Dla ciebie księżyc

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dla ciebie księżyc
Dla ciebie księżyc
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 19,98  15,98 
Dla ciebie księżyc
Audio
Dla ciebie księżyc
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dla ciebie księżyc

Saga

Dla ciebie księżycZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2003, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726511703

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

‒ Czekoladkę?

Gabrysia Kubacka podziękowała uśmiechem i poprawiła się w fotelu. Siedzący obok mężczyzna nadal trzymał przed nią otwarte pudełko.

‒ Już nie mogę się doczekać lądowania! ‒ westchnął.

Dziewczyna zajęta była sprawdzaniem pasów i tylko skinęła głową. Pan Alex Domino z Toronto zadręczał ją przez ostatnie godziny i myślała z ulgą, że podróż dobiega końca.

‒ Lądujemy za trzydzieści minut ‒ powiadomił słodki głos stewardessy. ‒ Temperatura w Warszawie dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Dziękujemy państwu za wspólny lot.

‒ Przeżyłem to tylko dzięki pani, Gabi ‒ Alex Domino pochylił się w stronę sąsiadki. ‒ Nie wiem, jak wytrzymałbym ten stres w innych warunkach. Na pewno się pani nie poczęstuje?

‒ Słodycze są najlepsze na stres ‒ zgodziła się. ‒ Ale jeszcze jedna oznacza katastrofę dla mojej figury.

We wzroku Aleksa Domino było zdumienie.

‒ Pani?! Pani nic takiego nie grozi!

Gabrysia odpowiedziała na komplement zmęczonym uśmiechem. To była ich ósma godzina w samolocie linii Canadian i czuła się wyczerpana. Podczas lotu nie mogła spać i teraz po prostu leciała z nóg. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia pięć minut. Potem odprawa i taksówką do domu, razem godzinka. O szóstej położy się do łóżka i wstanie nie wcześniej niż za dwanaście godzin. Błogosławiona zmiana czasu.

Jej sąsiad zdawał się być nieczuły na tę zmianę, choć Gabrysia pamiętała, co mówił przed startem.

‒ Lecę dopiero drugi raz ‒ oznajmił. ‒ Nieźle jak na czterdzieści dziewięć lat życia!

Początkowo był nieco irytujący, bo rozwodził się nad tym, jak bał się podczas pierwszego lotu przed dwudziestu laty. Pierwszy lot Aleksander Domino odbył z Warszawy do Toronto.

Uspokoił się nieco później, gdy byli już wysoko nad ziemią i przez następnych kilka godzin samolot nie musiał wykonywać żadnych niebezpiecznych manewrów. W ciągu tego czasu Gabrysia poznała dokładnie historię pana Aleksa.

‒ Nie sądziłem, że kiedykolwiek wrócę do starego kraju ‒ opowiadał. ‒ Ani przez chwilę, proszę pani! Aż do zeszłego miesiąca.

W ubiegłym miesiącu pan Alex, niegdyś architekt, a teraz właściciel niedużej firmy budowlanej, otrzymał list z zaproszeniem na ślub. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie okoliczności.

‒ Napisał do mnie pierwszy raz ‒ cieszył się pan Aleksander, od dwudziestu lat będący Aleksem. ‒ Ja pisałem wielokrotnie, wysyłałem kartki, życzenia urodzinowe. I oczywiście pieniądze. Ale on nie napisał nigdy. Ja wiem, że to moja była żona źle go do mnie nastawiła. Aż tu naraz przychodzi listonosz i przynosi list. Płakałem, proszę pani, jak strasznie płakałem!

Z zewnętrznej kieszeni marynarki wyjął złożony arkusik papieru.

‒ Niech pani zobaczy! ‒ zachęcał Alex, wciskając list pomiędzy palce Gabrysi. ‒ Niech pani zobaczy i sama powie, czy nie mam racji. On tak pisze jak kochający syn. I to jak kochający! Teraz wszystko zrozumiałem! Ona, moja żona, nie dała mu pisać wcześniej, może ukrywała moje listy, może je wyrzucała bez czytania...

