Dworek pod Malwami. Zabawa i zdradaTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dworek pod Malwami. Zabawa i zdrada
Dworek pod Malwami. Zabawa i zdrada
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Dworek pod Malwami. Zabawa i zdrada
Dworek pod Malwami. Zabawa i zdrada
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 6 - Zabawa i zdrada

Saga

Dworek pod Malwami 6 - Zabawa i zdrada

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801958

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Tom 6. ZABAWA I ZDRADA

PIEKĄCY POLICZEK

Policzek, po ciosie batem zadanym przez Justynę Nowacką, bolał Franciszkę przez wiele tygodni. Na twarzy pojawiła się czerwona, potem sina, szpecąca pręga.

Michał Kalinowski, który z daleka dostrzegł zdarzenie, podbiegł do żony, zobaczył ranę na policzku.

– Trzeba zaraz zrobić zimny okład – zauważył. – Inaczej bardzo spuchnie.

Po czym zapytał:

– Co tu się stało? Powiedziałaś może jej coś przykrego?

Franciszka wybuchnęła płaczem.

Nadbiegła kucharka Fina z ręcznikiem, zamoczyła go w wiadrze z wodą, wycisnęła, przyłożyła do twarzy Franciszki.

Chłodny okład złagodził ból, ale tylko na chwilę. Ból wzmagał się na wspomnienie upokorzenia i jawnej niesprawiedliwości, jakiej doznała Franciszka.

– Jak ona mogła? – myślała z rozżaleniem o zachowaniu panny Nowackiej. – Czy ja jestem czemukolwiek winna?

Pan Michał z ulgą stwierdził, że koniec rzemienia nie trafił w oko i pocieszył, że skóra nie jest przecięta, więc i blizny nie będzie.

– Coś ty jej takiego powiedziała? – wciąż się dopytywał. – Musiałaś coś przykrego powiedzieć, skoro panna Justyna zachowała się w taki sposób.

– Nic nie powiedziałam – powtórzyła Franciszka. – Podałam jej wody, a ona mnie uderzyła.

Usiłowała wyjaśnić, że nie wie, czemu ją tak potraktowano, ale jej tłumaczenie trafiło w pustkę. Pan Michał był przekonany, że Justyna została w jakiś sposób sprowokowana. Miał ją za pannę spokojną i ułożoną, która nie podniesie ręki na nikogo i nie mógł uwierzyć w opowiadany mu przebieg zdarzenia. Franciszce było przykro, ona najlepiej wiedziała, jak pan Michał się myli w ocenie Justyny Nowackiej. Nie chodziło przecież tylko o ten przypadek, Franciszka już wcześniej słyszała, że w Topolanach nie mają panny Justyny za anioła. Córka właściciela majątku zachowywała się czasem okropnie, była niesprawiedliwa dla służących, krzyczała bez powodu, potrafiła także uderzyć.

Gdy Franciszka wspomniała o tym Michałowi, mąż wzruszył ramionami.

– Cóż to za plotki? – spytał z niezadowoleniem. – Chyba nie każesz mi ich słuchać, a co dopiero wierzyć?

Franciszka zrezygnowała z dalszego tłumaczenia, co było równie trudne, jak powstrzymanie łez. Odeszła z dłonią na obolałym policzku i urazą w sercu.

Wieczorem, gdy opuchlizna, a co za tym idzie także i ból, nasiliły się, pozwoliła sobie na głośny płacz.

– No, już, już – mruczał sennie pan Michał, delikatnie ogarniając żonę ramieniem. – Przytul się, to zaraz zapomnisz.

Franciszka nie mogła jednak zapomnieć, kilka razy w ciągu nocy wstawała, aby wymienić okład. Za drugim razem przypomniała sobie o Szczepanie i o tym, jak przed rokiem potraktowała swoją rywalkę, Cześkę, którą zbiła na kwaśne jabłko w Michałowie. Nie dostrzegała jednakże podobieństwa obu sytuacji. Bo przecież Franciszka nie miała wyboru, wyszła za mąż za Michała z woli swojego ojca, a Cześka po prostu ukradła jej narzeczonego.

– Cześka to co innego – mówiła sobie. – Zupełnie co innego.

