Kamienne posłanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kamienne posłanie
Kamienne posłanie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kamienne posłanie
Audio
Kamienne posłanie
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zjawa

.

Reynolds wpada do salonu z dwiema poduszkami. Wiele lat temu, dokładnie nie wiadomo ile, te poduszki objęte rękami Rey niczym dwie nadmuchiwane piersi, miękkie, lecz jędrne, przywiodłyby Gavinowi na myśl prawdziwe piersi, równie miękkie i jędrne, schowane pod spodem. Mógłby sklepać zmyślną metaforę i za pomocą poduszek opisać na przykład dwa kurczaki wykazujące gotowość płciową. Albo, z uwagi na gumową sprężystość, przywołałby obraz dwóch trampolin.

Teraz jednak te dwie poduszki – w połączeniu z piersiami – przywodzą na myśl przedobrzoną awangardową inscenizację Ryszarda III, którą zeszłego lata oglądali w parku. Reynolds uparła się, żeby poszli, twierdziła, że Gavinowi dobrze zrobi zerwanie z rutyną, wyjście na świeże powietrze i otwarcie się na nowe idee, na co Gavin odparł, że wystarczyłoby wyjście na świeże powietrze i rozpięcie rozporka, wtedy Reynolds szturchnęła go żartobliwie łokciem i zmysłowym głosem powiedziała:

– Niegrzeczny Gavvy!

Lubiła udawać, że Gavin jest dysfunkcyjnym zwierzakiem domowym. Nie jest aż tak daleka od prawdy, myśli z goryczą Gavin. Jeszcze nie robi na dywan, nie niszczy mebli i nie skamle o posiłki, ale już prawie.

Na wyprawę do parku Reynolds zabrała do torby turystycznej plastikową płachtę do siedzenia, parę koców z samochodu, na wypadek gdyby Gavin zmarzł, oraz dwa termosy, jeden z kakao, a drugi z wódką zmieszaną z martini. Plan Reynolds był jasny: jeśli Gavin będzie za bardzo biadolił, znieczuli go alkoholem, przykryje kocami z nadzieją, że zaśnie, sama zaś zanurzy się w dziele nieśmiertelnego barda.

Plastikowa płachta okazała się dobrym pomysłem, ponieważ po południu padało i trawa była mokra. Skrycie marząc o ulewnym deszczu, który pozwoliłby mu wrócić do domu, Gavin usadowił się na kocu, zaczął się skarżyć na ból nóg, w dodatku był głodny. Reynolds przewidziała obie ewentualności: wyjęła maść Rub A535 z antyflogistyną – jedno z ulubionych przez Gavina słów pozbawionych sensu – oraz kanapkę z pastą z łososia.

– Nie mogę przeczytać pieprzonego programu – oświadczył Gavin, co nie znaczyło, że miał na to ochotę. Reynolds wręczyła mu latarkę i szkło powiększające. Była gotowa na niemal wszystkie jego wybiegi.

– To ekscytujące! – powiedziała głosem Pani Promyczek. – Będziesz się dobrze bawił!

Gavin poczuł wyrzuty sumienia: to poruszające, że Reynolds nadal wierzyła, że on może się dobrze bawić. Twierdzi, że gdyby tylko spróbował, na pewno by potrafił, problem tkwi w jego negatywnym nastawieniu. Nieraz odbywali tę rozmowę. On mówi, że jego problem polega na tym, że świat cuchnie, więc może niech Reynolds przestanie próbować go naprawić i zajmie się tą kwestią. Na co ona odpowiada, że rzeczy cuchną tylko dla człowieka, który wącha, albo posługuje się podobnym subiektywizmem w stylu Keatsa – co nie znaczy, że rozpoznałaby subiektywizm Keatsa, nawet gdyby się o niego potknęła – a w ogóle to czemu Gavin nie zajmie się buddyjską medytacją?

Oraz pilatesem, Reynolds jest zagorzałą zwolenniczką pilatesu. Umówiła się już z instruktorką gotową dawać mu prywatne lekcje. Dziewczyna zazwyczaj tego nie robi, ale zgodziła się, ponieważ podziwia twórczość Gavina. Pomysł budzi jego odrazę: jakiś napompowany estrogenem kociak, cztery razy młodszy od niego, wygina jego żylaste, guzowate kończyny, porównując zabójczo przystojnego bohatera wczesnych wierszy, kipiącego energią seksualną i sardonicznym humorem, ze zwiędłą wiązką oplecionych sznurkiem patyków, jaką się stał. Proszę spojrzeć na ten obrazek, teraz na ten. Dlaczego Reynolds tak zależy na tym, żeby przykuć Gavina do narzędzia tortur o nazwie pilates i rozciągać go, aż pęknie niczym sparciała guma? Reynolds chce wiedzieć, że on cierpi. Pragnie go upokorzyć, a zarazem zachować przekonanie o własnej wielkoduszności.