Gabrysia uprzejmie rzuciła okiem, a pan Alex zachęcał, żeby przeczytała list w całości.

„Drogi Tato ‒ pisał młody mężczyzna imieniem Janusz. ‒ Nareszcie zdobyłem Twój adres. Nie wiem, czy życzysz sobie, żebym do Ciebie pisał. Ale chcę, żebyś Ty wiedział, że wiele razy zastanawiałem się, kim jesteś i jaki jesteś. Nic o tobie nie wiem, a chciałbym się wszystkiego dowiedzieć. Może w ogóle nie pamiętasz, że istnieję. Na wszelki wypadek przypominam Ci, że mam dwadzieścia sześć lat. Za miesiąc żenię się z cudowną dziewczyną, Renatą. Pochodzi z Twoich stron, z Krzemionki koło Supraśla. Ona i ja bardzo chcemy Cię poznać. Może mógłbyś przyjechać na nasz ślub? Nie wiem, w jakiej jesteś sytuacji finansowej, ale gdybyś był w trudnej, to zapłacę za Twoją podróż. Więc niech pieniądze nie staną między nami. Oczekujemy Cię w kościele (nowym) w Supraślu w sobotę, 29 czerwca, o godzinie 14”.

Podczas długiego lotu Gabrysia dowiedziała się wszystkich szczegółów z życia pana Alexa i jego rodziny. Zostawił żonę i dziecko, wyjechał z kraju za chlebem. Powiodło mu się.

W portfelu miał fotografię, starą fotografię, która towarzyszyła mu przez lata pobytu w Kanadzie. Na zdjęciu kilkuletni chłopczyk trzymał za rękę wysokiego, smukłego mężczyznę.

‒ To on ‒ wyjaśnił niepotrzebnie Alex Domino. ‒ Janusz. Ciekawe, czy nadal jest do mnie podobny.

‒ Na pewno ‒ stwierdziła Gabrysia.

‒ Tak pani myśli? ‒ Pan Domino był zadowolony z tej uwagi. ‒ Kochałem go, gdy był mały. Teraz też go kocham. I jestem zadowolony, że znalazł kogoś, z kim chce się związać na całe życie.

Pokazał Gabrysi pudełeczko, które wyjął z kieszeni marynarki. Były w nim dwie grube złote obrączki, leżące na różowym aksamicie.

‒ Kazałem wyciąć napisy ‒ chwalił się. ‒ Kochanemu synowi Januszowi. Kochanej córce Renacie. I data. Napisałem do nich. Na adres Renaty, bo tylko taki miałem. Że przyjadę na ślub i że przywiozę obrączki. Pani jestem bardzo wdzięczny, Gabi. Rozmowa z panią bardzo wiele mi dała.

Gabrysia Kubacka uśmiechała się niepewnie. W czasie całego lotu mówiła raczej niewiele i nie uważała, żeby sąsiad miał szczególne powody do wdzięczności. Domyślała się, że Alex Domino dziękuje jej za możliwość wygadania się. Opowiadał, jak ciężko i dużo pracował. I mówił, jaki był osamotniony przez dwadzieścia lat pobytu w Kanadzie.

Im bliżej lądowania, tym bardziej wydawał się zestresowany. Bał się spotkania z ziemią, bał się spotkania z Polską, bał się spotkania z synem.

‒ Już niedługo ‒ Gabrysia uśmiechem dodała mu odwagi.

Nagle jej sąsiad gwałtownym ruchem poluzował krawat.

‒ Trochę mi słabo ‒ oświadczył i Gabrysia zobaczyła, że bezwładnie osuwa się w fotelu.

Personel samolotu zareagował bardzo profesjonalnie. Alex Domino ocknął się, rozejrzał wokoło przepraszającym wzrokiem.

‒ To nic ‒ powtarzał. ‒ To przcież nic, ja zaraz...

Stewardesa dotknęła jego ręki, dyskretnie badając puls.

‒ Wytrzyma pan? To kilka minut.

‒ Tak, tak ‒ zapewniał. ‒ Nie chcę robić kłopotu...

