Dworek pod Malwami. Płomień i dym

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #24
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 24 - Płomień i dym

Saga

Dworek pod Malwami 24 - Płomień i dym

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801774

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

POWRÓT PANA JACKA

Lato 1916

Jacek Nowacki wrócił do domu o niezwykłej porze. Śniadania jadano w Topolanach o ósmej. Pan Jacek nigdy nie lekceważył pory posiłków i wymagał punktualności w ich podawaniu.

Ale tego ranka wszystko było inaczej. Pan Nowacki, którego spodziewano się już wieczorem, pojawił się dopiero rano, tuż po wschodzie słońca. Lokaj Makary Maksymowicz otworzył drzwi i nie zdziwił się, widząc pana Jacka, ponieważ pan Nowacki przychodził czasem o dziwnych porach. Zdziwił go natomiast strój pana – przemoczony, pomięty i niekompletny.

– Czy podać kieliszek koniaku, wielmożny panie? –zapytał Makary.

Ogień w domu był wygaszony, zrobienie herbaty byłoby nieco kłopotliwe, a lokaj ocenił, że przemoczony pan potrzebuje czegoś na rozgrzewkę.

Pan Nowacki nie odpowiedział. Był blady, wzrok miał nieobecny. Bez słowa minął służącego, w przemoczonym płaszczu i przemoczonych butach poszedł wprost do swojego gabinetu.

Po kilku minutach Makary zapukał, żeby spytać, czy może podać kolację z poprzedniego wieczora. Ale nie doczekał się odpowiedzi.

Makarego zdziwiło jeszcze coś jeszcze. Pan Nowacki nie wrócił powozem, jakim wyjechał poprzedniego dnia.

O siódmej rozpalono ogień pod kuchnią, a lokaj nakazał pokojówce nakrywać do śniadania. Zanim skończyła swoją robotę, przyjechał pan Zdzisław Skórnicki ze Złotnik, dwukonną bryczką.

Ale nie zachowywał się jak zwykle, gdy nadjeżdżał powoli, z dostojeństwem, żeby go wszyscy widzieli i mogli ocenić strój i fantazję. Wpadł na podwórze jak szalony, prawie w biegu zeskoczył z kozła, nie troszcząc się o konie i biegł ku schodom z okrzykami. W ręku miał dubeltówkę.

– Zabiję! – wołał na całe gardło. – Zabiję na miejscu!

Makary próbował zasłonić sobą drzwi, ale pan Skórnicki odepchnął go ramieniem.

– Wyłaź! – krzyczał, wpadając do środka. – Wyłaź natychmiast!

Bywał w Topolanach i bardzo dobrze wiedział, które drzwi prowadzą do poszczególnych pomieszczeń. Minął korytarz, wbiegł do salonu, zajrzał do sypialni, na koniec pobiegł do gabinetu.

– Zabiję!

Dobijał się do drzwi, szarpał klamkę, wreszcię strzelił. Pocisk wyrwał dziurę przy zamku, ale nie na wylot, drzwi nadal nie dawały się otworzyć.

– Pan Nowacki postawił pod drzwiami sekretarzyk – wyjaśnił później Makary.

Zdzisław Skórnicki był bardzo wzburzony. Wykrzykiwał groźby, walił w deski kolbą dubeltówki. Miał pretensje do gospodarza, ale z jego słów, gwałtownych, pomieszanych, trudno było rozeznać, czym naraził się mu pan Jacek.

Makary próbował wpłynąć na gościa, żeby się uspokoił, ale cały czas pamiętał, że pan Skórnicki ma drugi nabój w lufie i zachowywał daleko idącą ostrożność.

Nigdy nie widział pana ze Złotnik w takim stanie, pan Zdzisław uchodził za człowieka spokojnego i nadzwyczaj opanowanego. Teraz zachowywał się niczym ranne zwierzę. Bił w drzwi krzesłem, kopał, walił kolbą.

– Ty pomiocie czarci! – wołał. – Bezbożniku! Zbóju bez sumienia!

Użył kilku mocniejszych wyrazów, ale Makary nie chciał ich powtórzyć. On sam gorączkowo myślał, jak przerwać tę groźną sytuację.

– Nie wiedziałem, co robić – opowiadał. – Bałem się, że jednak wyłamie drzwi, a wtedy wszystko skończy się tragicznie. Pan Skórnicki nie słuchał naszych próśb, koniecznie chciał się policzyć z moim panem.

