Twardy. Zimny. Martwy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Gdzie on jest? – zapytałem.

Nie chciała powiedzieć. Spuściła tylko głowę i milczała.

– Gdzie?! – warknąłem, czując rozsadzającą mnie wściekłość.

– Jakieś kłopociki z dziewczyną? – Jak na zawołanie pojawił się osobnik z wyglądu blisko spokrewniony z gorylem. Glaca lśniła jak nawoskowana, a wydatna żuchwa wysunięta była do przodu niczym niedomknięta szuflada. Twarzowy dres opinał zwały mięśni.

– To on? – zapytałem Małą.

Skinęła głową, a ja spuściłem gościowi łomot. Drapieżnik zerwał się z łańcucha wcześniej, niż myślałem. Kiedy samozwańczy alfons charczał przez spłaszczony kopnięciem nos i bezskutecznie próbował się zorientować, gdzie się kończą, a gdzie zaczynają jego rozbite wargi, nachyliłem się nad jego uchem, po czym głośno i wyraźnie powiedziałem:

– To był tylko mały wstęp do tego, co zrobię ci następnym razem. A wiesz, kiedy będzie ten następny raz?

Jedno oko spuchło całkowicie. W drugim jednak było widać, że mięśniak nie wie.

– Wtedy, gdy jeszcze raz zbliżysz się do którejś z dziewczyn. Jeżeli kiedykolwiek postawisz nogę w tym pasażu, dowiem się o tym i ci ją urwę. A potem wsadzę w dupę i wyjmę uchem. Rozumiesz?

Rozumiał. Ochoczo pokiwał poobijaną głową. Mała stała obok, patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami.

– Zerżnął cię? – zapytałem może w mało delikatny, ale za to precyzyjny sposób.

– Tak.

– Zapłacił?

– Nie.

Wybebeszyłem kieszenie dresu. W jednej znalazłem rulon spiętych gumką stuzłotówek. Rzuciłem go dziewczynie.

– Weź, ile uważasz, resztę rozdaj koleżankom.

Jeszcze raz nachyliłem się nad charczącym coraz głośniej alfonsem.

– Właśnie zapłaciłeś za usługę, a teraz mały prezent w ramach odsetek za zwłokę – powiedziałem i kopnąłem go w jaja.

Zrobiło się małe zbiegowisko, więc w zasadzie miałem dużo więcej świadków, niż potrzebowałem. Na ewentualne pytanie szefa mogłem odpowiedzieć, że owszem, pobiłem faceta, ale nie Ambrożego Legienia, tylko jakiegoś dresiarza bez karku, który w pasażu molestował małolaty. Mimo to objąłem Małą ramieniem.

– To, co zawsze, do rana, ze standardową bajką w razie pytań – powiedziałem tak, żeby tylko ona usłyszała.

Skinęła głową. Opuściliśmy pasaż Schillera i Piotrkowską ruszyliśmy w stronę starego Centralu. Tam zaparkowałem auto.

***

Wieczorem komórka zadzwoniła dwukrotnie. Za pierwszym razem zamieniłem kilka słów z Rafałem Łopińskim. Powoli wracał do zdrowia, czule pielęgnowany przez koleżankę z pracy. Namyślił się i oznajmił, że jednak mnie nie zabije. Dzwonił, żeby powiedzieć o nagłym wzroście zainteresowania moją osobą wykazywanym przez niejakiego Janusza Toszkę. Ktoś obił mordę znanemu adwokatowi i szef zgodnie z przewidywaniami zaczął węszyć za potencjalnym sprawcą. Najwyraźniej ja wydałem mu się najlepszym kandydatem do roli bandyty, sprawdzał więc moje alibi. Łopiński był równym gościem i od razu dał mi cynk.

Telefon po raz drugi zaświergolił kwadrans później. Na wyświetlaczu pojawiła się informacja o zastrzeżonym numerze. Nie ze mną te numery, Bruner! – pomyślałem i rzuciłem telefon Małej.

– Kąpię się! – oznajmiłem.

Dziewczyna wiedziała, o co chodzi. Odebrała, krzycząc, jakbym rzeczywiście był w łazience.

