Dworek pod Malwami. Grzechy

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #37
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 37 - Grzechy

Saga

Dworek pod Malwami 37 - Grzechy

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801644

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

KOBIECE ZACHCIANKI

Luty 1918

Ochęci odwiedzenia Justyny Nowackiej w Złotnikach pani Katarzyna Kalinowska wspomniała kilkakrotnie.

– To biedna kobieta, która nie ma nikogo bliskiego. Nie weźmiesz mi chyba za złe, jeśli odwiedzę ją z dobrymi życzeniami na nowy rok.

Pan Michał wzruszył ramionami.

– Już o tym rozmawialiśmy – przypomniał. – Nie wybieram się tam ani teraz, ani kiedykolwiek. Mamie też odradzam, ale oczywiście mama może robić, co zechce.

– Zupełnie nie wiem, skąd w tobie tyle niechęci do tej biednej Justysi! – mruknęła starsza pani. – Spodziewałabym się odrobiny współczucia, nie takiej zimnej obojętności.

Kalinowski próbował jednak wpłynąć na matkę, by zrezygnowała z odwiedzin w Złotnikach.

– Ona zachowuje się dziwacznie. Przesadza z tą żałobą, mam wrażenie, że jej żal jest na pokaz. Wszystkie te pomysły, czarne konie, czarne sanie, to zakrawa na pokazywanie, że cierpi więcej niż inni. To nie jest, proszę mamy, ekstrawagancja, to prędzej choroba.

Wszyscy w okolicy znali czarne sanie pani Nowackiej. W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia zamiast jak inni jechać do kościoła, demonstracyjnie udała się na grób ojca. Jacek Nowacki spoczywał na zabłudowskim cmentarzu, w grobie wysoko obłożonym wieńcami, które w każdy poniedziałek dostarczała i dokładała panna Czajkowska ze sklepu Szulmana.

– Kochała ojca, wiedzą to wszyscy – zwróciła uwagę pani Katarzyna. – A że afiszuje się z żałobą? No cóż, stać ją. Mogłaby przeznaczyć fortunę na płoche rozrywki, wydaje ją na pamięć po panu Jacku. Tak postępuje wzorowa córka...

Pan Michał zagryzał wargi i zwykle ustępował w dyskusjach na temat Justyny. Milczał zgodnie z umową, jaką zawarło kilku mężczyzn znających przyczyny zachowania, a w konsekwencji samobójczej śmierci Jacka Nowackiego. Ujawnienie powodów jego tragicznego czynu mogłoby narazić na poważny uszczerbek inne osoby. Chodziło o Haneczkę Skórnicką i jej ojca, o czym starsza pani nie miała pojęcia.

Według starszej pani żałoba Justyny była prawdziwa, a jej ojciec nie zasłużył sobie na zapomnienie.

– Bywał w naszym domu, chwilami mieliśmy go za przyjaciela – zauważyła.

– Dobrze mama powiedziała: chwilami – zgodził się Kalinowski i szybko pod jakimś pretekstem zakończył rozmowę.

Pani Katarzyna nie pojechała jednak w odwiedziny do Złotnik. Czekała na odpowiedź od Justyny i formalne zaproszenie. Wysłała do niej kartkę ze świątecznymi życzeniami, nie dostała jednak podziękowań ani życzeń od Nowackiej i poczuła się urażona.

– Jestem znacznie starsza – zauważyła. – Wypadałoby, żeby o tym pamiętała. Zawsze odnosiłam się do niej życzliwie, nikt nie zaprzeczy, ale przecież nie będę prosić, byśmy utrzymywały kontakty jak dawniej.

– Mówiłem mamie, że to nie najlepszy pomysł – przypomniał Kalinowski.

Pani Katarzyna i teraz tłumaczyła Justynę.

– A może nie dostała mojej kartki? – zastanawiała się. – Na pewno nie doręczyli! Musi to być jakieś nieporozumienie. Inaczej nie da się przecież wytłumaczyć jej milczenia, to zupełnie niezgodne z jej doskonałymi manierami!

***

W ciągu kilku tygodni Kurpik z Nowosadów stał się najbardziej zaufanym pracownikiem pani Justyny Nowackiej.

Był już nie tylko stróżem i strażnikiem, ale dysponował także kluczami do wszystkich pomieszczeń gospodarczych, które otwierał rano a zamykał wieczorem. Miał obowiązek przyjść do pani u schyłku każdego dnia, aby powiadomić, że wszystko jest w należytym porządku i domowi nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.

