Diabeł na dzwonnicyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Diabeł na dzwonnicy
Diabeł na dzwonnicy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Diabeł na dzwonnicy
Diabeł na dzwonnicy
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marek Ławrynowicz

Diabeł na dzwonnicy

Saga

Diabeł na dzwonnicy

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Marek Ławrynowicz i SAGA Egmont

ISBN: 9788726815115

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ I

A tam nad Wiliją

Dzwonnica wysoka

Że jej nie dostrzeże

Żadna ludzka oka.

A na tej dzwonnicy

Święty Jurka stoi

I tam Pana Diabła

W sama dupa koli.

Cierp dusza moja

A będziesz zbawiona

A jak nie wycierpisz

Będziesz potępiona

Oj!

- śpiewał mój dziadek Józef wychylony z wypełnionego żołnierzami towarowego wagonu. Dziadek jechał polec za rosyjskiego cara i śpiewał dla dodania sobie otuchy oraz by zapomnieć o codziennych kłopotach.

Kłopot miał dziadek właściwie jeden: rok temu ożenił się z babką Anną, osobą bardzo energiczną i zdecydowaną, miesiąc temu poprzysiągł jej na krucyfiksie, że w żadnym wypadku nie pozwoli się zabić, a tydzień temu przysięgał na Boga, że gotów jest polec za cara. Jak Pan Bóg ma rozwiązać tę sprzeczność dziadek nie miał pojęcia.

Siedział wymachując nogami nad szybko przesuwającą się trawą nasypu, wsłuchany w sapanie lokomotywy, był bowiem maszynistą i znał się na rzeczy. Lokomotywy posapywały w całej Europie. Na spotkanie z dziadkiem Józefem, wileńskim maszynistą pędzili już maszyniści ze Lwowa, którzy przysięgali polec za austro-węgierskiego cesarza.

Ponieważ linia Wilno-Lwów biegła prosto jak strzelił wkrótce doszło do bitwy. Najpierw ci z Wilna gonili tych ze Lwowa i bardzo niecelnie strzelali. Potem Lwowiaki goniły, a Wilniuki uciekały z wyjątkiem dziadka Józefa, który upadł w krzaki i ogarnięty dziwną słabością nie mógł się podnieść. Dopiero otoczony zewsząd przez nieprzyjaciela wyszedł z godnie uniesionymi w górę rękoma, co mógł uczynić bez wysiłku ponieważ już wcześniej zgubił karabin. W ten sposób dziadek spędził wojnę w Austrii z czego był całkiem zadowolony.

Czyn dziadka Józefa miał fatalne skutki. Osłabiona armia rosyjska przegrywała bitwę za bitwą. Żołnierze znudzeni tym, że nieustannie są zabijani zaczęli się buntować, a ponieważ podczas wojny ktoś musi być zabity uśmiercono najpierw cara wraz z rodziną, a potem kogo się tylko dało.

Przypadkiem także austro-węgierskiego cesarza w tym samym czasie szlag trafił - i oto maszyniści z Wilna i Lwowa zaczęli posyłać do siebie pociągi. Lokomotywy dziarsko sapały i przeraźliwie gwizdały. Tyle było wtedy hałasu w Wilnie i we Lwowie, że chyba ukrywano pod entuzjazmem przeczucie, że nowa epoka jakkolwiek szczęśliwa będzie krótkotrwała.

Tu wyjaśnienie. Wilno nie było zrazu polskie. Traktaty międzynarodowe przyznały je Litwie, której było (obok Troków) historyczną stolicą. Jednak w mieście przeważała ludność polskojęzyczna i uważająca się za Polaków choć nie bez sentymentu do Wielkiego Księstwa Litewskiego, jego jednak z odrodzoną Republiką Litewską nie utożsamiano. Po Polakach najwięcej było w Wilnie Żydów, a Litwinów stosunkowo mało.

