Dworek pod Malwami. Miłosne pułapki

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #28
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 28 - Miłosne pułapki

Saga

Dworek pod Malwami 28 - Miłosne pułapki

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801736

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

AŁŁA

Piotrogród, wrzesień 1916

Drzwi otworzyły się i pojawił się w nich młody mężczyzna o przenikliwych czarnych oczach.

– Proszę nie wstawać – powiedział z niepewnym uśmiechem. – Może się wam zakręcić w głowie...

Był wysoki i chudy, wąską twarz okalały długie włosy, niestarannie założone za uszy. Staś Kalinowski zauważył jeszcze, że palce przybyłego są poplamione żółtą substancją, być może tą samą, która pokrywała tu i ówdzie znoszone ubranie mężczyzny.

– Andrej Iwanowicz Poniewierski – przedstawił się. – Chciałem przeprosić, bo to ja was walnąłem w głowę...

– To mój mąż – uzupełniła Ałła.

Miała na sobie szary kostium i bluzkę z koronkowym żabotem. Przy abnegacko odzianym mężczyźnie wyglądała bardzo szykownie.

Poniewierski zamrugał oczami.

– Wszystko stało się tak szybko – usprawiedliwiał się. – Sądziłem, że jesteście z policji i chcecie ją aresztować...

Ałła poprosiła wzrokiem o wyrozumiałość.

– On zawsze najpierw robi, a potem myśli – oznajmiła karcąco. – Dla przyszłego lekarza to nie jest najlepsza cecha.

Staś wyciągnął rękę.

– Rozumiem – oznajmił. – Przeprosiny przyjęte.

Student z zadowoleniem uścisnął dłoń leżącego i bezceremonialnie przysiadł na posłaniu.

– Naprawdę się przestraszyliśmy – tłumaczył się. – Ja i jej brat, Anton, byliśmy w parku i wszystko wiedzieliśmy.

– Wszystko? – zaniepokoił się nagle Kalinowski.

– Jak policja rozbijała pochód – ciągnął tamten. – A potem jak wy prowadźcie Ałłę do bramy. Pojechaliśmy od razu za wami...

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Całkiem niepotrzebnie się wtrącaliście – zauważyła. – Doskonale dałabym sobie radę bez waszej pomocy. A teraz to tylko kłopot.

Staś poruszył się na łóżku.

– Przepraszam, ja zaraz...

Ałła pokręciła głową.

– Mowy nie ma – oświadczyła stanowczo. – Nigdzie was nie puszczę, póki nie nabiorę pewności, że wszystko w porządku. Obawiam się, że upadnie pan na ulicy lub coś w tym rodzaju.Przenocujecie u nas. Tu nikt wam nie będzie przeszkadzał.

– Właśnie – skwapliwie zapewnił Poniewierski. – Lepiej będzie, żebyście nie szwendali się po nocy w takim stanie. Ałła robi co prawda groźne miny, ale nie musicie się jej bać. Została przeszkolona jako sanitariuszka.

– Ale... – Staś protestował bez przekonania.

– Zostaniecie – powtórzyła zdecydowanym tonem. – Choćbym pana miała zatrzymać przemocą.

Kalinowski był osłabiony, w głowie czuł szum i nie miał siły protestować.

– Dobrze – odpowiedział. – Rzeczywiście nie czuję się najlepiej...

– Mam dobre lekarstwo – pospieszył z pociechą Poniewierski. – Zaraz Ałła zrobi wam zastrzyk. Bo ja, wiecie, jestem lekarzem, to znaczy prawie, został mi już tylko jeden egzamin do dyplomu.

Ałła roześmiała się cicho.

– Sześć razy już zdawał! – oznajmiła z podziwem. – Czy pan uwierzy? Jest strasznie uparty. Dawno miałby dyplom, ale zamiast szybko zaliczyć, on się kłóci z egzaminatorami i robi im wykłady!

– Bo to banda matołków! – mruknął Poniewierski. – Bladego pojęcia nie mają o chemii!

Dziewczyna uśmiechnęła się do Stasia

– Zaparzę herbatę – zapowiedziała. – Przyda się nam wszystkim.

Gdy wyszła, Staś spostrzegł, że w pokoju jest już mroczno, okna trzymano prawie całkowicie zasłonięte. Andrej wstał, wygrzebał z kieszeni zapałkę, potarł nią o podeszwę i zapalił lampę.

– Właściwie to dobrze, że na mnie trafiło – opowiadał. – Uderzyłem was nie tyle siłą, co sposobem. Woreczek z piaskiem, wiecie. Ale dobrze, że to ja, bo Anton to ma przyciężką rękę...