Franciszka wstydziła się rany na policzku. Przez szereg dni starała się jak najmniej pokazywać. Wydawało się jej, że każdy, kto spojrzy na jej twarz, od razu pomyśli o tym, jak potraktowała ją Justyna Nowacka, a przy okazji o tym, że uderzenie było pewnie zasłużone.

Pani Katarzyna zwłaszcza, przynajmniej w pojęciu Franciszki, nie ukrywała zadowolenia z piętna, jakim naznaczono synową, i to jeszcze w tak widocznym miejscu. Rana piekła więc tym bardziej, im bardziej nieżyczliwi młodej gospodyni ludzie jej się przyglądali.

Dopiero po dwóch tygodniach policzek wrócił do poprzedniego stanu, a Franciszka przestała myśleć o całym zdarzeniu.

Domownicy Kalinówki byli w większości oburzeni zachowaniem panny Nowackiej. Najgłośniej krytykowała jej postępowanie Klementyna Hoffmann.

– Czy tak postępują ludzie wykształceni i dobrze wychowani? – pytała. – Czy nie nauczyli się, że czasy feudalizmu dawno już się skończyły?

Franciszka nie wiedziała, co to feudalizm, ale było jej lżej znosić poniżenie i ból, gdy słyszała słowa pocieszenia.

W podobnym tonie wypowiedzieli się synowie pana Michała, obwiniając Justynę o niegodne pozycji słabe panowanie nad nerwami.

– To z zazdrości – powiedziała kucharka Fina. – Ona Franciszce zazdrości naszego pana. Wiadomo, że jest czego.

– Właśnie – podchwyciła Klementyna Hoffmann. – A jej ojciec obraził się, że pan Michał nie wziął tej jego chudej szkapy i chciał się odpłacić, podstępem wykupując ziemię.

Natalia Wudkiewicz, młynarzówna, namawiała przyjaciółkę, aby sprawy nie zostawiała bez odpowiedzi.

– Nie mówiłam, jaka ta panna jest wredna? – zapytała, ze współczuciem patrząc na ziemistą pręgę. – Ja bym jej tego nigdy nie darowała!

Franciszka spojrzała z zaciekawieniem.

– Nie darowałabyś? Chcesz powiedzieć, że powinnam...

Młynarzówna ściszyła głos.

– Pewnie! – oznajmiła z przekonaniem. – Potraktowała cię jak najgorszą. A przecież ty jesteś teraz pani! Tobie nie wolno się poddawać, nawet tej przemądrzałej Nowackiej.

Franciszka spojrzała niepewnie na przyjaciółkę. Dobrze znała wzajemną niechęć obu pań. Panna Nowacka skrytykowała kiedyś głośno śpiew Natalii w kościele, podczas gdy sama na fortepianie grała ledwo poprawnie, przynajmniej zdaniem młynarzówny.

– Myślisz, że nie powinnam darować? – zapytała z nadzieją. – Michał tak nie uważa, on jakby trzyma jej stronę. Wcale mi nie uwierzył, że nic złego jej nie powiedziałam i w niczym nie było mojej winy...

Natalia Wudkiewicz wydęła wargi.

– On też zapomniał, że skoro cię wziął za żonę, to nie jesteś już zwykłą chłopką, tylko panią. Ja bym mu przypomniała!

Pomysł spodobał się Franciszce, choć na razie nie wiedziała, jak się do tego zabrać.

– Czasem myślę jak ty – powiedziała do Natalii. – Że powinien mnie bardziej szanować. Tylko nie bardzo wiem, jak to zrobić. On przecież tak był wychowany i zawsze tak uważał, to teraz pewnie mu trudno jest...

Młynarzówna pokręciła głową.

– Sama musisz postanowić, kim chcesz tu być – zauważyła z naciskiem. – Panią czy sługą.

Franciszka westchnęła głęboko.

– Łatwo ci mówić – zauważyła. – Ale jak to zrobić, nie wiem.

Natalia uśmiechnęła się z wyższością.

– Nic się nie bój, Franka – zapewniła ochoczo. – Już ja coś wymyślę.