Nic zatem dziwnego, że wkraczające do miasta wojska generała Żeligowskiego witali liczni obywatele radośnie wymachujący biało-czerwonymi flagami. Nie wszyscy jednak umieli docenić powagę chwili. Gdy generał Żeligowski mijał, uśmiechając się do tłumów wileński dworzec kolejowy opustoszałe perony wypełniły się litewskim wrzaskiem. Daremnie interweniował zawiadowca stacji. Daremnie prężył się generał. Biało-czerwone flagi purpurowiały ze wstydu patrząc z wysokości murów na szczupłą kobiecinę wymyślającą po litewsku nieznanemu bandycie, który jej ukradł walizkę. Była to moja babka Maria. Towarzyszył jej mój drugi dziadek Antoni. Właśnie przyjechali z Dyneburga, by rozpocząć w Wilnie nowe życie.

Gdy niedawno na zjeździe rodzinnym zastanawiano się kto sprowadził na nasza rodzinę zgubny nawyk pisania wierszy winny okazał się właśnie dziadek Antoni. Gdy przybył z Dyneburga do Wilna był wysokim, melancholijnym młodzieńcem. Często idąc zamyślał się, zbaczał z chodnika, wpadał pod dorożki, tracił świadomość gdzie jest i potem błąkał się po ulicach próbując przypomnieć sobie po co wyszedł z domu. Z powodu niezwykłego roztargnienia był nieustannie okradany. Incydent na dworcu w Wilnie też powstał z jego winy. Babka od początku wiedziała, że kradzież nastąpi, czekała na nią, a krzyczała tylko wskutek długotrwałego napięcia nerwowego. Można powiedzieć, że gdyby ukradziono walizkę już w Dyneburgu na świecie byłoby tego dnia dużo ciszej.

Generał Żeligowski w apoteozie i babka Maria w spazmach i waporach. W drodze z budynku dworcowego do dorożki skradziono dziadkowi portfel. Gdy wysiadł z dorożki by sprawdzić czy go mimo wszystko nie zgubił, skradziono kartkę z adresem oczekujących na nich krewnych. Jak w tych okolicznościach trafili na ulicę Kalwaryjską nie wiadomo. W każdym razie pozostali tam do końca swych dni uznając podróżowanie za zbyt niebezpieczne i wyczerpujące. Żyli spokojnie i bogobojnie dorabiali się, tracili majątek podczas kolejnych napadów rabunkowych, aż dziadek Antoni, po kolejnej kradzieży, wstąpił do Policji Państwowej przenosząc swoje kontakty ze światem przestępczym na płaszczyznę zawodową.

Mieszkali zatem wszyscy w Wilnie i ani podejrzewali, ze będą moimi dziadkami. Zaczęły rodzić się dzieci. Najpierw u Marii i Antoniego. Pierwszy był syn i nazwali go Edward. Drugi też syn i nazwali go Mieczysław. Trzeci był Henryk - mój Ojciec. Potem trzy córki: Anna. Zofia, Kazimiera i wszystkie umarły. Dziadek przeklinał swój los, złorzeczył Panu Bogu, to znów błagał go o litość, aż w końcu Bóg zbrzydził sobie dziadka Antoniego ostatecznie i podczas kolejnego porodu babka Maria zmarła.

U Anny i Józefa pierwszy był syn i nazwali go Stanisław. Potem córki: Halina i Bronka - moja Mama.

Gdy dzieci weszły w niebezpieczny wiek lat sześciu, czterech i dwóch dziadkowi Józefowi przestało się podobać Wilno. Odebrał co mu się należało z rodzinnych majątków (tyle co kot napłakał), zapożyczył się i w Kolonii Wileńskiej, zaczął stawiać drewniany dom na planie prostokąta 8 na 10 metrów, co zawsze z dumą podkreślał.

Dziadek Józef pochodził z rodziny, w której uważano, że mężczyzna powinien zrobić w życiu trzy rzeczy: doczekać się syna, postawić dom i zasadzić drzewo. I nagle okazało się, że zrealizował całokształt celów życiowych. Siedział na leżaku w ogrodzie, patrzył w niebo i myślał, że chyba przesadnie się pospieszył, bo cokolwiek by teraz uczynił byłoby mało ważne.

