Dworek pod Malwami. Krew w świronkuTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #12
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 12 - Krew w świronku

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

Saga

Dworek pod Malwami 12 - Krew w świronku

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801897

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Tom 12.

KREW W ŚWIRONKU

POKUTA NATALII

Kalinówka

Gdy ksiądz proboszcz Miodyński dowiedział się o ciąży Natalii, zabronił jej przychodzenia do kościoła podczas ludnych nabożeństw niedzielnych i świątecznych.

– Ani się waż swoim grzechem przeważnie zły przykład dawać! Na cichą mszę możesz kiedy przyjść, ale tylko do kruchty, nie do kościoła, przed przeważnie święty ołtarz.

Proboszcz był bardzo cięty na grzechy wynikające z nieczystości. Zwłaszcza młodych chłopaków beształ od najgorszych, straszył piekielnym ogniem, paraliżem ręki, wrzodami, gangreną i dziesiątkami innych chorób. Najbardziej opornym nie tylko wyznaczał wysoką pokutę w zakresie modlitewnym, ale i dawał do wykonania konkretne roboty wokół kościoła lub plebanii. Kawałek ziemi, która należała do księdza Miodyńskiego, uprawiany był grzesznymi rękami chłopaków

Pewnego dnia, gdy doglądał trzech podrostków z miasteczka, co za zakazane zabawy sprzątali kwiatowe rabatki przed plebanią, zobaczył na ścieżce z domu do kościoła Natalię Wudkiewicz i jego twarz przybrała wielce surowy wyraz.

– Proszę księdza dobrodzieja o rozmowę – poprosiła Natalia.

Przyklękła i chciała pocałować duchownego w rękę, ale proboszcz szybko schował dłoń za siebie.

– Nie tutaj! – powiedział opryskliwie. – Nie na terenie kościelnym!

Nie patrząc na nią ruszył przed siebie, wyszedł boczną furtką poza mur otaczający świątynię i tam dopiero przystanął.

– Czego chcesz? – warknął.

Natalia, skromnie ubrana, z włosami zaczesanymi ciasno a spiętymi szerokim grzebieniem, poprosiła o możliwość spowiedzi. Ksiądz zaprotestował gestem.

– Nie mam czasu.

Łzy zaświeciły w oczach młynarzówny, gdy pokornie przyznawała się do grzechu. Na ulicy, bez konfesjonału.

– W głowie mi zawrócił – płakała. – Zaczarował...

Ksiądz Miodyński w krótkiej przemowie dał wyraz złości i zawiedzionym nadziejom, jakie pokładał w swojej najważniejszej chórzystce. Uczył ją, wyróżniał, pozwolił zaspokoić ludzkie pragnienie próżności, powierzając zaszczyt solowego śpiewania podczas nabożeństw.

– Wszystko to przeważnie na nic! – syczał. – Na nic! Zmarnowałaś to, zawiodłaś ludzi, zawiodłaś Pana Boga. Strasznie zawiodłaś. Cóż to za brzydki przykład w mojej parafii! Żebyś się nie odważyła przychodzić na kościelny teren w stanie tak zbrukanym. Ani się przeważnie waż!

Kiedy tak mówił, Natalia Wudkiewicz słuchała ze spuszczoną głową i tylko raz jeden podniosła wzrok.

– Czy nie ma już dla mnie nadziei? – spytała naiwnie. – Przecież nawet jawnogrzesznica...

– Nawet jawnogrzesznica? – oburzył się ksiądz. – A ty myślisz, że jesteś lepsza? Nie jesteś! Nie różnisz się od niej ani na jotę. Przeważnie nic a nic. Każdy zobaczy znak twojego grzechu i widzieć go będzie coraz więcej. Co tobie odmieniło się w głowie? Co tobie odmieniło się w sercu, że z dobrej chrześcijańskiej panny stałaś się nagle powodem naszego wstydu?

Nie zgodził się z jej sugestią, że wina leży po stronie mężczyzny.

– Zawsze winna jest niewiasta – podkreślił z całą mocą. – Zawsze ona jest winna. Czy możesz przysiąc, że przeważnie go nie wabiłaś? Spojrzeniem, głosem, nieprzyzwoitymi gestami? Możesz przysiąc, że nie wabiłaś?