Michałowi Kalinowskiemu zachowanie Justyny Nowackiej wydawało się problemem łatwym do rozwiązania.

– Kiedyś takie sprawy załatwiano obowiązkowo z bronią w ręku – zauważył pierwszego dnia w obecności matki. – Niezależnie od tego, czy Franciszka sprowokowała Justynę, czy nie sprowokowała, nie można tego tak zostawić.

– A co chcesz zrobić? – skarciła go surowo pani Katarzyna. – Chyba nie zamierzasz wyzwać na pojedynek jej ojca? Dość było kłopotów za poprzednim razem.

– Właśnie nie wiem, co powinienem zrobić – Kalinowski był zmartwiony. – Liczyłem, że mama mi podpowie...

Pani Katarzyna była przekonana, że pomiędzy obiema młodymi kobietami coś zaszło i dlatego jedna zaatakowała drugą.

– Justysia musiała być bardzo rozsierdzona – zastanawiała się głośno. – Nie myślę, żeby zrobiła coś takiego bez powodu. Przecież to opanowana, dobrze wychowana panna. Musiał być jakiś powód, i to niebagatelny, skoro posunęła się do takiej surowości.

– Nikt nie wie, co się naprawdę zdarzyło – zauważył pan Michał. – Nikogo nie było tam poza nimi dwiema.

– No właśnie! – podchwyciła starsza pani. – Zatem masz słowo przeciwko słowu.

Michał Kalinowski skrzywił się nieznacznie, gdy matka zasugerowała, że jego żonie nie można wierzyć.

– Tak czy inaczej, tylko jedna z nich odniosła obrażenia – podsumował po chwili. – A są tego rodzaju, że nie mogę sprawy zostawić bez odpowiedzi. Niech mama pamięta, że Franciszka należy teraz do naszej rodziny, więc ciążą na mnie wynikające z tego obowiązki honorowe.

Pani Katarzyna wzruszyła ramionami.

– Młoda jest, szybko się na niej zagoi – zauważyła lekceważąco. – Za kilka dni zapomnimy o tym przykrym incydencie. Pamiętaj, co obiecałeś: nigdy więcej pojedynków. Na samo wspomnienie tego, co wtedy przeżyłam, robi mi się słabo.

Ponieważ matka nie spieszyła się z podpowiedzią, co powinien zrobić, by obronić honor, Michał Kalinowski sam musiał znaleźć rozwiązanie.

***

Dla panny Justyny Nowackiej sprawa nie była warta roztrząsania.

– Owszem – przyznała. – Uderzyłam, ponieważ ta dziewczyna zachowała się wobec mnie niegrzecznie. Nawet bardzo niegrzecznie.

Nie chciała jednak ujawnić, na czym polegało niewłaściwe zachowanie Franciszki Kalinowskiej.

– Niegrzecznie, i już.

Panu Jackowi nie wystarczało takie tłumaczenie i próbował dowiedzieć się więcej.

 

– Widzisz, moja droga, postawiło mnie to w nieco niezręcznej sytuacji – tłumaczył. – I spowodowało wiele plotek.

Panna Nowacka wzruszyła ramionami.

– Cóż cię mogą obchodzić plotki, papo? Zawsze byłeś ponad to, co ludzie mówią. Niech sobie mówią.

Nowacki wzdychał, ale nie naciskał. Przed sąsiadami zdecydowanie trzymał stronę córki.

– Moja Justysia jest wychowana tak dobrze, jak mało która panna w okolicy – powtarzał z całą powagą. – Nigdy i nikogo nie skrzywdziła. Czemu wiec miałaby raptem postępować gwałtownie bez powodu? Jeśli zaś był powód, mogę ją tylko pochwalić, że odpowiednio umiała zareagować. Bo chamstwa, proszę państwa, nie możemy znosić, choćby mieszkało we dworze.

Znajomi pana Jacka kiwali potakująco głowami.

– Prawda.

Mieli za złe panu Kalinowskiemu, że wprowadził pod swój dach prostą dziewczynę ze wsi, a mógł wybrać ich córkę, siostrę lub bratanicę.