* * *

Po śmierci babki Marii dziadek Antoni poświęcił się całkowicie działalności policyjnej. Powoli awansował, z IV Komisariatu na Kalwaryjskiej przeszedł na Dominikańską do Komendy Policji Państwowej, gdzie zajmował się przeprowadzaniem inspekcji Komisariatów i Posterunków, a także przesłuchiwaniem co bardziej zatwardziałych przestępców, z którymi, dzięki nieco poetycznemu usposobieniu, nieraz udawało mu się zadzierzgnąć nić porozumienia. Owej wiosny jednak żadnego zatwardziałego przestępcy nie ujęto, dziadek Antoni przeprowadzał więc inspekcję Posterunku na Antokolu, który ostatnio wydał się Komendzie Wileńskiej podejrzany.

Rzecz w tym, że nic się na Antokolu nie działo. Złodzieje popadali w pijaństwo całkowicie zaniedbując swoje dotychczasowe zajęcia. Sutenerzy żenili się z prostytutkami, zawieszali w oknach firanki, gorliwie chodzili na mszę i kładli, co trzeba, na tacę. Mordercy wyruszali na nocne rozboje z tępymi nożami. Ci zaś, którym brakowało sił do powrotu na drogę cnoty wieszali się po prostu na strychach, lub skakali z Zielonego Mostu uwalniając w ten sposób od siebie społeczeństwo.

Tak wyglądała sytuacja na Antokolu, ale czy mogła w to uwierzyć Komenda Wileńska, a zwłaszcza odpowiedzialny za Antokol, Zarzecze, Belmont, Markucie i Popławy dziadek Antoni, zwany przez kolegów "tępą piłą"? Puste areszty na Antokolu nasuwały liczne podejrzenia od korupcji poczynając, a na komunizmie kończąc. Dlatego dziadek wyruszył na inspekcję incognito.

Przez kilka dni odwiedzał podejrzane miejsca starając się zostać ofiarą napadu. Bez skutku. Wielokrotnie gubił wypchany grubo gazetami portfel i zawsze z miłym uśmiechem otrzymywał go z powrotem. Prowokował i znieważał indywidua, których fizjonomie wskazywały na bogatą przeszłość, ale spotykał się tylko z życzliwością i chęcią bezinteresownej pomocy. Nagabywał charakterystycznie wyglądające panie proponując udział w orgii, na co zaczepione wydobywały zdjęcia narzeczonych, mężów, a czasem dzieci i dobrotliwie zachęcały go by zaniechał rozpusty i poświęcił się rodzinie.

Dziadek Antoni zaczął się w końcu irytować. Owszem walczył o świat bez przestępców, ale to czego doświadczał na Antokolu było w najwyższym stopniu nieludzkie. Najbardziej męczyło go przeczucie, że o ile nic się nie zmieni będzie musiał osobiście wkroczyć na drogę przestępczą i w ten sposób przywrócić światu równowagę.

Tropiąc nie spostrzegł, że sam jest tropiony. Na antokolskim Posterunku ścierały się dwie koncepcje: według pierwszej dziadek był świętokradcą planującym obrabowanie kościoła Świętych Piotra i Pawła, według drugiej miał utworzyć na Antokolu organizację przestępczą podległą bezpośrednio mafii sycylijskiej.

 

Po dwóch tygodniach beznadziejnych poszukiwań dziadek wpadł w rozpacz. Padł na kolana przed Świętymi Piotrem i Pawłem, wołając o cud. I cud się zdarzył: ledwie wyszedł z kościoła został aresztowany.

Na posterunku, gdzie dziadka doprowadzono doszło do kontrowersji: kto kogo ma przesłuchiwać? I już wszyscy zaczęli wszystkich podejrzewać gdy - co za szczęście - drzwi otworzyły się z trzaskiem i pojawił się w nich pucołowaty policjant prowadzący dwie kobiety przyłapane na żebraninie.

Starsza z aresztowanych, siwowłosa i niezwykle godna dama okazała się generałową Alikin, porewolucyjną emigrantką z Rosji, gdzie jej mąż został powieszony przez bolszewików na gruszy, czy wiśni. Druga, młodsza, Polka, Jadwiga Barcińska była jej damą do towarzystwa.