– Brat Ałly? – upewnił się Kalinowski. – A pan jest jej mężem?

Student potwierdził skinieniem.

– Na papierze. Zaraz muszę wyjść w ważnej sprawie i zostawić was sam na sam. Taki tam ze mnie mąż. Ałła zresztą doskonale daje sobie radę sama.

– To prawda – przytaknął Kalinowski. – Zachowywała się bardzo odważnie.

Poniewierski wyciągnął rękę.

– Raz jeszcze proszę o wybaczenie. Zapewniam, że nic złego panu nie będzie, proszę tylko spokojnie poleżeć i odpocząć.

– Wychodzi pan? – zapytał nieprzytomnie Staś, choć odpowiedź dopiero co słyszał.

– Niedługo zaczynam nocny dyżur w szpitalu – student skinął głową. – Orzą we mnie, jak w starą kobyłę i prawie nie płacą. Ale to już niedługo, tylko chemię zdam.

Nerwowym ruchem zerwał się z miejsca i wybiegł z pokoju. Staś żałował, ponieważ nie zdążył spytać, jak trafić do toalety. Z trudem wstał, założył marynarkę, nieco chwiejnym krokiem wyszedł na korytarz. Andrej stał tu jeszcze i mówił coś do dziewczyny znajdującej się w głębi mieszkania. Z domyślnym uśmiechem wskazał właściwe drzwi.

– Tutaj. Wołajcie, gdyby wam się zrobiło słabo.

– Nie – zaprzeczył Kalinowski. – Już czuję się całkiem dobrze, a herbata zupełnie postawi mnie na nogi.

Gdy wrócił, Ałła stawiała na stoliku przy łóżku tacę z herbatą i ciastkami.

Staś położył się, chociaż czuł się lepiej, niż mogłoby to wyglądać. Nie chciał wracać do Fiłatówki, dobrze mu było w towarzystwie pani Poniewierskiej.

– Jestem teraz za pana odpowiedzialna – powiedziała. – Pan zajął się mną w krytycznej sytuacji, chciałabym podziękować zajmując się panem w podobnych okolicznościach. Niestety, niewiele jest do jedzenia, nie spodziewałam się gości.

– Herbata wystarczy – uśmiechnął się Staś. – Nie jestem głodny.

To nie była prawda, ale nie chciał sprawić przykrości gospodyni.

Ałła usiadła na krześle obok. Staś widział ze swojego miejsca jej smukłą szyję i wysoko upięte włosy.

– Czyje to mieszkanie? – spytał.

– Mojej ciotki – powiedziała siadając na krześle obok posłania. – Nie żyje od kilku lat, nam z bratem dostało się w spadku. Chcieliśmy najpierw sprzedać, potem wynająć, ale w tych czasach nie ma zbyt wielu chętnych.

– Jest dziwnie ciche – zauważył Kalinowski. – Czy po sąsiedzku nikt nie mieszka?

– Wyprowadzili się, ponieważ kamienicę przeznaczono do rozbiórki. Jest stara, nie opłaca się remontować. Zresztą, będzie tędy przebiegała nowa ulica, mieli ją budować jeszcze przed wojną, ale do tej pory nie zaczęli. Tak więc stoi prawie pusta, tylko w oficynie kilka mieszkań jest zajętych.

– Z waszego punktu widzenia, to chyba nawet wygodne takie odludne miejsce – zauważył Staś.

– Z naszego? A, tak, ma pan rację.

Przyglądała się Stasiowi, jak je ciastka i pije herbatę. Patrzyła spod lekko przymrużonych powiek, ale nie mówiła, co jej chodzi po głowie.

– Sprawiam kłopot – odezwał się Staś. Zaprzeczyła ze spokojem.

– Mówiłam, że nie. Poza tym jestem panu coś winna za tamto...

– Nie ma czym mówić.

– Jest. Bałam się jak nigdy dotąd.

Kalinowski podniósł brwi.

– Pani? Osoba, która osobiście rzucała bomby?

Ałła Poniewierska uśmiechnęła się przepraszająco.

– I za to chciałam przeprosić. Nagadałam panu głupstw.

– Więc to nieprawda?

– O bombach? Prawda tylko w części. Nie rzucałam, byłam, jak to u nas mówimy, w obstawie akcji. A skłamałam, ponieważ chciałam zrobić na panu wrażenie. Wzięłam pana za rewolucjonistę i chciałam, żeby nie uznał mnie pan za niedoświadczoną.

Kalinowski odsunął talerzyk z ciastkami, zjadł tylko dwa.