***

Justynę ojciec postanowił na jakiś czas odesłać z domu. Spakowała kufry i wyjechała do Kowna, niby do krewnych, a tak naprawdę żeby podleczyć skołatane nerwy. Początkowo chciała przed uwagami na swój temat schronić się u przyjaciółki w Białymstoku, ale pan Nowacki nie wyraził zgody.

– Lepiej będzie, jeśli jakiś czas pomieszkasz w oddąleniu – przekonywał. – Niemało mam tu kłopotow, teraz, gdy objąłem część ziemi pana Kalinowskiego. Nie chciałbym, abyś była narażona na jakiekolwiek przykrości, choćby tylko ze strony ludzi, których zdanie masz za nic.

Nie obchodzą mnie – potwierdziła Justyna. – Ale skoro papa uważa, że mogłabym czuć się nieswojo...

– Właśnie! – podchwycił pan Jacek. – Po co masz odczuwać dyskomfort. Stać nas na kupienie sobie spokoju.

***

Stosunki pana Nowackiego z Michałem Kalinowskim zawisły w próżni. Pan z Topolan nie zamierzał przepraszać za zachowanie córki i zachował do pana Michała urazę, choć tylko w sercu, nigdy publicznie nie dał mu tego odczuć. Uznał, że nastąpiło wyrównanie rachunków i tego samego oczekiwał od sąsiada. Pan Kalinowski nie miał powodu do świadczenia uprzejmości dawnemu przyjacielowi. Obaj jednak zachowywali formy. Po pewnym czasie zaczęli się sobie kłaniać, najpierw z daleka, sztywno i oficjalnie, potem nieco cieplej.

Jacek Nowacki ubolewał nad tym co się stało, tym bardziej że większość sąsiedztwa wzięła stronę pana Michała Kalinowskiego. Czuł się w Topolanach samotny, niemal porzucony, i silnie łaknął rozrywek, do których teraz nie miał towarzystwa. Zaszył się w swoim dworze i prawie go nie opuszczał, nie przyjmował też nikogo z sąsiadów

Pan Jacek na nabożeństwa uczęszczał teraz do kościoła w Michałowie i to też bardzo rzadko. Przestał się pokazywać w Zabłudowie, gdzie miał dom, ale to akurat nie dziwiło nikogo, ponieważ i tak bywał tam rzadko po niesławnym pojedynku. Ku wielkiemu rozczarowaniu proboszcza skończyły się też partie kart w jego domu.

– Gdzie teraz mam przeważnie zdobyć środki na remont dachu na kościele? – mruczał z niezadowoleniem ksiądz Miodyński.

MŁYNARZ I CÓRKA

– Córko, jestem głodny – poskarżył się młynarz Wudkiewicz. Siedział na krześle, z poduszką pod plecami, a jego mina wyrażała cierpienie. Natalia przystanęła przed ojcem z patelnią w ręce.

– Możecie dostać tylko jedno jajko – oznajmiła, przekładając jajecznicę na talerz. – Na więcej nie zapracowaliście.

Dwa kolejne urazy kręgosłupa, jakich doznał młynarz, prawie uniemożliwiły mu wykonywanie roboty. Nie tylko nie mógł już obsługiwać maszyny, dźwigać worków z ziarnem i mąką, ale ledwo samodzielnie chodził, powłócząc nogami. Od zeszłej jesieni jego stan wyraźnie się pogorszył. Od marca najwięcej czasu spędzał w łóżku, a że zawsze lubił wypić, nie pomijał ku temu żadnej okazji. Nie pracując, zrobił się zgryźliwy, dokuczał córce.

– Za mąż byś poszła – wyrzekał. – Czas ci, a chłop potrzebny w domu natychmiast. Wziąłby się do roboty i jakoś przetrwalibyśmy.

Po pierwszym urazie Wudkiewicz usiłował coś jeszcze robić we młynie. Okazało się jednak, że sił nie starcza mu na terminowe wykonanie zamówień i coraz więcej dotychczasowych klientów zaczęło rozglądać się za innym miejscem. Natalia nie od razu zdała sobie sprawę, że nie będzie już tak jak dawniej. Po drugim urazie, który ojca na stałe umieścił w domu, zaczęła jednak rozumieć, że potrzebne są szybkie i zdecydowane postanowienia. Miała jednakże własny pomysł, inny niż podpowiadany przez ojca.

