Dworek pod Malwami. Dobrzy ludzie wokółTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #15
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 15 - Dobrzy ludzie wokół

Tom 15.

DOBRZY LUDZIE WOKÓŁ

Saga

Dworek pod Malwami 15 - Dobrzy ludzie wokół

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801866

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

STAŚ KALINOWSKI

Sankt Petersburg, styczeń 1913

Dzień był mroźny, ale pogodny. Petersburg pokrywała gruba na dłoń warstwa świeżego śniegu. Na podwórzu domu przy Zaułku Zarzecznym Staś Kalinowski rąbał drewno na opał. Stos brzozowych polan rósł szybko. Staś zgrzał się, ale z wyraźną przyjemnością machał siekierą.

Drzwi domu otworzyły się i na progu domu stanęła siwowłosa kobieta w średnim wieku. Z uśmiechem słuchała równomiernego stukotu. Bach, to uderzenie siekierą w klocek, bach to uderzenie o pieniek obuchem siekiery z nadzianym na nią klockiem, znowu uderzenie o pieniek, a potem rumor, gdy z klocka powstawały dwa polana i odskakiwały na dwie strony. Czasem Staś schylał się, podnosił polano, które upadło zbyt blisko, i odrzucał je na stos.

Warwara Iwanowna postała na progu, posłuchała odgłosów pracy, po czym wróciła do domu. Była niewidoma, nie zauważyła więc, że od zawianej śniegiem uliczki idzie młody mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce i podobnej czapce.

– Staś Michajłowicz, dzień dobry!

Rąbiący przerwał pracę, wbił siekierę w pieniek, wyprostował grzbiet.

– Witaj, Wadim.

Wadim Oksiejew miał niebieskie, wesołe oczy i rudawą grzywkę, wyglądającą spod nakrycia głowy. Cienki, nieco zadarty nos nadawał jego twarzy zawadiacki wygląd.

Przywitali się uściskiem dłoni. Oksiejew pracował jako robotnik w Zakładach Putiłowskich, miał silne ręce i życzliwy stosunek do świata.

– Warwara Iwanowna zdrowa? – zapytał. – Nie powinna wychodzić na dwór bez palta.

– Nie widziałem, żeby wychodziła – zdziwił się Staś.

– Tylko stała w progu – wyjaśnił Oksiejew. – Nie widziałeś, boś był robotą zajęty. Warwara Iwanowna jak dobry majster na fabryce. Tak kontroluje, że wcale tego nie widzisz.

Wyjął z kieszeni garść grubych papierosów, wetknął jednego do ust, zapalił. Staś gestem odmówił poczęstunku.

– No i jak? – zapytał Wadim. – Zastanowiłeś się?

Majster mówi, że możesz przyjść w każdej chwili.

Kalinowski pokręcił głową.

– Mówiłem ci, nie wiem, czy tu zostanę ...

Oksiejew był człowiekiem bezpośrednim, nie owijał niczego w bawełnę. O takich ludziach mówi się: co w sercu, to i na języku.

– Chcesz zostawić Warwarę Iwanowną? – zapytał z oburzeniem. – Przecież ona traktuje cię jak syna. Czarnym niewdzięcznikiem chcesz się okazać? No, chyba że masz jakie nowe zadanie...

Wadim Oksiejew lubił wielkie słowa, hasła i slogany, których się uczył z wydawanych w podziemiu rewolucyjnych gazetek.

– Przyjdź do fabryki – namawiał. – Robotników trzeba pilnie uświadamiać, bo rewolucja tuż tuż. Wybuchnie i zmiecie stary porządek. Potrzeba nam takich ludzi jak ty, gdy będziemy świat urządzać na nowo.

Poznali się przed kilkoma dniami, gdy Wadim Oksiejew przyszedł w odwiedziny do matki swojego kolegi, Tolika Jakuszyna.

Zaprzyjaźnili się natychmiast, a sprawił to czerwony automobil.

– Mnie nie musisz się bać – powiedział Wadim, gdy po wizycie u Warwary Iwanowny wyszedł z Kalinowskim na ulicę. – O nic nie pytam. Kto ty jesteś, skąd się wziąłeś i jakie masz zadanie. Każdy powinien robić swoje, a im mniej wiesz o innych, tym dla ciebie zdrowiej.

Rozmawiali chwilę, stojąc na skraju uliczki. Właśnie przejeżdżał długi czerwony automobil.