– Dziękuję, ale trochę kręci mi się w głowie...

Pochyliła się nad posłaniem, dotknęła jego czoła wierzchem dłoni.

– Nie – odetchnęła z ulgą. – Nie ma pan gorączki.

– Ale jest mi gorąco.

– To od herbaty.

Staś nie przyznał się, że jest mu gorąco także z powodu obecności dziewczyny. Jej zapach, gdy była tak blisko, wydawał mu się nieodparcie przyciągający, a wspomnienie dotyku jej ciała wywoływało dreszcz. Prawdopodobnie odgadła, jak na niego działa, bo czasem pochylała się w jego stronę niby przypadkiem.

– Bardzo się bałam – opowiadała. – To była moja pierwsza prawdziwa akcja. Przyniosłam transparent i miałam go zabrać z powrotem. Nie sądziłam, że pojawią się problemy z policją. Wydawało się, że po prostu pochód przejdzie przez park, a policja nie będzie interweniować.

Przez chwilę rozmawiali o wydarzeniach, starannie jednak omijając wątek osobistego kontaktu, jaki im się zdarzył, a który pozwolił uniknąć aresztowania.

– Jeszcze raz przepraszam za mojego brata i Andreja. Koniecznie chcą się wykazać. Ich zdaniem prawdziwa rewolucja jest blisko i obawiają się, że na nią nie zdążą.

– Taka chęć uczestnictwa to przywilej młodości – powiedział Staś. – Mój przełożony często powtarza, że ...

Miał ochotę ugryźć się w język. Wcale nie zamierzał wspominać o pułkowniku Dobrowolskim ani o swojej z nim pracy, ale odruchowo chciał okazać dziewczynie zaufanie i potraktował ją jak kogoś znajomego.

 

Zerknęła spod oka, w jej spojrzeniu znowu pojawiła się czujność.

– Przełożony? Jak się nazywa?

Kalinowski uśmiechnął się przepraszająco.

– Niedobroj – wymyślił na poczekaniu. – Kapitan Niedobroj.

– Dziwne nazwisko – skomentowała.

– Co w nim dziwnego? Nazwisko jak nazwisko.

Staś był zły na siebie za nieostrożność. Co się ze mną dzieje? – myślał z przerażeniem. – Ta dziewczyna osobliwie łatwo wyciąga ze mnie, co tylko zechce. A ja nagle przestałem umieć kłamać. Cóż to za kamuflaż, jeśli pułkownikowi Dobrowolskiemu dałem pseudonim Niedobroj? Największa ofiara losu w wywiadzie odgadłaby, o kim mowa. Cała szczęście, że Ałła Poniewierska nie jest agentem wywiadu.

Patrzył na nią, na zielone uwodzące oczy, małe ponętne usta, prosty nos, małe bardzo kształtne uszka.

Drzwi otworzyły się bez żadnego uprzedzenia.

– Ałła, chodź wreszcie do kuchni – odezwał się Andrej Poniewierski. – Daj towarzyszowi odpocząć. I nie kuś człowieka.

– Już idę – rzuciła swobodnie. – I nie ma mowy o uwodzeniu.

Mężczyzna przy drzwiach ostrzegawczo podniósł rękę.

– Niech pan uważa – poradził. – Ona potrafi zawrócić w głowie.

– Już mi się w niej kręci – przyznał Staś. – Ale to chyba od tego pańskiego woreczka z piaskiem...

Poniewierski, zawstydzony, zniknął za drzwiami. Ałła roześmiała się cichutko.

– Chyba pan w to nie wierzy, co mówi Andrej? – spytała prowokująco.

Jej zielone uśmiechnięte oczy mówiły jednak co innego. Staś był skrępowany sytuacją i obecnością innych osób.

– Nikomu nie powinien pan o tym mówić – odezwała się Ałła. – Nie powie pan? Zwłaszcza im dwóm.

– O czym? – zapytał, choć oczywiście doskonale wiedział, jaki epizod z ich krótkiej znajomości dziewczyna ma na myśli.

– O tym, jak pan szukał...

– Nie powiem – zgodził się. – Ustaliliśmy, że to będzie nasza tajemnica.

Ałła Poniewierska opuściła powieki.

– Teraz to się dopiero wstydzę – powiedziała. – Wtedy się speszyłam, ale bardziej chyba byłam przestraszona. W tej chwili jednak, gdy lęk zniknął, to wstyd mi jeszcze bardziej...

– Nie trzeba. To zapewne krępujące, ale jak sama pani wie, nie było innego sposobu...

Wyciągnęła rękę i nagle dotknęła jego dłoni.