Pytał, ale nie był zainteresowany odpowiedzią.

– Idź stąd – oznajmił na koniec. – Nie ma mowy, żebym cię przyjął do spowiedzi. Przeważnie nie teraz. Pomyślę, jak to zrobić, żeby wstydu nie pogłębiać. Ale teraz przeważnie nie będziesz brukać mojej świątyni.

– A inni? – spytała Natalia. – Czy oni przychodzą bez grzechu? Po co w takim razie konfesjonał, jeśli tylko czyści idą do kościoła?

Proboszcz zacisnął pięści, aż mu pobielały kostki, w kącikach ust pokazała się ślina.

– Poszła won! – wysyczał z trudem, blady jak płótno. – Poszła won, bo przeważnie nie zdzierżę!

Odwróciła się i odeszła, łykając łzy. Nie była u spowiedzi, nie miała okazji poskarżyć się na człowieka, który ją uwiódł i nie dość, że doprowadził do grzechu, to teraz jeszcze zostawił samą.

Ksiądz Miodyński był tak roztrzęsiony rozmową, że podbiegł do pracujących chłopców, każdemu dał w ucho i podwyższył pokutę o dziesięć zdrowasiek na głowę.

– Dosyć już tej mojej przeważnie łagodności!

***

Ignaś Kalinowski ustawicznie zaprzeczał, jakoby mógł być ojcem dziecka Natalii i stanowczo odrzucił możliwość rozwiązania sprawy w sposób polubowny.

– Skandal? – zapytał marszcząc brwi. – Grozisz mi skandalem? To znaczy, co zrobisz? Będziesz biegała po powiecie i opowiadała, że mogę być ojcem twojego dziecka? No cóż, niejedna wie, że mogę być. Ale nie będę.

Był zły na nią za jej zachowanie, za chodzenie wszędzie i powtarzanie, że to on jest sprawcą, więc zapewne będzie musiał się z nią ożenić.

– Nic nie muszę! – warczał. – Zakarbuj sobie, że nic nie muszę!

Skarżyła się, że ją uwiódł, zawrócił w głowie, a teraz nie chce brać za to odpowiedzialności.

– A ja ci tak ufałam!

Tylko wzruszał ramionami.

– To będziesz miała nauczkę, żeby mniej ufać – oznajmił bezlitośnie. – Nie trzeba było rozkładać nóg przede mną. Nie byłoby tego wszystkiego.

– Jak możesz tak mówić?! – płakała.

– Jak możesz tak robić? – odpowiadał, z trudem hamując się w gniewie. – Szantażujesz mnie, grozisz. Mam ci za to dziękować? Niedoczekanie!

Nie mogąc wymóc na kochanku niczego ani prośbą, ani groźbą, spytała w końcu:

– To co ja mam robić?

Ignaś Kalinowski wzruszył ramionami.

– Co chcesz, żebym cię więcej nie widział!

***

Z ojcem Ignaś Kalinowski odbył poważną rozmowę.

– Może do ojca przyjść Natalia Wudkiewicz – uprzedził. – Proszę nie traktować jej zbyt uprzejmie. Jest natarczywa i wbiła sobie do głowy, że zmusi mnie do czegoś, sam nie wiem, do czego. Chce, abym się z nią żenił albo zapłacił odszkodowanie. A nie zamierzam robić ani jednego, ani drugiego.

– Nie poczuwasz się do winy? – zapytał pan Michał. – Mówiłeś jednak, że bywałeś u niej.

Ignaś nie zaprzeczył.

– Wychodzi na to, że nie tylko ja – odpowiedział, odwracając oczy. – Przepraszam ojca, że go naraziłem na takie sprawy i na taką opinię. Ale stało się. Teraz jednak nie mogę pozwolić, żeby jakaś córka młynarza dyktowała Kalinowskim warunki.

Pan Michał uśmiechem dodał synowi odwagi.

– Nie bój się – powiedział. – Będę umiał z nią rozmawiać, jeśli będzie na tyle bezczelna, żeby znowu tu przyjść ze swoimi żądaniami.

Ignaś chrząknął niepewnie.