– Przestań mnie stręczyć tym wszystkim młodym lalom – mówi Gavin. – Może po prostu przywiążesz mnie do krzesła i zaczniesz sprzedawać bilety?

Park wprost kipiał aktywnością. W głębi dzieciaki rzucały frisbee, niemowlaki się darły, psy szczekały. Gavin pochylił się nad programem. Jak zwykle pretensjonalne gówno. Rozpoczęcie sztuki się opóźniało, wyjaśniono im, że doszło do zwarcia w oświetleniu. Gavin tłukł zlatujące się komary, Reynolds wyjęła off. Jakiś dureń w jednoczęściowym trykocie, ze świńskimi uszami, zadął w trąbkę, żeby publiczność ucichła; rozległ się wybuch, postać w kryzie popędziła do stoiska z napojami – Czego szukał ten człowiek? O czym zapomniał? – wreszcie przedstawienie się rozpoczęło.

Na wstępie wyświetlono film nakręcony podczas wykopywania szkieletu Ryszarda Trzeciego spod parkingu. Rzecz się wydarzyła naprawdę, Gavin widział materiał w wiadomościach. Badania DNA potwierdziły, że to faktycznie Ryszard, z licznymi obrażeniami czaszki. Film w parku wyświetlano na białym materiale przypominającym prześcieradło, którym najpewniej był z uwagi na skąpy budżet, powiedział cicho Gavin. Reynolds szturchnęła go łokciem.

– Mówisz głośniej, niż ci się wydaje – szepnęła.

Ścieżka dźwiękowa – z trzaskającego głośnika dobiegał marny pastisz elżbietańskiego pentametru jambicznego – dawała widzom do zrozumienia, że dramat, który mieli zobaczyć, rozgrywał się pośmiertnie w sponiewieranej czaszce Ryszarda. Zbliżenie na oczodół, zagłębienie się w czaszkę. Zaciemnienie.

W tym momencie prześcieradło zdarto i w świetle reflektorów ukazał się Ryszard gotowy hasać i przybierać pozy, miotać się i zdradzać. Na plecach miał niedorzecznie wielki garb ozdobiony czerwono-żółtymi paskami błazna – jak pan Punch, który wywodził się od Poliszynela, wyjaśniał program, bo zgodnie z wizją reżysera szekspirowski Ryszard był postacią, która wyrastała z commedii dell’arte. W owych latach po Anglii podróżowała trupa takich aktorów. Rozmiary garbu były zamierzone: wewnętrzne jądro sztuki („W przeciwieństwie do jądra zewnętrznego” – prychnął pod nosem Gavin) zasadzało się na rekwizytach. Były to symbole nieświadomości Ryszarda, stąd ich powiększenie. Tok myślowy reżysera musiał przebiegać następująco: kiedy widzowie będą się gapić na ogromne trony, garby i co tam jeszcze, zastanawiając się, co, do kurwy nędzy, robią w tej sztuce, nie będzie im przeszkadzać, że nie słyszą słów.

Tak więc oprócz olbrzymiego, wielobarwnego, metonimicznego garbu Ryszard nosił królewską szatę z pięciometrowym trenem podtrzymywanym przez dwóch giermków o wielkich łbach dzika, ponieważ Ryszard miał dzika w herbie. W sztuce nie brakowało ogromnej beczki z małmazją, w której mieli utopić Clarence’a, oraz mieczy, których długość dorównywała wzrostowi aktorów. Scenę stracenia królewiczów w Tower odegrano jako pantomimę podobną do sztuki w Hamlecie. Na noszach wniesiono dwie ogromne poduchy przywodzące na myśl trupy lub pieczone prosięta. Na powłoczkach widniał ten sam wzór co na garbie Ryszarda, aby widzom nie umknęło sedno.

Śmierć przez garb, myśli Gavin, patrząc na poduszki, które niesie do niego Reynolds. Cóż za los. Do tego Reynolds jako pierwsza morderczyni. W sumie miało to sens, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, a Gavin wszystko bierze. Ma na to czas.


– Obudziłeś się? – pyta pogodnie Reynolds, stąpając po podłodze z głośnym łoskotem.

Ma na sobie czarny sweter i obcisłe dżinsy spięte turkusowo-srebrnym paskiem. Nieco przytyła w udach, poza tym silnych i ukształtowanych jak uda panczenistki. Czy powinien zwrócić jej uwagę na te fałdy tłuszczu? Nie, lepiej wykorzystać je w jakimś strategicznym momencie. Zresztą może to nie tłuszcz, ale mięśnie. Reynolds sporo ćwiczy.