– A ten czego tu szuka, burżuj jeden? – zmarszczył brwi Oksiejew.

Samochód w tym miejscu był zjawiskiem niezwykle rzadkim, ponieważ wąska uliczka nie była wybrukowana. Auto mogło tu trafić jedynie zmyliwszy drogę.

Silnik nagle umilkł. Samochód zatrzymał się o dwadzieścia kroków od nich. Mężczyzna w długim palcie wyskoczył zza kierownicy, chwycił korbę, wraził ją w otwór z przodu auta i próbował uruchomić motor.

– Nic z tego nie będzie – powiedział Staś Kalinowski.

– Znasz się na automobilach? – w oczach Wadima Oksiejewa pokazało się zainteresowanie.

Staś wzruszył ramionami.

– Trochę. Nie było gdzie się nauczyć. W tych twoich zakładach produkujecie samochody?

– Pewnie! – pochwalił się Wadim Oksiejew i natychmiast przyciszył głos. – Myślałeś, że tylko lokomotywy? Ale to tajemnica, bracie. Przyjdziesz, sam zobaczysz.

Tymczasem patrzyli na szofera, który nie dawał rady uruchomić auta.

Pasażer, starszy mężczyzna w nisko na czoło nasuniętym kapeluszu i w futrzanej szubie do kostek, złościł się i przeklinał. Wreszcie, zniecierpliwiony, wyskoczył z samochodu.

– Co to ma znaczyć?! – krzyczał. – Oszukałeś mnie, łobuzie! Wcale nie umiesz prowadzić automobilu! Już ja cię nauczę!

I uderzył laską po pochylonych plecach szofera. Ten skulił się, silniej zakręcił korbą. Ale jego wysiłki nie przyniosły rezultatu. Auto prychało, stękało, silnik nie zaskoczył.

Wadim Oksiejew i Staś Kalinowski stali na skraju drogi. Rosjanin patrzył ze zmarszczonymi brwiami, ale – widać przywykły do takiego traktowania ludzi – nie odezwał się. Staś wykrzywił wargi z obrzydzeniem.

– Co za dureń! Czemu uczepił się szofera?

Oksiejew wzruszył ramionami.

– Normalna rzecz – mruknął. – Ten w futrze ma władzę, to z niej korzysta.

Kalinowski spojrzał na nowego znajomego ze zdumieniem.

– A ty co? – zapytał. – Pozwalasz majstrowi w fabryce, żeby cię bił po pysku?

Wadim zmieszał się nagle.

– Nie pozwalam – zapewnił szybko. – Chyba, że ma rację.

Staś zrozumiał, że majster zapewne nie dopuszcza do dyskusji.

– Ale tak nie powinno być!

I nie wyjaśniając, co zamierza zrobić, wyskoczył na ulicę.

Człowiek w futrze zamierzał kolejny raz zdzielić laską podwładnego, gdy Kalinowski niespodziewanie stanął mu na drodze.

– O co chodzi? Czemu pan go bije?

Mężczyzna zatrzymał się, zaskoczony. Szybkim spojrzeniem obrzucił nieznajomego i uznał, że nie ma przed sobą nikogo ważnego. Wartość ludzi oceniał na podstawie stroju i wyglądu. Mina Stasia, jego młody wiek oraz proste ubranie nie wskazywały, że może być równorzędnym rozmówcą dla fabrykanta Jakowa Zajcewa, zaliczanego do pierwszej dwunastki przedsiębiorców w Cesarstwie.

– Nie twoja sprawa! – burknął niegrzecznie i próbował ominąć intruza.

Staś przesunął się bliżej i zasłonił szofera.

– Może i moja. Odjechał by pan szybciej, gdyby rozejrzał się za mechanikiem. Myśli pan, że szofer nauczy się naprawiać samochód, jeśli będzie go pan bił?

W minie Stasia i jego zachowaniu było młodzieńcze zacietrzewienie, ale i duża doza lekceważenia. Jakow Zajcew lekceważącego traktowania doznawał tylko od ważniejszych od siebie.

– A ty coś za jeden? – zaperzył się. – Po co wtrącasz się w nie swoje sprawy? I ty chcesz oberwać?