– A po co mam zaraz za mąż iść? – spytała. – Trzeba nająć kogoś do roboty na ten czas, gdy jesteście chorzy. Wydobrzejecie, to go zwolnicie.

Wudkiewiczowi pomysł zatrudnienia pomocnika się nie spodobał. Dwa dni go rozważał, obliczał i rachował, aby w końcu się sprzeciwić.

– Nie wyżyjemy tak – oświadczył. – Policzyłem wszystko i wychodzi, że żadną miarą nie wyżyjemy. Pomocnik będzie kosztował, a przecież młyn nie nasz, a tylko dzierżawiony. Pomocnikowi zapłacić będzie trzeba, mało nam zostanie. Jedyna rada, żebyś za mąż szła, bo z tego dostaną się nam środki na utrzymanie. Jak tylko poczuję się lepiej, pojadę tu i tam w tej sprawie...

Wudkiewiczowi jednak siły nie chciały powrócić. Słabł coraz bardziej, wychudł i prawie przestał jeść, zadowalając się kolejnymi kieliszkami wódki, zagryzanymi chlebem ze słoniną. Doktor, którego wezwała Natalia, przyjechał któregoś dnia dwukółką, pobył z godzinę, herbaty się napił, pomówił z młynarzem, opukał go, przepisał maść, wziął dwa ruble za fatygę i pojechał. Maść, wykupiona w aptece w Zabłudowie, łagodziła wprawdzie ból, ale nie była cudowna, nie postawiła młynarza na nogi.

– Co to będzie? – biadał Wudkiewicz. – Przecież ja młody jeszcze jestem, mam wiele sił. Jakże mi umierać, bo żyć w taki sposób nie mogę.

Doktor mówił, że gdyby młynarz poszedł do szpitala, to można byłoby zrobić operację na kręgosłup. Mogłaby pomoc, ale trzeba było pogodzić się z tym, że będzie bardzo droga, nie wliczając kosztów wyjazdu do miasta i samego pobytu w szpitalu. Wudkiewicz z miejsca uznał to za rozrzutność, a córce wytłumaczył, że cały zysk z młyna idzie na spłacanie pana Kalinowskiego i na codzienne życie. Jeśli cokolwiek zostawało w lepszych czasach, zostało odłożone na posag Natalii.

Młynarzówna wpadła w rozpacz, gdy uświadomiła sobie, co jej grozi. Ona nie mogła być młynarzem, a wszystko wskazywało na to, że ojciec nie odzyska już dawnych sił. Rozważała sprawę operacji w szpitalu, ale ostatecznie nie zdecydowała się na taki wydatek. Zabieg kosztowałaby ze trzysta rubli, więc znaczną część jej posagu. Pragnęła, by ojciec wyzdrowiał, ale musiała zachować się dojrzale i odpowiedzieć sobie na pytanie, co będzie, jeśli operacja zostanie przeprowadzona, a ojciec nie odzyska energii. Takie niebezpieczeństwo istniało, o czym doktor lojalnie uprzedzał. Stwierdził tak, gdy Natalia spytała go o gwarancje powodzenia operacji.

– Słyszałem o pozytywnych efektach – wyjaśnił ostrożnie. – Doktor Dąbrowski osiąga w takich sprawach zdumiewające rezultaty, ale oczywiście nie może dać gwarancji.

– Co zatem robić? – załamywała ręce Natalia.

– Tu trzeba determinacji, droga pani. Determinacji, wiary i modlitwy. Inaczej nie należy spodziewać się poprawy. Jest bowiem więcej jak pewne, że sama natura nie wróci zdrowia pani ojcu.

Natalia Wudkiewicz stanęła więc przed dylematem. Jeżeli pośle ojca do szpitala, może stracić trzysta rubli z posagu, a ojciec sił nie odzyska. Jeśli zaś uszczknie z posagowej sumy aż tyle, jej szanse na zamążpójście znacznie się obniżą. Młyn przecież nie należał do ojca, Wudkiewicz był tylko jego dzierżawcą. Jeśli ojciec zostanie kaleką, a na dodatek straci dzierżawę młyna, oboje pójdą z torbami.