– Gdybym nie zbudził się wcześniej, to teraz na pewno – odpowiada Gavin. – Klekoczesz jak drewniana kolejka.

Gavin nie lubi jej sabotów, o czym jej powiedział. Nie poprawiają kształtu nóg. Jednak Reynolds mniej niż dawniej zależy na tym, co Gavin myśli o jej nogach. Twierdzi, że saboty są wygodne, a jej zdaniem wygoda jest ważniejsza od mody. Gavin próbował cytować Yeatsa, który pisał, że kobiety muszą się starać, aby być piękne, jednak Reynolds – dawniej wielbicielka Yeatsa – jest dziś zdania, że Yeats ma prawo do swojej opinii, lecz dotyczyła ona jego czasów i ówczesnych stosunków społecznych, a poza tym tak się składa, że Yeats nie żyje.

Reynolds umieszcza poduszki za Gavinem, jedną za głową, drugą w krzyżu. Twierdzi, że dzięki poduszkom wydaje się wyższy, a przez to robi większe wrażenie. Poprawia okrywający mu nogi i stopy kraciasty koc samochodowy, który uparcie nazywa kocem do drzemki.

– Och, panie Burmoszu, gdzie pański uśmiech? – pyta.

Reynolds nabrała zwyczaju nazywania go zgodnie z nastrojem danego dnia, w danej godzinie czy nawet minucie; według niej Gavin łatwo ulega nastrojom. Każdy nastrój jest spersonifikowany i ma własny tytuł grzecznościowy, Gavin bywa więc panem Burmoszem, panem Śpiochem, doktorem Ironicznym, sir Sardonicznym, czasami też, kiedy przez Reynolds przemawiają sarkazm lub nostalgia, panem Romantykiem. Jakiś czas temu nazywała jego członek panem Wijkiem, ale poniechała zarówno tego, jak i prób ożywienia nieistniejącego libido Gavina za pomocą maści i galaretek erotycznych o smaku truskawek, ożywczego imbiru i cytryny, a także miętowej pasty do zębów. Była też przygoda z suszarką do włosów, o której wolałby zapomnieć.

– Jest za kwadrans czwarta – ciągnie Reynolds. – Przygotujmy się na towarzystwo!

Czas na szczotkę do włosów – jedną rzeczą, którą udało mu się zachować, są włosy – a następnie na szczotkę do usuwania kłaczków. Przypominających psią sierść. Jakby liniał.

– Kto przychodzi tym razem? – pyta Gavin.

– Bardzo miła kobieta – zapewnia Reynolds. – Miła dziewczyna. Pisze pracę magisterską o twojej twórczości.

 

Sama Reynolds też pisała kiedyś pracę o jego twórczości: od tego zaczął się upadek Gavina. W tamtych czasach niezmiernie go podniecało, że młoda, atrakcyjna dziewczyna zwraca tak wielką uwagę na wszystkie przymiotniki, których używa.

– Pracę o mojej pierdolonej twórczości – jęczy Gavin. – Chryste, miej nas w opiece!

– Ależ, panie Bluźnierco, proszę nie być takim wstręciuchem.

– Co ta uczona robi na Florydzie? – pyta Gavin. – Musi być istnym potworem.

– Floryda nie jest takim zadupiem, jak twierdzisz – odpowiada Reynolds. – Czasy się zmieniły, są tu dobre uniwersytety, jest świetny festiwal literacki, na który zjeżdżają się tysiące ludzi!

– Fanta-kurwa-stycznie. Jestem pod wrażeniem – mówi Gavin.

– Tak czy owak – dodaje Reynolds, puszczając jego sarkazm mimo uszu – ona nie pochodzi z Florydy. Przyleciała z Iowa specjalnie dla ciebie! Wiesz, ludzie wszędzie piszą prace o twojej twórczości.

– Kurwa, Iowa – mówi Gavin. „Prace o twojej twórczości”, ona czasem wyraża się jak pięciolatka.

Reynolds zaczyna się bawić szczotką do kłaczków. Atakuje jego ramiona, żartobliwie robi zamach w kierunku krocza.

– Zobaczmy, czy są kłaczki na panu Wijku! – mówi.

– Zabieraj swoje lubieżne szpony od moich genitaliów – ripostuje Gavin. Ma ochotę dodać: oczywiście, że na panu Wijku są kłaczki, a w każdym razie kurz albo rdza; czego się spodziewała, przecież wie doskonale, że od pewnego czasu pan Wijek leży na półce. Jednak trzyma język za zębami.