– Słowo, że nikt się nie dowie?

– Słowo – obiecał.

Cofnęła dłoń, poprawiła włosy nad uchem.

– Myślałam, że zemdleję... – szepnęła.

Staś uśmiechnął się przekornie.

– Naprawdę? Wydawała się pani całkowicie opanowana.

– Siłą woli!

Przekomarzali się jeszcze przez chwilę, szepcąc, żeby nie usłyszał tego nikt za drzwiami, a może z tego powodu, że zdarzenie, w jakim brali udział, nie powinno być omawiane głośno.

– Coś dziwnego działo się ze mną – oznajmiła. – Byłam na granicy...

Staś czuł, jak kręci mu się w głowie. Męczący dzień, przeżycia, cios woreczkiem, obecność tej kobiety... A, i jeszcze Wierlińska... jak to się stało, że całkiem zapomniał o Lisie Wierlińskiej?

Poprawił się na posłaniu.

– To dziwne – zauważył. – Powinienem się czuć lepiej, a czuję się jakby gorzej. W głowie mi szumi coraz bardziej, ręce jakoś ciążą...

Ałła Poniewierska uśmiechnęła się i poklepała jego dłoń na pościeli.

– No, widzi pan, jak dobrze, że zatrzymałam pana tutaj? Jeszcze nie jest pan zdrowy. Proszę odpocząć, jutro będzie wszystko w porządku.

Podniosła się z ociąganiem i Staś przysiągłby, że zrobiła to zupełnie bez chęci. Był przekonany, że gdyby wpadało, albo może gdyby nie było nikogo w pobliżu, zostałaby na dłużej.

Nagle, zupełnie nie wiadomo z jakich powodów, zapachniało mu domem. Może to niezbyt jasne światło naftowej lampy, trzeszczące meble, albo przetarty dywan skojarzyły mu się z dworem w Kalinówce – zapachem drewna, kurzu, dymu z ojcowskiej fajki i wonią ogrodu wchodząca przez otwarte okna.

– Proszę zostać – poprosił niespodziewanie dla siebie. – Tak mi przyjemnie patrzeć na panią.

– Tak? – podniosła brwi. – Co pan chce przez to powiedzieć?

Staś spróbował podnieść się na posłaniu, jednocześnie usiłował skupić się nad udzieleniem odpowiedzi. Z niewiadomych powodów okazało się to bardzo trudne.

– Chodzi mi o to, że...

Nie dokończył. Głowa opadła mu na poduszki.

Ałła Poniewierska wstała z krzesła. Gdy podeszła do drzwi, były otwarte i stał w nich Andrej.

– Wreszcie! – mruknął. – Myślałem, że nigdy nie zaśnie.

Ałła patrzyła z oczekiwaniem.

– Co o nim myślisz?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Róbmy swoje. Będzie spał do rana.

PODEJRZANY

Staś Kalinowski obudził się z silnym bólem głowy, poczuciem rozbicia i ciężaru przygniatającego piersi, a gdy otworzył oczy, zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Trwało długą chwilę, zanim zorientował się w sytuacji i przypomniał sobie ostatnie wydarzenia.

Okna okazały się szczelnie zasłonięte, w pokoju było prawie ciemno, nie mógł ocenić, czy jest jeszcze jest wieczór, czy już ranek.

Poruszył się, spróbował podnieść, ale utrudniało mu to poczucie przytłaczającej ociężałości. Coś jeszcze trzymało go w pościeli. Z wielkim zaskoczeniem stwierdził, że obie ręce ma przywiązane do wezgłowia. Ktoś owinął mu przeguby białymi jedwabnymi szalikami i uwięził.

Szarpnął się, ale pęta trzymały mocno. Miotał się dalej, bezskutecznie próbując ocenić siłę zastosowanych węzłów. Rzucając się po łóżku wywołał hałas, który spowodował zainteresowanie kogoś z drugiej strony drzwi. Zanim zdążył odgadnąć, kto uwięził go na posłaniu, zobaczył Ałłę Poniewierską.

Wniosła lampę naftową, którą postawiła na kredensie. Lampa była niewielka, dawała mało światła, toteż duża część pokoju tonęła w półmroku.

– Obudził się pan? – spytała Ałła z miłym uśmiechem.

– Co znaczy to uwiązanie? – spytał z oburzeniem.

Dziewczyna nie zmieniła wyrazu twarzy, jak gdyby zwabianie młodych mężczyzn do tego pomieszczenia i wiązanie ich należało do jej stałych praktyk.

– Niewygodnie? – wskazała wzrokiem wezgłowie. – Och, to drobiazg, zaraz pana uwolnię.