Raport był krótki. Tego dnia rano generałowa i panna Barcińska wyszły z domu niosąc ozdobny taboret, z obiciem wyszywanym złota nitką, oraz lśniący, czarny cylinder. Udały się na róg Antokolskiej i Sapieżyńskiej, gdzie generałowa usiadła na taborecie a panna Barcińska postawiła przed nią cylinder . Następnie panna Barcińska stanęła nieco za swą chlebodawczynią i bawiła ją rozmową. Obie wzbudzały powszechne zainteresowanie, ale nikt nie ośmielił się złożyć datku widząc dostojną postać generałowej i słysząc doskonałą francuszczyznę, w której żebraczki wspominały przedrewolucyjne wakacje na Capri. Tę miłą konwersację przerwało dopiero aresztowanie i dzięki tej pospolitej, policyjnej czynności doszło do spotkania dziadka Antoniego z babką Jadwigą.

Generałowa Alikin zachowywała się na Posterunku z wielką godnością. Głośno i jednoznacznie domagała się umieszczenia za kratą, a gdy z tym zwlekano groziła, że złoży skargę do Dyrekcji Policji i Ministra Spraw Wewnętrznych. Jako powód żebraniny generałowa podała skrajną nędzę, czemu nie dano wiary, bo sam taboret wart był majątek. Nie mogąc znaleźć wyjścia z sytuacji policjanci próbowali obciążyć odpowiedzialnością pannę Barcińską, lecz tu okazało się, że wyżej wymieniona nie żebrała lecz jedynie dotrzymywała generałowej towarzystwa, co było zresztą jej, jako damy do towarzystwa obowiązkiem.

Dziadek Antoni wykorzystał ten moment by nawiązać z podejrzaną nić dyskretnego porozumienia, które natychmiast zniweczyła generałowa ponownie żądając umieszczenia za kratą i dopuszczając się obrazy policji. Słysząc to ośmiu policjantów nad podziw zgodnie zapatrzyło się w sufit, a Komendant Posterunku i dziadek Antoni zamknęli się w areszcie w celu odbycia narady. Po kwadransie wrócili i oznajmili, że zatrzymane zostaną przesłuchane. Najpierw wezwano pannę Barcińską. Oto fragment protokołu przesłuchania, znaleziony wśród zdjęć babki Jadwigi po jej śmierci.

 

 DZIADEK ANTONI: - Jak godność proszę?

 

 BABKA JADWIGA: - Jadwiga Anna Barcińska.

 

 DZIADEK: - Adres, proszę.

 

 BABKA: - Sapieżyńska 7, pierwsze piętro.

(tu dopisano na marginesie: "kwiaty na Sapieżyńską co drugi dzień, skreślone, codziennie, róże, skreślone, fiołki, skreślone, zastanowię się.)

 

 DZIADEK: - Zajęcie?

 

 BABKA: - Dama do towarzystwa Jej Wielmożności Awdotii Michajłowny Alikin, wdowy po generale.

(tu dopisano: "a moje towarzystwo??!!")

Potem następowało szereg pytań i odpowiedzi, z których wynikało, że Generałowa żebrząc obchodziła po prostu "Dzień Zjednoczenia w Nieszczęściu". Wyszła na żebry w swej najlepszej sukni, tak jak to robiła w Merekeszu, gdzie też bywała aresztowywana.

Tu jeden z policjantów, interesujący się geografią próbował zasięgnąć informacji gdzie mianowicie znajduje się ów Merekesz, ale generałowa zgromiła go wzrokiem i od razy przeszła do opisu owych pięknych czasów.

Odświętnie odziany, specjalnie na tę okazję wypachniony i napomadowany gorodowoj zakładał kajdanki nie przestając ani na chwilę ściskać kształtnej rączki generałowej. Grała policyjna orkiestra dęta. Kibitka tonęła w kwiatach. Generałowa jechała wśród szpaleru dam i oficerów. Uniesienie. Damy podnosiły do oczu chusteczki, a niejeden romantyczny młodzieniec odchodził nieco w bok i głęboko wzruszony popełniał samobójstwo.

Zajeżdżano przed cyrkuł. Policjanci strzelali w powietrze. Kozacy wymachiwali szablami. Generałową prowadzono do celi, gdzie wciskał się za nią kto tylko mógł. Strzelały uroczyście korki od szampana. Potem sprowadzano żebraków, pojono ich, aż zaczynali tańczyć na swych chromych nogach, wymachując radośnie kikutami.