Jedyny pomysł, jaki przyszedł lokajowi do głowy, polegał na tym, że zostawił na miejscu pokojówkę, by próbowała błagać o spokój, a sam pobiegł na zewnątrz domu, pod okna gabinetu. Zamierzał nie tylko podpowiedzieć panu Nowackiemu drogę ucieczki, ale i pomóc w opuszczeniu pomieszczenia.

W tym właśnie momencie nadjechał ksiądz Miodyński. Proboszcz, choć słusznego wieku i tuszy, szybko zorientował się w niebezpieczeństwie, wpadł do domu, zasłonił postrzelane drzwi i imieniem Boga usiłował powstrzymać napastnika.

– Stój! – wołał. – Albo mnie przeważnie zabij!

Pan Skórnicki opuścił dubeltówkę, ale nie chciał zdradzić powodów swojego wzburzenia. Rozpłakał się, usiadł na podłodze, a zaraz potem pozwolił sobie odebrać broń.

Tymczasem Makary przebiegł na zewnątrz domu, dopadł do okna gabinetu z zamiarem uwolnienia pana i umożliwienia mu ucieczki.

Okno zastał otwarte, a po panu Nowackim nie było śladu.

Gdy służący wrócił do domu, zobaczył dwóch mężczyzn siedzących na podłodze pod drzwiami gabinetu Nowackiego, pogrążonych w cichej rozmowie, jakby spowiedzi. Makary chciał się wycofać, dostrzegli go i ksiądz Miodyński skinął dłonią.

– Gdzie twój przeważnie pan?

– Uciekł – odpowiedział służący.

– Przez okno? – domyślił się duchowny.

– Przez okno.

Pan Skórnicki chciał wstać, ale proboszcz zatrzymał go, siłą przytrzymując na podłodze.

– Posiedźmy jeszcze – poprosił. – Słyszysz przecież, że jego tu i tak przeważnie nie ma.

Pan Skórnicki po chwili przestał się szamotać. Pół godziny później odjechali obaj bryczką księdza. Pojazd pana ze Złotnik odesłano do dworu po południu.

Pan Jacek Nowacki nie wrócił na obiad.

***

We dworze w Złotnikach ksiądz Miodyński siedział naprzeciw pana Skórnickiego i nie spuszczał z niego oka. Gospodarz uspokoił się, nie szalał już, nie wykrzykiwał, ale w jego wzroku widać było tępą determinację.

– Zabiję drania! – powtarzał. – Zabiję bez żadnej litości!

Ksiądz Miodyński przemawiał łagodnym głosem, starając się wpłynąć na porzucenie tak strasznych zamiarów.

– Spokojnie, kochany panie Zdzisławie – mówił. – Spokojnie trzeba. To grzech takie rzeczy mówić i tak przeważnie planować.

– Jak on mógł?! – syczał pan Zdzisław. – Jak mógł tak postąpić?! Gościłem go w moim domu, zapraszał nas co siebie. I nagle... i nagle coś takiego! Nie mogę uwierzyć!

Proboszcz ściskał Skórnickiego za ramię

– Zemstę pozostaw mnie, mówi Pan Bóg. Nie wolno Go wyręczać i gubić swojej duszy. Słyszysz mnie? Nie wolno gubić duszy!

A gdy pan Zdzisław warknął, że nie może ścierpieć takiej plamy na honorze, ksiądz Miodyński zauważył dobitnie, że najgorsze się jednak nie stało.

– Obroniła się Haneczka – oświadczył z uznaniem. – Przeważnie sprytem się obroniła. To najważniejsze, że nie odniosła szkody.

Ksiądz wiedział o wszystkim szczegółowo, poznał wydarzenia podczas spowiedzi.

– Nie stało się najgorsze – powtórzył. – Ty odstąp od zemsty, panie Zdzisławie. Odstępując uratujesz przeważnie swoją duszę, a i świat nie dowie się, czego wiedzieć nie powinien.

– Więc jemu miałoby to ujść na sucho?! – oburzył się Skórnicki. – Napadł na moje dziecko i miałby ujść bez kary?!

Proboszcz ścisnął ramię ziemianina.

– Bóg karę wymierzy, bądź tego pewny. A może stanie się to i szybciej, niż się nam przeważnie zdaje. Ufaj bożej sprawiedliwości. Ufaj!