Gabrysia zamierzała przesiąść się na inne miejsce, żeby chory miał więcej powietrza, ale zatrzymał ją gestem.

‒ Proszę zostać, Gabi. Proszę zostać.

Zgodnie z życzeniem trzymała go za rękę aż do wylądowania. Zaraz potem na pokład samolotu wszedł personel wezwanego pogotowia i starszy, siwy lekarz o pulchnych policzkach.

‒ Proszę się nie ruszać ‒ powiedział. ‒ To nic wielkiego.

Zrobił leżącemu zastrzyk, a potem kazał go zabrać na nosze i wynieść do czekającej na zewnątrz karetki.

‒ A pani kto? ‒ zwrócił się doktor do Gabrysi, bo Alex Domino nie chciał puścić jej ręki. ‒ Rodzina?

‒ Nie ‒ zaprzeczyła. ‒ Co mu jest, panie doktorze?

‒ Zawał.

Gabrysia zbladła, więc lekarz uspokoił ją gestem.

‒ Raczej niezbyt groźny ‒ wyjaśnił. ‒ Poleży kilka dni.

‒ Kilka dni? ‒ przeraziła się. ‒ A wesele? Przyleciał na ślub syna, ma obrączki i w ogóle...

Lekarz wzruszył ramionami.

‒ Ślub można przełożyć. A poza tym źle chłopakowi w kawalerskim stanie? Niech mu pani powie, żeby się jeszcze zastanowił. Po co dobrowolnie włazić w paszczę tygrysowi?

2.

Gabrysia podeszła do odprawy jako ostatnia. Młody celnik przyjrzał się jej z wielką uwagą, jakby sprawdzał, czy ktoś tak wdzięczny dla oka musi przejść obok jego stanowiska i nie może zostać na dłużej.

‒ Coś do oclenia? ‒ zapytał z nadzieją.

Patrzył na długie jasne włosy, zielonkawe oczy, prosty nos i zmysłowe usta dziewczyny. Mniej uwagi poświęcił dwóm podróżnym torbom.

Gabrysia Kubacka pokręciła głową przecząco. Myślała tylko o tym, żeby jak najszybciej opuścić lotnisko.

‒ Zupełnie nic? ‒ Celnik wydawał się rozczarowany. ‒ Nawet gdybym dokładnie panią przeszukał?

Gabrysia była zmęczona i nie miała ochoty na rozmowy.

‒ Jak widać ‒ rzuciła niezbyt uprzejmie. ‒ A łapy niech pan trzyma przy sobie.

Celnik zacmokał głośno.

‒ A to co? ‒ zapytał, wzrokiem wskazując przedmiot, który trzymała w ręce. ‒ Mały szmugielek? Trzymamy w rączce, bo chcemy służby celne wyprowadzić w pole? Oj, pójdziemy chyba na osobistą...

‒ Nigdzie nie pójdę! A już na pewno nie z takim konusem!

Trzymała w garści pudełeczko, które tuż przed zabraniem do karetki pogotowia wręczył jej Alex Domino. Etui ze ślubnymi obrączkami dla jego syna i Renaty. To ono zainteresowało celnika. Urażony w swojej męskiej godności chciał wyrwać pudełeczko z rąk Gabrysi, ale w sukurs przyszedł jej starszy celnik.

‒ Mogę w czymś pomóc?

 

‒ Bardzo proszę ‒ odpowiedziała, wskazując palcem młodego człowieka w mundurze. ‒ Ten pan robił mi niedwuznaczne propozycje. I kwestionuje obrączki, które są w deklaracji celnej pana Aleksa Domino.

Otworzyła etui i podsunęła je w kierunku starszego z mężczyzn. Ten spojrzał na zawartość pudełka.

‒ Aha ‒ powiedział. ‒ To pani jest od tego zawałowca z 626 Canadian. Chce pani złożyć skargę?

Gabrysia wzruszyła ramionami.

‒ Teraz to już chyba niepotrzebne. Dziękuję za interwencję.

‒ Bardzo przepraszamy. Proszę przechodzić.

