Kamienne posłanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kamienne posłanie
Kamienne posłanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kamienne posłanie
Audio
Kamienne posłanie
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A, te – mówi Naveena. – Tak, są bardzo wygodne, chociaż może nie powinnam ich nosić, kiedy chodniki są oblodzone.

– Chodniki nie są oblodzone – zauważa Gavin. Ta nimfa nie jest zbyt bystra.

– No, nie tutaj – mówi Naveena. – Przecież jesteśmy na Florydzie, prawda? Miałam na myśli tam, gdzie mieszkam. – Chichocze nerwowo. – Lód.

Oglądając telewizję, Gavin patrzy z rosnącym zainteresowaniem, jak wir polarny obejmuje północ, wschód, środek. Widział zdjęcia śnieżyc, burz lodowych, przewróconych samochodów i połamanych drzew. Constance musi się teraz znajdować w samym oku cyklonu. Gavin wyobraża sobie, jak odziana tylko w śnieg wyciąga do niego ręce, a jej postać promienieje nieziemską światłością. Jego pani księżycowego blasku. Już zapomniał, dlaczego się rozstali. Poszło o coś trywialnego, o błahostkę, która nie powinna mieć dla niej znaczenia. O kobietę, z którą się przespał. Melanie, Megan, Marjorie? To było nieistotne, ta kobieta praktycznie wyskoczyła na niego z krzaków. Próbował to wyjaśnić Constance, ale ona nie chciała się wczuć w jego położenie.

Dlaczego nie mogli zostać razem na zawsze? On i Constance, słońce i księżyc, każde z nich lśniło, choć każde inaczej. Teraz siedzi tu, porzucony przez Constance, opuszczony. W czasie, który go nie karmi. W przestrzeni, która nie chce go utulić.

– Floryda. Tak? Do czego pani zmierza? – mówi zbyt ostro. O czym właściwie paple ta cała Naveena?

– Tutaj nie ma lodu – mówi cicho dziewczyna.

– Oczywiście, ale wkrótce wróci pani do domu – zauważa Gavin. Musi jej pokazać, że nie odpływa, nie gubi wątku. – Dokąd właściwie pani wraca? Do Indiany? Idaho? Iowa? Tam jest mnóstwo lodu! Jeśli się pani przewróci, proszę nie wystawiać ręki – radzi po ojcowsku. – Proszę spróbować upaść na ramię. W ten sposób nie złamie pani nadgarstka.

– Och, dziękuję – mówi Naveena, po czym, nieskrępowana, brnie dalej. – Czy moglibyśmy pomówić o panu? I pańskiej, wie pan, twórczości, pańskich wczesnych utworach. Przyniosłam magnetofon, mogę włączyć? Mam też filmy wideo. Może obejrzymy, a pan powie mi, kto jest kim, nakreśli tło. Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.

– Proszę strzelać – mówi Gavin, sadowiąc się w fotelu. Gdzie, do cholery, podziała się Reynolds? Gdzie jego herbata? I ciastko, przecież na nie zasłużył.

– No więc, pracuję, tak jakby, nad okresem Riverboat. Połowa lat sześćdziesiątych. Kiedy napisał pan wiersze wydane jako Sonety dla mojej Pani. – Naveena przygotowuje jedną z tych zabawek elektronicznych, tablet. Reynolds kupiła niedawno zielony. Tablet Naveeny jest czerwony, ze zmyślną trójkątną podstawką.

Gavin zasłania dłonią oczy, udając zażenowanie.

– Proszę mi nie przypominać – mówi. – Sonety to była praca czeladnicza. Nadęte amatorskie bzdety. Miałem tylko dwadzieścia sześć lat. Nie moglibyśmy przejść do poważniejszych rzeczy?

W istocie jednak tamte sonety zasługiwały na uwagę, po pierwsze, dlatego że były sonetami jedynie z nazwy – jak śmiał! – po drugie, ponieważ poszerzały granice języka i otwierały go na nowe obszary. Tak w każdym razie napisano na odwrocie książki. Tak czy inaczej za ten tomik otrzymał swoją pierwszą nagrodę. Udawał, że odnosi się do niej obojętnie, wręcz pogardliwie – bo czymże były nagrody, jeśli nie kolejną formą zniewolenia Sztuki przez system – ale mimo to spieniężył czek.

– Keats umarł, kiedy miał dwadzieścia sześć lat, a proszę spojrzeć, co osiągnął! – mówi Naveena surowo.