„Rdzy poddać połysk, w działaniu nie błyszczeć”[1], myśli Gavin. Ulisses Tennysona wyrusza na ostatnią wyprawę, szczęściarz, przynajmniej pójdzie na dno w butach. Co nie znaczy, że Grecy nosili buty. To jeden z pierwszych wierszy, jakich musiał nauczyć się na pamięć w szkole; okazało się, że dobrze mu idzie uczenie się na pamięć. Wstyd przyznać, ale właśnie to doprowadziło go do poezji. Tennyson, ta staroświecka wiktoriańska pierdoła, piszący o starcu. Rzeczy mają zwyczaj zataczać pełny krąg, zdaniem Gavina jest to zwyczaj niezwykle przykry.

– Pan Wijek lubi moje lubieżne szpony – mówi Reynolds.

Jakie to uprzejme z jej strony, że używa czasu teraźniejszego. Dawniej bawili się tak, że Reynolds udawała osobę dominującą, uwodzącą, kobietę fatalną, on zaś bierną ofiarę. Reynolds najwyraźniej podobał się taki scenariusz, więc Gavin się na niego zgadzał. Teraz to już nie jest gra, wszystkie dawne gry przestały działać. Próba ich wskrzeszenia tylko zasmuciłaby oboje.

Nie na to się pisała, wychodząc za niego za mąż. Najpewniej wyobrażała sobie fascynujące życie, pełne błyskotliwych, twórczych ludzi i stymulujących pogawędek intelektualnych. Owszem, trochę tego było wkrótce po ślubie, buzowały też wciąż aktywne hormony Gavina. Ostatni wybuch ogni sztucznych, zanim zgasły; ale teraz Reynolds zostało wypalone ściernisko. W chwilach łagodności Gavinowi jest jej żal.

Reynolds musi znajdować pociechę gdzie indziej. Sam by tak postępował na jej miejscu. Co naprawdę robi, kiedy idzie na warsztaty tkackie albo wieczorki taneczne z tak zwanymi koleżankami? Gavin potrafi to sobie wyobrazić i faktycznie sobie wyobraża. Dawniej tego rodzaju fantazje martwiły go, teraz rozmyśla o ewentualnych transgresjach Reynolds – nie tylko ewentualnych, ale niemal pewnych – z klinicznym dystansem. Niewątpliwie ma do tego prawo: jest od niego o trzydzieści lat młodsza. Gavin ma na głowie więcej rogów – jak by powiedział bard – niż stugłowy ślimak.

Dobrze mu tak, skoro ożenił się z młódką. Dobrze mu tak, skoro ożenił się z trzema po kolei. Dobrze mu tak, skoro żenił się ze studentkami. Dobrze mu tak, skoro ożenił się z samozwańczą, dominującą kustoszką jego życia i czasów. Dobrze mu tak, skoro się ożenił.

Przynajmniej Reynolds go nie opuści, tego jest niemal pewien. Już przygotowuje się do roli wdowy, nie chciałaby, żeby cały ten wysiłek poszedł na marne. Jest osobą tak lubiącą rywalizację, że zostanie przy nim, aby dopilnować, że żadna z poprzednich żon nie zawłaszczy żadnej części Gavina, literackiej czy innej. Reynolds zechce sprawować kontrolę nad jego narracją – jeśli ktokolwiek ma pomagać w pisaniu jego biografii, ona chce być tą osobą. Poza tym zechce wykluczyć jego dzieci – ma po jednym z każdą z byłych żon – choć trudno je dziś nazwać dziećmi, bo któreś musi mieć już pięćdziesiąt jeden, może pięćdziesiąt dwa lata. Gavin nie zwracał na nie szczególnej uwagi, kiedy były małe. Zarówno dzieci, jak ich zasikane rzeczy zajmowały tyle miejsca, absorbowały tyle uwagi, która należała się jemu, że wyniósł się, zanim skończyły trzy lata, więc teraz za nim nie przepadają; zresztą Gavin ich nie wini, bo sam nienawidził swego ojca. Mimo to po pogrzebie dojdzie pewnie do niesnasek: Gavin pilnuje, żeby tak się stało, nie finalizując testamentu. Gdyby tylko mógł unosić się po śmierci w powietrzu i patrzeć!

Reynolds po raz ostatni przejeżdża szczotką do kłaczków, zapina drugi od góry guzik koszuli, poprawia kołnierzyk.

– Gotowe – oznajmia. – Znacznie lepiej.

– Kim jest ta dziewczyna? – pyta Gavin. – Ta, która tak bardzo interesuje się moją tak zwaną pracą? Ma fajny tyłek?

– Przestań – ucina Reynolds. – Całe twoje pokolenie miało obsesję na punkcie seksu. Mailer, Updike, Roth, wszyscy ci goście.

– Oni byli starsi ode mnie – zauważa Gavin.

– Niewiele. Tylko seks, seks i seks, na okrągło. Nie mogli zapiąć rozporka.