A kiedy odeszła, starszy celnik mruknął do kolegi:

‒ Jak szef zmiany zobaczy jeszcze jeden taki numer, wylecisz na pysk!

Młodszy westchnął.

‒ Tylko sobie marzyłem, panie Jacku. Widział pan te nogi? Do samej szyi!

Posiadaczka długich nóg wsiadła tymczasem do taksówki i jechała przez Warszawę w kierunku ulicy Orlej. Tam, na pierwszym piętrze niedużego bloku, miała przez kilka tygodni zamieszkiwać w lokalu wypożyczonym jej przez znajomych. Mieszkająca tu para studentów zaliczyła już sesję egzaminacyjną i wyjechała na Mazury, zostawiając Gabrysi spokojne gniazdko na więcej niż połowę letnich wakacji.

Na drzwiach do mieszkania wisiała kartka z tekstem wypisanym starannymi, wielkimi literami: „Gabryśka, czuj się u nas jak my u ciebie. Klucz u pani sąsiadki, na hasło. Iwona i Marek”.

Sąsiadka zajmowała lokal numer cztery na tym samym piętrze. Gabrysia Kubacka zastukała do drzwi, gorączkowo zastanawiając się, jakie hasło mogli mieć na myśli jej znajomi. Tego tylko brakowało! Ona marzy o kąpieli i odpoczynku, a tu jakiś babsztyl będzie jej robić trudności z wydaniem kluczy. Ratunku!

Drzwi otworzyły się, stanęła w nich kobieta z kotem na rękach i życzliwym uśmiechem na twarzy.

‒ Pani Gabrysia? Jedną chwileczkę...

Przymknęła drzwi, a gdy po chwili ponownie je otworzyła, trzymała w ręku pluszowy breloczek z kluczami.

‒ Przepraszam ‒ usprawiedliwiała się Gabrysia. ‒ Miałam ciężki lot i chyba zapomniałam hasła...

‒ Pani o tym na drzwiach? Nie, nie trzeba. To tylko taki żart pana Marka. Od razu panią poznałam, ze zdjęcia. Kartki pan Marek nie kazał zdejmować, bo mówił, że złodziej jest za mało inteligentny, żeby się połapać, i zostawi mieszkanie w spokoju. Więc kartka jest na wszelki wypadek, bo ja przecież stale nasłuchuję i zawsze sprawdzam, czy kto obcy nie majstruje przy zamku...

‒ Dawno wyjechali?

‒ Przedwczoraj. Kazali powiedzieć, że nie wrócą przed pierwszym sierpnia.

Gabrysia podziękowała uprzejmie, a zanim otworzyła drzwi do swojego mieszkania, zdjęła z nich kartkę od przyjaciół. Znała to mieszkanie, sama je wynajmowała na drugim roku studiów, a później zaprotegowała Iwonę u właściciela lokalu.

Rzuciła torby w przedpokoju, poszła do łazienki i puściła wodę do wanny. Nie miała ochoty na jedzenie, rozpakowywanie się, robienie czegokolwiek. Nawet na szukanie nocnej koszuli. Wytarła się tylko w przygotowane czyste ręczniki, wyjęła z tapczanu świeże prześcieradła i rzuciła się na posłanie.

3.

W dwupokojowym mieszkaniu Iwony i Marka pełno było książek, obrazów, drobnych form rzeźbiarskich i artystycznych tkanin. Nie było natomiast żadnych zapasów, nie licząc kilograma mąki i pudełka cukru w kostkach. W pustej lodówce leżały dwa podwiędłe ogórki.

Na swoje szczęście Gabrysia znalazła trochę kawy i zaparzyła ją w grubym kubku, który postawiła na stoliku w ciasnej kuchni.

Potem wśród książek umieszczonych na półkach w pokoju wyszukała kilka przewodników i stary atlas, które przyniosła do kuchni. Siedząc na twardym drewnianym stołku, wertowała je pospiesznie, mrucząc pod nosem:

‒ Jak, do diabła, nazywała się ta wioska?