***

Makary Maksymowicz, lokaj i stangret w Topolanach, przyniósł do kuchni wiklinowy koszyk.

– Włóż coś do jedzenia – polecił kucharce. – Ser, kiełbasę, chleb. I coś słodkiego. Pójdę naprzeciw pana, nie może przecież chodzić głodny.

Kucharka zakrzątnęła się nad napełnieniem koszyka, ale nie kryła wątpliwości.

– Gdzie się Makary wybiera? Przecież nie wiadomo, w jaką stronę pan poszedł.

– Poszukam.

Wziął przygotowany koszyk, dołożył do niego małą butelkę wina, wyjętą z zamykanej na kluczyk szafki. Wszystko przykrył lnianą serwetką i wyniósł przed dom, gdzie czekała już jednokonna dwukółka. Postawił koszyk przy nogach, przykrył go kawałkiem płótna.

– Niedługo wrócę – zapowiedział. – Gdybym się minął z panem, będziecie wiedzieć, co i jak.

Wcześniej poświęcił długą chwilę, aby wytłumaczyć kobietom, że nic im nie grozi. Pokojówka i kucharka obawiały się powrotu pana Skórnickiego, ale Makary twierdził, że pan Zdzisław już nie wróci z dubeltówką.

– Ksiądz proboszcz obiecał zająć się nim i przypilnować. Gdyby pan wrócił, tak i jemu powiecie. Że ksiądz proboszcz obiecał go przypilnować.

***

Makary objeżdżał okolicę, wypatrując pana Nowackiego po drogach, dróżkach i polach. Pan Jacek uciekł w ostatniej chwili, pieszo, nie mógł odejść zbyt daleko. Makary zakładał, że pan może być ukryty gdzieś w pobliżu domu, specjalnie więc jeździł powoli, kręcił się, wracał, aby pokazać, że czeka. Jechał naokoło i na skróty, nie gardząc bocznymi drogami, ścieżkami nieledwie pomiędzy polami a zagajnikami. Zaczął od wsi, choć zakładał, że nie spotka tam pana Nowackiego, ale gdyby pan kogoś spotkał, to mógłby się od niego dowiedzieć, że Makary jeździ i jeździ w kółko.

Kilkakrotnie trafiał na obrzeże niedalekiej wsi Potoka, opuszczonej od poprzedniego roku, zrujnowanej. Najpierw porzucili ją mieszkańcy, z całym dobytkiem, uciekając przed mającymi nadejść Niemcami, potem uległa częściowemu spaleniu w czasie działań wojennych, wreszcie została rozszabrowana. Resztki budowli widać było spomiędzy wysokiego zielska i chwastów – poczerniałe belki, resztki kominów, fragmenty dawnych piwnic i ogrodzeń. Kilka rodzin gnieździło się w okolicy, mieszkając w ziemiankach i jamach wykopanych w ziemi albo w zaadaptowanych do mieszkaniach kartoflanych kopcach.

 

Makary przypomniał sobie, że jeżdżąc z panem Nowackim, co najmniej dwa razy zatrzymywał się na skraju wioski, gdzie widniały ruiny przydrożnej karczmy, po czym dziedzic szedł pomiędzy chaszcze. Nie mówił, w jakim celu, ale lokaj Makary od razu pomyślał o spalonej wsi, gdy zastanawiał się, gdzie mógł schronić się pan Jacek.

Pojechał tam znowu, przystanął raz i drugi, nawet zawołał.

– Wielmożny panie! Czy pan tam jest? To ja, Makary.

Odpowiedzi nie było. Stangret pojechał dalej, by po jakimś czasie wrócić na brzeg wioski, znowu zawołać i ponownie nie dostać odpowiedzi.

Po kilku godzinach jeżdżenia w kółko, zaglądania w odludne miejsca, Makary uznał, że powinien wracać.

We dworze wszystko zastał w porządku – pan Skórnicki nie wrócił ze swoją dubeltówką.

– Makary spotkał pana? – zapytała służąca.

Nie musiał odpowiadać, niósł w ręku wiklinowy koszyk wypełniony jedzeniem.

– A może na obiad wróci? – pocieszyła się.

– Wróci na pewno – oświadczył Makary. – Czemu miałby nie wracać? Tu przecież jest jego dom.