Była ubrana tylko w jedwabny szlafrok. Staś goraczkowo zastanawiał się, czy zaszło coś, czego może nie pamiętać.

– Rzucał się pan – powiedziała. – Doktor, to znaczy Andrej, poradził, żeby przywiązać ręce. Bał się, aby nie zrobił pan sobie krzywdy.

– Co takiego?! Spętał mnie dla mojego dobra?

Poczucie absurdalności sytuacji i wielka dziura w pamięci były bardzo przykre. Staś próbował przypomnieć sobie cokolwiek z tego, co zdarzyło się od momentu, gdy obudził się pierwszy raz w tym pokoju, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

– Czy my... – zapytał niepewnie. – Czy coś...? Zachichotała cichutko.

– Co pan sugeruje? Och, doprawdy znowu jestem bardzo zawstydzona...

Szlafrok nie miał zapięcia ani paska, Ałła co chwila poprawiała jego poły, aby się nie rozchylał.

– Więc?... – zmarszczył brwi Kalinowski. – Obawiam się, że ja nic nie pamiętam...

Dziewczyna usiadła na krześle tuż obok.

– To przez Andreja – wyjaśniła swobodnie. – Mówiłam, że ma kłopoty z chemią. Jego profesor eksperymentuje z pewnymi środkami, badając ich wpływ na organizm człowieka...

Staś domyślił się reszty.

– Podała mi pani coś w herbacie?

Skinęła głowa.

– Bardzo chciałabym, żeby Andrej wreszcie skończył studia.

Kalinowski był niezadowolony, że nieznajomi ludzi wybrali go sobie za przedmiot badań.

– Pani chyba oszalała? – zapytał. – Przecież nie potraktowałaby mnie pani w ten sposób dla żartu.

– Oczywiście, że nie ... ..

Jej zielone oczy patrzyły uważnie i taksujaco.

– Może właśnie oszalałam... Spodobał mi się pan – powiedziała. – Chciałam pana zatrzymać.

Staś szarpnął ramionami.

– Proszę mnie rozwiązać!

Ałła pokręciła głową.

– Nie mogę, póki lekarz nie pozwoli. Andrej mówił, że ma pan pozostać przywiązany. Podobno te lekarstwa, które testują, działają bardzo silnie i niektórzy pacjenci źle je znoszą.

– Czuje się dobrze – zaprzeczył Kalinowski. – Zaaplikowany środek już nie działa. Może mnie pani uwolnić.

Ałła nie ruszyła się z miejsca.

– Mówił mi, że to jest typowy objaw, więc nie należy ufać wrażeniom pacjenta.

Staś był zdenerwowany, absurd sytuacji coraz większy.

– Wygląda to jak porwanie – zauważył. – Pani z mężem i bratem porwaliście mnie na ulicy i więzicie, a za to można odpowiadać...

– To nie jest mój mąż – przypomniała spokojnie. – Już panu tłumaczyłam.

– A brat?

– Co brat?

– Czy brat jest prawdziwym bratem? Przypominam sobie, że jego nie miałem okazji zobaczyć.

– Jak najbardziej prawdziwy. Ma na imię Anton, lat dwadzieścia cztery.

– Ale nie jest lekarzem?

– Nie.

– I nie prowadzi eksperymentów medycznych?

– Oczywiście, że nie.

– To czemu bierze w tym udział? Dlaczego farmakologiczne próby pani męża, czy też znajomego, nie odbywają się w szpitalu, klinice albo innym stosownym miejscu?

Ałła wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Ja się na tym nie znam. Andrej powiedział, że jest okazja przeprowadzić eksperyment, skoro pan już tu jest, więc zgodziłam się. Nie od razu, musiał mnie przekonywać. Normalnie badania, o których pan, mówi są drogie. Skąd biedny student ma brać pieniądze?

Kalinowski wprost zgrzytał zębami z jej beztroskiej miny.

– Ale to się odbywa moim kosztem! Dopiero pani mi dziękowała za pomoc, a teraz traktuje w taki sposób?!

Ałła Poniewierska uśmiechnęła się przepraszająco.

– Liczyłam, że pan zrozumie. Jestem bardzo wdzięczna, że pan mnie uratował. I szczerze podziękowałam, oni też. Ale to, co dzieje się teraz, to jest zupełnie inna sprawa.

Staś Kalinowski zamilkł. Opadł na posłanie, odwrócił głowę. Starał się uspokoić organizm, wyrównać oddech, opanować pulsowanie krwi w skroniach.