Odnosiła książki do pokoju, gdy przypomniała sobie poszukiwaną nazwę.

‒ Krzemionki! ‒ zawołała. ‒ Krzemionki koło Supraśla. Gabi, jesteś genialna!

Poczuła nagle głód i poszła po zakupy do sklepu spożywczego na rogu ulicy. Wracając do domu, zatrzymała się przy kiosku z gazetami. Mogli tu mieć mapy kraju, ale za szybką tkwiła akurat kartka z informacją, napisaną z bardzo popularnym błędem „wyszłem na pocztę”, a Gabrysi nie uśmiechało się czekać nie wiadomo jak długo.

Po posiłku spokojnie wypaliła papierosa i wybrała się do księgarni, gdzie kupiła składaną mapę drogową Polski. Mapa była duża, bardzo szczegółowa i kosztowała dwanaście złotych. Zaraz po wyjściu z księgarni Gabrysia rozwinęła papier na pobliskim murku, przejrzała indeks miejscowości i nie znalazła Krzemionek.

‒ Nie szkodzi ‒ pocieszyła się. ‒ Mapa tak czy inaczej się przyda, gdy będę tam jechać.

Supraśl leżał koło Białegostoku, na obrzeżach Puszczy Knyszyńskiej i Parku Krajobrazowego, Krzemionki zapewne gdzieś blisko. Teraz znała już miejsce, pozostawało tylko dostarczyć tam etui z obrączkami. Zadanie wydawało się nieskomplikowane. Była środa, wczesne popołudnie, do godziny czternastej w sobotę pozostawały pełne trzy dni.

‒ W tym czasie dojechałabym nawet rowerem ‒ uznała, stawiając w odpowiednim miejscu mapy wyraźny krzyżyk.

Początkowo chciała wysłać pudełeczko pocztą kurierską, ale obawiała się, że bez dokładnego adresu przesyłka nie zostanie przyjęta. Poza tym chory sąsiad z samolotu wymusił na niej obietnicę, że odda obrączki osobiście i choć teraz nie była tym zachwycona, inne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy. Po namyśle przyznała nawet rację Aleksowi Domino. Wiedziała o nim więcej, niż ktokolwiek inny. Mogła coś z tego powtórzyć jego synowi. A już na pewno to, jak ojciec mówił o swojej miłości i tęsknocie. Byłoby bezduszne wysyłać obrączki pocztą albo przez przypadkowego posłańca. Pan Domino przebył kilka tysięcy kilometrów, żeby poznać syna i zdążyć na jego ślub.

‒ Ja to mam pecha! ‒ powiedziała Gabrysia Kubacka, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze zawieszonym w przedpokoju. ‒ Zawsze mi się coś takiego przytrafi. Mam w końcu dość własnych zajęć.

Ale to nie była prawda. Niewiele miała do roboty w stolicy. Do Polski przyjechała na urlop i mogła go zaplanować, jak chciała. Zdecydowała się nie tylko pojechać do Krzemionek, ale i zabrać ze sobą którąś z koleżanek ze studiów.

Wybór padł na Ewelinę Marciniak, przyjaciółkę od serca jeszcze z czasów licealnych, która do propozycji Gabrysi podeszła z wielkim entuzjazmem.

‒ Na pewno załapiemy się na wesele! ‒ krzyczała rozradowana do telefonu. ‒ Zawsze chciałam coś takiego zobaczyć. Prawdziwe wiejskie wesele!

Gabrysia podchodziła ostrożniej do udziału w cudzych uroczystościach.

‒ Myślałam, żebyśmy pojechały jutro, twoim samochodem ‒ przyznała się. ‒ I raczej zaraz wrócimy.

‒ Nie ma sprawy! ‒ cieszyła się koleżanka. ‒ Jutro rano jestem pod twoim blokiem. Musisz wszystko dokładnie opowiedzieć. Że też mnie się nie zdarzają takie przygody!

Gabrysia nie podzielała jej entuzjazmu.

‒ To przysługa ‒ tłumaczyła się. ‒ Każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo.