Zanim wszedł na stopnie, bardzo starannie wycierał buty, by nie wnosić na werandę śniegu lub błota. Następnie podchodził do małego stolika, kładł klucze na blaszanej tacy i meldował:

– Zamknięte, jaśnie pani.

– Dziękuję – odpowiadała Justyna Nowacka i brała do ręki tackę, na której leżały klucze.

Kurpiki kłaniał się i wychodził. Czasem pani Nowacka zatrzymywała go na chwilę, aby zadać jakieś szczegółowe pytanie.

– Nie kręcił się kto w pobliżu?

Albo mówiła:

– Jutro spodziewam się pewnego kupca. Nie wiem, o której przyjedzie, może późno wieczorem. Niewysoki, chudy, z brodą. Wpuścisz go, o której by się nie zjawił.

– Rozumiem, jaśnie pani.

Ten gość zdarzał się rzadko. Wydawał się Kurpikowi znajomy z twarzy, ale zrazu nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie się widzieli. Aptekarz z Zabłudowa, Kamiński! Że też od razu nie rozpoznał tego oszukańca!

Właściciel apteki nie cieszył się dobrą opinią. Uchodził za skąpego, lekarstw na kredyt nie wydawał, każąc sobie płacić od ręki. Gdy ktoś nie miał pieniedzy, musiał przeznaczyć na zapłatę kurkę, gęś czy woreczek mąki albo ryżu. Kamiński posiadał przy rynku drewniany piętrowy dom, na dole apteka, mieszkanie na górze. Był prawosławny, chodził regularnie do cerkwi, nosił chorągwie w procesjach i ładnie śpiewał. Nieduży, kudłaty, o rozbieganych oczach i zawsze się spieszył. Jego żona pochodziła podobno z lepszej rodziny, nosiła drogie stroje, których miała tyle, że wypełniały dwie wielkie szafy. W mieście opowiadano, jak to często strofuje męża, który zajęty pracą nie ma czasu wyprowadzić jej gdzieś między ludzi, żeby mogła zażyć godziwej rozrywki.

Tak mu suszyła głowę, aż w końcu jednego razu pojechali do Białegostoku, specjalnie do teatru. Aptekarz postawił się jak wielki pan – powóz, stroje, specjalnie kupił żonie długie białe rękawiczki, a dla siebie płaski kapelusz typu panama, modny i drogi. Całe miasteczko huczało potem tygodniami z powodu awantury, jaka po powrocie wybuchła w domu Kamińskich.

Aptekarz zawiózł żonę do wielkiego miasta, zaprowadził najpierw na obiad do restauracji, a wieczorem do teatru Palace na występ sławnych śpiewaków. Koncert był bardzo udany. Publiczność, która wypełniała salę po brzegi, klaskała i krzyczała, wyrażając swój podziw dla znakomitych artystów. W antrakcie aptekarz kupił żonie butelkę zimnego napoju, bo w sali było gorąco i duszno. Pani aptekarzowa, spocona z wielkich emocji, jakich doświadczała tego wieczora, wypiła duszkiem pół butelki lemoniady, nie czekając nawet na szklankę. Kamiński skakał wokół niej i wszystko robił zgodnie z życzeniami żony, bo chciał jej jak najlepiej dogodzić. Wyglądało na to, że wreszcie jest zadowolona.

Wkrótce okazało się, że wyjazd przyczynił mu więcej kłopotów niż przyjemności, nie mówiąc już o wydatkach. W drodze powrotnej do Zabłudowa żona zaczęła się gorzko żalić, w jakim opłakanym stanie jest jej garderoba. W domu wybebeszyła szafy i wyrzuciła wszystkie swoje ubrania na podłogę, oświadczając, że są stare, niemodne i nigdy już tych łachów nie założy. Wizyta w teatrze uświadomiła jej, jak bardzo odbiega od dystyngowanego towarzystwa, które bywa w teatrze i na innych kulturalnych spotkaniach. Zażyczyła sobie nowej garderoby i zapowiedziała, że z miejsca się nie ruszy, jeśli natychmiast nie otrzyma nowych sukien, pantofli i kapeluszy. Usiadła na krześle i uparła się, że póty nie wyjdzie z pokoju, póki mąż nie spełni jej prośby. Kamiński początkowo zachowanie żony uznał za żart i odmówił spełnienia tak wygórowanych żądań. Aptekarzowa zastosowała więc bierny opór. Wiesia Czajkowska, która wtedy służyła w domu Kamińskich, opowiadała później, jak to pan aptekarz podchodził do żony z coraz bardziej skruszoną miną. Całe miasteczko miało dobrą zabawę, wymieniając między sobą nowinki i plotki na temat Kamińskich i zakładając się, kto kogo przetrzyma.