ALOIS KOKOSCHKA

Alois Kokoschka stał na gościńcu i patrzył w kierunku dworu w Topolanach. Niewiele mógł zobaczyć od tej strony, dom skrywał się za niewielką wypukłością gruntu i za drzewami. Bliżej, aż do samej drogi, dochodziły pola uprawne.

Alois, solidny mężczyzna, gruby i ciężki, z pewnym trudem zlazł z bryki, przekroczył miedzę i wszedł na pole. Chwycił garść żytnich kłosów, roztarł je pomiędzy dłońmi, wydmuchał plewy. Wsypał ziarno do ust, gryzł i smoktał, mlaszcząc językiem. Następnie schylił się, nabrał ziemi w garść, miętosił ją w palcach, wąchał, oceniał tłustość i wilgotność, zapach i smak.

– Dobra! – uznał z zadowoleniem.

Siedzący w bryczce mały mężczyzna odpowiedział uśmiechem.

– Mówiłem, że będziecie zadowoleni.

Alois Kokoschka wrócił na drogę, ale nie wsiadł do pojazdu. Obejrzał się za siebie, w perspektywę gościńca, wypatrując wozów. Na razie nie było ich widać.

Kokoschka w kieszonce rozpiętej kamizelki wyszukał zegarek, gruby, pozłacany, otworzył kopertę i odczytał godzinę.

– Prawie jedenasta! – oświadczył zaskoczony. – Powinni być na miejscu już godzinę temu.

– Droga ich zatrzymała – wyjaśnił z uśmiechem pośrednik. – Mają ciężkie wozy i nie mogą jechać szybko.

– Prawda – przyznał Alois. – Zapomniałem o ciężkich wozach.

Bo rzeczywiście z wozami było utrapienie. Kokoschka mógł liczyć tylko na dwa, choć miał do dyspozycji sześć koni. Cóż jednak po koniach, jeśli nie ma wozów i nie ma zaprzęgów. Dał więc do furmanek po trzy, a na wozach wydłużył platformy, żeby zmieścić jak najwięcej bagażu. Mimo upałów drogi miejscami były błotniste i wozy grzęzły bywało tak głęboko, że z trudem dawało się je wyciągnąć. Dobrze, że syn był pod ręką, posłuszny chłopak, a i po prawdzie kawał byczka, choć dopiero szesnastoletni.

Kokoschka był wielkim ryzykantem. Odradzali mu ten wyjazd, ale się uparł. Dość miał już czekania na zmianę położenia. Kiedy tylko pojawiła się okazja, natychmiast z niej skorzystał. Pośrednicy wabili, obiecywali, przekonywali, że wygra, kto zaryzykuje pierwszy i okaże dość odwagi. Niemcy, niemieckie państwo jako całość, przesuwało się na wschód, tam zaś leżały pola i gospodarstwa gotowe do objęcia.

– Duży dom, dobra ziemia, tylko brać. Kiep, kto będzie zwlekał i oglądał się na innych. Nie mniejszy, jak ten co za ziemią pojechał do Brazylii albo i Ameryki.

Alois Kokoschka nie wahał się długo. Wyjął oszczędności z banku, uzupełnił je sumą trzymaną w domu, cały inwentarz sprzedał szwagrowi.

– Uwolnię cię od swojej obecności – powiedział. – Tam na wschodzie czeka nowe życie. Mam już czterdzieści lat. Jeśli nie zdecyduję się teraz, może nie zdecyduję się nigdy.

Szwagier nie namawiał do zmiany postanowienia. Tylko czekał, aż Alois wreszcie wyniesie się z gospodarstwa, które od dwunastu lat prowadzili wspólnie.

– Podziwiam twoją odwagę – powiedział z uznaniem, gdy opijali pożegnanie.

Kokoschka napisał do pośrednika, pojechał do miasta i spotkał się ze sprzedawcą. Poszli do rejenta, gdzie spisano odpowiednią umowę. Pośrednik oświadczył, że właściciel wyjeżdża na stałe do Włoch, chce się pozbyć majątku rodzinnego i nie będzie się targował o cenę. Pośrednik przedstawił dokumenty, a że miał wziąć trzy procent wartości transakcji, starał się jak mógł, aby obie strony były zadowolone. Dobili targu w jeden dzień i Alois Kokoschka otrzymał urzędowy dokument, że stał się właścicielem ziemi i wszystkiego, co na niej się znajduje.

Następnie załadował dobytek na wozy i ruszył w drogę, która trwała prawie dwa tygodnie. W miasteczku Zabłudów czekał przewodnik, człowiek wynajęty, by wskazać kierunek i zaprowadzić na miejsce.