– Uprzedzam ojca, ponieważ takie spotkanie może być przykre. Ona jest rozzłoszczona. Mówiła, że gotowa jest na wszystko, jeśli się nie zastosuję do jej życzenia. Obawiam się, że może chodzić jej po głowie coś nieobliczalnego. Zatruje studnię albo coś takiego.

Kalinowski zbagatelizował pogróżki.

– Do tego się nie posunie – stwierdził zdecydowanym tonem. – Przynajmniej mam taką nadzieję.

***

Zachowanie Natalii Wudkiewicz nie przysporzyło jej przyjaciół. Nie miała zresztą ich wielu także i wcześniej, gdyż bez uzasadnienia lubiła podkreślać swoją wyższą pozycję. Teraz stała się obiektem kpin i żartów, a nikt chyba nie brał poważnie jej nadziei, że zostanie panią Kalinowską.

Wiadomości o stanie Natalii dotarły także do jej ojca. W rzadkich chwilach przytomności młynarz pomstował na wyrodną córkę. Wcale go nie ucieszyła wiadomość, że będzie miał wnuka. Złościł się, bezradny, w pełnej świadomości, że w żaden sposób nie może wpłynąć na postępowanie córki.

– I co teraz będzie? – pytał zmartwiony. – Pan Ignaś uzna twoje dziecko?

Natalia wzruszyła ramionami.

– Moje dziecko? To też wasze będzie, bo to wasz wnuk. A Ignaś uznać nie chce. Gdybym miała ojca, dobrego ojca, poszedłby tam i zmusił go do honorowego postępowania.

Młynarz obiecał mętnie, że pójdzie rozmówić się z Kalinowskimi, ale nawet on sam w to nie wierzył. Wcale już z domu nie wychodził. Zresztą, następnego dnia już nie pamiętał o czym dopiero co rozmawiał z córką.

Natalia popadła w melancholię, przestała się pokazywać, obwiniając cały świat o występowanie przeciw niej. Nie chodziła do wsi, nie uczęszczała do kościoła.

Jeden tylko parobek Wasyl wypatrywał za nią oczy. Przychodził pod dom młynarza, albo szedł za dziewczyną w pole.

– Ja poczekam, Natalia – oświadczył za pierwszym razem, gdy wiadomość o jej ciąży dopiero zaczynała się rozchodzić.

– Na co poczekasz? – spytała.

– Aż się namyślisz – oznajmił z optymizmem. – Ja wiem, co myślisz, Natalia. Że uda ci się skusić pana Ignasia. Ale jak ci się nie uda, może przyjdziesz do mnie.

 

– Głupi jesteś! – warknęła. – Jak strasznie głupi!

Krzyczała na niego, wyzywała od najgorszych, ale czekała, żeby przyszedł. Kiedy zaś przychodził, udawała, że wcale nie zależy jej na jego obecności. Bo Wasyl przychodził z miną człowieka, który ma już to, co chciał, a tylko jeszcze nie trzyma tego w ręku. Już czuł się właścicielem.

– Mnie to nie przeszkadza, że dzieciak może nie być mój – oświadczył któregoś dnia. – Następny będzie mój.

– Następny? – młynarzówna warczała ze złością. – Za dużo sobie wyobrażasz! Nigdy już mnie nie dotkniesz!

To było mu trudno zrozumieć. Najpierw go wabiła, teraz odtrąca. Ale słyszał kiedyś, że kobieta przy nadziei bywa roztrzęsiona i rozdrażniona.

– Minie ci to wszystko, jak tylko urodzisz – powtarzał, zupełnie nie biorąc do siebie jej humorów. – Minie i zatęsknisz do mnie.

Na razie Natalia tęskniła do Ignasia. Gdy po pewnym czasie znowu zaczęła wychodzić z domu, ponownie próbowała wpłynąć na młodego Kalinowskiego. Czekała na niego na drodze, wychodziła na pole, zaczajała się za stodołami. Zmykał, gdy tylko ją widział.

– Nie uciekaj! – wołała. – Ignaś, nie uciekaj! Ja tylko porozmawiać chciałam.

Ale Kalinowski odwracał głowę w drugą stronę.

Pan Michał nie zapytał więcej syna, czy ten nie zmienił zdania. Pomiędzy nimi temat młynarzówny zupełnie nie istniał. Gdy Natalia przyszła do dworu prosić o rozmowę z dziedzicem, Kalinowski kazał powtórzyć przez służącą, że nie ma dla niej czasu i mieć nie będzie.