Ostatecznie uległ aptekarz. Nie dość, że musiał chodzić za żoną po sklepach i sklepikach, jakie tylko były w Zabłudowie, gdzie sprzedawano damskie ciuszki, ale nawet kazał sprowadzić drogie tkaniny z Białegostoku, by miejscowi krawcy uszyli eleganckie suknie i płaszcze, wymierzone i wyrysowane według katalogów najnowszej mody. Wszystko to kosztowało krocie, toteż, jeśli nawet wcześniej dawał co komu na kredyt, teraz nie chciał o tym słyszeć, bo każdy grosz przeznaczał na zachcianki żony. Sam nie dbał za bardzo o garderobę, spędzał przecież czas na produkcji proszków i syropów, więc wystarczał mu fartuch założony na codzienny strój.

Aptekarz Kamiński przyjechał do Złotnik późnym wieczorem. Zgodnie z życzeniem pani Nowackiej Kurpik od razu zaprowadził przybysza na werandę, gdzie go oczekiwano. Rozmawiał z panią krótką chwilę i zaraz odjechał, a Kurpik zastanawiał się, jakie to lekarstwo przywiózł i dla kogo. Pani Justyna wydawała się zupełnie zdrowa, więc nie rozumiał powodów, dla których aptekarz spieszył się po nocy. Wytłumaczył sobie, jak miał we zwyczaju, że bogaci ludzie są kapryśni i wydaje im się, że wszyscy inni istnieją na świecie wyłącznie po to, aby pańskie zachcianki zaspokajać natychmiast, nawet w mróz i w nocy.

JAŚNIE PANI

Tego lutowego wieczora z powodu wizyty aptekarza Kurpik musiał iść jeszcze raz na mróz i śnieg, aby zrobić swoją cowieczorną inspekcję – zamknąć bramę na podwórze, przyjść na werandę, oddać pani klucze i ostatecznie zameldować, że wszystko wokół jest w porządku.

 

Po obchodzie podwórza i sprawdzeniu zamków poszedł na ganek, trzymając w garści kółko z kluczami. Pani Nowackiej, którą dopiero co widział w tym miejscu, teraz nie zastał. Zastukał w drzwi. Nie były domknięte, więc wszedł do środka. Zrobił trzy kroki do małego stolika, gdzie zwykle zostawiał klucze. Pani nie było i nie wiedział, jak ma się zachować. Czy po prostu zostawić klucze i wyjść, czy też poczekać, aż dziedziczka się pojawi i odbierze od niego meldunek, że wykonał wieczorną rundę, wszystkiego dopilnował i Złotniki są całkiem bezpieczne.

Stał przy stoliku i zastanawiał się, co począć, gdy nagle usłyszał głośne westchnienie albo jęk, a po nim nagły głuchy stukot, jakby upadek. W tej części domu nie było nikogo, więc Kurpik od razu pomyślał, że pani musiała o coś zawadzić i przewróciła się. Nie był pewny, co powinien zrobić – zostać na miejscu, czy może raczej wejść dalej i sprawdzić, czy nie trzeba udzielić pomocy.

Jęk się powtórzył. Kurpik postanowił sprawdzić, skąd pochodzi. Na palcach poszedł w głąb pomieszczenia i zajrzał przez uchylone drzwi. Zobaczył mały pokoik przy werandzie, rodzaj poczekalni, zwanej małym gabinetem. Stały tu wyściełane meble, na ścianach wisiały obrazy a kolejne drzwi prowadziły do prywatnych apartamentów pani domu.

Justyna Nowacka spoczywała na kanapce. Właściwie na meblu leżały tylko nogi, a górna część jej ciała zsunęła się na podłogę. Miała zamknięte oczy, więc w pierwszej chwili Kurpik przestraszył się, że pani nie żyje. Najwyraźniej doznała jakiegoś ataku. Zobaczył odsłonięte ramiona, na stoliku obok strzykawkę i fiolkę z lekarstwem. Atak nastąpił najpewniej w momencie, gdy pani Nowacka zażywała lekarstwo. A może specyfik przywieziony przez aptekarza był zbyt silny, albo dostarczono go za późno i nie zapobiegł atakowi?

Kurpik obejrzał się za siebie, w domu nie było nikogo. Mógłby teraz wziąć jakąkolwiek rzecz i wynieść ją, a nikt by się nie zorientował ani nie domyślił. Ale gdyby kradzież wyszła na jaw, on byłby odpowiedzialny jako ten, który jej nie zapobiegł.

– Jaśnie pani! – zawołał półgłosem. – Proszę jaśnie pani!

Nie było odpowiedzi.