– Misiu, telefon do ciebie! Przynieść ci?

Z ustawionej na tryb głośnomówiący komórki dobiegło głuche „bip, bip, bip”. Weryfikacja zakończona, komendant wiedział, że w razie pytań przedstawię przekonujące alibi. Stary pewnie domyślał się, że to lipa, ale zdawał sobie też sprawę, że udowodnienie tego będzie trudne. Za kilka dni z większym bądź mniejszym niesmakiem podpisze oświadczenie dla prasy, w którym poinformuje, że sprawcy pobicia adwokata Ambrożego Legienia nie udało się wykryć. Mimo oczywiście usilnych starań i pełnego zaangażowania w poszukiwania. I tyle na ten temat.

W głowie kołatały mi dwa adresy do sprawdzenia, postanowiłem jednak dzisiaj odpuscić sobie działanie. Miałem niejasne wrażenie, że wrzawa, którą dopieco co wywołałem, była większa, niżby się mogło wydawać. Mafijny mecenas musiał porządnie szumieć, skoro sprawdzał mnie sam komendant. Najrozsądniejszym wyjściem wydawało się pozostanie na noc w domu. Nie zawsze słuchałem głosu rozsądku. Szczerze mówiąc, z reguły ignorowałem jego podszepty, ale tym razem postanowiłem zrobić mały wyjątek. Poza tym bolała mnie prawa stopa. Mięśniak z pasażu Schillera miał twardy łeb. Na szczęście nie przyłożyłem mu ręką, bo teraz miałbym pozdzierane kostki. Jeśli trafiała się ku temu okazja, wołałem kopać, niż boksować. Cios zadany nogą był o wiele mocniejszy i często nie wymagał powtórki, rozwiązując problem błyskawicznie. Zwłaszcza gdy trafiał w twarz, a ja potrafiłem zadrzeć nogę naprawdę wysoko.

Posykując z bólu, zdjąłem but i skarpetkę. Śródstopie było nieco spuchnięte i ozdobione fioletowym siniakiem. Wszystko jasne – zostaję w domu. Rzekoma melina hybryd i klinika biowspomagania zeszły na dalszy plan. Mała przyniosła z lodówki worek z lodem i zrobiła okład. Całkiem zgrabnie jej to wyszło. A potem dostałem zimne piwo. Pełnia szczęścia!

II

Czasami, kiedy zwalą mi się na głowę wspomnienia, wlewam w siebie dużo różnych trunków, aby choć na chwilę się od nich odciąć. W trakcie któregoś z alkoholowych upojeń wytatuowany na moim ramieniu ksenomorf zapytał mnie kiedyś, jak to naprawdę jest ze mną i policją. Biegam ze spluwą tu i ówdzie, żeby zdobyć informacje, nie waham się obić komuś gęby, a potem zabijam hybrydy – to zdecydowanie przekraczało wyznaczone prawem granice. Obcy miał rację. W pełni zasługiwałem na miano złego gliny, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Pracę w policji traktowałem jako pewnego rodzaju ułatwienie. Miałem lepszy i szybszy dostęp do sprzętu i informacji w porównaniu ze zwykłym cywilem, nie mówiąc już o tym, że odznaka otwierała różne drzwi i rozwiązywała ludziom języki. Jeżeli kiedyś wyjdzie na jaw, że prowadzę prywatną wojnę z hybrydami, pewnie zwolnią mnie ze służby. Raczej nie będę z tego powodu rozpaczał. Tak właśnie odpowiedziałem ksenomorfowi, a ten się zamknął. Na szczęście to był tylko dziwny sen. Jeszcze nie zwariowałem, a przynajmniej tak mi się wydaje. Z drugiej strony podobno wszyscy wariaci twierdzą, że są zdrowi na umyśle. W każdym razie obecnie w rzeczywistości nie rozmawiam ze zdobiącym moje ramię tatuażem.