Kalinowski nie odpowiedział, odwrócił się, podniósł boczną klapę, przykrywającą silnik. Szofer nie przeszkadzał, obmacując boki, zaskoczony właściciel pojazdu przez chwilę nie wiedział, jak powinien postąpić.

Staś przejechał dłonią po mechanizmie, dla obserwatora wyglądało to tak, jakby go wcale nie dotknął. Ale pod klapą coś nagle stuknęło raz i drugi.

– Pokręć! – polecił Kalinowski kierowcy.

Szofer spojrzał na Zajcewa, a nie dostrzegając w jego twarzy sprzeciwu, energicznie zakręcił korbą. Zazgrzytało, Staś kazał powtórzyć.

Silnik zaskoczył po trzech sekundach, rozkołysał się, rozdzwonił. Szofer uśmiechnął się do Kalinowskiego, spojrzeniem dziękując za przysługę. Uniżenie przyskoczył do drzwiczek i otworzył je przed pasażerem, by człowiek w futrze mógł czuć się bezpieczny na swoim miejscu. Zajcew rozsiadł się na kanapie, ze wzrokiem pełnym wyższości.

Staś podszedł do wciąż uchylonych drzwi i oznajmił wyraźnie:

– Dwadzieścia rubli.

Zajcew usłyszał i jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Co za bezczelność! – warknął. Być może użyłby nawet laski, ale uznał, że nieznajomy jednak oddał mu przysługę.

Staś przysunął się jeszcze bliżej i powtórzył:

– Dwadzieścia rubli się należy.

Jakow Zajcew wzruszył ramionami.

– Widziałeś go, bezczelnego? – zapytał retorycznie. – To ci dopiero wywindował stawkę. Może od razu zażądasz jeszcze trzydzieści?!

– Zgoda – oznajmił Kalinowski opanowanym głosem. – Jeśli wielmożny pan sobie życzy, niech będzie trzydzieści.

Fabrykant pogardliwym wzruszeniem ramion dał znać, co myśli o takim zachowaniu plebsu. Końcem laski szturchnął w plecy szofera, który już zajął swoje miejsce.

– Jedź!

Staś jednym szarpnięciem otworzył klapę silnika i krótkim ruchem dłoni sprawił, że silnik zgasł.

Zajcew, choć podejrzewał młodego człowieka o nieczyste zagrania, sięgnął pod futro, wyjął pugilares, a z niego dwa banknoty po dziesięć rubli.

 

– Trzydzieści – poprawił Staś. – Sam pan mówił, że trzydzieści.

Fabrykant próbował protestować, otworzył usta, ale zrezygnował na widok spokojnej i kpiącej miny Stasia. Ponownie sięgnął po pugilares, wyjął z niego jeszcze dwa banknoty pięciorublowe i wszystkie razem podał Kalinowskiemu.

Staś schował pieniądze, gestem wezwał Wadima Oksiejewa i ruchem głowy wskazał mu korbę. Wadim, zaskoczony, ale i rozbawiony, ochoczo wziął się do kręcenia. I tym razem silnik zaskoczył prawie natychmiast.

– Jesteś mistrzem! – zawołał Oksiejew z podziwem. – Gdzie się tego nauczyłeś?

Auto odjechało z hałasem, siedzący w nim Zajcew patrzył w przeciwną stronę, gdy obaj młodzi ludzie ironicznie kłaniali mu się, uchylając czapek.

– Masz – Staś wręczył pięć rubli Wadimowi. – Zarobiłeś.

Oksiejew niepewnie obracał banknot w ręku. Nie miał jeszcze takiego na własność.

– Zarobiłem? – spytał. – Jak to zarobiłem?

Za sześciodniowy tydzień pracy w Zakładach Putiłowskich dostawał cztery ruble dwadzieścia kopiejek.

– Zarobiłeś – potwierdził Staś. – Kręciłeś korbą.

Wadim Oksiejew patrzył na nowego znajomego z podziwem. Zaimponował mu. Postawą, odwagą, a przede wszystkim pewnością siebie. Trzydzieści rubli zarobił w jedną chwilę. Dla wielu oznaczało to zarobek całego miesiąca. O, takiego kompana mieć, to wielka frajda.

– Ale lepiej o tym nie opowiadaj – poprosił Staś.

– Nie chcę mieć kłopotów.

– Kłopoty?! Człowieku, ty masz po prostu złote ręce! Po prostu złote! W naszych zakładach poznaliby się na tobie. Zgłoś się!