– Jaśnie pani – powtórzył Kurpik. – Czy mam jakoś pomóc?

Wiedział, że nie ma kogo wezwać na pomoc. Co tu zrobić, Panno Święta, co zrobić?!

Ostrożnie podszedł do kanapki. Pochylił się, dostrzegł, że leżąca oddycha i od razu mu ulżyło. Ostrożnie ujął ciało pod plecy i ramiona, przesunął je do pozycji leżącej. Wydawało się całkiem bezwładne, ręce leciały na podłogę. Zobaczył na zgięciu łokci i na przedramionach liczne czerwone punkty.Domyślił się, że pochodzą od ukłuć igły. Najwyraźniej pani Nowacka była cierpiąca i zażywała lekarstw podawanych w zastrzykach. Ilość śladów wskazywała, że choroba musi trwać już jakiś czas. Zdziwiło go, że dziedziczka nie zatrudniła pielegniarki i sama aplikuje sobie leki, ale pomyślał, że przecież to nie jego sprawa.

Poprawił ułożenie ciała, obciągnął suknię, przykrywając nogi. Patrząc na panią z bliska ocenił, że nie wygląda zdrowo. Blada cera, cienie pod oczami, włosy, szare z rudym połyskiem, krótkie i rzadkie. To ostatnie jednak go nie zdziwiło, pamiętał, że takie miała panna Justyna z Topolan, zanim zaczęła nosić czarną perukę. Przemknęło mu przez myśl niestosowne do sytuacji spostrzeżenie, że nie jest to ładna kobieta, choć jeszcze młoda i bardzo bogata.

Po namyśle Kurpik wziął leżący obok gruby koc i przykrył panią Nowacką, bo w domu było dość chłodno, więc pomyślał, że kobieta może się zaziębić. Była raczej chuda, nie miała dość ciała, aby ją ogrzewało.

Chwilę stał jeszcze i zastanawiał się, co powinien zrobić dalej. Spojrzał na twarz leżącej, upewnił się, że nic jej nie jest. Stan, w jakim się znajdowała, nie był utratą przytomności czy omdleniem, tyle zdążył zauważyć – był to raczej głęboki, choć zadziwiająco nagły sen.

Kurpik wycofał się z pokoju, przeszedł werandę, zdmuchując po drodze lampy. Następnie zamknął drzwi zewnętrzne i wrócił do swojej stróżówki. Tej nocy wyjątkowo dokładnie sprawdzał cały teren wokół domu, dwa razy podchodził pod drzwi i okna werandy oraz pod okienko małego gabinetu. Nasłuchiwał, ale nie działo się nic niepokojącego, więc wzdychał uspokojony i szedł dalej.

***

Nie widział pani aż do późnego ranka. Gdy o świcie w domu zaczął się ruch, Kurpik mógł udać się na spoczynek. Spał, a właściwie drzemał, budząc się co jakiś czas, zaniepokojony zdrowiem pani Nowackiej i obawą, czy w swoim zachowaniu nie posunął się za daleko. Ale gdy poszedł do kuchni, gdzie wydawano śniadanie, z ulgą stwierdził, że wszystko toczy się się jak zwykle – służba była już na nogach, każdy zajmował się przypisanymi mu czynnościami. Wziął chleb, ser, kawałek kiełbasy i kawę w dużym szklanym słoiku, by ją zanieść do swojej szopy, bo do kuchni przychodził tylko po prowiant, nie siadał z innymi do stołu.

Kończył właśnie jeść, gdy pojawił się przełożony służby, Chardin i swoim łamanym językiem powiadomił, że stróż ma iść do dworu.

– Pani czeka do ciebie. Zaraz.

Kurpik wytarł ręce i poszedł na werandę. Był pewny, że dostanie solidną reprymendę. Raz, że chodził po domu. Dwa, że dotknął pani.

Siedziała w wiklinowym fotelu, ubrana w obszerny czarny szlafrok malowany w czerwone i żółte smoki, na nogach miała domowe obuwie, płaskie, z przyszytymi na wierzchu pomponikami. Nie zdziwiło go, że nie jest w czerni, bo tak ubierała się tylko wówczas, gdy wychodziła na zewnątrz, w domu widywał ją w kolorowych strojach. Wyglądała lepiej, niż w nocy, nosiła perukę i miała pomalowane usta.

– Jaśnie pani mnie wzywała?

Wszedł, stanął w progu.

– Zamknij drzwi i podejdź.

Zrobił, co mu polecono. Gdy zbliżył się o kilka kroków, zobaczył, że pani ciągle jest blada a oczy ma podkrążone. Paliła papierosa w długiej chyba na pół łokcia szklanej cygarniczce.