– Co robić? – pytała samą siebie z przerażeniem. – Co robić?

Cokolwiek by nie postanowiła, będzie nieszczęśliwa. Jeśli nie wyśle ojca do szpitala, zawsze będzie myślała, że mogła mu pomóc w powrocie do zdrowia. Ojciec był przecież pracowity i dobry, mógłby jeszcze wiele lat zarabiać i na siebie, i na nią.

Rozważała ten problem przez szereg dni po wizycie lekarza. Próbowała rozmawiać także z ojcem, licząc że pomoże jej podjąć decyzję.

– A nie macie to jakiej sumy schowanej na czarną godzinę? – spytała. – Doktor mówił, że lekarstwa jakie dobre by znalazł, ale pieniądze są potrzebne.

– Mam czy nie mam, nie twoja sprawa – odburknął Wudkiewicz. – A tych jego lekarstw wcale nie potrzebuję. Widzisz ich, doktorów! Tylko by pieniądze brali, a wcale nie pomagają. Poleżę kilka dni, wygrzeję się, samo przejdzie. Myślisz, że to mi tak pierwszy raz się zrobiło? Bywałem ja już w gorszych tarapatach, a dziękować Bogu zawsze z nich wychodziłem.

Jednak minęło nie kilka dni lecz tygodni, a stan młynarza nie uległ poprawie. Wudkiewicz coraz mniej chodził, a coraz więcej leżał. Późną wiosną młyn długi czas stał w ogóle bez ruchu, bo nie miał kto koło niego chodzić.

– Tak dalej nie może być – odezwała się któregoś dnia Natalia. – Coś musicie postanowić, bo inaczej umrzemy z głodu.

– Już mówiłem, co trzeba – przypomniał Wudkiewicz burkliwie. – Ty za mąż pójdziesz, za jakiego dobrego człowieka. On młyn uruchomi na powrót i staniemy na nogi.

– Wy tylko o tych nogach i nogach! – zezłościła się Natalia. – Czy nie mówiliście tak zeszłego roku, jeszcze przed Godami? I co? Trzeba tymczasem pilnie coś zrobić, bo dusi nas wszystko wokoło coraz bardziej. Albo wyzdrowiejecie już, albo...

– Co albo? – spytał Wudkiewicz podchwytliwie. – Chcesz powiedzieć, że czekasz tylko, abym umarł, tak? Niedoczekanie twoje, wyrodna córko!

Natalia westchnęła ciężko.

– Gadać z wami, to jak kamienie nosić – mruknęła. – I ciężko i niewygodnie. Przecież ja chcę dla was jak najlepiej. Chciałam posłać do szpitala, nie chcieliście. A skoro planujecie mnie wydąć za mąż, to powiedzcie, ile w końcu tego posagu będzie. Chciałabym wiedzieć, ile macie, żeby było wiadomo, na kogo mnie stać.

Wudkiewicz wzruszył ramionami.

– Nie musisz tego wiedzieć. Będzie jaki kawaler pytał, to jemu powiem. Twoja głowa znaleźć takiego, co się na młynie zna. Bo zwykły chłop to na nic się nie przyda. Ziemi nie mamy, tylko ta mała działka koło domu, szkoda i rąk brudzić. Nam jest potrzebny młynarz.

– I, łatwo powiedzieć! – mruknęła Natalia. – Placami strzelę i młynarz przyleci. A jeszcze taki będzie, co mi się spodoba.

Wudkiewicz skrzywił się

– Zapomnij o podobaniu. Teraz jakikolwiek nam potrzebny. Za każdego, choćby i kulawego, będziemy Panu Bogu dziękować.

– Wy może tak – odburknęła Natalia. – Ja na pewno nie.

***

Po kilkunastu dniach ślad na twarzy Franciszki zniknął i tylko gdy naciskała palcem uderzone miejsce, odczuwała jakiś ból.

– Na młodym wszystko goi się jak na psie – mówiła z zadowoleniem kucharka Fina, która bywała także domowym lekarzem.