Tylko spokojnie. Spokojnie. Najpierw dowiedzmy się, o co chodzi, oceńmy sytuacje. Potem zastanowimy się, jak z niej wybrnąć. – myślał.

Ałła Poniewierska pochyliła się i łagodnie poklepała skraj pościeli.

– Domyślam się, że pan się czuje niezręcznie. Ja również. Chciałam złagodzić pańskie dolegliwości po tym... hm... niepotrzebnym uderzeniu. Mam nadzieję, że nie jest to dla pana zbyt uciążliwe i przykre ...

– Nie jest uciążliwe? Przecież jestem związany!

Pokręciła głową.

– To dla pańskiego dobra – przypomniała. – Przez nieporozumienie został pan zaatakowany i poszkodowany. Andrej zastosował leczenie.

Staś zaklął w myślach. Miał ochotę powtórzyć głośno, ale mimo narastającej w nim irytacji, udało mu się powstrzymać.

– Kiedy wróci? – zapytał po chwili

– Nie wiem. Powinien już być.

– I rzeczywiście do czasu jego powrotu mam znajdować się w takiej dziwacznej pozycji?

– A coś w niej panu się nie podoba? – zamrugała powiekami.

W głosie dziewczyny była spora doza prowokacji, sytuację traktowała swobodnie i żartobliwie.

– Niejeden mężczyzna marzy o takiej okazji – zauważyła prowokująco. – Sam na sam z kobietą. Zasłonięte okna, ona w stroju niezbyt dopiętym, on w łóżku...

Stasiowi nie miał ochoty na żarty.

– Ta sytuacja może i byłaby godna pozazdroszczenia – zgodził się. – Ale pod warunkiem, że nie miałaby w sobie elementu przymuszenia.

Ałła Poniewierska wstrząsnęła głową.

– A w parku? – spytała. – Czy wówczas nie byłam w sytuacji przymusowej? Czy powie pan, z ręką na sercu, że dotykał tylko transparentu?

Staś nagle zawstydził się. Bardzo dobrze pamiętał ten moment w parku, gdy jego dłonie badały ciało dziewczyny w poszukiwaniu ukrytego materiału.

– Chyba tak – przyznał po chwili. – Ale odniosłem wrażenie, że pani opór...

– Co mój opór? – podchwyciła.

– Nie był zbyt wielki.

Zaśmiała się cicho.

– Oto mężczyźni! – oświadczyła. – Wykorzystają kobietę, a potem twierdzą, że uczynili tak z powodu okoliczności, albo że zostali zachęceni. Może miałam się z panem szarpać na oczach policji?

Oczy panny Poniewierskiej śmiały się, gdy wodziła wzrokiem po jego postaci pod cienkim kocem.

 

Przesiadła się na brzeg posłania.

– Teraz mogłabym... odpłacić panu – zauważyła.

– Odpłacić? – zdziwił się.

– Wykorzystać sytuację, jak pan uczynił to wczoraj...

Pochyliła się i jej usta dotknęły ust Stasia. Zaskoczony, zamarł na sekundę, by zaraz potem odpowiedzieć pocałunkiem. Ale natychmiast odchyliła się i uciekła z jego zasięgu.

– Pan ma rację – oznajmiła, odruchowo zakrywając klapy szlafroka. – Pomyślałam już wtedy, ż e zapewne nie miałabym nic przeciw temu. Okoliczności były niezwykłe, ale tak pomyślałam...

– A co pani myśli teraz?

Szum w głowie Stasia narastał gwałtownie nie tylko za sprawą zaaplikowanego mu preparatu. Dojmująco ogarniał go zapach kobiety i jej bliskość.

Ałła Poniewierska nagle wyprostowała się, a jej twarz nabrała powagi.

– Szkoda – odpowiedziała posmutniałym nagle głosem. – Szkoda, że to jest takie poplątane...

Kalinowski, zaskoczony zmianą nastroju dziewczyny, nie zdążył zapytać, co go spowodowało. Ałła bez słowa wyjaśnienia wyszła z pokoju. Staś bezsilnie opadł na poduszki.

– Chyba śnię... To nie dzieje się naprawdę...

Ałła Poniewierska wróciła już po krótkiej chwili. Miała w rękach kilka drobnych przedmiotów, które od razu rozpoznał.

– Przeszukała pani moje ubranie? – zapytał. – W jakim celu?

Z poważną miną dziewczyna usiadła na poprzednim miejscu.

– Kim pan jest, panie Kalinowski? – spytała. – O ile tak rzeczywiście się pan nazywa.

– Owszem – przytaknął. – Stanisław Michajłowicz Kalinowski.