Zebranych ogarniało szaleństwo. Niejednego tam zabito, niejedna panna z pensji dla bogobojnych dziewic utraciła dziewictwo. Mężowie porzucali żony, a żony mężów. Tak to bywało w Merekeszu!

I cóż mógł zaoferować generałowej Alikin skromny Posterunek Policji Państwowej na Antokolu? Z krucyfiksu poważny i boleściwy Chrystus spoglądał na równie boleściwego Pana Prezydenta. Mucha wędrowała po stole. Policjanci patrzyli ponuro, bo nagle zrozumieli, że brak im fantazji i tak naprawdę nigdy nie byli szczęśliwi. Bo czy może być szczęśliwy wileński policjant dla którego szczyt szaleństwa to zapomnieć w cukierni kajdanki? Dlatego patrzyli na generałową z podziwem, zaczęli wstawać, salutować podkręcać drżącymi palcami wąsy, bo bardzo chcieli okazać swą wdzięczność za zeznanie co było jak szeroko otwarte okno w pogodny majowy dzień. Najbardziej wzruszony był ów znawca geografii, który nadal nie umiał znaleźć w pamięci mitycznego Merekeszu. Dziadek Antoni poddał się nastrojowi. Co chwila podnosił do ust rączkę panny Barcińskiej i łzy spadały mu na rozłożony na stole kodeks karny.

Od tego dnia dziadek Antoni zaczął regularnie bywać na Sapieżyńskiej 7 gdzie pijał herbatę z konfiturami, grał z generałową w domino i coraz ogniściej spoglądał na pannę Jadwigę. I bywały chwile kiedy wydawało się, że już... już... a wtedy zawsze rozlegał się tryumfalny okrzyk generałowej:

- Mydło!

Młodzi wzdychali i pochylali się nad dominem. Potem wszyscy wkładali kapelusze, szli na spacer, lub siadywali na ławce przed domem i słuchali złośliwych uwag Generałowej na temat przechodniów.

Dzień mijał za dniem, tydzień za tygodniem i nic się nie chciało zmienić: babka dotrzymywała towarzystwa Generałowej, a dziadek babce. Dziadek Antoni niecierpliwił się, babka rumieniła, a Generałowa waliła laską w podłogę, wymyślała bolszewikom, siadała do domina, wygrywała i nieustannie stała na przeszkodzie.

Wtedy niespodziewanie odezwał się z Pragi pan Adamek. Jak zdołał odnaleźć Generałową Bóg raczy wiedzieć, pewnie pomogła wszystkowiedząca rosyjska emigracja osiadła na Smichovie i Vinohradach, dość, ze nadeszła gruba koperta a w niej pocztówka z Mostem Karola i list, w którym pan Adamek zapraszał Generałową do siebie.

Pan Adamek towarzyszył generałowi Alikinowi przez wiele lat. Czyścił jego buty do niespotykanego połysku, kiedy było trzeba ratował mu życie, był świadkiem jego pojedynków, nieraz podczas schadzki stał jak Romeo pod balkonem i nasłuchiwał czy nie nadchodzi zdradzany właśnie mąż. Umiał śpiewać, opowiadać anegdoty, pić wino i wódkę w sposób ujmujący i radosny, a ponadto robił bramborowe placki z dwudziestu ośmiu składników. Był jak dobry duch przebrany w mundur ordynansa. Jego rodzice przybyli do Rosji z południowych Czech w nadziei na poprawę losu, ale dalej klepali biedę. Odziedziczył po nich zaradność, pogodę ducha i życzliwość ludziom, jaką można spotkać tylko w pięknej miejscowości Zatoń nad Wełtawą, gdzie piorun zabił kiedyś nieuczciwego karczmarza.