Wadim Oksiejew był pod tak wielkim wrażeniem, że choć tego nie chciał, nie potrafił zachować tajemnicy. Jakże tu się nie pochwalić znajomością z kimś tak sprytnym. Opowiedział o nim kolegom z warsztatów naprawczych, oczywiście tylko najbardziej zaufanym kolegom.

– Przyniosłem trochę pieniędzy, Warwaro Iwanowna – wyjaśnił Staś po powrocie do domu. – Przydadzą się?

Kobieta, zaciekawiona, podniosła się od stołu.

– Pieniądze? – spytała z niedowierzaniem. – Skąd się wzięły? Czy umiesz czarować, Staś? Dopiero co mówiliśmy, że nie starczy na utrzymanie, nawet jeśli przyjmiemy studentów na stancję.

Kalinowski nie odpowiedział wprost.

– To z powodu Wadima – wyjaśnił, wkładając banknoty do dzbanka na półce. – Wadim Oksiejew namawia mnie, żebym poszedł do Zakładów Putiłowskich na stałe.

– Może to dobry pomysł – ucieszyła się niewidoma kobieta. – Będziecie pracowali razem, gdy Tolik wróci.

Tolik Jakuszyn od kilku lat był oczekiwany w Zaułku.

– Jeszcze się nie zgodziłem – tłumaczył Staś. – Chodzi o to, że majster jest nerwowy i lubi za byle co uderzyć.

Warwara Iwanowna kiwnęła głową.

– Tolik też się skarżył – powiedziała. – Radziłam mu, żeby po prostu jak najlepiej wykonywał swoje obowiązki i nie dawał powodów do bicia.

Staś podejrzewał, że niewiele to pomagało, bo powszechnym zjawiskiem było, że przełożeni uciekali się do bicia podwładnych. Ale nie rozwijał tego tematu.

– Zastanawiam się – dodał. – To zakłady zbrojeniowe, a ja przecież nie mam żadnych dokumentów. Nie przyjmą mnie, a jeszcze gotowi zawiadomić żandarmów.

IRINA MOROZOWA

Wadim Oksiejew siedział w domu przy Zaułku Zarzecznym i gorączkowo opowiadał o tym, co niedawno zdarzyło się na ulicy.

– Warwaro Iwanowna, żeby to pani widziała! Ten wielki fabrykant miał taką minę! Proszę przekonać swojego krewniaka, żeby przyszedł do nas do roboty. Ozłocą go za takie umiejętności!

Kilka razy opowiadał wszystko ze szczegółami. Kobieta uśmiechała się niepewnie.

– I Staś tak to wszystko zrobił?

– Sam jeden! – gorączkował się Wadim. – Wcale się nie bał. Naprawdę, to bardzo odważny człowiek.

– Ale czemu wziął tak dużo pieniędzy? – twarz Warwary Iwanowny nagle spochmurniała, pełna niepokoju. – Czy nie wziąłeś za wiele, Staś?

– Za dużo? – ekscytował się Oksiejew. – Taki fabrykant to ma tysiące! Tysiące wydaje na zabawy. Nie zaszkodzi mu, jak straci trzydzieści rubli.

Kobieta kręciła głową.

– Aż trzydzieści rubli? Za małą chwilę pracy? Przecież to stanowczo za wiele.

Staś pocałował ręce kobiety.

– Przepraszam za co całe zamieszanie, Warwaro Iwanowna. Samo tak jakoś wyszło... Chciałem mu dać nauczkę, w takim języku, jaki rozumie. Fabrykant wszystko przelicza na pieniądze. Gdy zwróciłem mu uwagę, że nie powinien bić szofera, wyglądał, jak gdyby nie rozumiał, czego od niego chcę. Dlatego pomyślałem, że moje prośby o dobre traktowanie innych będzie miał za nic. Ale zaboli go strata finansowa.

Kobieta uśmiechnęła się z ulgą.

– Masz rację – przyznała po chwili. – Bałam się, że może wziął ciebie za oszusta albo naciągacza.

– Nie – zapewnił Staś. – Po prostu wytłumaczyłem mu, że moja usługa dużo kosztuje. Nie uderzyłem go i nie zmusiłem do niczego.