Natalia jednak nie rezygnowała. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że obwinia o swój stan młodego pana z Kalinówki, ale chyba nikt się nie spodziewał, żeby Ignaś Kalinowski uznał dziecko.

– Za sprytna była – powiadano. – Zabrała się za wszystko nie od tej strony.

Powszechnie bowiem uważano, że Wudkiewiczówna chciała złapać młodego Kalinowskiego w zastawioną pułapkę.

– Nie miała wstydu, jak się kładła, to będzie miała teraz, jak z brzuchem chodzi.

– Pan Ignaś głupi by był, jakby uległ. Jak kobieta na głowę wejdzie, nigdy się jej nie pozbędziesz.

– A dzieciak? – pytali inni. – Co temu winny dzieciak?

– Pewnie, że wcale niewinny. Ale mało to sierot i bękartów po wioskach? Jak tych psów bezpańskich!

ODNALEZIONA ZGUBA

Pan Jacek Nowacki regularnie odbierał listy z Wiednia. Justyna pisała, że czuje się znacznie lepiej, ma się już za prawie wyleczoną i bardzo tęskni do domu.

– Kiedy wreszcie pozwolisz mi wrócić, kochany papo? – pytała. – Narażam cię tylko na wydatki. Poza tym okropnie się nudzę.

Pan Jacek rzeczywiście musiał się ostatnio liczyć z każdym groszem.

Podobnie jak gdzie indziej plony nie były najwyższe, dochody mniejsze niż w roku poprzednim. Nie udało mu się też sprzedać ziemi na Kalinówce, na co bardzo liczył i co było na wyciągniecie ręki. Umówione wszystko. Pani Katarzyna Kalinowska miała zapłacić sześć tysięcy rubli za odkupienie ziemi sprzedanej poprzedniego roku.

– Chyba sam diabeł mnie podkusił – biadolił pan Jacek. – Po co mi było się wikłać w ten zakup?! Teraz Kalinowski odkupić nie chce albo nie może, a innego kupca nie ma.

Nowacki słyszał, że na przeszkodzie sfinalizowania transakcji stanął niespodziewany brak pieniędzy. Pani Katarzyna nie chciała ich dać synowi czy też zainwestowała w co innego, a może nawet zgubiła. Tak mówiła służąca. Że starsza pani wielką sumę zgubiła gdzieś, nie wiadomo gdzie.

– Gdyby było wiadomo, gdzie zgubiła, to by ją odnalazła – poprawił Nowacki.

Służąca z przejęciem opowiadała, jak Kalinówka podupadła. Pan Kalinowski musiał wprowadzić oszczędności. Nałożył reżim na wydatki domowe, zapowiedział zmniejszenie liczby przyjmowanych gości.

W Topolanach nie było tak skromnie, ale utrzymanie Justyny w Wiedniu kosztowało dość, żeby i tutaj pomyśleć o oszczędzaniu. Pan Jacek zwolnił dwie pokojowe, a najbardziej zaufana, Wiera Golanko, sama odeszła. Wycofał też jedną z lokat w banku, tracąc odsetki, ale pieniądze były mu potrzebne od razu, więc nie miał wyboru.

Oczywiście, wiadomość o tym, że pan Nowacki chce odsprzedać kupioną niedawno ziemię na Kalinówce, rozeszła się i znaleźli się kupcy chętni na zakup, ale w tej sprawie pan Nowacki wykazał wiele wspaniałomyślności.

– Obiecałem szanownej pani, więc dotrzymam – zapewnił panią Kalinowską. – Choćby mi czystym złotem chcieli płacić, do wiosny nie sprzedam nikomu innemu. Później, no cóż, później rozmaicie może być, ale ufam, że zdecyduje się pani na odkupienie. Mierzi mnie bowiem taka perspektywa, żeby ziemia poszła w żydowskie ręce.

Pani Katarzyna powiedział mu bowiem, że pieniądze ma, ale na razie nie ma do nich dostępu. Była to prawda. Sześć tysięcy rubli, schowane gdzieś przez nią, nadal najprawdopodobniej wciąż znajdowało się w domu. Nie znaleziono ich, ale przecież kiedyś się znajdą.