Przypomniałem sobie ową nocną konwersację, stojąc ponownie za weneckim lustrem i patrząc na przykutego do krzesła Jacka Czartoryskiego vel Gałę. Tuż obok niego siedział adwokat. Nowy, ponieważ poprzedni przechodził właśnie zabieg wprawiania w szczękę białych jak śnieg i nigdy niepsujących się, bo porcelanowych zębów. Zastępca sprawiał wrażenie profesjonalisty w każdym calu, a garnitur w jasne prążki od Pierre’a Cardina za, lekko licząc, dziesięć kawałków miał to wrażenie szczególnie mocno podkreślać. W rzeczywistości patrzyłem na kolejną papugę będącą na mafijnym garnuszku. Zaswędział mnie tatuaż na prawym ramieniu. Niechybny znak, że komuś trzeba będzie dać w mordę. W najbliższym czasie kolejny adwokat będzie musiał skorzystać ze specjalistycznych usług chirurga szczękowo-twarzowego. Zdarza się, nieszczęścia podobno chodzą parami.

– Czarny! – Ostry głos wyrwał mnie z zamyślenia. W progu pokoju stał szef z marsową miną. – Mówiłem ci już: odpuść sobie drania! Aresztowałeś go i na tym twoja robota się skończyła. Nie wpieprzaj się w śledztwo, bo tylko pogorszysz i tak trudną sprawę.

– Stoję tylko i patrzę, nigdzie się nie wpieprzam – odparłem z niewinną miną.

Toszko domyślał się, że byłem sprawcą liftingu twarzy Ambrożego Legienia, ale nie mógł mi tego udowodnić. Chwilę później okazało się, że goszczący na jego twarzy ponury wyraz miał jednak inną przyczynę.

– Wpłynęło zawiadomienie w związku z zajściem w pasażu Schillera.

Wzruszyłem ramionami. Pewnie kamery monitoringu zarejestrowały całe zajście, a jakiś nadgorliwy strażnik miejski przyłożył się do swej pracy i wrzucił wykadrowane zdjęcie do bazy danych. Po nitce do kłębka i afera gotowa – policjant skopał niewinnego przechodnia.

– Widziałeś nagrania? – strzeliłem w ciemno.

– Tak – odparł.

– I jak to według ciebie wyglądało?

– Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że chciałeś zgarnąć na chatę jakąś młodocianą dziwkę, a alfons miał w stosunku do niej inne plany.

Roześmiałem się na głos, żeby ukryć zmieszanie. Moje alibi właśnie szlag trafił. Mała mogłaby twierdzić, że byliśmy razem nawet do samego rana, ale nagranie monitoringu jako dowód podważyłoby jej wiarygodność w pięć sekund. Postanowiłem pojechać po bandzie.

– Jedna z moich sąsiadek ma wnuczkę. Miła dziewczyna, ale wpadła w złe towarzystwo. Przyczepił się do niej jakiś dresiarz, każąc sobie płacić w zamian za spokój. Groził jej krzywdą fizyczną, z gwałtem na pierwszym miejscu długiej listy nieprzyjemnych rzeczy, jakie miał jej zrobić. Zostałem poproszony o pomoc, więc pomogłem.

– W taki sposób? – Brwi komendanta się uniosły. Odniosłem wrażenie, że w wyrazie jego twarzy więcej było dezaprobaty niż zdziwienia.

– Miałem gnojka aresztować? Dobrze wiesz, jak wyglądałoby dalsze postępowanie. Zero dowodów to zero winy. Gość wyszedłby raz dwa i w ramach zemsty mógłby wyrządzić komuś faktyczną krzywdę.

Szef pokręcił głową zdegustowany i westchnął:

– Kiedyś przegniesz pałę, Czarny. A wtedy nawet ja nie uratuję ci tyłka.

Cóż mogłem zrobić wobec takiego osądu przełożonego? Po raz drugi w krótkim odstępie czasu wzruszyłem ramionami.

– O dziesiątej w sali odpraw – rzucił krótko Toszko, znikając w korytarzu.

Chciałem zapytać, po co, ale przypomniałem sobie o powodzie nadprogramowego zebrania. Sekcja do zadań specjalnych miała właśnie dziś o godzinie dziesiątej zmartwychwstać. Przyjechały koty.