– To dobrze – Warwara Iwanowna nalała wody z samowara do szklanek. – Pijcie, chłopcy. Niedługo powinna nadejść moja kochana Irina. Posiedzimy, porozmawiamy. Tak bardzo lubię, gdy siedzimy wszyscy przy stole. Szkoda tylko, że mojego Tolika ciągle nie ma...

– Wróci – zapewnił szybko Oksiejew, odwracając wzrok od kobiety, choć nie mogłaby zobaczyć jego zmieszanego spojrzenia. – Na pewno niedługo wróci.

Być może wierzył w to co mówił. Tylko Staś i Irina Morozowa brali udział w spisku. Irina od dawna nie mówiła prawdy o tragicznym losie Tolika Jakuszyna i pozwalała Warwarze Iwanownie wierzyć, że syn żyje i kiedyś wróci. Staś wiedział o wszystkim i zachowywał tajemnicę.

– Bardzo mi ulżyło, od razu mi ulżyło, gdy się panu przyznałam do wszystkiego – powiedziała wtedy. – Było to brzemię ponad moje siły. Naprawdę, ponad moje siły.

Staś przystał w milczeniu. Nie mógł nic zrobić w tej sprawie. Dopuszczony do tajemnicy, mógł tylko ją znosić razem, starając się, aby nie dowiedziała się o wszystkim gospodyni. Poprosił jednak, żeby Irina nie pisała już nowych listów.

– Nie brnijmy dalej w kłamstwo – powiedział. – Jeśli to tylko możliwe, nie brnijmy w dalsze kłamstwa.

Irina była autorką sześciu listów, napisanych w imieniu Tolika, syna Warwary Iwanowny. To w tych listach nazwała siebie narzeczoną Tolika. Ale to nie dlatego Warwara Iwanowna lubiła Irinę. Lubiła ją dla niej samej – dla ciepłego, pogodnego usposobienia, chęci do pomocy, opieki.

– Dzielna dziewczyna – powtarzała. – Teraz, kiedy mam dwóch synów, Tolika i Stasia, chciałabym kogoś takiego jak Irina dla ciebie.

Kalinowski zbywał podobne wypowiedzi żartem.

– Och, nie trzeba się o mnie martwić, Warwaro Iwanowna. Mam jeszcze czas.

– Tu nie chodzi o czas – zauważyła kobieta. – Chodzi o znalezienie właściwej dziewczyny. Myślisz, że to takie łatwe? Mój Tolik miał prawdziwe szczęście, że trafił na Irinę. Bardzo bym chciała, żebyś nie wybrał gorzej. Irina ma siostry, ale za młode, no i nie wiadomo jeszcze, co z nich wyrośnie.

Wiadomo było, co wyrosło z Iriny. Piękna, dobra panna o posągowej urodzie, zdrowa, silna, pewna siebie, choć jednocześnie czuła, wrażliwa, opanowana i serdeczna.

– Jest jak anioł – mówiła Warwara Iwanowna.

Staś Kalinowski zgadzał się z tą opinią bez zastrzeżeń. Ruchliwość dziewczyny, jej spojrzenia, sposób mówienia, uśmiech, wszystko mu się podobało. Patrzył z tłumionym zachwytem, starając się, żeby nie zauważyła jego zainteresowania. Pilnował się, aby jego zachowanie nie miało w sobie nic z flirtu. Bardzo się pilnował. Czuł się bowiem zobowiązany wobec Warwary Iwanowny. Wiedział wprawdzie, że narzeczeństwo Iriny z Tolikiem Jakuszynem jest fikcyjne, ale nie mógł tego powiedzieć kobiecie, która dała mu schronienie w swoim domu i traktowała jak syna.

***

Rozmawiali. Bez przerwy rozmawiali. Gdy tylko się spotkali, natychmiast rzucali się w rozmowę. I trwała ona, gdy szli, stali, siedzieli, wracali, nawet gdy milczeli przy stole w domu Warwary Iwanowny. Spojrzenia krzyżowały się bezustannie, wymieniały się myśli i słowa.

– Bardzo lubię mówić, panie Staś – śmiała się Irina. – Pan tak ładnie słucha.

– Bardzo lubię słuchać – odpowiadał Kalinowski. – Pani tak ładnie mówi.

Zawstydziła się.

– Ech, nie! – tłumaczyła się. – Jestem niewykształcona, wstydzę się, że wiem tak mało. Staram się, ale czasem myślę, że nie nadgonię nigdy osób takich jak pan.