‒ Już się nie mogę doczekać szczegółów! O tym i w ogóle o wszystkim, co ci się przydarzyło w Kanadzie.

‒ Właściwie to nie bardzo jest o czym ‒ łagodziła jej entuzjazm Gabrysia. ‒ Praca jak praca.

Takie tłumaczenie nie trafiało jednak do Eweliny.

‒ Nie bądź taka skromnisia! Przecież pamiętam, że na studiach nie było faceta, który by za tobą nie łaził!

Zaraz rano Gabrysia spakowała niewielką torbę turystyczną. Piła kawę, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi i wbiegła Ewelina, brunetka o krótkich czarnych włosach, w okularach z malutkimi szkłami.

‒ Opowiadaj! ‒ wołała od progu. ‒ To taka strasznie romantyczna historia! Opowiadaj wszystko!

Gabrysia wzruszyła ramionami.

‒ Czemu zaraz romantyczna? Po prostu, w samolocie pewien mężczyzna poprosił mnie...

‒ I tak od razu się zgodziłaś?

‒ Poprosił mnie, żebym odszukała jego syna i przekazała mu ślubne obrączki. Ten mężczyzna miał zawał i zabrali go do szpitala. Nie widział syna od dzieciństwa, zależało mu, żeby się z nim na nowo poznać, pogodzić, rozumiesz.

‒ Czemu wybrał akurat ciebie? Nie powiesz mi chyba, że to przypadek?

‒ Siedzieliśmy obok siebie. Nie ma w tym żadnej tajemnicy.

Koleżanka wysłuchała opowieści Gabrysi z wypiekami na twarzy.

‒ Inni to mają! ‒ westchnęła z zazdrością. ‒ Nie to, co ja. Tylko kłopoty z byłym! W dodatku nie mogę jechać z tobą. I znowu przejdzie mi koło nosa okazja poznania kogoś naprawdę interesującego! Na takim weselu to szansa za szansą!

‒ Nie wybieram się na wesele ‒ przypomniała Gabrysia.

‒ Ale wszystko mi opowiesz po powrocie, tak? ‒ upewniła się. ‒ Zorganizuję spotkanie z dziewczynami. Teraz muszę lecieć. Tu masz kluczyki od samochodu, bak jest pełny.

‒ Bardzo ci dziękuję ‒ Gabrysia uścisnęła przyjaciółkę. ‒ Wracam najpóźniej jutro. Na pewno się obędziesz bez samochodu?

‒ Jasne!

Ewelina zadzwoniła po taksówkę i wybiegła zaraz, nie dopiwszy nawet kawy.

Prawie połowa drogi do Białegostoku minęła Gabrysi według planu. Ruch nie był nawet zbyt duży, pogoda ciepła, ale niezbyt upalna i jechało się wygodnie. Po siedemdziesięciu kilometrach uznała, że powinna zrobić przerwę w podróży i chwilę później zatrzymała się przy zajeździe „U Rafała”. Na placu przed piętrowym białym budynkiem stało kilka aut z różnych stron kraju, w głównej sali od frontu ktoś jadł, ktoś popijał coś zimnego.

Tak naprawdę postój był potrzebny Gabrysi, bo miała wielką ochotę na papierosa, a w samochodzie Eweliny nie chciała palić.

Stała przed budynkiem, zaciągając się dymem, gdy zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z jej samochodem.

Młody, krótko ostrzyżony mężczyzna oglądał auto ze wszystkich stron. Potem podszedł, kopnął w przednią, a potem tylną oponę, zajrzał przez szybę do wnętrza.

Gabrysia rzuciła papierosa do wysypanej żółtym piaskiem popielniczki.

‒ Hej, tam! ‒ zawołała oburzona. ‒ Co pan robi?

Mężczyzna nie zareagował i dopiero gdy podbiegła, odwrócił głowę. Miał nieco ponad trzydzieści lat, wysokie czoło i zapewne ładny uśmiech, gdyby zechciał się uśmiechnąć.

‒ Co pan robi? ‒ powtórzyła Gabrysia z groźbą w głosie.