– To niedaleko – uśmiechnął się mały mężczyzna. – Pański nowy dom jest już niedaleko.

Początkowo Alois obawiał się jechać do kraju niedawno jeszcze zupełnie obcego. Ale usłyszawszy, że w Michałowie, niedaleko od jego miejsca osiedlenia, żyje liczna kolonia Niemców, jest niemiecki przemysł i niemiecki kościół, uznał to za dobry znak i nie zastanawiał się dłużej. Ten ostatni argument był najważniejszy. Sam jeden w obce dziedziny zapewne by się nie wybrał, to dobre dla podróżników i włóczęgów, on był porządnym, solidnym rolnikiem, który nie miał ani ochoty, ani czasu na badania i odkrycia. Jego powołaniem i zawodem było hodować bydło, uprawiać zboże i buraki cukrowe.

Stał teraz na gościńcu, o kilkaset kroków przed miejscem, które odtąd miało być domem jego i całej rodziny.

Odwrócił się i zobaczył, że to ona, ta rodzina, wreszcie nadjeżdża. Wozy szły spokojnie, równo, bardzo obciążone, ale wiadomo, że nie mogło być inaczej – w nowym miejscu będzie potrzeba wszystkiego. Alois Kokoschka nie był najlepszego zdania o gospodarstwach w Rosji, nie spodziewał się tu zastać ani narzędzi, ani setek innych drobnych a niezbędnych przedmiotów. Wiózł więc ze sobą nie tylko pługi i brony, ale cały warsztat stolarski, wiele elementów kowalskich, komplety narzędzi do drewna, wszystkie te młotki, strugi i dłuta, oraz do obróbki żelaza, a także drut, dębowe obręcze do beczek, worki, koszyki. W kufrach, po jednym na każdym wozie, znajdowały się ubrania, tkaniny, nawet pierze na pościel. Lepiej nosić niż się prosić, powiadało stare przysłowie.

Alois Kokoschka miał więc wszystko. Nawet gdyby trzeba było przez jakiś czas obozować pod gołym niebem, nie musiał się martwić. Chłop jest cierpliwy, przeczeka. Ważne, aby miał jakiś cel, do którego dąży, miejsce, do którego zmierza.

Wozy nadjeżdżały, zatrzymywały się. Członkowie rodziny Kokoschków zsiadali na ziemię i szli do miejsca, gdzie czekał na nich Alois. Ten stał, z kciukami założonymi do kieszonek kamizelki. Kiedy podeszli dość blisko, pokazał im ziemię przed sobą, potem kępę drzew, spomiędzy której widać było dachy gospodarstwa.

– To tutaj – powiedział uroczystym tonem. – Nasza nowa ziemia i nasz nowy dom.

Patrzyli wszyscy z oczekiwaniem i nadzieją. Alois, jego żona Martha, ich dzieci.

– Pomódlmy się – Kokoschka zdjął kapelusz. – Niech dobry Bóg ma nas w opiece i niech sprawi, byśmy tę obcą ziemię szybko uczynili własną i sobie poddaną.

Od strony drogi teren przed dworem otaczał płot z półżerdzi, a pomiędzy nim znajdowała się szeroka brama z daszkiem. Była otwarta i Alois Kokoschka, który osobiście powoził bryczką, przejechał przez nią pierwszy.

Patrzył z ciekawością na zabudowania gospodarcze, z zadowoleniem stwierdzając, że są w dobrym stanie, lepszym nawet, niż się spodziewał. A dom, choć drewniany, był bardzo obszerny, wyglądał dostatnio i solidnie.

Ludzi zobaczył niewielu, jakieś pojedyncze osoby odwracały się od swoich czynności, przystawały i patrzyły z zaciekawieniem, kto nadjeżdża i w jakiej sprawie. Widok wozów wysoko wyładowanych bagażami musiał wzbudzić ciekawość.

Alois Kokoschka zatrzymał bryczkę na podjeździe przed dworem, o kilkanaście kroków od oszklonej werandy. Bardzo dobre miejsce na jesienne chłody, pomyślał. Siedzisz sobie, a wszystko widzisz wokoło.

Jakiś mężczyzna wyszedł przed ganek i patrzył na nadjeżdżających.