W ręku Ałly znajdowało się zaświadczenie, które Staś otrzymał przy wypisie ze szpitala.

– Bohater, co? – zapytała Ałła, a w jej głosie była lekka ironia. – Bił się pan dla burżujów i w imię ich interesów? Chyba nieźle nawet, skoro dostał pan order. Święta Anna. Pogratulować. A za co dano panu coś takiego? Za zabijanie niewinnych ludzi, takich jak ja, bezbronnych ofiar wielkiego kapitału i rządzącej klasy posiadaczy?

Kalinowski pokręcił głową.

– Byłem na froncie – potwierdził. – Nie z własnej woli, tak się ułożyły sprawy, nie zamierzam się tłumaczyć, w dodatku w zaistniałych okolicznościach. I co teraz? Oświeci mnie pani? Będzie tu trzymać o chlebie i wodzie, aż zostanę nawrócony? Na jaką religię? Tamci dwaj, pani mąż i brat, to pewnie członkowie Partii Socjalno-Rewolucyjnej. Pani oczywiście też. Ale ja nie należę do żadnej z organizacji rewolucyjnych i nie zamierzam wstępować.

Ałła Poniewierska przeglądała inne dokumenty.

– Co właściwie pan robił w parku i czemu akurat wtrącił się do mojej sprawy?

– Wtrąciłem się?!

– Wszystko jedno jak to nazwiemy, jestem wdzięczna, że pomógł mi pan uniknąć aresztowania. Ale zastanawiam się, czy nie poszło to zbyt łatwo...

– Proszę?

Podniosła w górę kartonik, wizytówkę profesora Fiłatowicza-Burskiego.

– Ta wiztówka daje wiele do myślenia – zauważyła. – Zwłaszcza mojemu bratu. Interesuje go, czemu akurat tam znalazł pan schronienie? Nie brakuje w Piotrogrodzie ludzi zaufanych i bardziej wartościowych. Mój brat uświadomił mnie, żebym była ostrożna. Nawet pan to mówił. Dlatego pytam, zachowywał się pan w taki sposób, jakby wiedział, co i jak się zdarzy. Jakby pan nie był tam wcale przypadkowo i wcale nieprzypadkowo stanął na mojej drodze...

– Co takiego? – zdziwił się. – Sugeruje pani...

Zielone oczy Ałly Poniewierskiej patrzyły niespokojnie.

– Tak – przyznała. – Oni podejrzewali, że jest pan agentem Ochrany.

– Ja?!

Tyle było w jego głosie oburzenia i zdumienia, że spojrzenie Auły lekko złagodniało.

– Skąd pani to przyszło do głowy? – spytał ze śmiechem.

Dziewczyna przyznała, że to z powodu jego pewności siebie i umiejętności wybrnięcia z sytuacji.

– Byłam bardzo zdenerwowana. A pan zachowywał się tak, jak gdyby takie sytuacje były dla pana codziennym chlebem.

Staś wzruszył ramionami.

– Byłem na froncie – przypomniał. – I w niewoli. Widziałem dość, żeby bać się mniej.

Podniosła brwi.

– W niewoli? Ktoś to może potwierdzić?

Staś uświadomił sobie, że nikt nie wie, kim jest, że nie ma w całym Piotrogrodzie nikogo, komu mógłby zaufać bezgranicznie, kto wziąłby go w obronę, czy choćby tylko mógł poświadczyć jego dobre intencje. Świadomość ta była pełna goryczy.

– A po co to pani? – warknął. – Już mnie pani przecież osądziła.

– Jeszcze nie! – zaprzeczyła. – Moje zdanie na ten temat zależy tylko od pana. Jeśli odpowie pan szczerze...

Zastanawiał się przez sekundę, czy zależy mu na tym, żeby ta dziewczyna miała o nim określone zdanie.

– Spróbuję – oznajmił niechętnie.

– Co więc pan robił w parku?

– To samo, co setki innych mieszkańców Piotrogrodu. Przyszedłem na festyn z moim kolegą, kapitanem Fiłatowiczem, u którego chwilowo mieszkam. Leżeliśmy razem w szpitalu, zaprosił mnie do domu swego ojca, bo nie miałem gdzie się podziać. Nikogo innego nie znam w tym mieście.

Ałła Poniewierska zmarszczyła brwi.

– Kłamca! – rzuciła z odrazą.

– Czemu pani tak mówi?

– Nikogo pan nie zna? – zakpiła. – Widziałam, jak się pan całował z panną Wierlińską. Z nieznajomą? Ciekawe! Ja panu powiem, kim ona jest – reprezentantką tej burżujskiej zgniłej klasy, przeciw której szykujemy rewolucję.