Połajanka, wyraźna połajanka! Jak ona śmie! Kiedy przyszła na świat, on był już w średnim wieku! Mógłby być jej ojcem! Mógłby molestować jej dziecko!

– Byron nazwał poezję Keatsa „wierszami Jasia, co sika do łóżka” – mówi Gavin.

– Wiem – odpowiada Naveena. – Przypuszczam, że powodowała nim zazdrość. W każdym razie pańskie sonety są świetne! „Usta mej pani na mnie”... To takie proste, tak urocze i bezpośrednie.

Naveena chyba nie zdaje sobie sprawy, że to wiersz o robieniu laski. Różni się diametralnie od „Usta mej pani na moich”, ponieważ w tamtych czasach i w tym kontekście „mnie” było ukrytą aluzją do fiuta. Kiedy Reynolds po raz pierwszy przeczytała ten wers z ustami, głośno się roześmiała: w gnijącej lilii Gavina próżno szukać podobnej czystości.

– Czyli pracuje pani nad sonetami o Pani – mówi Gavin. – Może chciałaby pani, abym rzucił światło na pewne fragmenty? Informacje z pierwszej ręki, które wzbogaciłyby pani pracę magisterską.

– Cóż, dokładnie rzecz biorąc, nie pracuję nad sonetami – odpowiada Naveena. – W przeszłości sporo już o nich pisano. – Zarumieniona spuszcza wzrok na stolik. – Tak się składa, że piszę doktorat o C.W. Starr. Wie pan, Constance Starr, chociaż wiem, że Starr nie było jej prawdziwym nazwiskiem. Piszę o jej serii o Alphinlandii, a pan przecież znał ją w tych czasach. Znał pan Constance z Riverboat i tak dalej.

Gavin czuje, jakby w żyły wlano mu zimną rtęć. Kto wpuścił tę osobę? Tę wandalkę, tę niszczycielkę! Wpuściła ją Reynolds. Czy zdradziecka Reynolds zdawała sobie sprawę z prawdziwej misji tej harpii? Jeśli tak, Gavin wyrwie jej zęby trzonowe.

Mimo to został przyciśnięty do muru. Nie może udawać, że to ma dla niego znaczenie – rola drugorzędnego źródła informacji, podczas gdy pierwsze skrzypce grała Constance. Constance wydmuszka z jej idiotycznymi historyjkami o gnomach. Constance specjalistka od wystawiania do wiatru. Constance fiu-bździu w głowie. Okazanie gniewu oznaczałoby przyznanie się do słabości, byłoby dodaniem nowego upokorzenia do wcześniejszego.

– A, tak. – Gavin śmieje się pobłażliwie, jakby przypomniał sobie dowcip. – „I tak dalej” to trafne określenie! Było mnóstwo „tak” i ciągle „dalej”! I tak dalej od rana do wieczora. Wtedy jednak miałem dość sił, żeby to znieść.

– Słucham? – mówi Naveena. Oczy jej błyszczą. Oto chłepcze krew, po którą przyszła. Ale nie dostanie wszystkiego.

– Moje drogie dziecko – mówi Gavin. – Constance i ja byliśmy parą. Właśnie świtała era Wodnika. I chociaż nie zaświtała w pełni, byliśmy bardzo zajęci. Znacznie więcej czasu spędzaliśmy na rozbieraniu się niż na ubieraniu. Ona była... zdumiewająca. – Gavin uśmiecha się do wspomnień. – Ale proszę mi nie mówić, że prowadzi pani poważne badania naukowe nad twórczością Constance. To, co pisała, w żaden sposób nie było...

– Tak się składa, że prowadzę – przerywa mu Naveena. – To gruntowna analiza funkcji symbolizmu w porównaniu z neoreprezentacjonizmem w procesie światotworzenia. Gatunki fantasy są znacznie lepszym materiałem do takich badań niż tak zwana proza realistyczna, w której występują one w bardziej zawoalowanej formie. Nie sądzi pan?

Do salonu wchodzi Reynolds, stukając sabotami.

– Oto nasza herbata! – oznajmia w ostatniej chwili.

Gavin czuje w skroniach pulsującą krew. O czym, do kurwy nędzy, mówiła właśnie Naveena?

– Jakie ciastka? – pyta, żeby utrzeć nosa neoreprezentacjonizmowi.

– Czekoladowe – mówi Reynolds. – Czy Naveena pokazywała ci już nagrania wideo? Są fascynujące! Przesłała mi je na Dropboksa. – Siada obok Gavina i nalewa herbatę.