– Ty byłeś tu wieczorem? – spytała.

– Ja, jaśnie pani.

Skinęła głową.

– Zamknąłeś wszystko i zostawiłeś klucze?

– Jak zwykle, jaśnie pani.

– Po tym, jak tamten, mój gość, odjechał?

– Zamknąłem bramę, a potem werandę, jaśnie pani.

Zaciągnęła się dymem, wypuściła siwy obok przed siebie.

– Zasłabłam – powiedziała. – Nagle straciłam świadomość i nie jestem pewna, co się zdarzyło...

Kurpik milczał.

– Chodziłeś po domu?

Potwierdził skinieniem.

– Tylko po werandzie, jaśnie pani – wyjaśnił.

– Ale do małego gabinetu zajrzałeś?

Kurpik przestąpił z nogi na nogę.

– Wiem, że nie wolno, jaśnie pani – tłumaczył się. – Ale jak przyniosłem klucz, usłyszałem...

– Co usłyszałeś? – dociekała ze zmarszczonymi brwiami.

– Jakby upadek. Myślałem, że pani się przewróciła...

– Że się przewróciłam?

– Tak, jaśnie pani. Pomyślałem, że lekarstwo było za silne, albo może ten Kamiński przywiózł za późno.

– Poznałeś, że to aptekarz?

– Tak, jaśnie pani. On każdemu znajomy.

– Wiesz, że biorę lekarstwa?

– Tak, jaśnie pani. Przypadkiem widziałem, bo ten hałas.... Chciałem jakoś pomóc, a nikogo nie było...

Justyna przez chwilę paliła papierosa, uważnie przyglądając się stróżowi.

– Umiesz trzymać język za zębami? – spytała wreszcie. – Nie chcę, żeby ktokolwiek dowiedział się, że przyjmuję lekarstwa.

– Tak, jaśnie pani.

– Nie powtórzysz nikomu?

– Nie, jaśnie pani.

Nowacka zakołysała się w fotelu.

– A kto mnie przykrył kocem?

Kurpik opuścił oczy. To był najtrudniejszy fragment rozmowy.

– Ja, jaśnie pani.

– Z jakiego powodu?

– Bo jak podniosłem na posłanie, to pomyślałem... że zimno będzie.

– Podniosłeś? – zmarszczyła brwi. – Więc nie leżałam na kanapce?

– Na podłodze – wyjaśnił z zawstydzeniem. – Nie wiedziałem, co robić, nie było kogo zawołać...

– Rozumiem. Podniosłeś, położyłeś na łóżko, a potem przykryłeś?

– Tak, jaśnie pani.

Znowu zapadło milczenie. Kurpik stał i czekał na znak, że może odejść, pani Nowacka paliła papierosa.

– Z jakiego powodu? – zapytała.

– Nie chciałem, żeby jaśnie pani przeziębiła się. Przepraszam, jaśnie pani, ale chciałem jak najlepiej...

Justyna Nowacka patrzyła na rozmówcę z zastanowieniem.

– Tym razem ci daruję, że śmiałeś się do mnie zbliżyć – oznajmiła. – Oby się to nie powtórzyło.

– Tak jest, jaśnie pani.

Już rozumiał, że nie zostanie pozbawiony zajęcia, w jego głosie była ulga.

– Pamiętaj – pouczyła. – Życzę sobie, żeby nikt o moich sprawach nie wiedział.

– Tak, jaśnie pani.

– Możesz odejść do swoich obowiązków.

– Dziękuję, jaśnie pani.

DZIECKO REWOLUCJI

Sabina Lulewicz czekała przed fabryką Beckera. Przybiegła przed świtem razem z robotnikami idącymi do pracy na pierwszą zmianę od razu, jak tylko otrzymała wiadomość o Ignasiu. Zdenerwowana i niespokojna długo musiała prosić o rozmowę z inżynierem Moesem. Nie chcieli jej wpuścić na teren fabryki, kazali czekać.

Fryderyk Moes nadszedł wreszcie, minę miał zatroskaną.

– O pomoc przyszłam prosić! – krzyknęła na jego widok. – Przecież on jest całkiem niewinny!

Inżynier nie wyszedł do niej przed bramę, stanął przy łańcuchu zagradzającym wjazd.

– Przykra sprawa – oznajmił. – Zawiedliśmy się na panu Kalinowskim.

Sabina była zrozpaczona. Żandarmi wieczorem wpadli do domu, wywrócili wszystko do góry nogami, Ignasia zabrali ze sobą. Zaskoczona, usiłowała się dowiedzieć, czemu ich niepokoją, co mu zarzucają, wskazywała na to, że jest bardzo dobrym pracownikiem, przecież chwalił go sam prezes.