Nie zostały ukradzione, to było wiadomo z całą pewnością. Nikt z domowników czy służby nie opuścił w ostatnich tygodniach Kalinówki, a tak zapewne byłoby, gdyby miał przy sobie wielką sumę. Wykluczono, żeby ktoś obcy dostał się do pokoju starszej pani. Pani Katarzyna odetchnęła.

– To szczęście w nieszczęściu – powiedziała. – Przynajmniej wiemy, że nie ma pomiędzy nami złodzieja.

Dla Michała Kalinowskiego taka świadomość nie była aż tak drogocenna. Martwił się o przyszłość rodziny. Rozmawiał z matką o możliwości wzięcia kredytu, aby wykupić ziemię od pana Nowackiego.

– Teraz to jedyna okazja, jeśli pan Jacek chce nam odsprzedać i to po niewygórowanej cenie – przekonywał. – Później, jeśli ziemia trafi w obce ręce, możemy już jej nigdy nie odzyskać.

Kredyt musiałby zostać zaciągnięty pod zastaw pozostałej części Kalinówki, a to oznaczało niebezpieczeństwo utraty wszystkiego, jeśli zdarzyłoby się kilka lat nieurodzaju. Zdawała sobie sprawę z tego pani Katarzyna, nic więc dziwnego, że niechętnie odnosiła się do pomysłu syna.

– Albo zapomnijmy, że kiedyś Kalinówka była większa – podsumował pan Michał. – Zapomnijmy i uznajmy, że zawsze mieliśmy tylko te sto dwadzieścia dziesięcin.

Starsza pani długo wahała się przed podjęciem decyzji. Aż nagle któregoś ranka oznajmiła synowi, że chciałaby jechać do Zabłudowa.

– Tak nagle? – spytała Kalinowska.

– Nagle? – pani Katarzyna miała pewną siebie minę. – Jedźmy załatwić naszą sprawę.

– Co to znaczy? – zmarszczył brwi pan Michał. – Jest dziś mama bardzo tajemnicza.

Starsza pani kazała zaprzęgać i oznajmiła, że jeśli syn nie chce, może oczywiście nie jechać, ale ona jest zdecydowana.

– Miałam sen – powiedziała. – Śniło mi się, że pojechaliśmy do Zabłudowa i załatwiliśmy wszystko po naszej myśli.

– Sen? – zdumiał się pan Kalinowski. – Śniło się mamie? I wystarczy tak po prostu pojechać?

Pani Katarzyna wzruszyła tylko ramionami.

– Będę gotowa za pięć minut.

Pan Michał poszedł do domu do płaszcz, a gdy wyszedł, zobaczył przed gankiem dwa pojazdy. Obok bryczki, którą miał jechać z matką, stał drugi powóz z Ignasiem na koźle.

– A ty dokąd?

Ignaś miał niepewną minę.

– Do Topolan.

– W jakim celu?

Ignaś nie chciał odpowiedzieć wprost.

– Mam pewien pomysł... Nie mamy pieniędzy na wykupienie ziemi, ale pomyślałem sobie, że może należy poszukać innego rozwiązania...

Pan Kalinowski podniósł oczy ku niebu.

– Czyżby i tobie coś się śniło? – spytał sarkastycznie. – Może cudowny sposób na odzyskanie?

Ignaś uśmiechnął się przepraszająco.

– Jeśli ojciec pozwoli, nie chciałbym mówić o tym teraz, jeszcze nie opracowałem wszystkich szczegółów...

Pan Michał nie miał zamiaru dociekać dalej.

– Dziwny dzień – zauważył. – Wspaniałe pomysły sypią się jak z rogu obfitości, tylko jakoś mnie omijają...

Pani Katarzyna ukazała się na ganku, gotowa do drogi, w kapeluszu i z torbą w ręce.

– Nie traćmy czasu – powiedziała i nie spytała nawet, dokąd jednocześnie wybiera się wnuk.

W czasie drogi starsza pani siedziała milcząca i skupiona. Kalinowski kilka razy zerkał ku matce, ale nie odezwał się ani razu. Spodziewał się, że w miasteczku staną jak zwykle w gospodzie u Joska, a tam matka ujawni, jakie jeszcze wskazówki zostały jej przekazane podczas snu. Domyślał się tylko, że może to mieć związek z zaciągnięciem pożyczki u miejscowych Żydów.