Zapraszał zatem pan Adamek Generałową do Pragi nie obiecując wiele, ale z całą serdecznością. I Generałowa, choć dobrze jej było w Wilnie postanowiła jechać. Właściwie niezbyt lubiła pana Adamka, podejrzewała jego niecny udział w niektórych sprawkach Generała, denerwowała ją zawsze ich męska zażyłość, ale teraz gdy wszystko przepadło i nie było nawet z kim powspominać (babka Jadwiga trafiła do Generałowej na dwa lata przed rewolucją), westchnąć nad znanym ze swej bulwiastości nosem nieboszczyka, który tak wyraziście odcinał się od tła na ślubnej fotografii, gotowa była jechać choćby do Afryki. W Pradze mieszkały ponadto nieliczne ocalałe koleżanki z pensji, co obiecywało konfitury, ploteczki, chichotki - wszystko co uwielbiają pensjonarki na emeryturze.

Babka Jadwiga nie była Generałowej potrzebna w Pradze. Odprowadziwszy chlebodawczynię na dworzec (przekleństwa, spazmy, wapory, wybicie konduktora laską, kradzież dwóch kufrów mimo obecności dziadka Antoniego i załogi antokolskiego Posterunku), wzięli dziadkowie ślub w kościele Świętych Piotra i Pawła i rozpoczęli życie rodzinne. Byli szczęśliwi.

Pojawienie się babki Jadwigi na Kalwaryjskiej nieco zaskoczyło synów dziadka Antoniego.

Najstarszy, Edward miał wtedy lat jedenaście. Był to chłopiec nadzwyczaj poważny. Od kilku lat pełnił funkcję ministranta w pobliskim kościele Świętego Rafała, miał nadzieję być wkrótce przyjętym do koła młodzieży katolickiej i pomagał wikaremu w organizacji chóru młodzieżowego, choć sam śpiewać nie umiał i nie lubił uważając to za mało poważne. Pojawienie się macochy przyjął z powagą, poważnie ucałował jej dłoń i z poważną miną udał się do kościoła, gdzie czekały na niego poważne sprawy.

Średni, wtedy dziewięcioletni, Mietek był zupełnym przeciwieństwem Edwarda. Uczuciowy, impulsywny nie mógł zapomnieć matki i od razu znienawidził babkę Jadwigę za samo jej istnienie. Próżno dziadek Antoni próbował go przekonać odwołując się do rozsądku i powołując na kodeks cywilny. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca Mietek wyniósł się na ulicę i bywał w domu tylko podczas posiłków.

Najmłodszy, Henryk miał lat siedem. Natychmiast zakochał się w babce Jadwidze i zaczął jej towarzyszyć zawsze i wszędzie z czego oboje byli bardzo zadowoleni.

Piękny widok przedstawiała rodzina dziadka Antoniego, gdy podążali w niedzielę do kościoła. Najpierw szedł dziadek podejrzliwie rozglądając się na boki w obawie, że go znów okradną. Z podobną podejrzliwością przyglądał się przechodniom, którzy kłaniali się szarmancko i mówili:

- Dzień dobry drogi sąsiedzie. - albo: - Dzień dobry panie policmajstrze.

Dziadek Antoni kłaniał się, dotykając nerwowo marynarki w okolicy serca by sprawdzić czy ma jeszcze portfel. Namacawszy go spoglądał z rozczuleniem na babkę Jadwigę, która drobiła przy boku męża rozsiewając wokół siebie słodycz i ciepło. Z drugiej strony babki szedł mój Ojciec, zakochany i niechętnie spoglądający na dziadka, w którym widział rywala.

Pół kroku za nimi, dokładnie tak jak to można przeczytać u Mickiewicza szedł stryj Edward tak poważny, że gdyby w Komendzie Policji w Wilnie było tyle powagi problem przestępczości wyglądałby zupełnie inaczej.

Kilka metrów za wszystkimi wlókł się stryj Mietek, ponuro patrząc w chodnik i potykając się o własne sznurowadła. Swoim zwyczajem przemyśliwał nad jakimś skandalem, który można by wywołać w kościele, a na razie z braku lepszych pomysłów ilekroć ktoś z przechodniów powiedział: "Dzień dobry panie policmajstrze." stryj Mietek kłaniał się z wielką powagą, a z jego brzucha wydobywało się głośne buczenie, które przechodniów dziwiło i niepokoiło. Dziadek Antoni spoglądał groźnie na stryja, chwytał się nerwowo za portfel, spoglądał na babkę Jadwigę, rozczulał się i tak szli.