– Milcz, kobieto! – fuknął jeden. – Bo i ciebie zabierzemy!

A Ignaś wcale się nie opierał. Gdy zastukali do drzwi, poszedł otworzyć, wpuścił ich do mieszkania i bezsilnie patrzył, jak grzebią po wszystkich kątach. Najwięcej interesowali się papierami. Jeden taki w kapeluszu, gdy podali mu rulon kartek wyjęty zza pieca, skinął głową i powiedział, że wystarczy.

– Nie wiem, co robić! – biadoliła teraz Sabina. – Zabrali go, nic nie mówili, po co i na jak długo. Całą noc go nie ma! Pobiegłam pytać na policję, ale kazali do domu iść i czekać.

Inżynier patrzył ze współczuciem.

– Zawiódł nas – powtórzył. – Wy najlepiej wiecie, jak wysoko ceniliśmy go w fabryce. Ale była między nami umowa: żadnej zabawy w rewolucję! Tymczasem...

– W rewolucję?! – krzyknęła Sabina i miała ochotę się przeżegnać. – On nie ma nic wspólnego z rewolucją!

Fryderyk Moes pokręcił głową. Miał nieprzystępną minę i wyglądało na to, że za chwilę skończy rozmowę.

– On tylko o pracy mówił! – szepnęła. – Tylko praca i praca! Mało w domu siedział, a tylko pracował.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Chyba wszystkiego wam nie mówił – zauważył ze współczuciem. – Zajmował się rewolucją i to całkiem sporo. Znaleźli u was w domu wywrotowe ulotki. Skąd je wziął?

Sabina przeżegnała się.

– Wywrotowe? Matko Boska! I to teraz, gdy jakoś się odkuliśmy, a ja jestem przy nadziei?!

Inżynier, który sprawiał wrażenie człowieka, który chce już odejść, spojrzał nagle zaciekawiony.

– Przy nadziei? I mimo tego mąż wdał się w takie podejrzane sprawy?

– To musi być jakaś straszna pomyłka – oświadczyła Sabina z przekonaniem. – A o dziecku nie zdążyłam powiedzieć...

Fryderyk Moes stał i zastanawiał się, jak powinien postąpić.

– Jakby wiedział, byłby mądrzejszy? – spytał z powątpiewaniem.

– Na pewno! – Sabina uderzyła się w piersi. – On tak lubi posiedzieć w domu, trudno go namówić, żeby nos za próg wystawił. Gdzie tam jemu do rewolucji!

Słyszała, co mówili ludzie – że rewolucjoniści i różni agitatorzy jeżdżą do miastach, fabrykach i podburzają ludzi. W Rosji to nawet strzelają, stale tylko strajki wszędzie, zamieszanie, bałagan. Ignaś nigdzie nie jeździ. A że czasem przyjdzie ktoś i coś tam sobie pogadają, to przecież nikomu nie szkodzi, to wcale nie jest groźne.

– Błagam! – szepnęła. – Na Mękę Pańską zaklinam, że to prawda. Niech mu pan inżynier pomoże, całe życie będę się za pana modlić!

Fryderyk Moes skinął głową.

– Jutro niech przyjdzie – polecił. – Dowiem się, jak się sprawy mają. Niczego nie mogę obiecać.

 

– Bóg zapłać panu inżynierowi!

Większość ulotek była po rosyjsku. Kierowano je do pracujących robotników fabryk i zakładów, nawołując do walki o prawa proletariatu.

„Bierzcie sprawy w swoje ręce! Wypędźcie fabrykantów! Wymuście na nich, by oddali wam fabryki. To wy jesteście siłą. Tylko zjednoczeni możecie osiągnąć sukces. Bierzcie wzór z robotnikowi rosyjskich.”

Policjant, który je przeglądał, nie znał rosyjskiego i musiał posłać po tłumacza. Policyjny urzędnik niższego szczebla przejrzał kilka kartek, wydrukowanych niezbyt starannie, zapewne gdzieś w podziemnej, nielegalnej małej drukarni.

– Wezwania do buntu i anarchii – oznajmił rzuciwszy okiem. – Podpisani robotnicy z Piotrogrodu. To bolszewicka robota, panie komisarzu.

Usiadł przy stole i od ręki przetłumaczył co ważniejsze hasła. O wielkiej światowej rewolucji. O potrzebie przejęcia władzy. O przechodzeniu władzy do rąk komitetów robotniczych, chłopskich i żołnierskich w coraz większej ilości zakładów Rosji.