Dropbox. Cóż to takiego? Do głowy przychodzi mu jedynie kocia kuweta. Nic jednak nie mówi.

– To jest pierwsze nagranie – oznajmia Naveena. – Riverboat około tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku.

To pułapka, zdrada. Mimo to Gavin nie ma innego wyjścia jak patrzeć. Jakby wciągał go tunel czasu: sile odśrodkowej nie sposób się oprzeć.

Film jest ziarnisty, czarno-biały, niemy. Ujęcie dokoła pokoju: jakiś amator zaliczający gwiazdy filmowe; a może kręcono to na użytek dokumentu? Na scenie występują Sonny Terry i Brownie McGhee, a to Sylvia Tyson? Przy stoliku siedzi paru zaprzyjaźnionych poetów z tamtego okresu, modne wówczas fryzury, optymistyczne brody podobne do puchu. Tylu z nich już odeszło.

Oto i sam Gavin z Constance u boku. Nie ma brody, za to z ust zwisa mu papieros, niedbale obejmuje Constance. Nie patrzy na nią, lecz na scenę, ale Constance patrzy na niego. Stale była w niego wpatrzona. Oboje wyglądają tak uroczo, bez blizn, pełni energii i nadziei jak dzieci. Kompletnie nieświadomi wichrów losu, które wkrótce miały ich rozdzielić. Gavinowi zbiera się na płacz.

– Ona musi być zmęczona – stwierdza Reynolds z zadowoleniem. – Widzisz te podkrążone oczy? Wielkie ciemne worki. Musi być skonana.

– Zmęczona? – dziwi się Gavin. Nigdy nie myślał, że Constance może być zmęczona.

– To chyba naturalne – dorzuca Naveena. – Proszę pomyśleć, ile wtedy pisała! To było epickie! W krótkim czasie stworzyła ogólny zarys całej Alphinlandii! Do tego pracowała w smażalni kurczaków.

– Nigdy nie mówiła, że jest zmęczona – mówi Gavin, bo obie kobiety patrzą na niego. Czyżby z wymówką? – Miała mnóstwo sił.

– Pisała panu o tym – mówi Naveena. – O tym, że jest zmęczona. Dodawała jednak, że pan nigdy jej nie męczy! Mówiła, żeby zawsze ją pan budził, bez względu na to, jak późno wróci. Zapisała to! Chyba naprawdę pana kochała. To takie budujące.

Gavin jest zdezorientowany. Pisała do niego? Nic takiego sobie nie przypomina.

– Czemu miałaby pisać do mnie listy? – pyta. – Przecież mieszkaliśmy razem.

– Pisała do pana w dzienniku, który prowadziła – wyjaśnia Naveena. – Zostawiała go na stole, ponieważ spał pan do późna, a ona musiała wychodzić do pracy. Czytał pan te liściki, a potem odpisywał na nie pod spodem. Notes w czarnej okładce, taki sam jak ten, w którym umieszczała listy i mapy Alphinlandii. Na każdej stronie inny dzień. Nie pamięta pan?

– A, to – mówi Gavin, któremu zaczyna coś świtać. Przede wszystkim jednak pamięta tamte promienne poranki po nocach spędzonych z Constance. Pierwsza kawa, pierwszy papieros, pierwsze wersy wiersza pojawiające się w magiczny sposób. Większość tych wierszy przetrwała próbę czasu. – Tak, mgliście sobie przypominam. Jak pani znalazła ten notes?

 

– Był w pańskich papierach – odpowiada Naveena. – Dziennik. Dokumenty znajdują się w zbiorach Uniwersytetu w Austin. Sprzedał je pan. Pamięta pan?

– Sprzedałem swoje papiery – mówi Gavin. – Jakie papiery?

Ma pustkę w głowie, jedną z tych przerw w pamięci podobnych do rozdarcia w pajęczynie. Nic takiego sobie nie przypomina.

– Cóż, technicznie rzecz biorąc, to ja je sprzedałam – włącza się Reynolds. – Prosiłeś, żebym się nimi zajęła. Pracowałeś wtedy nad przekładem Odysei. Praca tak go pochłania – zwraca się do Naveeny. – Gdybym nie pamiętała, przestałby nawet jeść.

– Wiem! – ożywia się Naveena.

Kobiety wymieniają porozumiewawcze spojrzenia: geniusza trzeba traktować z wyrozumiałością. Tak należy to rozumieć, jeśli popatrzeć na to z sympatią. W innym ujęciu: starych pierdzieli trzeba okłamywać.