– Do czego zmierzasz? – pyta spokojnie Gavin, który świetnie się bawi. – Czy seks jest rzeczą złą? Nagle stałaś się nieco pruderyjna? Na punkcie czego mielibyśmy dostawać obsesji? Na punkcie zakupów?

– Zmierzam do tego – mówi Reynolds, ale milknie, żeby się zastanowić, sięgnąć do rezerw. – Zgoda, zakupy są słabym substytutem seksu, ale z braku laku...

To zabolało, myśli Gavin.

– Laku?

– Nie udawaj głupka, dobrze zrozumiałeś. Chodzi mi o to, że nie wszystko obraca się wokół tyłka. Ta kobieta ma na imię Naveena. Zasługuje na szacunek. Opublikowała już dwa artykuły o czasach Riverboat. Tak się składa, że jest bardzo inteligenta. Chyba wywodzi się z Indii.

„Wywodzi się z Indii”. Skąd ona bierze te przedpotopowe określenia? Kiedy sili się na prawdziwą literatkę, mówi jak komiczna dama w sztuce Oscara Wilde’a.

– Naveena – mówi Gavin. – To brzmi jak produkt seropodobny Velveeta. Albo, jeszcze lepiej, depilator w kremie.

– Nie musisz pogardzać ludźmi – mówi Reynolds, którą dawniej rozczulał fakt, że Gavin pogardza ludźmi, przynajmniej niektórymi; uważała, że oznacza to, iż Gavin góruje nad innymi intelektualnie i ma wyrobiony gust. Obecnie jego złośliwości świadczą jej zdaniem tylko o wrednym charakterze albo są objawem niedoboru witamin. – To takie przewidywalne! Wiesz, umniejszając innych, nie stajesz się większy. Tak się składa, że Naveena jest poważną badaczką literatury. Ma tytuł magistra.

– Jeśli nie ma ładnego tyłka, nie zamierzam z nią rozmawiać – mówi Gavin. – Każdy półmózg ma tytuł magistra. Tytuły magisterskie są jak prażona kukurydza. – Funduje jej to za każdym razem, kiedy Reynolds wyjeżdża z nową wielbicielką, aspirantem, nowym niewolnikiem z akademickiej kopalni soli. Robi to, ponieważ coś musi jej fundować.

– Prażona kukurydza? – pyta Reynolds, a Gavin chwilę się waha. Co właściwie miał na myśli? Bierze głęboki wdech.

– Maleńkie ziarna prażone na akademickiej kuchence. Gorące powietrze rozszerza się. Puf! Magisterium.

Niezłe, myśli. W dodatku prawdziwe. Potem robią z nich rozdęte purchawki, za duże na dostępne posady. Lepiej już mieć uprawnienia hydraulika.

Rey śmieje się nieco kwaśno, sama ma magisterium. Po chwili marszczy brwi.

– Powinieneś byś wdzięczny – mówi. Czas na besztanie, uderzenie zrolowaną gazetą. Niegrzeczny Gavvy! – Przynajmniej ktoś nadal się tobą interesuje! Młoda osoba! Niektórzy poeci daliby się za coś takiego posiekać. Na twoje szczęście lata sześćdziesiąte są teraz modne. Nie możesz się skarżyć, że odszedłeś w zapomnienie.

– Przecież ja nigdy się nie skarżę – zauważa.

– Skarżysz się nieustannie na wszystko – mówi Reynolds, która dochodzi do punktu, gdzie zaczyna mieć wszystkiego dość. Nie powinien drążyć dalej, a jednak to robi.

– Powinienem był ożenić się z Constance – mówi.

Te sześć słów uderza nagle o stół niczym siekiera. Trach! Zazwyczaj wywołują wrogość, czasem nawet łzy. Najwyższa nagroda to trzaśnięcie drzwiami. Albo przedmiot ciśnięty w Gavina. Raz rzuciła w niego popielniczką.

– Cóż, nie ożeniłeś się z Constance – mówi z uśmiechem Reynolds. – Ożeniłeś się ze mną. Więc możesz mi possać.

Gavinowi na chwilę odbiera mowę. Ona gra osobę, której nic nie jest w stanie dotknąć.

– Ach, gdybym tylko mógł – mówi z przesadną tęsknotą.

– Sztuczna szczęka nie jest żadną przeszkodą – odpowiada sucho Reynolds. Kiedy Gavin posunie się za daleko, potrafi być prawdziwą suką. To umiejętność, którą w niej podziwia, choć robi to niechętnie, gdy jest wymierzona przeciw niemu. – Idę przyszykować herbatę. Jeśli nie będziesz grzeczny podczas wizyty Naveeny, nie dostaniesz ciasteczka.