* * *

W tym samym czasie w Kolonii Wileńskiej, zwanej także Kolonią Kolejową udawała się na mszę rodzina dziadka Józefa. Dziadek prowadził babkę Annę delikatnie jak się prowadzi lokomotywę po rozjazdach stacji węzłowej. Tym traktowaniem krzywdził babkę, która była delikatnej postury i miała wielkie, rozmarzone oczy. Za dziadkiem i babką podążały w szeregu dzieci niczym mały skład osobowy: najpierw wuj Stanisław solidny i porządny na podobieństwo stryja Edwarda, a za nim dziewczynki: starsza Halina bardzo sprytna, drobna i ruchliwa, a za nią Bronka, moja Mama, powolniejsza, poczciwa i nieco pucołowata.

Wyszli właśnie ze swego domu (8 na 10 metrów) na bardzo zaciszną ulicę Głośną, przy której dom się znajdował. Poszli w prawo, potem w lewo, prosto, jeszcze raz w lewo, a potem nieco w dół, gdzie na granicy Górnej i Dolnej Kolonii znajdował się kościół i cmentarz.

Fakt, że do domu Bożego schodziło się w dół miał dla mieszkańców Górnej Kolonii doniosłe konsekwencje psychologiczne. Dla rzymskiego katolika układ wertykalny jest prosty: niebo na górze, piekło na dole. Chcąc rozmawiać z Bogiem należy unieść głowę do góry. Nie chcąc udzielić odpowiedzi na zbyt dociekliwe pytania Stwórcy należy opuścić wzrok w dół. Do nieba jest się wyniesionym, do piekła się zstępuje. Nic więc dziwnego, że oficerowie i kolejarze, którzy zamieszkiwali Górną Kolonię i co niedziela zstępowali do kościoła zaczęli wątpić w Boski porządek świata.

 

Ojcem duchowym buntu był nijaki Purwid, emerytowany kapitan artylerii, który mieszkał najwyżej. Codziennie siadał przed domem na stołeczku i patrzył z góry na kościelną wieżę. Parzył i patrzył aż doszedł do wniosku, że Pan Bóg jest niesprawiedliwy. I choć wywody Purwida były nader mętne, rychło okazało się, że trudno znaleźć w Górnej Kolonii kogoś kto nigdy nie został przez Pana Boga skrzywdzony. Kościół zwolna pustoszał, za to coraz liczniejsze grono odwiedzało co niedziela Purwida by gromadnie narzekać na Pana Boga.

Dziadek Józef i babka Anna nie mieszali się do tego. Owszem miałby dziadek to i owo Panu Bogu do zarzucenia, ale jako wzorowy pracownik PKP miał szacunek dla zwierzchności. Mógł mieć za złe, ale zmilczał. Tylko dzieci, z właściwą dla swego wieku ciekawością, biegały do Purwida, przytykały uszy do ścian i nasłuchiwały.

Z tego co dobiegało przez szpary między deskami wynikało, że Pan Bóg istotnie przebrał miarę. Zaczęło się od poczciwca Hioba, potem im dalej tym było gorzej, a już wojna światowa i rewolucja pogrążyły Stwórcę zupełnie. Kapitan Purwid miał to wszystko opracowane w postaci tabel i wykresów, usystematyzowane według stopnia szkodliwości. Nie pozostawało nic innego jak postawić Pana Boga przed sądem. W wypadku gdyby się nie stawił Purwid proponował by ludzie skazali Boga na banicję, nie wymawiali Jego Imienia, nie poświęcali Mu swych myśli, zapomnieli o Nim na zawsze. Początkiem zapominania miało być burzenie kościołów - pomników Pana Boga - jak mawiał kapitan. Pierwszy miał być zburzony Bogu ducha winny kościółek w Kolonii Wileńskiej.

Usłyszawszy o tym zwolennicy Purwida zaczęli się nieco wahać. Co innego ponarzekać, nawet zwymyślać, a co innego burzyć. Jednak co robić? Gadało się, gadało, a teraz wyszło, że nie burzyć po prostu nie sposób. Siedli, wbili łokcie w stół i myśleli. Ale co tu myśleć jak już wymyślone? Tylko uciec, zachorować, albo powiesić się.