Metody kucharki nie były szczególnie wyrafinowane, ale dość skuteczne, choć Fina na wszystko ordynowała spirytus, a w lżejszych przypadkach wódkę. Leczyła w ten sposób rany tłuczone i skaleczenia wśród służby i pracowników dworu, zdumiewające zaś rezultaty osiągała w zwalczaniu dolegliwości żołądkowych. Każdy, komu przypisano lek na tego typu cierpienia, ochoczo przychodził na drugi dzień, rozradowany zapewniał o poprawie stanu zdrowia, wychwalał lekarstwo i prosił o przedłużenie kuracji.

Powrót Franciszki do zdrowia kucharka przypisywała wyłącznie sobie, zimnym i alkoholowym okładom.

– No i wyszło na zdrowie – cieszyła się głośno. – Niech tylko Franciszka nie zapomina, żeby w domu zawsze zapas lekarstwa był pod ręką, bo nie wiadomo, co komu może się przytrafić...

Pan Michał był szczególnie zadowolony z rezultatów leczenia, ponieważ początkowo obawiał się, że mogą wystąpić poważne powikłania i bał się, aby Franciszka nie straciła widzenia w jednym oku. Powiedział o tym jednak dopiero wówczas, gdy było już wiadomo, że niebezpieczeństwo minęło.

– Po prostu zapomnijmy o tym – zaproponował. – Policzek wygoił się bez śladu, panna Nowacka wyjechała do Kowna i nieprędko powróci. Więc nie rozdrapujmy ran i cieszmy się, że wszystko jest jak dawniej.

Jak dawniej pan Kalinowski niecierpliwie oczekiwał żony w łóżku, nie ograniczając bynajmniej swojego zainteresowania Franciszką tylko do terenu sypialni.

Któregoś razu, gdy miał jechać do Złotnik, nagle zaproponował, że zabierze ją ze sobą. Franciszka zgodziła się bez namysłu. Było późne popołudnie, roboty nie miała już wiele, pogoda wydawała się odpowiednia.

Kalinowski kazał zaprzęgać do małego powoziku jedną tylko klaczkę i pojechali drogą przez wieś, niezbyt szybko.

 

Bardzo się to Franciszce podobało. Powóz, choć mały, był wygodny, kołysał łagodnie, ciepły wiatr miło chodził twarz.

– Bardzo przyjemnie – powiedziała z zadowoleniem.

Michał uśmiechnął się potakująco.

– Powinnaś czasem sama pojeździć – zaproponował.

– Ja? – zdziwiła się. – Przecież nie umiem powozić.

– To wcale nie jest trudne. Mogę cię nauczyć.

Franciszka przyjęła zapowiedź z niedowierzaniem. Miałaby się uczyć powozić, a potem samodzielnie jeździć? To się wydawało zupełnie nieprawdopodobnie. Samodzielnie? Jak na przykład Justyna Nowacka, ta stara panna z Topolan?

– Chciałabym się nauczyć – szepnęła niepewnie.

– Nie wiem tylko, co powie twoja matka, jak zobaczy mnie w powozie...

Pan Michał uśmiechnął się wesoło.

– Jeśli będziesz powozić dobrze, nic nie powie – zapewnił.

Od razu też wziął się do nauczania. Posadził Franciszkę przed sobą, wręczył jej lejce, układał palce i dłonie, tłumaczył, jak i co robić w odpowiedniej kolejności.

– Nie trzymaj tak sztywno – korygował. – Swobodniej. Koń powinien czuć, że nad nim panujesz, że wiesz, co on ma zrobić. Ale koń nie lubi, żeby go za bardzo zmuszać, bo wtedy robi się narowisty, może ponieść albo wywrócić.

Franciszka trzymała lejce, wpatrywała się przed siebie i z wielkim natężeniem słuchała pouczeń męża.

– Poczekaj – powiedział. – Wezmę cię na kolana, to lepiej nauczę.

Dobrze wiedziała, ku czemu zmierza. Oddychał szybko, ręce miał niecierpliwe. Podwinęła spódnicę i usiadła mężowi na kolanach, twarzą w kierunku jazdy.

– Miałeś mnie uczyć – przypomniała ze śmiechem.