Wybieg z ciasteczkiem to zabawa; w ten sposób Reynolds próbuje żartobliwie rozładować atmosferę, ale Gavin czuje się nieco przerażony, ponieważ groźba trafia w sedno. Nie ma ciasteczka! Pogrąża się w osamotnieniu. W dodatku się ślini. Chryste. Do tego już doszło? Siedzi i prosi o smakołyki?

Reynolds maszeruje do kuchni, zostawiając Gavina na sofie, skąd może podziwiać dostępny widok. Błękitne niebo za oknem. Na ogrodzonym podwórzu rośnie palma. Jest też jakaranda, a może uroczyn? Nie ma pojęcia, tylko wynajmują ten dom.

Przy domu znajduje się basen, z którego Gavin nigdy nie korzysta, chociaż jest podgrzewany. Reynolds zanurza się tam czasem, zanim obudzi go rano, w każdym razie tak twierdzi: lubi chwalić się formą fizyczną. Do basenu wpadają liście jakarandy, czy tego, co tam rośnie, a także kolce palmy. Powoli wirują na wodzie poruszanej przez pompę cyrkulacyjną. Trzy razy w tygodniu przychodzi dziewczyna i wyławia je siatką na długim kiju. Ma na imię Maria, chodzi do liceum, jej usługi są wliczone w cenę wynajmu. Kluczem otwiera sobie bramę ogrodową i w butach na gumowej podeszwie bezgłośnie idzie przez śliskie, wykładane kafelkami patio. Ma długie ciemne włosy, kształtną talię, niewykluczone, że jest Meksykanką; Gavin nie wie, bo nigdy nie zamienił z nią słowa. Maria zawsze nosi krótkie płócienne spodnie, jasno- lub ciemnoniebieskie, a wyławiając liście, pochyla się. Ilekroć Gavin dostrzega jej twarz, maluje się na niej beznamiętny, raczej poważny wyraz.

Och, Mario, wzdycha Gavin. Czy masz w życiu kłopoty? Jeśli nie, wkrótce się zaczną. Jaki kształtny tyłek. To dobrze, że tak nim kręcisz.

Czy Maria widzi czasem, jak Gavin obserwuje ją przez okno? Najpewniej tak. Czy uważa go za lubieżnego starca? Najprawdopodobniej. Jednak nie tym dokładnie jest. Jak wyrazić mieszaninę tęsknoty, smutku i niemego żalu, których doświadcza? Żałuje, że nie jest lubieżnym starcem, bo chciałby nim być. Chciałby nadal nim być. Jak opisać słodycz lodów, kiedy człowiek nie może już ich kosztować?

Pisze wiersz zaczynający się od słów: „Maria wyławia schnące liście”. Chociaż, technicznie rzecz biorąc, liście już uschły.


Rozlega się dzwonek do drzwi i Reynolds idzie do holu, stukając sabotami. Słychać kobiece powitania, to gołębie gruchanie praktykowane przez dzisiejsze kobiety. Nawzajem raczą się ochami i achami niczym najlepsze przyjaciółki, chociaż nigdy się nie widziały. Kontaktowały się przez e-mail, czym Gavin pogardza. Jednak nie powinien tym gardzić: przekazanie Reynolds kontroli nad jego korespondencją było błędem, ponieważ tym samym uzyskała klucze do jego królestwa. Teraz jest strażniczką Królestwa Gavina. Nikt nie dostanie się do niego bez jej zgody.

– Właśnie uciął sobie drzemkę – mówi Reynolds tonem udawanego szacunku, jaki przyjmuje, kiedy ma go przedstawić osobom trzecim. – Chciałaby pani najpierw zajrzeć do jego gabinetu? Gdzie pisze?

– Och, uuu – odzywa się Naveena, co przypuszczalnie ma oznaczać zachwyt. – Jeśli można. – W korytarzu rozlega się stukot dwóch par butów.

– On nie umie pisać na komputerze – mówi Reynolds. – Może to robić wyłącznie ołówkiem. Twierdzi, że to coś wzrokowo-ruchowego.

– Niesamowite – mówi Naveena.

Gavin darzy gabinet szczerą nienawiścią. Nienawidzi tego tutaj – mimo że jest tylko tymczasowy – ale nade wszystko nienawidzi swego prawdziwego gabinetu w Kolumbii Brytyjskiej zaprojektowanego przez Reynolds. Na ścianach w kolorze nerek wypisano białą farbą cytaty z wierszy Gavina najczęściej zamieszczanych w antologiach, musi więc siedzieć otoczony pomnikami własnej gnijącej wielkości. Powietrze jest tam gęste od strzępów arcydzieł poetyckich, które dawniej wielbił: odłamki pięknie ukształtowanych urn, przebrzmiałe echa mądrości i dowcipu innych ludzi.