***

Ignaś Kalinowski z fasonem zajechał przed werandę dworu w Topolanach.

– Przyjechałem wybawić pana z kłopotu – tak miały brzmieć jego pierwsze słowa, skierowane do pana Jacka Nowackiego.

Zamierzał przekonać pana Jacka, żeby powierzył mu sześćdziesiąt dziesięcin ziemi w Kalinówce na pięć albo dziesięć lat i to na każdych warunkach, choćby i za zdecydowaną większość plonów.

– Znam te pola lepiej niż ktokolwiek – powtarzał podczas drogi ułożoną przemowę. – Jestem młody, pracy się nie boję. Niechaj tylko pan zechce być tak łaskawy i nie sprzedawać naszego dziedzictwa w obce ręce.

Miał pewne obawy, czy pan Nowacki potraktuje go wystarczająco poważnie, był przecież na utrzymaniu ojca. Będzie pewnie uważał, że młody Kalinowski negocjuje w imieniu ojca lub babki.

– Wiem, że ciąży panu ten kawałek ziemi na Kalinówce – miał powiedzieć Ignaś. – A jestem już dorosły. Czas, żebym zaczął pracować na własną odpowiedzialność. Proszę mi zaufać.

Ale wizyta miała zupełnie inny przebieg. Pan Nowacki ucieszył się na widok gościa, lecz wyszedł mu na spotkanie ze zbolałą miną i podpierając się laską. Lewą stopę miał grubo zabandażowaną i silnie utykał.

– Jak miło, że mnie sąsiad odwiedził – zawołał pan Jacek. – Jakby na zamówienie. Bo ja poszkodowany jestem przez dzika, a mam pilną sprawę do załatwienia. Czy pan nie zechciałby udzielić mi pomocy?

– Oczywiście – zgodził się Ignaś z góry.

Zapomniał o przemowie, a pomyślał, że szczególny traf, który pozwoli mu oddać przysługę Nowackiemu, może ułatwić późniejszą rozmowę.

– A co się stało? – spytał z troską, schodząc z bryczki. – Znowu sąsiad poszedł w pole za wcześnie?

Nowacki potwierdził. Już trzeci raz został zaatakowany przez lochę, broniącą swoich młodych. We wszystkich przypadkach miało to miejsce na skraju pól topolańskich, gdzie znajdował się szlak wiodący do wodopoju.

O świcie można było tam zobaczyć w krótkim czasie dwa albo i trzy stada.

Pan Michał ostrzegał kiedyś sąsiada, żeby nie wychodził na ścieżkę o świcie, albo żeby nosił ze sobą broń, ale pan Jacek lekceważył sobie ostrzeżenia.

– Zapomniałem – tłumaczył się teraz pan Nowacki. – Nie mogłem spać i wyszedłem na rolę popatrzeć, a tu taka niespodzianka...

Szczęśliwie, nie stało się najgorsze. Locha z impetem wpadła na pana Jacka, obaliła w bruzdę, poszturchała trochę, ale szybko zrezygnowała.

– Do wesela się zagoi – bagatelizował gospodarz. – To tylko zwichniecie i parę siniaków. Złamania żadnego nie ma. Jest natomiast pewien kłopot, z którego pan Ignaś może mógłby mnie wybawić...

– Oczywiście – powtórzył Kalinowski. – Trzeba sobie po sąsiedzku pomagać, zwłaszcza w kłopotach.

***

Starsza pani odezwała się do syna dopiero na pół wiorsty przed Zabłudowem.

– Wiesz, Michale, nie sądziłam, że tak ze mną niedobrze... Widać, to już wiek taki. Siedem krzyżyków to nie byle co, ale czasem o tym zapominam i zdaje mi się, że mam dwadzieścia lat i wszystko przede mną...

– Mama niepotrzebnie myśli o sobie w taki sposób – zwrócił uwagę Kalinowski. – Proszę tak nie mówić, bo i ja musiałbym pamiętać o swoim wieku, a tego wcale nie chcę.

Pani Katarzyna westchnęła.