Franciszka w kilka dni zrozumiała podstawowe zasady powożenia i przećwiczyła je w praktyce. Michał Kalinowski cieszył się, że jest taka pojętna.

Dla obojga przejażdżka była miłym urozmaiceniem dnia.

***

Zapowiadał się urodzaj. Pan Michał Kalinowski spodziewał się wysokich plonów tak na polach, jak i w sadzie. Ale w rachunkach przyszłych zysków zachowywał daleko idącą wstrzemięźliwość. Niejeden już raz rachuby okazywały się zawodne. Praca na roli zawsze zależała od kaprysów pogody, chłodów, deszczów, wiatru, mrozu i tak wielu innych okoliczności, że lepiej było nie liczyć na zbyt wiele. Takiego podejścia nauczyła go matka.

– Masz dopiero wtedy, gdy trzymasz w garści – powtarzała. – Reszta to mrzonki i pobożne życzenia. Żeby przetrwać, musisz spoglądać życiu w oczy, choćby i smutne, ale prawdziwe.

– Czasem jest po prostu dobry rok – zauważył Michał. – Nie sądzi mama?

– Zapytaj mnie o to w Boże Narodzenie – odpowiedziała pani Katarzyna, kiwając głową z zastanowieniem. – Wtedy ci powiem, czy był to dobry rok.

Michał Kalinowski zmarszczył brwi.

– Czemu mama ma takie pesymistyczne podejście? – zapytał z naganą. – Nie lepiej cieszyć się już teraz, gdy wszystko wskazuje na sukces? Radość trwa przez to znacznie dłużej.

Starsza pani zamruczała niezadowolona.

– Jak dożyjesz moich lat, sam zobaczysz, na ile można się cieszyć, a na ile należy być przezornym. I że w końcowym rachunku to właśnie przezorność daje najwięcej radości. Pamiętasz ten wiersz Schillera? Nie należy cieszyć się, gdy wszystko idzie zbyt dobrze, ponieważ oznacza to niechybną katastrofę.

Pan Michał odszedł zachmurzony.

– Mama to umie człowieka pocieszyć – zauważył z sarkazmem.

***

Choroba ojca spowodowała, że Natalia Wudkiewicz znacznie rzadziej zaglądała ostatnio do Franciszki.

– Doktor mówi, że ojciec już się nie podniesie – powiedziała przy którejś okazji. – Muszę szybko kogoś znaleźć do pomocy. Sama przecież nie będę młynarzem. Musi to być człowiek nie tylko silny, ale i porządny. Młyn to nie byle co.

Prosiła jednocześnie Franciszkę, aby wpłynęła na męża, jeśliby ten rozważał zakończenie dzierżawy na młyn.

– Podniesiemy się – zapewniała żarliwie. – Jak tylko robota ruszy, zaraz się podniesiemy i twój mąż nie będzie stratny.

Jak się okazało, wiadomość o poszukiwaniu pomocnika młynarskiego zaczęła rozchodzić się po okolicy i mówiono, że znajdzie się wielu chętnych. Zapewne byli wśród nich i tacy, którym najbardziej zależało na samym młynie, a może i na samej Natalii.

– Masz ci los! – martwiła się młynarzówna. – Co i raz się zgłaszają, a ja zupełnie nie wiem, czy rzeczywiście umieją koło młyna chodzić. Jakże mi wybrać najlepszego?

– Przecież twój ojciec wie – zauważyła Franciszka. – On wybierze.

Ale Natalia pokręciła głową.

– Rozchorował się z tej biedy do szczętu. Mało kiedy trzeźwy jest. Tylko by leżał, a jak leży, o Bożym świecie zapomina.

– No to musisz sama postanowić.

Natalii perspektywa samodzielnego wyboru wcale nie zadowalała.

– Wiem, że muszę. Ale boję się. Co będzie, jak niewłaściwego wybiorę?

– Co też mówisz? – zaśmiała się Franciszka. – Pomocnik ma się znać na robocie i tyle. Nie wybierasz przecież męża.

Natalia Wudkiewicz miała poważną minę.

– Kto wie, jak się sprawy ułożą? – spytała nagle przyciszonym głosem. – Kto to wie?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?