– Przecenia mnie pani – uśmiechał się Staś. – I to znacząco. Owszem, uczyłem się trochę, ale niezbyt pilnie. Interesowało mnie to, czego niekonieczne wymagano w szkole. Gdyby więc pani zapytała, co umiem, miałbym kłopot z odpowiedzią...

Mówili o domu, o rodzinie, o przeczytanych książkach, przemyślanych historiach, o dobrych i złych bohaterach literatury, ale i rzeczywistości. O wszelkich obserwacjach dotyczących niespełna dwudziestoletniego życia. Bez większych oporów. Bo nie miał żadnych oporów Staś Kalinowski, żeby szczerze opowiadać o wszystkim.

Początkowo myślał, że jego wylewność bierze się z niedawnego, tak dokuczliwego, braku rozmówcy lub tylko słuchacza. Uwięziony w twierdzy, nie miał tam nikogo, z kim mógłby mówić o czymkolwiek, tęsknił do rozmawiania, do wymiany myśli i poglądów, do samego głosu nawet. Teraz chciał nadrobić ponadroczne zaniedbania.

– Gadam i gadam – tłumaczył się zmieszany. – Pani pewnie już znudzona...

– Nie – zaprzeczała Irina z przejęciem. – Ani trochę. Mogłabym pana słuchać i słuchać.

Irina uśmiechała się spokojnym, zachęcającym uśmiechem, w którym nie było gry, krygowania się, udawania. Staś zastanawiał się, czy taka jest wobec wszystkich, czy tylko do niego odnosi się w ten specyficzny sposób.

Nie pamiętał, jaki głos miała Tamara. Tamara, której wypatrywał pod cerkwiami w swoich rodzinnych stronach. Chyba podobny. Irina była bardzo podobna do Tamary, może i głos miała podobny. Przyznał się do swoich wątpliwości.

– Naprawdę obiecał jej pan? – zapytała Irina. – Tak na poważnie? Ożenić się, jeśli naprawi pan ten instrument?

– Tak było – potwierdził. – Śmieszy to panią?

– Ależ nie! Trochę dziwi, ale w żadnym wypadku nie śmieszy. Zrozumiałam, że widział ją pan, tę osobę, tylko jeden jedyny raz, przez chwilę. Dlatego się dziwię.

– Raz – przytaknął. – Ma na imię Tamara. Spotkałem ją tylko wówczas, potem długo szukałem, bez rezultatu. Ale obietnica, to obietnica. Chyba nie jest ważne, ile razy została złożona.

Zgodziła się po krótkim namyśle.

– Prawda. Nieważne, ile razy powtarzana.

***

– Praca w fabryce to co tydzień gotowy grosz – przekonywał Wadim. – Raz dwa pokażesz, co umiesz i jesteś przyjęty. Wezmą cię na wykwalifikowanego. Zarobisz nawet rubla dziennie.

Był zadowolony ze swojego pomysłu, już obiecał majstrowi, że przyprowadzi wybitnie zdolnego mechanika. Zakłady Putiłowskie stale potrzebowały nowych ludzi.

Warwara Iwanowna miała wątpliwości.

– Młodemu nie pozwolą od razu na duży zarobek – zauważyła. – W fabryce w ogóle ciężka praca, ty jesteś taki delikatny. Nie to, co mój Tolik. On ma rękę jak bochenek chleba.

Staś kręcił się niepewnie na krześle.

– Sam nie wiem, Warwaro Iwanowna. Obawiam się, czy dam radę takiej ciężkiej pracy. Mój brat ciężko pracował, nawet to lubił, ja wiodłem życie dużo bardziej wygodne.

Kobieta chwyciła dłonie młodego człowieka, wodziła po nich palcami.

– Ja wiem, Staś, że ty z lepszej rodziny jesteś i tobie wypadałoby lepsze zajęcie – usprawiedliwiała się Warwara Iwanowna. – Ale ja się nie rozumiem na tych naukowych sprawach. Nie wiem, gdzie mógłbyś pracować.

– Proszę tak nie mówić, Warwaro Iwanowna – poprosił Kalinowski. – Jestem taki sam jak inni. Rzecz nie w tym, że nie chcę pracować. Raczej w tym, że niekoniecznie potrafię. No i nie mam żadnych dokumentów. Co powiem, jeśli w fabryce zapytają mnie, co jestem za jeden i skąd.