Purwid wyznaczył termin burzenia na dwudziestego piątego listopada. Chodził od domu do domu i przekonywał. Zapanowała powszechna nieufność. Dawni przyjaciele patrzyli na siebie spode łba. Sąsiedzi przestali ze sobą rozmawiać. Mąż spoglądał podejrzliwie na żonę, a żona na męża.

Dziadek Józef zamknął drzwi na klucz i pozamykał okiennice. Babka kroiła chleb. Dzieci wyglądały przez szpary pomiędzy okiennicami. Widziały ludzi biegnących i coś gorączkowo wykrzykujących. Widziały innych, przerażonych jak szli powłócząc nogami porażeni przeczuciem nieuchronnej katastrofy. Czasem mignął wyprostowany jak struna, zarumieniony z emocji kapitan Purwid.

Dwudziestego piątego listopada dziadek Józef poszedł jak zwykle z rodziną do kościoła. Nikt ich nie zatrzymywał. Weszli, uklękli przed ołtarzem i modlili się. Z zewnątrz dobiegały okrzyki, przekleństwa, tupot nóg. Nie zwracali na to uwagi.

To co wydarzyło się na zewnątrz było wielokrotnie opisywane. Kapitan Purwid i jego wyznawcy (dwadzieścia osób według jednych źródeł, grube tysiące według innych) obeszli wkoło Górną Kolonię, a następnie ruszyli w dół. Mijając kościół każdy spluwał. Obeszli Dolną Kolonię, zawrócili koło stacji kolejowej (tu znów każdy splunął nie wiadomo dlaczego) i poszli w górę. Punktualnie o jedenastej czterdzieści pięć kościelny ujrzał zbliżający się tłum i uczynił znak krzyża.

Prowadził wszystkich kapitan Purwid. Szedł tyłem, na plecach miał przywiązane ogromne lustro, a w dłoniach trzymał dwie zapalone pochodnie. Mimo zachęt poruszał się wolno i jakby niezdarnie. Pięćdziesiąt metrów przed kościołem tłum zatrzymał się. Tylko Purwid szedł uparcie, uginając się pod ciężarem lustra. Wtedy nie wiadomo skąd spadła kula armatnia i położyła trupem kapitana artylerii Purwida.

Buntownicy rzucili się do ucieczki. Pędzili w dół, potem przez łąki, Hrybiszkami, aż spłoszeni czymś skręcili w Listopadową. Po obu stronach rozciągały się cmentarze. Grzesznicy wyli jak potępieńcy od Świętego Jana i zmykali co sił w nogach. Dobiegli do torów, przebiegli przez wiadukt na drugą stronę, na Markuciach rozbiegli się i wszelki ślad po nich zaginął. Do Kolonii żaden nie wrócił, ani nie napisał.

W kościele panowało uniesienie. Biły dzwony, kto żyw pchał się do ołtarza, gdzie proboszcz wznosił zapłakane oczy ku niebu. Na zewnątrz sanitariusze szukali po krzakach szczątków heretyka i jego lustra.

Pogrzeb kapitana odbył się trzy dni później. Wziął w nim udział nieznany major, oraz nieustraszeni, wąsaci weterani, którzy pod dowództwem Purwida walczyli w Karpatach. Gdy nad trumną wyrósł kopiec gliniastej ziemi wszyscy poczuli ulgę. Głusi zrozumieli, że słyszą, cierpiący spostrzegli że bóle ustępują, starcy wypatrujący z drżeniem śmierci poczuli nagły przypływ sił. Wszyscy byli zdrowi, radośni, podnieceni i to nie tylko w Kolonii, ale w całym Wilnie od Wilczej Łapy po Plac Broni. Do późna w noc biegali, tańczyli, snuli plany na przyszłość, potem poszli spać, a rano znów się obudzili obolali, głusi, chorzy.

Pan Bóg dał ludziom chwilę wytchnienia, po czym zarządził powrót do normy i we wszystkich kościołach zdumiewano się nad jego sprawiedliwością, mądrością i wszechmocą.