– Dziesiątki razy sprawdzałam wszystkie kąty – powiedziała. – I zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie schowałam pieniądze. To chyba choroba, co? Pamiętasz panią Ćwiertkiewiczową? Była niewiele ode mnie starsza, a trzeba jej było tłumaczyć, do czego służy krzesło i jak trzymać łyżkę...

– Co też mama mówi! – oburzył się pan Michał.

– Nie widzę ani krzty podobieństwa.

Pani Kalinowska podniosła się nagle z miejsca.

– Zatrzymaj!

Zaskoczony, ściągnął lejce i powstrzymał konie.

– Co się stało? – spytał z niepokojem.

Starsza pani usiadła na powrót.

– Boję się, co powiesz, synu... – odezwała się po chwili. – Bo widzisz, już sobie wszystko przypomniałam...

– O czym? – nie zrozumiał pan Michał.

– O wszystkim. To znaczy o pieniądzach.

Pan Kalinowski był bardzo zaskoczony.

 

– O pieniądzach? Przypomniała sobie mama, gdzie je schowała?

Starsza pani skinęła głową.

– Przypomniałam.

– Naprawdę? – upewnił się z niedowierzaniem. – Gdzie zatem?

Pani Kalinowska poklepała torbę na kolanach.

– Tutaj.

Pan Michał nie uwierzył. Nikt by nie uwierzył w coś tak nieprawdopodobnego. W podręcznej torbie starszej pani? W torbie, którą nosiła ze sobą zawsze, ile razy opuszczała Kalinówkę?

Starsza pani otworzyła zamek, pan Michał w milczeniu patrzył na pliki banknotów dwudziestopięciorublowych.

Pani Katarzyna uśmiechnęła się spokojnie.

– To moja zimowa torba – powiedziała. – Miałam ją ze sobą, gdy brałam pieniądze od proboszcza. Całą drogę zastanawiałam się, gdzie w domu schowam tyle pieniędzy. A gdy przyjechałam, zimową torbę włożyłam do szafy, następnego dnia wyjęłam z niej letnią, którą aż do wczoraj nosiłam.

Pan Michał wyciągnął rękę i z pewnym niedowierzaniem dotknął banknotów.

– Sadziłem, że mama zajrzała do toreb podczas poszukiwań – zauważył oszołomiony.

– Nie zajrzałam – wyjaśniła starsza pani. – Po co miałam zaglądać do garderoby albo do toreb, skoro sądziłam, że pieniądze ukryłam w tej skrytce w podłodze, pamiętasz, albo gdzie indziej. Te miejsca przeszukałam wiele razy. Dziwne mi tylko, że kiedy ty szukałeś z Ignasiem, też tego nie zauważyliście.

Pan Kalinowski chrząknął.

– Nie sprawdzaliśmy mamy garderoby – wyjaśnił zawstydzony. – Byliśmy przekonani, że mama sprawdziła torby i ubrania przede wszystkim.

Starsza pani uśmiechnęła się z wyrazem ulgi na twarzy.

– Przyśniła mi się moja zimowa torba. Że powinnam oddać ją do kaletnika, uchwyt jest pęknięty, widzisz? A gdy rano przypomniałam sobie sen, poczułam, że rozwiązanie zagadki jest na wyciągnięcie ręki. Nie pamiętałam, w jaki sposób, pamiętałam, że mam pojechać do Zabłudowa. I nagle, gdy jechaliśmy, wszystko sobie przypomniałam. Stało się dla mnie jasne, że nie schowałam pieniędzy, a jedynie miałam taki zamiar. Jesteś pewny, że nie robi mi się tak jak pani Ćwiertkiewiczowej?

Wyciągnęła rękę do syna.

– Przyczyniłam ci wiele zgryzoty, Michale – dodała ze smutkiem. – Jak ci mam to teraz wynagrodzić?

Pan Michał ucałował ręce matki.

– Nie ma o czym mówić – oświadczył wesołym tonem. – Najważniejsze jest to, że zguba się odnalazła. Teraz trzeba załatwić sprawę z panem Nowackim jak najszybciej, żeby, nie daj Boże, się nie rozmyślił.

Pani Katarzyna z rozmachem zamknęła torbę.

– Jedźmy od razu do Topolan! – poleciła. – Nie możemy tego odkładać ani o dzień. Co koń wyskoczy, Michale. Co koń wyskoczy!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?