– Obejrzyjmy drugie nagranie – mówi Rey, pochylając się do przodu.

„Litości – zwraca się do niej Gavin bezgłośnie. – Leżę na łopatkach. Ta nastoletnia księżniczka mnie wykańcza. Nie mam pojęcia, o czym mówi. Skończ to!”.

– Jestem zmęczony – mówi, ale najwyraźniej nie dość głośno: te dwie mają plany.

– To jest wywiad – wyjaśnia Naveena. – Sprzed kilku lat. Można go znaleźć na YouTubie. – Klika i na ekranie wyświetla się film, tym razem kolorowy i z głosem. – Światowy Konwent Fantasy w Toronto.

Gavin patrzy z rosnącą grozą. Kruchą staruszkę przepytuje człowiek w stroju ze Star Treka: purpurowa cera, olbrzymia czaszka pokryta żyłami. Gavin przypuszcza, że to Klingon. Choć nie wie zbyt wiele o tym skupisku memów, jego studenci z warsztatów poetyckich próbowali go oświecić, kiedy ten temat pojawiał się w ich wierszach. Na ekranie występuje też kobieta o błyszczącej plastikowej twarzy.

– To królowa Borg – szepcze Naveena.

Według YouTube’a krucha staruszka to Constance, ale Gavin nie ma pewności.

– Z ogromnym podnieceniem witamy dziś osobę, którą można nazwać babką dwudziestowiecznego fantasy światotwórczego – mówi królowa Borg. – Samą C.W. Starr, twórczynię sławnej na całym świecie Alphinlandii. Czy mam panią nazywać Constance, czy pani Starr? A może C.W.?

– Jak pani chce – odpowiada Constance. Ponieważ faktycznie jest to ona, choć dużo mniejsza. Przetykany srebrem sweter wisi na niej, włosy przypominają zmierzwione pióra czapli białej, szyję ma cienką jak patyk po lodach. Rozgląda się, jakby oszałamiały ją światła i hałas. – Nie obchodzi mnie nazwisko i cała reszta. Obchodziła mnie tylko moja praca nad Alphinlandią. – Constance ma osobliwie świecącą skórę, jak fosforyzujący grzyb.

– Czy nie miała pani, wrażenia, że jest bardzo odważna, kiedy pani zaczynała? – pyta Klingon. – Ten gatunek był zarezerwowany dla mężczyzn, prawda?

Constance odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem. Ten ulotny, pierzasty śmiech brzmiał kiedyś ujmująco, ale teraz wydaje się Gavinowi groteskowy. Żwawość nie na miejscu.

– Och, wtedy nikt nie zwracał na mnie uwagi, więc nie można tego nazwać odwagą. Zresztą posługiwałam się inicjałami. Początkowo nikt nie wiedział, że nie jestem mężczyzną.

– Jak siostry Brönte – mówi Klingon.

– Daleko mi do nich – odpowiada Constance, zerka w bok i chichocze skromnie.

Czyżby flirtowała z facetem o purpurowej skórze i żylastej czaszce? Gavin się krzywi.

– Teraz naprawdę wygląda na zmęczoną – mówi Reynolds. – Ciekawe kto nałożył jej ten paskudny makijaż. Nie powinni byli używać pudru mineralnego. Właściwie ile ona ma lat?

– Jak tworzy pani alternatywny świat? – pyta królowa Borg. – Robi go pani z niczego?

– Och, nigdy nie robię czegoś z niczego – odpowiada Constance. Teraz jest poważna, a jej powaga zawsze przyprawiała o zawrót głowy. „Oto jestem poważna”. W tamtych czasach nie przekonywało to Gavina: przypominała dziewczynkę paradującą w matczynych butach na wysokich obcasach. Dawniej jej powaga wydawała się mu urocza, teraz widzi w niej pozę. Jakie ona ma prawo, żeby zachowywać powagę? – Widzi pani, wszystko w Alphinlandii jest wzorowane na prawdziwym życiu. Jak mogłoby być inaczej?

– Czy dotyczy to również postaci? – pyta Klingon.

– No, tak – odpowiada Constance. – Czasem zbieram poszczególne elementy tu i ówdzie, po czym składam z nich całość.

– Jak pan Kartoflana Głowa – stwierdza królowa Borg.

– Pan Kartoflana Głowa? – powtarza Constance, wyraźnie zdezorientowana. – W Alphinlandii nie ma nikogo takiego.