 

Reynolds opiekuje się oboma gabinetami jak miejscami kultu bożka, czyli Gavina. Z namaszczeniem temperuje ołówki, blokuje wszystkie połączenia telefoniczne i zamyka Gavina w środku. Następnie stąpa na palcach, jakby leżał na oddziale intensywnej terapii, on zaś nie jest w stanie napisać ani słowa. Nie może przemienić słomy w złoto, z pewnością nie w tym gabinecie podobnym do mauzoleum. Rumpelsztyk, ten złośliwy karzeł – bo tak najpewniej wygląda w tych dniach muza Gavina – spóźnialski Rumpelsztyk nigdy się nie pojawia. W porze lunchu przy stole Reynolds spojrzy na Gavina z nadzieją i spyta:

– Coś nowego?

Jest dumna z tego, jak chroni jego prywatność, dba o to, by miał bliski kontakt z własną poetycką naturą, zapewnia mu, jak to nazywa, „twórczy czas”. Gavin nie ma serca wyjawić jej, że wysechł na wiór.

Musi się stąd wyrwać, przynajmniej z gabinetu, z obu gabinetów, gdzie unosi się stęchły zapach zabalsamowanych kartek. W latach sześćdziesiątych, gdy mieszkał z Constance w tym ciasnym pokoju podobnym do łaźni parowej, gdzie dusili się jak suszone śliwki, nie mieli grosza przy duszy, a on z całą pewnością nie dysponował wyszukanym gabinetem, mógł pisać wszędzie – w knajpach, barach szybkiej obsługi, kawiarniach – słowa wypływały z niego przez ołówek czy długopis na każdą płaską powierzchnię, jaką miał pod ręką. Koperty, serwetki, owszem, to banalne, ale prawdziwe.

Jak tam wrócić? Jak wrócić?


Stukot się zbliża.

– To tutaj – mówi Reynolds.

Naveena zostaje wprowadzona do salonu. Jest piękną istotką, praktycznie dzieckiem. Wielkie, nieśmiałe ciemne oczy. Nosi kolczyki w kształcie ośmiornic. Masz w uszach owoce morza, mógłby ją zagadnąć, gdyby próbował poderwać Naveenę w barze, jednak teraz się powstrzymuje.

– Och, proszę nie wstawać – mówi Naveena, ale Gavin z namaszczeniem podnosi się, by uścisnąć jej rękę, którą trzyma odrobinę za długo.

Następnie Reynolds, jak kompetentna pielęgniarka, musi poprawić poduszki. A gdyby Gavin chwycił za ten cycek w czarnym swetrze, który wpycha mu się do oka, i przewrócił Reynolds na plecy jak żółwia? „Strzeliste do niej skieruję zaloty”[2]. Krzyki, oskarżenia, folia zdarta z miski z małżeńskimi resztkami na oczach jednoosobowej publiczności. Czy taki skandal pomógłby Gavinowi wykręcić się od żałosnego wywiadu?

Tyle że on nie chce się wykręcać, jeszcze nie. Czasami dobrze się bawi. Lubi mówić, że nie pamięta, by napisał tę słowną sieczkę, lubi dyskredytować wiersze, które te sentymentalne dzieciaki cytują jako swoje ulubione. Gówno, bełkot, śmiecie! Lubi snuć opowieści o dawnych kumplach poetach, niegdysiejszych rywalach. Większość już nie żyje, więc nikomu nie stanie się krzywda. Co nie znaczy, że Gavin powstrzymałby się, gdyby mogła się stać.

Rey sadza Naveenę w fotelu, en face Gavina.

– To taki zaszczyt pana poznać – mówi Naveena z należnym szacunkiem. Mówię jak kujonka, ale czuję... jakbym pana znała. To chyba dlatego, że studiowałam pańską twórczość i w ogóle. – Może jest z pochodzenia Hinduską, ale mówi z akcentem ze Środkowego Zachodu.

– W takim razie ma pani nade mną przewagę – odpowiada Gavin. Szczerzy zęby w uśmiechu niczym troll; ten jego uśmiech potrafi zbijać ich z pantałyku.

– Słucham? – pyta Naveena.

– Chce powiedzieć, że chociaż pani wie o nim dużo, on nie wie nic o pani – wyjaśnia Reynolds, jak zwykle wtrącając się do rozmowy. Przyjmuje rolę jego tłumaczki, jak gdyby Gavin był wyrocznią wygłaszającą zagadkowe uwagi, które może objaśnić tylko wysoka kapłanka. – Może więc powie mu pani, nad czym pracuje. Nad jaką częścią jego twórczości. Pójdę zaparzyć herbaty.

– Zamieniam się w słuch – mówi Gavin, przestając się szczerzyć.

– Tylko jej nie gryź – rzuca Reynolds, a jej dżinsy drgają na odchodne.