Komisarz, zapoznawszy się wystarczająco z treścią ulotek, wezwał strażnika i kazał mu przenieść Ignacego Kalinowskiego do innej celi.

– Oddzielnie go trzymać, na Boga! Jeszcze innych pozaraża tą bolszewicką propagandą!

Aresztowany, pracownik rachuby w fabryce Beckera, nie przyznał się do winy. Przesłuchany zaraz po zatrzymaniu stwierdził, że nie zna ulotek, ktoś mu je dał na przechowanie, on nie wiedział, co się znajduje w paczce. Z rewolucjonistami kontaktów nie ma, żadnej zabronionej działalności nie prowadzi.

I wszystkie te tłumaczenia wyglądałyby prawdziwie i wiarygodnie, gdyby nie fakt, że to Ignacy Kalinowski figurował w policyjnych kartotekach jako wichrzyciel i organizator strajków w fabryce Beckera. Komisarz zrobił dwie rzeczy. Przygotował krótki raport do komendantury obwodu białostockiego, a informację o zatrzymaniu agitatora posłał do prezesa manufaktury Augusta Moesa.

– Mieliście z nim kłopoty, ale się skończyły – uśmiechnął się. – Ten wichrzyciel podpada pod paragraf o nawoływaniu do buntu i zamieszek.

Komisarz osobiście poszedł z tą wiadomością do prezesa, gdyż wydawało mu się interesujące, jaka będzie reakcja przemysłowca na aresztowanie fabrycznego rewolucjonisty. Od pewnego czasu podejrzewał, że Moes wykorzystywał niepokoje i strajki do załatwiania swoich interesów, ale brakowało mu na to dowodów. Teraz znajdowały się w zasięgu ręki.

– To prosta policyjna sztuczka – powiedział do swojego asystenta. – Jeżeli istnieje jakąś umowa miedzy kierownictwem fabryki a tym wichrzycielem, prezes Moes będzie zabiegał o jego zwolnienie.

– Z jakiego powodu, panie komisarzu?

– Ponieważ będzie się obawiał, że Kalinowski zezna o ewentualnych sztuczkach, jakie prezes robił podczas produkcji. Pamięta pan, jak zastanawiały nas różnice w wyliczeniach między możliwościami produkcyjnycmi fabryki a efektami jej działalności? Albo te przeciagające się prace remontowe, zwłaszcza w czasie strajków! Zdaje się, że mamy brakujące kawałki układanki...

– A on nam to powie?

Komisarz uśmiechnął się dobrotliwie.

– To mało ważne, mój chłopcze. Możemy udawać, że wiemy więcej, niż wiemy. Rzecz w tym, by w sieci znalazło się dużo ryb. Gdy ją wyciągniemy, zastanowimy się, co robić dalej. Podzielimy na większe i mniejsze sztuki, wykorzystamy lub nie, może nawet część wyrzucimy z powrotem do wody.

Zadowolony wypił kieliszek wódki, zakąsił chlebem z kawałkiem boczku.

– Tym razem wreszcie dobiorę się do tyłka tym Żydom! – oznajmił z zadowoleniem.

Uporządkował papiery, po czym oznajmił asystentowi, że idzie na obiad.

– Chcę wiedzieć od razu, gdyby ktoś zapytał o Kalinowskiego.

– Pytała już ta kobieta, jego żona.

– Ktoś obcy – łagodnie zwrócił uwagę komisarz. – Im szybciej ktoś poprosi o zwolnienie naszego człowieka, tym jest on dla nas cenniejszy.

Miał rację. Ledwie wyszedł z biura, gdy na schodach dogonił go asystent z informacją, że dzwonią z fabryki Beckera.

– Sam prezes Moes dzwoni? – uśmiechnął się policjant. – No, no! Sprawa jest nawet bardziej interesująca, niż się mi wydawało!

Ignasia Kalinowskiego wezwano na przesłuchanie. Właśnie w areszcie mieli dawać obiad, gdy strażnik zabrał go z celi i zaprowadził do pokoju biurowego. Komisarz już czekał z grubą teczką akt na biurku.

– Ciekawa lektura – powiedział. – Wynika z niej, że jest pan zasłużonym działaczem rewolucyjnym. Staż niedługi, ale kariera szybka.

Kalinowski pokręcił głową.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

Komisarz skinął w kierunku krzesła.

– Niech pan siada. Mój asystent mówi, że odmawia pan zeznań.

– Odmawiam.

– A z jakiego powodu, jeśli wolno spytać? Nie chce pan oczyścić się z podejrzeń?

Ignaś nie był przestraszony ani zaniepokojony.