– To zabawka dla dzieci – wyjaśnia królowa Borg. – Różne oczy i nosy przytwierdza się do kartofla.

– Ach, tak – mówi Constance. – To musiało pojawić się później. To znaczy w czasach, kiedy już nie byłam dzieckiem – wyjaśnia.

Milczenie przerywa Klingon.

– W Alphinlandii jest wielu złoczyńców! Ich postaci też czerpie pani z prawdziwego życia? – Chichocze. – Jest z kogo wybierać!

– O, tak – przyznaje Constance. – Zwłaszcza złoczyńców.

– Czyli na przykład Milzreth Czerwona Ręka to ktoś, kogo możemy spotkać na ulicy? – pyta królowa Borg.

Constance odrzuca głowę w tył i znów wybucha śmiechem, który każe Gavinowi zacisnąć zęby. Ktoś powinien jej powiedzieć, żeby nie otwierała ust tak szeroko, już nie jest jej z tym do twarzy. Widać, że w głębi brakuje jej kilku zębów.

– O Boże, mam nadzieję, że nie! – woła Constance. – Nie w tym przebraniu. Ale owszem, postać Milzretha wzorowałam na człowieku, którego znałam. – W zamyśleniu patrzy poza ekran, prosto w oczy Gavina.

– Może to dawna sympatia? – podsuwa Klingon.

– Nie – odpowiada Constance. – Raczej polityk. Milzreth to człowiek bardzo zaangażowany w politykę. Jednak w Alphinlandii umieściłam jednego z moich dawnych chłopaków. Jest tam w tej chwili, chociaż go nie widzicie.

– Proszę nam o nim opowiedzieć – mówi królowa Borg z zabójczym uśmiechem.

– To tajemnica. – Constance robi chytrą minę. Trwożnie ogląda się za siebie, jakby wypatrywała szpiega. – Nie mogę wam zdradzić, gdzie jest. Nie chciałabym zaburzać równowagi. To byłoby bardzo niebezpieczne dla nas wszystkich!

Czy cała sprawa wymyka się spod kontroli? Czy Constance lekko zbzikowała? Królowa Borg musi tak właśnie myśleć, ponieważ raptownie ucina rozmowę.

– To była ogromna przyjemność, wielki zaszczyt, bardzo pani dziękuję – mówi. – Moi drodzy, duże brawa dla C.W. Starr! – Rozlega się aplauz. Constance wygląda na oszołomioną. Klingon ujmuje ją za rękę.

Jego złota Constance. Zeszła na manowce. Zagubiła się. Błądzi po omacku.

Zaciemnienie.

– Czy to nie było świetne? Ona jest zdumiewająca – zachwyca się Naveena. – Praktycznie przyznała, że umieściła pana w Alphinlandii. To byłaby wielka rzecz dla mnie, dla mojej pracy, gdybym odkryła, o którą postać chodzi. Zawęziłam listę do sześciu. Każda posiada inne cechy, specjalne moce, symbole i godła. Według mnie pan musi być Tomaszem Wierszokletą, ponieważ to jedyny poeta w serii. Chociaż może jest on raczej prorokiem, jego specjalną mocą jest jasnowidzenie.

– Tomasz kto? – pyta chłodno Gavin.

– Wierszokleta – powtarza Naveena z pewnym wahaniem. – Występuje w balladzie, to dobrze znana postać. Można ją znaleźć u Childa[4]. Tomasz został porwany przez królową Krainy Wróżek, jechał przez krew sięgającą kolan, nie widziano go na ziemi przez siedem lat, a gdy powrócił, zaczęto go nazywać Prawdziwym Tomaszem, ponieważ widział przyszłość. W serii o Alphinlandii nazywa się oczywiście inaczej: to Kluvosz z Kryształowym Okiem.

– Przypominam pani kogoś z kryształowym okiem? – pyta Gavin z miną pokerzysty. Postanowił, że da dziewczynie popalić.

– Nie, ale...

– To z całą pewnością nie ja – mówi Gavin. – Kluvosz z Kryształowym Okiem to Al Purdy.

To najsłodsze kłamstwo, jakie przychodzi Gavinowi do głowy. Duży Al ze swoimi wierszami o ciesielstwie, pracujący przy produkcji suszonej krwi, porwany przez królową Krainy Wróżek! Jeśli tylko Naveena umieści to w swojej pracy doktorskiej, Gavin będzie jej dozgonnie wdzięczny. Włączy nawet suszoną krew, wszystko będzie pasować. Gavin z trudem powstrzymuje się od śmiechu.