Mężczyzna nadal oglądał opla, dotykał maski, pukał w tylne światła.

‒ Niech się pani nie wtrąca ‒ rzucił przez ramię.

‒ Proszę natychmiast odejść! ‒ zażądała dziewczyna. ‒ Bo zaraz dzwonię po policję!

Przypomniała sobie, że tuż przed skrętem do zajazdu widziała policyjny patrol w samochodzie stojącym na poboczu drogi. To dodało jej odwagi. Sięgnęła do torebki po telefon, ale nieznajomy okazał się szybszy. Już dzwonił do kogoś ze swojego aparatu.

‒ Niech pani tu zostanie! ‒ rzucił rozkazującym tonem, a do telefonu powiedział: ‒ Podjedź tutaj.

Gabrysia wybrała już numer pogotowia policyjnego, ale nikt nie odbierał. Tymczasem z szosy skręcał w kierunku zajazdu granatowy policyjny polonez, zapewne ten sam, który dopiero co widziała na poboczu. Wrzuciła telefon do torebki i zamachała gwałtownie. Radiowóz podjechał i zatrzymał się o dwa kroki.

‒ Chce mi ukraść samochód! ‒ wydyszała do człowieka w mundurze, który wysiadł zza kierownicy.

Sierżant spojrzał na nią zaskoczony. Przeniósł spojrzenie na stojącego obok mężczyznę.

‒ To ona? ‒ zapytał.

Krótko ostrzyżony skinął głową. Człowiek w mundurze wyciągnął rękę.

‒ Proszę okazać dokumenty.

Gabrysia Kubacka jęknęła. Człowiek, którego brała za złodzieja, także okazał się policjantem i obaj chcieli się dowiedzieć, skąd ma ten samochód.

‒ Nie ukradłam! ‒ syknęła. ‒ To pomyłka! Koleżanka mi pożyczyła.

Trzęsącymi się z oburzenia rękami odszukała w torebce dokumenty wozu i swój paszport.

Oglądali go obaj, porozumiewając się spojrzeniami.

‒ Przecież wystarczy zadzwonić ‒ podpowiedziała Gabrysia.

Policjant w cywilu zwrócił jej paszport i prawo jazdy.

‒ Jeszcze dowód rejestracyjny ‒ przypomniała.

Krótko ostrzyżony włożył dokument do kieszeni kurtki.

‒ Przykro mi ‒ powiedział tonem, w którym nie było współczucia. ‒ Ten samochód jest poszukiwany.

‒ Panie! ‒ zezłościła się Gabrysia. ‒ Przecież mówię, że go pożyczyłam od Eweliny Marciniak. Poza tym spieszę się, bo jadę na ślub.

Policjant pokręcił głową.

‒ To pani się myli ‒ zauważył spokojnie. ‒ Auto nie należy do Eweliny, tylko do Jerzego Marciniaka, bo to on spłaca raty. A Jerzy Marciniak to ja.

‒ Mam w to uwierzyć? ‒ szepnęła gasnącym głosem.

 

Ale już wiedziała, że wszystko się zgadza. Ewelina miała męża policjanta, a ich sprawa rozwodowa była w toku.

Marciniak pokazał jej białą policyjną legitymację z wypisanym nazwiskiem i stopniem służbowym.

‒ Ale ja jadę na ślub! ‒ jęknęła z rozpaczą. ‒ Jak mi pan zabierze auto, to co zrobię?

Mundurowy okazał więcej współczucia.

‒ Możemy panią kawałek podrzucić ‒ zaofiarował się. ‒ Daleko to?

‒ Koło Supraśla.

‒ Gdzie ta Supraśla? ‒ dociekał sierżant, spoglądając na zegarek.

‒ Supraśl ‒ poprawiła. ‒ Koło Białegostoku.

Policjant wycofał się ze swojego pomysłu.

‒ Myślałem, że to gdzieś blisko. Do Białegostoku nie możemy pojechać.

Cywil wystawił już jej torbę z bagażnika, zapytał, czy nie zostawiła czegoś jeszcze, a gdy zaprzeczyła, wsiadł do swojego wozu.