Guten tag! – zawołał ku niemu Alois Kokoschka i czym prędzej wygramolił się z bryczki. – Nareszcie dojechaliśmy!

Mężczyzna stał w miejscu, ledwo coś mruknął w odpowiedzi na powitanie. Patrzył na Aloisa jak na kogoś, kogo widzi pierwszy raz w życiu i kogo się nie spodziewał.

– Na pewno do nas? – zapytał. – To chyba pomyłka.

Alois Kokoschka uśmiechnął się szeroko.

– To przecież Topolany? – upewnił się. – Chyba was powiadomiono, że mam przyjechać w tym tygodniu.

Makary Maksymowicz wzruszył ramionami.

– To jednak pomyłka – zauważył. – To jest dwór Topolany, wy zapewne do wsi przyjechaliście.

Przybyły zaprzeczył.

– Do wsi? – spytał. – Nie do wsi, a do dworu. Kupiłem dwór Topolany ze wszystkim, co w nim jest. I całą ziemię, która do niego należy.

Nadjechały już wozy z dobytkiem, zatrzymywały się jeden obok drugiego, nikt jednak nie zsiadał, czekano na znak od Kokoschki, co i jak należy robić. Ten tymczasem stał przed dworem i roześmianym wzrokiem ogarniał wszystko, co miał przed sobą. Zakochał się w tym miejscu od pierwszego spojrzenia. Tak mu się spodobało, tak przypadło do smaku, że wcale nie zwracał uwagi na to, co słyszy.

– To niemożliwe – zauważył Maksymowicz. – Pan Nowacki nie sprzedał dworu. To jest jego dom. I ja wiedziałbym coś o tym.

Alois jeszcze nie zrozumiał. Wyjął z wewnętrznej kieszeni urzędowy papier.

– Oto akt notarialny – powiedział. – Wy jesteście tu rządcą? Może właściciel zapomniał was uprzedzić.

Makary służył niegdyś jako młodszy lokaj u polskiego hrabiego w Odessie. Tam nauczył się wyprostowanej postawy i noszenia sztywnego kołnierzyka. Niejeden raz brano go za kogoś ważnego.

– Ktoś wprowadził was w błąd – zauważył. – Powtarzam, że to jest dom pana Jacka Nowackiego.

Alois Kokoschka zrozumiał, że coś się nie zgadza. Chyba się pomylił, albo pośrednik coś poplątał i wskazał nie ten dom.

– Jest tu inny dwór? – zapytał.

Makary poruszył jedynie ustami.

– Nie ma.

Alois spojrzał na budynki, poczuł, jak radość w nim opada i nadchodzi rozczarowanie. Dobre miejsce, szkoda, że nie to, za które zapłacił.

– Musi być dwór – powiedział. – Mam tu wszystko wyraźnie opisane. Nawet rozrysowane jest. Plan i spis. Możecie zobaczyć.

Wyciągnął papier w stronę Makarego. Ponieważ ten nie ruszył się z miejsca, Alois podszedł i podał dokument. Maksymowicz obejrzał papier, a w miarę jak go czytał, jego twarz robiła się coraz bardziej czerwona.

– No? – nadzieja wróciła do Aloisa. – Widzę, że dokument urzędowy jednak wam coś mówi.

Makary niepewnie stał w progu i próbował pozbierać myśli.

– Nic nie rozumiem – oświadczył wreszcie.

Alois Kokoschka zrozumiał więcej.

– Więc to jednak Topolany? – ucieszył się. – Kupiłem je oficjalnie, przez notariusza, mam akt własności.

– Ale to zięć pana Nowackiego – tłumaczył gorączkowo Makary, stukając palcem w dokument. – On tu jest podpisany. Pozwolę sobie powiedzieć, że nie mógł sprzedać wszystkiego. Mógł sprzedać tylko swoją część.

Alois Kokoschka odebrał papier i schował go do kieszeni.

– Zięć? – zapytał. – Adam Połczyński to zięć właściciela? Tak mówicie? Teraz wszystko rozumiem. To od niego kupiłem cały majątek, miał na to dokumenty, przedstawił je u notariusza.

– Ale on nie miał prawa! W posagu dostał tylko...

Alois Kokoschka nie zamierzał się poddawać.

– Mnie cudze sprawy nie obchodzą – oświadczył. – Ja wcale nie chcę wiedzieć, czy ten zięć dobry czy zły. On miał dokumenty, ja pieniądze. Zatem nie do mnie należy wyjaśnianie, co kto komu jest winny. Teraz to będzie mój dom.