To dobra kwestia na wyjście: dwuznaczność, niejasne zamiary, brak szczegółów co do miejsca ugryzienia unoszą się w powietrzu niczym kuszący aromat. Gdzie by zaczął, gdyby zaproponowano mu kęs? Delikatnie nadgryzłby jej kark?

To na nic. Nawet ta perspektywa go nie pobudza. Tłumi ziewnięcie.

Naveena majstruje przy miniaturowym urządzeniu, po czym stawia je przed Gavinem na stoliku do kawy. Spódnica mini podjeżdża za kolana – odsłaniając wzorzyste pończochy, podobne do pofarbowanych na czarno koronkowych firanek, oraz buty z metalowymi ćwiekami na boleśnie wysokich obcasach. Od samego patrzenia na te buty Gavina bolą stopy. Palce musi mieć zgniecione w wąskie kliny, skrępowane jak stopy Chinek na sepiowych fotografiach. Faceci wsuwali swoich panów Wijków w wilgotne otwory uformowane przez wygięte, karłowate palce. On sobie tego nie wyobraża.

Włosy uczesała w kok niczym balerina. Koki są takie seksowne. Kiedyś atrakcją było ich rozplątywanie: rozpakowywało się je jak prezent. Głowy z włosami ściągniętymi w koki są takie wytworne i zwarte, takie dziewicze; potem przychodzi czas rozplątywania, rozrzucania włosów na piersi, na poduszkę. Gavin wylicza w myślach: „Koki, które poznałem”.

Constance nie nosiła koka. Nie potrzebowała. Sama była mniej więcej kokiem, schludnym i zwartym, a potem, kiedy wyrwała się na wolność, tak gwałtownym. Pierwsza kobieta, z którą mieszkał. Ona Ewa, on Adam. Tego nigdy nic nie zastąpi. Gavin pamięta ból oczekiwania na Constance w ich ciasnym, dusznym raju z kuchenką elektryczną i takim samym czajnikiem. Przekraczała próg i do mieszkania wchodziło to jej soczyste, jędrne ciało zwieńczone głową bujającą w obłokach i pełną sprzeczności, z twarzą jak zanikający księżyc i jasnymi włosami rozchodzącymi się niczym promienie, kiedy brał Constance w ramiona i zatapiał zęby w jej szyi.

Może nie w, nie dosłownie, ale miał takie wrażenie. Po części dlatego, że w tym czasie nieustannie doskwierał mu głód, a Constance pachniała kurczakami z knajpy Snuffy’s. Ponieważ go uwielbiała, topiła się jak rozgrzany miód. Była taka plastyczna. Mógł z nią robić wszystko, nadawać jej dowolny kształt, a Constance mówiła: tak. Nie po prostu: tak. Och, tak!

Czy kiedykolwiek potem Gavin był tak wielbiony bez żadnych ukrytych motywów? Wtedy nie był sławny, nie cieszył się nawet skromną grupową sławą poetów. Nie zdobył żadnej nagrody, nie opublikował ważnych, cienkich, budzących zazdrość tomików. Cieszył się za to wolnością człowieka anonimowego, rozwijała się przed nim czysta przyszłość, gdzie wszystko dało się napisać. Constance wielbiła go dla niego samego. Dla samego rdzenia Gavina.

– Mógłbym cię zjeść – mówił do Constance. – Mmm, mmm. Rrr, rrr. O, tak!

– Słucham? – pyta Naveena.

Gavin wraca do chwili obecnej. Czyżby wydawał odgłosy? Odgłosy typu: mniam, mniam, warkot? A jeśli nawet, to co? Zasłużył na odgłosy. Może wydawać takie, jakie tylko zechce.

Piękna Naveeno, Nimfo, w przypisach swoich pomnij o mych żartach[3]. Potrzeba jakiejś praktyczniejszej uwagi.

– Czy te buty są wygodne? – pyta kordialnie. Najlepiej pójść tą drogą: niech dziewczyna mówi o czymś, na czym się zna, na przykład o butach, bo wkrótce straci grunt pod nogami.

– Co takiego? – pyta zaskoczona Naveena. – Buty? – Czyżby się rumieniła?

– Nie uwierają pani w palce? – dopytuje się Gavin. – Wyglądają bardzo modnie, ale jak może pani w nich chodzić?

Chciałby poprosić Naveenę, żeby wstała i zaczęła paradować po pokoju. Jedna z funkcji wysokich obcasów polega na tym, że przekrzywiają miednicę kobiety tak, że pupa wypina się do tyłu, a cycki sterczą do przodu, nadając ciału piękny wężowy kształt. Ale Gavin o to nie poprosi. W końcu ma do czynienia z zupełnie obcą osobą.