– Skąd wiesz, że chodzi o Ala Purdy’ego? – pyta Reynolds podejrzliwie, po czym zwraca się do Naveeny: – Pani wie, że Gavin kłamie, prawda? Fałszuje własną biografię. Uważa, że to zabawne.

Gavin ignoruje jej słowa.

– Constance sama mi to mówiła. Skąd niby mam to wiedzieć? Często rozmawiała ze mną o swoich postaciach.

– Ale Kluvosz z Kryształowym Okiem pojawił się dopiero w trzecim tomie – zauważa Naveena. – Widmo powraca. To było znacznie później niż... Nie ma żadnych dokumentów, a pan nie spotykał się już wtedy z Constance.

– Spotykaliśmy się potajemnie – mówi Gavin. – Całymi latami. W toaletach klubów nocnych. To było fatalne zauroczenie. Nie mogliśmy się od siebie oderwać.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś – zauważa Reynolds.

– Kochanie, nie mówiłem ci o wielu rzeczach. – Reynolds nie wierzy w ani jedno jego słowo, ale nie potrafi dowieść, że zmyśla.

– To by wszystko zmieniało – mówi Naveena. – Musiałabym przepisać na nowo... Musiałabym ponownie przemyśleć centralne założenie. To jest... zupełnie kluczowe! Ale jeśli nie jest pan Kluvoszem, to kim?

– Otóż to, kim jestem? – powtarza Gavin. – Często się zastanawiam. Może wcale nie występuję w Alphinlandii. Może Constance mnie wykreśliła.

– Sama mi mówiła, że pan tam jest – upiera się Naveena. – Napisała to w e-mailu zaledwie miesiąc temu.

– Zaczyna być roztrzepana – mówi Reynolds. – Widać to wyraźnie na tym wideo, a nakręcono je jeszcze przed śmiercią jej męża. Ona wszystko pokręciła, pewnie nie umie nawet...

Naveena ignoruje Reynolds, pochyla się w przód, wpatruje w Gavina szeroko otwartymi oczami, ścisza głos niemal do intymnego szeptu.

– Constance mówiła, że jest pan ukryty. Jak skarb, czy to nie romantyczne? Jak te obrazy, na których trzeba szukać twarzy pośród drzew, tak to ujęła.

Dziewczyna chce sztafirować się i krygować, chce cedzić słowa[5], pragnie wyssać ostatni łyk esencji z jego niemal pustej czaszki. Odejdź, swawolna!

– Przykro mi, ale nie potrafię pani pomóc – mówi Gavin. – Nigdy nie czytałem tych bzdur.

Kłamstwo. Czytał większość książek z serii, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że Constance była nie tylko złą poetką w czasach, gdy próbowała nią zostać, ale jest też fatalną pisarką. Alphinlandia: sam tytuł mówi już wszystko. Należałoby raczej napisać: Ale flądra.

– Słucham? – mówi Naveena. – Wydaje mi się, że nie traktuje pan autorki z należnym szacunkiem. To elitarne...

– Czy nie może pani lepiej wykorzystać swego czasu zamiast poświęcać go na rozszyfrowywanie tej mętnej kałuży żabiego skrzeku? – pyta Gavin. – Taki piękny okaz kobiety się marnuje, śliczny tyłeczek usycha. Zalicza pani w ogóle?

– Słucham? – powtarza Naveena. Najwyraźniej w ten właśnie sposób reaguje na zagrożenie.

– Czy ktoś panią drapie, kiedy swędzi? Uprawia pani poletko? Jak z seksem? – drąży Gavin. Reynolds szturcha go mocno łokciem w żebra, ale on ją ignoruje. – Musi być jakiś napalony kochaś, który to pani daje. Takiej pięknej dziewczynie jak pani porządne rżnięcie lepiej zrobi niż marnowanie wzroku na przypisy do tych bzdetów. Tylko proszę nie mówić, że jest pani dziewicą! To byłoby niedorzeczne!

– Gavinie! – upomina go Reyndolds. – Nie możesz już w ten sposób zwracać się do kobiet. To nie jest...

– Moje życie prywatne chyba nie powinno pana interesować – mówi sztywno Naveena.

Jej dolna warga drży, więc może trafił w sedno. Wciąż nie chce jej odpuścić.