‒ Na pewno sobie pani poradzi ‒ rzucił na pożegnanie. ‒ Ewelina wspominała o pani. Jaka to pani przebojowa.

‒ Wypożyczalnia samochodów? ‒ Kobieta z zajazdu zrobiła wielkie oczy na pytanie Gabrysi.

Najpewniej widziała wszystko przez okno sali i teraz zastanawiała się, czy powinna być wobec Gabrysi uprzejma, czy może opryskliwa.

‒ Na pewno jest jakaś w Białymstoku - zasugerowała.

‒ Muszę się tam szybko dostać. Może mi pani pomóc?

Kobieta zmarszczyła brwi.

‒ To łatwe ‒ powiedziała. ‒ Niech pani poprosi kogoś o podrzucenie.

Ale kłopoty nie opuszczały Gabrysi. Przynajmniej tego dnia. W zajeździe przebywało tylko kilkoro podróżnych, akurat na dwa samochody, i oba jechały w kierunku dokładnie przeciwnym, do Warszawy. Nie pozostawało nic innego, jak czekać albo wyjść na szosę i próbować złapać jakieś auto, które jechało na północ.

Stała z torbą u nogi, machając ręką na przejeżdżające samochody. Zatrzymały się dwa. Pierwszym, osobowym audi, przejechała dwadzieścia kilometrów. Kierowca usiłował ją poderwać, nawymyślała mu, więc ją wywiózł gdzieś w boczną drogę i straciła moc czasu na powrót do głównej szosy. W dodatku rozładował się jej telefon.

Do Białegostoku dowiozła ją w końcu kobieta prowadząca półciężarówkę wypełnioną warzywami. Jeździła ostro, przeklinała jak rasowy kierowca, paliła papierosa za papierosem i zatrzymywała się cztery razy dla załatwienia jakichś interesów, a Gabrysi nie pozwalała wysiąść.

‒ Wypożyczalnia? Pewnie, że wiem, gdzie jest wypożyczalnia samochodów.

Zanim tam jednak dotarły, zrobiło się późno. Pani kierowca obiecała podwieźć Gabrysię na właściwe miejsce.

‒ Byłaś już kiedy w Białymstoku? ‒ interesowała się. ‒ Nie byłaś? No to sama nie trafisz. Tylko stracisz czas na szukanie. Ja zawiozę, to będzie szybciej.

Szybciej nie było. Ostatecznie stanęły w mieście o piątej po południu i Gabrysia nie zdążyła przed zamknięciem salonu samochodowego.

Dobrze, że chociaż hoteli nie zamykają tak wcześnie. W śródmiejskim „Crystalu” znalazła się umordowana do granic możliwości. Starczyło jej tylko siły na kąpiel i telefon do właścicielki zarekwirowanego auta.

‒ Jak to zabrał samochód?! ‒ darła się do słuchawki Ewelina Marciniak. ‒ Jak mogłaś mu na to pozwolić!

Gabrysia tłumaczyła się znużonym głosem. Że zaskoczenie, policja, dokumenty, klucze.

‒ Chamidło jedne! ‒ krzyczała Ewelina pod adresem byłego męża. ‒ Polował, aż upolował. Że też mnie nie było z tobą, cholera!

Nie tłumaczyła przyjaciółce sytuacji, bo co tu więcej tłumaczyć.

‒ Sorry, kochana ‒ powiedziała na koniec. ‒ Widzisz, jacy są faceci!

‒ W porządku ‒ powiedziała Gabrysia. ‒ Jakoś sobie poradziłam. Jestem już w Białymstoku i rano jadę na miejsce.

Potem leżała w wielkim podwójnym łóżku.

‒ Tylko spokojnie ‒ powtarzała półgłosem. ‒ Tylko spokojnie. Nic się przecież nie stało. Jedynie zabrali mi samochód, jakiś bubek chciał mnie zgwałcić i cały dzień straciłam na przejechanie dwustu kilometrów. Nic gorszego nie może mnie już spotkać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?