– Spostrzegła nas pani w tym wielkim tłumie? – spytał zaskoczony. – Jak pani mogła obserwować Werlińską, skoro brała pani udział w manifestacji?

Ałła wzruszyła ramionami.

– Wyznaczono mi zadanie specjalne – wyjaśniła. – Było umówione, że zabieram transparent, gdyby doszło co do czego. Nie szłam w pochodzie, stałam z boku i widziałam was, proszę nie zaprzeczać.

– Nie zamierzam się wypierać – zgodził się. – Pomogłem zanieść jej puszki z datkami do miejsca, gdzie je przyjmowano. Były ciężkie.

– A przy tym wykorzystał pan okazję.

– Tak – potwierdził. – Wykorzystałem.

Ałła Poniewierska patrzyła z naganą.

– Mam uwierzyć, że jej pan nie znał wcześniej?

– Nie znałem.

– I tak po prostu całował pan zupełnie nieznajomą kobietę?

– Pani też nie znałem wcześniej – odparował. – Ale może już tego dosyć, co? Proszę mnie zaraz uwolnić. Kapitan Fiłatowicz z pewnością już mnie szuka i zaraz tu będzie.

Roześmiała się cicho.

– Ciekawe, jakim cudem? – spytała.

– To nie zawiadomiła pani, że tu jestem? – domyślił się.

Ałła wzruszyła ramionami.

– Oczywiście, że nie zawiadomiłam! Tylko tego by brakowało! Miałam może sama iść i powiedzieć, że mój mąż dał panu po głowie? Już widzę, jak mnie witają, burżuje!

Był nachmurzony, nie zauważył życzliwego spojrzenia dziewczyny.

– Wierzę panu – powiedziała. – Wszystko, co teraz robię, jest w pana interesie, zapewniam. Oni twierdzą, że jest pan dla nas zagrożeniem..

– Groźny dla was? – prychnął. – Niby w jaki sposób?

– Poznał pan ich, zna nazwiska i rysopisy, ten adres i tak dalej. To grozi dekonspiracją.

Staś patrzył na Ałłę spod oka.

– Szykujecie coś? – zapytał. – Coś znacznie poważniejszego, niż manifestacja i wymachiwanie czerwoną flagą?

Spojrzała na niego spłoszona.

– Pan wie?

Wzruszył ramionami.

– Mówiłem, że jesteście nieostrożni i łatwo was rozszyfrować. Ale niczego nie chcę wiedzieć.

Patrzyła z zastanowieniem, ale jeszcze nie była przekonana.

– Proszę pomyśleć – zażądał z naciskiem. – Nie pytałem o nazwiska i adresy. Sami się przedstawiliście, sami mnie tu przy wieźliście. Czy prosiłem, żeby mnie walić w głowę i zabierać tutaj?

Ałła Poniewierska spojrzała spod przymrużonych powiek.

– Prawda – przyznała. – Mogliśmy pana zostawić i nie dowiedziałby się pan niczego więcej.

– Jaki więc z tego wniosek? Nie jestem groźny ani dla pani, ani dla nich.

Skinęła głową.

– Oni poszli się naradzić.

Zdziwił się.

– To nie mogli tutaj?

– Mają taki zwyczaj, że chodzą gdzie indziej.

– Kiedy wrócą?

Wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia.

Demonstracyjnie rzucił się na poduszki i leżał bez ruchu wpatrzony w sufit. W pokoju paliła się tylko jedna lampa, wielkie pomieszczenie tonęło w półmroku. Staś leżał z rękami pod głową, patrzył na sufit zdobiony gipsowymi sztukateriami. Przedstawiały obrazki ogrodu, winne grona, kwiaty, liście, gałązki, a także obłoki, wśród których uwijały się małe pucołowate amorki z napiętymi łukami.

Ałła Poniewierska westchnęła.

– To rzeczywiście może potrwać – przyznała. – Powinnam pana uwolnić.

Podniosła się i usiadłszy na brzegu łóżku, zaczęła rozsupływać węzeł szalika krępujący lewą rękę Kalinowskiego. Szło opornie, bo zacisnęły się mocno podczas wcześniejszej szarpaniny. Szamotała się coraz bardziej niecierpliwie.

– Spokojnie – poprosił.

– Trzyma solidnie – mruknęła ze złością. – Sama to wiązałam.

– Można przeciąć – podpowiedział.

– Dobry pomysł.

Wyszła i po chwili wróciła z dużym nożem kuchennym. Stała z nim w ręku naprzeciw posłania.

– Na pewno mogę panu zaufać?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?