– Bez skrupułów włazi pani w moje życie prywatne! – stwierdza Gavin. – Czyta pani mój dziennik, myszkuje w moich papierach, węszy wokół mojej... mojej byłej dziewczyny. To nieprzyzwoite! Constance jest moim życiem prywatnym. Prywatnym! Pewnie ani przez chwilę pani o tym nie pomyślała!

– Gavinie, sprzedałeś te papiery – przypomina Reynolds. – Teraz są więc własnością publiczną.

– Bzdury! – odpala Gavin. – Sama je sprzedałaś, dwulicowa dziwko!

Naveena wyłącza tablet z pewną dozą godności.

– Chyba powinnam już iść – zwraca się do Reynolds.

– Tak mi przykro. On czasem tak się zachowuje – mówi Reynolds.

Kobiety wstają, po czym szczebiocząc i mówiąc, jak im jest przykro, idą do holu. Trzask drzwi wejściowych. Reynolds pewnie odprowadza dziewczynę do postoju taksówek przed Holiday Inn parę przecznic dalej. Niewątpliwie będą rozmawiać o nim. O nim i jego wybuchach. Może Reynolds spróbuje naprawić wyrządzone szkody. A może nie.

 

Zapowiada się chłodny wieczór. Przypuszczalnie Reynolds ugotuje mu jajko, przylepi do twarzy sztuczny uśmiech i pójdzie tańczyć.

Pozwolił sobie na wybuch gniewu; nie powinien był tego robić. To niedobre dla układu sercowo-naczyniowego. Powinien skupić się na czym innym. Na wierszu, nad którym pracuje. Nie w tak zwanym gabinecie, bo tam nie jest w stanie pisać. Idzie do kuchni, wyjmuje notes z szuflady w stoliku pod telefonem, gdzie lubi go trzymać, znajduje ołówek, potem wychodzi przez drzwi ogrodowe, schodzi po trzech schodkach na patio i ostrożnie je przecina. Zarówno schodki, jak i patio są wyłożone kafelkami, które wokół basenu bywają śliskie. Gavin sięga po leżak, który miał na oku, siada.

Opadłe liście obracają się w wirze. Może Maria wejdzie bezgłośnie w płóciennych krótkich spodenkach i je wyłowi.

Maria wyławia uschłe liście,

Czy to są dusze? Czy jedna z nich jest moja?

Czy śniada Maria jest Aniołem Śmierci,

Który przyszedł mnie zabrać?

Wyblakła błędna duszo wirująca w zimnym basenie,

Od tak dawna jesteś wspólniczką tego głupca, mego ciała,

Gdzie wylądujesz? Na jakim nagim brzegu?

Czy będziesz tylko uschłym liściem? Czy...

Nie. Za bardzo w stylu Whitmana. Maria jest tylko zwykłą miłą licealistką, która sobie dorabia, takich jest na pęczki, nic specjalnego. Daleko jej do nimfetki czy uwodzicielskiego młodzika ze Śmierci w Wenecji. A może Śmierć w Miami? To brzmi jak telewizyjny serial o policjantach. Ślepe zaułki, ślepe zaułki.

Mimo to podoba mu się wizja Marii jako Anioła Śmierci. Wkrótce spotka się z jednym z nich. W momencie umierania wolałby już zobaczyć anioła niż nic.

Zamyka oczy.


Znowu są w parku z Ryszardem Trzecim. Gavin wypił dwa papierowe kubki martini z wódką, musi się wysikać. Jest dopiero połowa sceny: Ryszard, w skórzanym stroju, ze zbyt dużym biczem, zaczepia lady Annę, która idzie za trumną z zamordowanym mężem. Lady Anna ma na sobie fetyszystyczny kostium używany do praktyk sadomasochistycznych. Tańcząc swój jadowity balet, nawzajem przydeptują sobie karki butami. To niedorzeczne, ale jeśli się zastanowić, wszystko pasuje. Ryszard przebija jej mężusia, Anna pluje na Ryszarda, on proponuje, żeby go ugodziła i tak dalej. Szekspir jest taki zakręcony. Czy kiedykolwiek zdobyto w ten sposób kobietę? Jeśli chcesz odpowiedzieć twierdząco, zakreśl: „Tak”.

– Idę się odlać – mówi Gavin do Rey, kiedy Ryszard skończył się chwalić swoim podbojem.

– Jest tam, obok miejsca dla psów – mówi Reynolds. – Ćśśś.

– Prawdziwi mężczyźni nie sikają do toi toiów – odpowiada Gavin. – Prawdziwi mężczyźni odlewają się w krzakach.

– Lepiej pójdę z tobą – postanawia Reynolds. – Zgubisz się.

