naturalnie – nie była zachwycona, ale nie pozostawił jej wyboru.

– Dziękuję, droga moja.

Kilka minut później Vargas zatrzymał przed końcem małej uliczki.

– Nie będzie mnie minutkę – oznajmił. – Seniora zaczeka na mnie, dobrze? Coś muszę zadysponować.

Uśmiechnął się przepraszająco.

– Czy seniora zechce mi coś obiecać? To nie jest bezpieczna okolica i serce mi się kraje, że muszę ją zostawić samą. Czy seniora obieca nie wysiadać, póki nie wrócę?

– Dobrze. Skoro to konieczne. Zresztą, rzeczywiście nie jest tu najprzytulniej...

Portowa dzielnica La Boca nie cieszyła się dobrą sławą. Ten rejon miasta zamieszkiwali robotnicy, biedni emigranci z Europy, niebieskie ptaki i różne rzezimieszki. Co miał tu do szukania bogaty hodowca bydła nie zajmowało myśli Haneczki.

– Nawet drzwi lepiej nie otwierać – poprosił. – Może nawet...

Pochylił się, szczeknął zamek.

– O, teraz będę spokojniejszy...

Poszedł pospiesznym krokiem do bramy i po chwili zniknął. Haneczka została w samochodzie. Okolica wydawała się rzeczywiście mocno zapuszczona, przechadzały się tu jakieś typy spod ciemnej gwiazdy, zerkając ku zaparkowanemu automobilowi. Była jednak tak zaambarasowana własnymi myślami, że nie przywiązywała wagi do potencjalnego zagrożenia z ich strony. Zgodnie z zapowiedzią Lorenzo Vargas wrócił niebawem.

– Załatwione – oznajmił z uśmiechem. – Czy seniora nie przestraszyła się zbytnio?

Haneczka prychnęła zniecierpliwiona zwlekaniem wyjazdu.

– Nie jestem lękliwa.

– Wiem – Vargas włączył motor i wskazał tylną kanapę. – Teraz przed nami prosta droga do celu. Może seniora zechce się zdrzemnąć? Kazałem włożyć dodatkowe poduszki, gdyby seniora miała ochotę na odpoczynek. To jednak długa droga.

– Nie, to zbędne – zaprzeczyła odruchowo Haneczka. – Nie czuję się zmęczona.

Zawahała się po chwili.

Może jednak skorzystać z propozycji? – pomyślała. Uniknie gadulstwa Vargasa, który z pewnością będzie ją przekonywał o swoich uczuciach. Wolałaby pomarzyć o Witii, powspominać, nacieszyć się rychłym spotkaniem. W dodatku ma za sobą nieprzespaną noc i na pewno niezbyt dobrze wygląda, zmęczona i zmarnowana. Dyskretnie spojrzała w lusterko.

– Może rzeczywiście zdrzemnę się na chwilę...

Siedząc na tylnej kanapie, odgrodzona od kierowcy, nie musiałaby z nim rozmawiać, a to jej odpowiadało.

Vargas zatrzymał auto i pasażerka przesiadła się na tylne siedzenie. Było tu znacznie wygodniej.

– Proszę zdjąć pantofle i przykryć się pledem – zaproponował, a Haneczka z uznaniem musiała przyznać, że pomyślał o jej wygodzie. Teraz dopiero poczuła, jak bardzo jest zmęczona.

Zasnęła już po kilkunastu kilometrach, zanim jeszcze na dobre opuścili przedmieścia Buenos Aires. Vargas zerkał w lusterko i uśmiechał się z czułością. Zwolnił nieco, żeby nadmiernym chybotaniem samochodu na wybojach nie obudzić śpiącej. Zwolnił do minimalnej prędkości, a wkrótce przystanął na poboczu.

Długą chwilę przyglądał się kobiecie, którą kochał do szaleństwa.

– Piękna jesteś – powiedział. – Najpiękniejsza!

Ostrożnie ujął uchwyt odsuwający szybę dzielącą przednią cześć auta z tylną, przekręcił go, a następnie wyjął z kieszeni mały flakonik. Założył skórzane rękawiczki, zdusił koniec flakonika w palcach, wrzucił na tylną kanapę, po czym szybko zasunął szklaną przegrodę.

 

Wysiadł i paląc papierosa stał przy samochodzie przez kilka minut.

Gdy wrócił, Haneczka Sidorowicz spała w tej samej pozycji. Vargas delikatnie zastukał palcem w wewnętrzną szybę, ale nie poruszyła się, jakby nie słyszała. Zastukał mocniej, po czym włączył silnik i ruszył z miejsca. Prawie natychmiast zawrócił z szosy na zachód, a po kilkudziesięciu kilometrach skręcił w lewo.

Haneczka Sidorowicz leżała jak kamień. Kiedy po prawie trzech godzinach jazdy zatrzymał auto, nie obudziła się także. Spała ciągle, gdy przyjechał przed wielki budynek z kolonialnym kolumnami przed wejściem.

Jacyś ludzie wyszli naprzeciw.

– Zabierzcie ją, gdzie należy – nakazał. – Tylko delikatnie.

Ostrożnie wyjęli śpiącą z auta, zawiniętą w koc wnieśli do budynku, a potem do przygotowanego pokoju. Położono ją tam, przykryto pledem, walizkę postawiono obok. Drzwi zamknięto na klucz od zewnątrz.

– Niech śpi – powiedział Lorenzo Vargas. – Powinna być radosna i wypoczęta.

***

– Bogu Najwyższemu niech będą dzięki! – zawołała Franciszka Kalinowska.

Pan Michał wiele razy czytał telegram, bo nie mógł uwierzyć, co zostało w nim napisane.

– To mi się chyba śni. To sen jakiś szczęśliwy – powtarzał. – Wprost nieprawdopodobne.

Z wielką niecierpliwością oczekiwano na list Stasia, w którym spodziewano się więcej szczegółów na temat piekielnego Witii – jak się ma, czy jest zdrowy, w jakich okolicznościach został odnaleziony i w ogóle gdzie przebywał przez wszystkie te lata.

– Jakby w niewolę popadł – zauważyła Franciszka. – I nie dał rady przysłać żadnej wiadomości. Jak kiedyś Staś, pamiętasz Michale? Czy tam mieli może jaką wojnę?

Kalinowski nie wiedział jednak nic więcej, mógł tylko odpowiedzieć, że z tego co mu wiadomo, żadnej wojny w tamtym rejonie świata ostatnio chyba nie było.

– Prawdopodobnie to dzięki Haneczce i jej uporowi został odnaleziony. Ona jedna nigdy nie straciła nadziei, że Witia żyje.

Franciszka natychmiast wyłożyła pieniądze na odprawienie mszy świętej, by podziękować Panu Bogu za opiekę nad pasierbem. W tej intencji także Wacia Potocka nasiliła modły.

– To wyraźny znak Bożej mocy – oznajmiła. – Znak dla nas wszystkich.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?