– Nie wiem, o czym pan mówi – powtórzył. – Sąsiad przyniósł buty, które kupił żonie w prezencie. Tak mówił. Zostawił je na przechowanie.

– A sąsiad oczywiście wyjechał?

– Tak. Skąd pan wie?

Policjant wykrzywił wargi.

– I nie wiedział pan, co jest w środku? – spytał z ironicznym grymasem.

– Nie zaglądałem do pudełka. Mówił, że buty.

***

Po południu Ignasia wywołano z celi. Komisarz stał na korytarzu.

– Zwalniam pana – powiedział. – Warunkowo. Jeśli usłyszę jeszcze o pańskich nielegalnych działaniach, nie pójdzie tak łatwo.

Był rozdrażniony. Jego plany wzięły w łeb, przełożeni kazali zawiesić śledztwo, nie tłumacząc powodów. Podejrzewał, że doszło do porozumienia z prezesem Manufaktury.

– Co zrobić – powiedział później do asystenta. – Najwyraźniej dotknęliśmy polityki.

***

Prezes August Moes wstał, podszedł do okna i wyjrzał na plac fabryczny.

– Słyszałem, że wszędzie szykują się strajki – powiedział. – Tym razem jednak przerwa w pracy jest mi bardzo nie na rękę, stąd moje pytanie, panie Kalinowski. Co będzie, jeśli przywrócę pana do pracy? Zapanuje pan nad ludźmi?

– Niełatwo kierować nastrojami tłumu.

Prezes Moes uśmiechnął się spokojnie.

– Panie Kalinowski – powiedzial. – Umiał pan wywołać strajk, zapewne potrafi pan także do niego nie dopuścić.

– To nie to samo...

Prezes pokręcił głową.

– Ja, proszę pana, znam się na produkcji – oznajmił. – Pan jest specjalistą strajkowym, zatem proszę pokazać, co pan potrafi.

– Mam ich zmusić siłą, żeby nie strajkowali?

– Nie wiem, jak pan to zrobi. Ważny jest efekt. Teraz w mojej fabryce ma nie być strajku. Pan za to odpowiada. Jeśli pan nie wywiąże się z tego zadania, będę musiał poszukać kogoś innego, kto da sobie z tym radę. A pan, no cóż, pan...

Ignaś Kalinowski wzruszył ramionami.

– To chyba szantaż, panie prezesie – zauważył. – Jeśli nie zapanuję nad nastrojami, pan mnie wyrzuci na bruk, a na dodatek wsadzi do więzienia.

– Ależ po co takie brzydkie słowa! – oburzył się Moes. – Zaraz szantaż! Tu chodzi raczej o zwrot długu. Ma pan wobec mnie pewne zobowiązanie, proszę je spłacić, teraz przyszedł właściwy moment.

Ignaś milczał. August Moes założył kciuki w kieszkonki kamizelki.

– Niech pan słucha uważnie – powiedział. – Nie powie pan, że byłem wobec pana skąpy albo nieuprzejmy, prawda? I zawsze byłem szczery. Teraz też będę. Gdyby przyszło panu do głowy ujawnić cokolwiek z poprzednich naszych umów i układów, długo nie wyjdzie pan z więzienia. Jeśli policja udowodni panu działania wbrew interesom administracji niemieckiej, będzie bardzo niedobrze. Dla pana.

– Pan też byłby poszkodowany – zauważył Kalinowski.

Prezes skinął głową.

– Ja sobie dam radę, zapewniam. Pan natomiast, bez pracy, z żoną w ciąży...

– Będzie miała dziecko? – powtórzył zaskoczony Ignaś. – Nic nie wiedziałem.

– Teraz pan wie – uśmiechnął się prezes. – Chyba to jest powód, żeby zachowywać się rozważnie.

***

Ignaś wrócił do domu wieczorem. Sabina czekała w progu, skoczyła w jego ramiona z płaczem.

– Myślałam, że całkiem cię posadzą!

Delikatnie pogłaskał ją po głowie.

– Już w porządku. To było nieporozumienie.

– Straszne rzeczy o tobie wygadywali. Że rewolucja, bolszewizm, najgorsze słowa na świecie!

Odsunął ją na odległość ramienia.

– Czemu nic nie powiedziałaś? – zapytał nachmurzony. – Obcy ludzie wiedzą, a ja nic. Wiesz, jak się czułem?

– Chciałam – tłumaczyła się gorączkowo. – Nie zdążyłam. A jak ciebie zabrali, pobiegłam do inżyniera i powiedziałam. Liczyłam, że cię prędzej zwolnią z wiezienia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?