Odwrócił się do swoich.

– Wyładowywać! – nakazał.

Makary próbował się bronić, ale Alois Kokoschka prawie go odepchnął, by wejść do dworu.

 

– To napaść! – zawołał Maksymowicz.

Niemiec szedł już przez sień, zaglądał do wszystkich pomieszczeń.

– Napaść? – zatrzymał się, a jego mina wskazywała na wielką pewność siebie. – Zaraz wezwiemy policję i zobaczymy, czyje prawo w tym miejscu.

Stał pod drzwiami, które okazały się zamknięte. Szarpnął klamką, nie ustąpiły.

– Co tam jest? – zapytał.

– To pokoje panienki – wyjaśnił Maksymowicz. – Jest nieobecna. Ale tam nikt nie wchodzi.

Kokoschka przymrużył oczy.

– Panienki? Czy może córki właściciela? Czy tej, co jest zamężna za Połczyńskim? Zatem i ona brała udział w tym oszustwie? Bo to jest oszustwo! Oszustwo, powiadam, na które nie pozwolę. Natychmiast otworzyć i natychmiast pakować się! Wynocha z mojego domu!

Makary Maksymowicz stał jak skamieniały. Nie widział, co i jak ma robić. Gdy się ruszył, poszedł dalej za Kokoschką, który obiegł szybko pomieszczenia dworu, palcem pokazując, gdzie co ma być wstawione, bo towarzyszący mu ludzie wnosili już worki i skrzynie z bagażami do wnętrza, wyładowywali z wozów sprzęt i kładli go w stosach na podwórzu.

Makary gestem wezwał chłopca stajennego i kazał mu biec do Zabłudowa po pomoc urzędową, a innego wysłał do sąsiadów.

Ale obecni na podwórzu pracownicy dworu patrzyli bez wielkiego zainteresowania. Nie rozumieli zamieszania, jakie powstało w wyniku pojawienia się nieznajomego człowieka na wozach, lecz łatwo domyślili się, że jest w Topolanach nowy gospodarz. Alois Kokoschka poczynał sobie, jakby od tej chwili to on był panem w majątku. I choć Makary wołał do robotników, żeby bronili drzwi i dworu, żeby przepędzili obcych, nie wykazali ochoty na mieszanie się do sporu. Udawali, że nie rozumieją, czekali na rozstrzygnięcie.

– Jak to, ludzie?! – krzyczał Maksymowicz. – Nie widzicie, że siłą chcą zająć dom pana Nowackiego?! Nie będziecie bronić swojego sąsiada?

Dopiero wtedy się ruszyli, odgrodzili przybyszy od werandy i drzwi.

Makary Maksymowicz bronił ich swoim ciałem.

– Nikt, komu życie miłe, nie wejdzie do tego domu bez pozwolenia jego właściciela! – zagroził.

Alois Kokoschka ocenił sytuację i zrozumiał, że siłą niczego nie wskóra. Był rozczarowany brakiem natychmiastowego rozstrzygnięcia. Był zawiedziony, że po rozpakowaniu bagaży nie może wejść na werandę i odpoczywać na niej do woli.

– Ja poczekam, aż pan szlachcic się wyprowadzi – zaproponował w końcu z uśmiechem. – Poślijcie po niego natychmiast. Ja mogę poczekać. Dzień czy dwa mogę poczekać, ale po żandarmów poślę od razu. Niech prawo powie, czy można oszukać uczciwego człowieka! No, niech powie!

Stali wszyscy i patrzyli, jak Kokoschka rozkłada się przed domem. Alois Kokoschka nie wszedł w posiadanie majątku przy pomocy siły. Na takie działanie nie pozwalało mu jego proste sumienie i wiara w odwieczny niemiecki porządek. Kazał swoim ludziom zostać na podwórzu, rozpakować się jako tako i czekać.

– Tylko od razu ślijcie po właściciela – przypomniał i nie chciał przyjąć do wiadomości, że pan Nowacki jest w podróży.

– To niech zaraz wraca! – nakazał. – Bo inaczej uznam, że próbuje oszukać mnie i sąd! A to się nie uda, powiadam! Nikt nie oszuka prawa i sądu!

Makary wyprosił z domu kucharkę i pokojówkę, frontowe drzwi zamknął na klucz, a ten schował do kieszeni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?