Ta sprawa była najważniejsza. Staś Kalinowski nie mógł zapominać, że jest osobą, która niedawno w dziwny sposób opuściła wiezienie. Nie miał żadnych papierów, a bez nich poruszanie się po mieście było utrudnione.

Wadim Oksiejew lekceważył zagrożenie.

– To co, że nie masz? Powiem, że ze wsi przyjechałeś, to i nie masz.

Kalinowski kręcił głową.

– Nie nabiorą się. Jeśli jestem ze wsi, to nie mogę znać się na maszynach. A jeśli nic nie umiem, nie mogę iść na wykwalifikowanego robotnika. Już powiedziałeś, że umiem naprawiać auta. Spytają, kto ja. Powiem, że student. Spytają o nazwisko i inne rzeczy. Co odpowiem? Mogę nakłamać. Ale jeśli sprawdzą, kłopoty będzie miała przede wszystkim Warwara Iwanowna.

 

Był gotów wymyślić cokolwiek, zwłaszcza że Wadim Oksiejew przekonywał, że w fabryce brakuje specjalistów.

– Produkcja rośnie, bo mówią, że wojna idzie – przekonywał. – Potrzebują ludzi do pracy.

– Skoro zanosi się na wojnę, to i policja jest zapewne bardziej czujna – wahał się Kalinowski. – To przecież zakłady zbrojeniowe, nie każdego tam przyjmują.

– Prawda – przyznał Oksiejew, zaskoczony, że sam o tym nie pomyślał. – Nie ma dnia, żeby nie przyłazili na hale, nie wypytywali, nie szpiegowali.

Jako jedyny znajomy Stasia i Warwary Iwanowny, przyjaciel nieobecnego Tolika Jakuszyna, był nieco wprowadzony w trudną sytuację gościa. Nie wiedział, że Staś dopiero co był więźniem politycznym, domyślał się w nim jednak działacza rewolucyjnego. W Zakładach Putiłowskich, mimo stałej obecności policji, działały zakonspirowane komórki rewolucyjne kilku partii, krążyły pomiędzy robotnikami ulotki i broszury z zakazaną literaturą. Wadim nie spytał Kalinowskiego, kim jest i z jaką grupą rewolucyjną sympatyzuje.

– No to nie wiem, co zrobić – powiedział teraz.

Rozmowa została przerwana, ponieważ pojawiła się Irina Morozowa, prowadząc dwóch młodych mężczyzn, studentów uniwersytetu.

Obejrzeli pokój, szybko zgodzili się co do ceny wynajmu, pięć rubli miesięcznie od każdego, z obiadami, z samodzielnym paleniem w piecu.

– To dobrzy chłopcy – oceniła Warwara Iwanowna, przysłuchująca się ich rozmowie z Iriną.

Dali po dwa ruble zaliczki, powiedzieli, że następnego dnia rano przyjdą z rzeczami.

– Bardzo dobrze – cieszyła się gospodyni. – Panowie studenci może herbaty pozwolą?

Zgodzili się z wielką chęcią. Obaj pochodzili z niezamożnych rodzin, utrzymywali się z dawania korepetycji w zakresie gimnazjum.

– Mało będziemy bywać w domu – obiecywali. – Pół dnia na wykładach, wieczory w pracy.

Wszyscy byli zadowoleni. Studenci z kwatery, Warwara Iwanowna z lokatorów. Podziękowali za herbatę i poszli po swoje rzeczy.

– Nie ma co tego odkładać – zachęciła ich gospodyni. – Skoro mają panowie tu mieszkać, mogą zacząć od zaraz.

Gdy wyszli, w towarzystwie Wadima Oksiejewa, Warwara Iwanowna zwróciła się do Stasia:

– Nie musisz iść do fabryki. Damy sobie radę.

Kalinowski nadal się wahał. Gdy powiedział, co mu chodzi, po głowie, wesołe oczy Iriny nagle pokryły się niepokojem.

– Czy pan musi akurat do Zakładów Putiłowskich? Tam podobno bardzo ciężko.

Warwara Iwanowna klasnęła w dłonie.

– Kochana dziewczyna! Może ty przemówisz Stasiowi do rozumu i wybijesz mu z głowy te niemądre pomysły!

– Spróbuję – dziewczyna uśmiechnęła się do Kalinowskiego. – O ile pan Staś mnie wysłucha.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?