– Daj mi spokój.

– Przynajmniej weź latarkę.

Jednak Gavin nie wziął latarki. Walczyć i szukać – i nie ustępować[6]. Odchodzi w mrok, majstruje przy rozporku. Prawie nic nie widzi. Przynajmniej tym razem nie zasikał sobie stóp: nie musi chodzić w ciepłych skarpetkach. Z ulgą zapina rozporek i odwraca się, gotów nawigować w ciemności. Gdzie właściwie się znajduje? Gałęzie szorują mu po twarzy, zabłądził. Co gorsza, w listowiu mogą się kryć bandyci czyhający na zagubioną ofiarę. Cholera! Jak wezwać Reynolds? Gavin nie chce wołać o pomoc. Nie wolno mu panikować.

Jakaś dłoń chwyta go za rękę i Gavin budzi się raptownie. Serce mu łomocze, szybko oddycha. Uspokój się, mówi do siebie. To był tylko sen. To był tylko wiersz w stadium larwalnym.


Dłoń musiała należeć do Reynolds. Uzbrojona w latarkę pewnie poszła za nim w krzaki. Gavin sobie tego nie przypomina, ale tak właśnie musiało być, bo inaczej nie siedziałby na tym leżaku, prawda? Nigdy nie zdołałby wrócić.

Jak długo spał? Już zmierzch. „Pomiędzy mrokiem a dniem, Kiedy zapada noc”[7]. „Tylko pieśń o zmierzchu”[8]. Jakie to wiktoriańskie słowo, nikt już nie mówi: „zmierzch”. „O zmierzchu przychodzi do nas miłości słodkie to czy tamto”[9].

Czas się napić.

– Reynolds – woła.

Żadnej odpowiedzi. Porzuciła go. Dobrze mu tak. Dziś po południu nie był zbyt grzeczny, ale wybryki sprawiły mu wielką frajdę. „Nie możesz już w ten sposób zwracać się do kobiet”. W sumie to smutne, kto powiedział, że nie może? Jest na emeryturze, nie można go wylać z pracy. Gavin chichocze pod nosem.

Podnosi się z leżaka i rusza ku schodom prowadzącym do domu. Kafelki są śliskie, w dodatku na podwórzu panuje półmrok. Półmroczny, myśli Gavin: to przywodzi mu na myśl raka. Kolczaste, słowo w twardym pancerzu, ze szczypcami.

Oto i schody. Unieś prawą nogę. Nie trafia, spada, uderza się, rani.

Kto by pomyślał, że stary człowiek może mieć w sobie tyle krwi?

– O mój Boże! – wykrzykuje Reynolds, kiedy go znajduje. – Gavvy! Nie mogę cię zostawić nawet na chwilę! Zobacz, co zrobiłeś! – Zalewa się łzami.


Reynolds udaje się zawlec go na leżak i podeprzeć dwiema poduszkami; otarła nieco krwi i położyła mu na głowie wilgotną ściereczkę. Teraz wisi na telefonie, usiłując namierzyć karetkę.

– Nie możecie kazać mi czekać! – mówi. – On miał wylew albo... To ma być pogotowie?! Kurwa!

Gavin leży między poduszkami, a po twarzy ścieka mu coś, co nie jest ani zimne, ani gorące. To jednak nie jest zmierzch, ponieważ słońce dopiero zachodzi skąpane w przepysznej różowawej czerwieni. Liście palmowe kołyszą się łagodnie, pompa obiegowa pulsuje, a może to jego puls? Pole widzenia ciemnieje i na samym środku unosi się Constance, stara, zgrzybiała Constance w masce podobnej do makijażu, ta sama blada pomarszczona twarz, jaką widział na ekranie. Patrzy na niego zdumiona.

– Pan Kartoflana Głowa! – mówi.

Gavin nie zwraca na to uwagi, ponieważ bardzo szybko leci w jej stronę. Constance się nie przybliża, musi oddalać się od niego z tą samą szybkością. Prędzej, ponagla się Gavin, aż w końcu ją dopada i nurkuje prosto w czarną źrenicę jej niebieskiego oniemiałego oka. Wokół Gavina otwiera się jasna przestrzeń i oto ma przed sobą swoją Constance, znowu młodą i serdeczną jak dawniej. Uśmiecha się radośnie, rozkłada ręce na powitanie, Gavin ją obejmuje.

– Dotarłeś tu – mówi Constance. – W końcu. Obudziłeś się.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?