 

***

W salce panował zaduch. Klimatyzacja dawno temu odmówiła posłuszeństwa, zapchana kompletnie wieloletnim kurzem i dymem papierosowym. Na jej remont nigdy nie było środków. Otworzenie okna poprawiłoby jakość powietrza, uniemożliwiłoby jednak poprowadzenie spotkania. Do środka wdarłby się bowiem jazgot pobliskiej, ruchliwej ulicy, zagłuszając skutecznie każdą rozmowę. Porozumiewać się na migi nie umiałem, podejrzewam, że pozostali zebrani w sali również.

Trudno! – westchnąłem w duchu. Trzeba będzie się trochę pokisić.

Spojrzałem na wsparcie przysłane przez Komendę Główną w Warszawie. Nie ma co, stolica miała gest! Dostałem pod matczyne skrzydła dziesięciu chłopców prosto ze szkoły w Szczytnie. Ciekawe, czy choć raz byli na poligonie w Drawsku Pomorskim? Zaraz! Wróć! Przebiegłem wzrokiem po zgromadzonych w sali osobach.

Kurwa mać! – pomyślałem, mając ochotę wrzasnąć z użyciem tych samych słów. Dowodziłem dziewięcioma facetami i jedną kobietą. Panie w policji miały należne miejsce. Najlepiej za biurkiem. Każdemu powiem prosto w oczy, że dzień w dzień funkcjonariusze w spódnicach odwalały kawał dobrej roboty. I nie mam nic przeciwko temu pod warunkiem, że jest to robota papierkowa. Ale tu? W oddziale specjalnym? Tu kule świszczą nad głową, a banda zmutowanych na własne życzenie zwyrodnialców w dupie ma życie kogokolwiek, z życiem policjanta w szczególności. Baba w oddziale! PKP!

Toszko najpierw przedstawił siebie, potem mnie i pierwsza odprawa z udziałem nowicjuszy rozkręciła się na dobre. Każdy z członków odtworzonego właśnie oddziału do zadań specjalnych powiedział kilka słów o sobie. Ledwo opanowałem cyniczną część mojej natury, żeby nie śmiać się albo nie bić braw przy tych krótkich autoprezentacjach. Sami napaleńcy, pełni wiary w swe możliwości i w szczytne cele, które podczas służby przyjdzie im realizować. Ciekawe, czy kiedyś też taki byłem? Jeżeli tak, to z pewnością dawno temu i wstyd mi za siebie z tamtego okresu.

Komendant przedstawiał właśnie w ogólnym zarysie rodzaj zadań, które zazwyczaj stawiane były przed naszym oddziałem, gdy padły strzały. W środku komisariatu było to cholernie zaskakujące. Życie potrafi jednak kopnąć człowieka znienacka w dupę. Od tego, jak zareagujesz, zależy twoje przeżycie. Dziesięcioro moich podwładnych siedziało z rozdziawionymi gębami, patrząc w zdumieniu po sobie nawzajem. Zajebista reakcja!

W chwili kiedy padł drugi strzał, byłem już w progu sali odpraw, przy trzecim gnałem korytarzem z odbezpieczonym pistoletem w ręku. W pędzie potrąciłem jakiegoś aspiranta, który stał w bezruchu jak dupa wołowa. Dostał barkiem, upadł na podłogę, coś krzyknął. Nie zatrzymałem się nawet na moment. Zawsze jeszcze zdążę go przeprosić. Zbiegłem po schodach po dwa, trzy stopnie naraz w wariackim tempie, ryzykując, ze wyląduję u ich podnóża na własnej gębie. Kiedy wypadłem zza zakrętu, ujrzałem drzwi do pokoju przesłuchań. Były otwarte, w progu leżało zbryzgane krwią ciało, a w środku nie było nikogo.

– Kurwa! – wrzasnąłem, przeskakując przez rozrzucone bezwładnie ręce i gnając ku wyjściu.

Drugi trup leżał przy ścianie w groteskowej parodii pozycji embrionalnej. Wyglądał jak człowiek, który skulił się z zimna podczas snu, bo w jego trakcie z łóżka zsunęła się kołdra. Dziura ziejąca na skroni jednoznacznie sugerowała, że był to sen wieczny. Huknął czwarty strzał, zaraz po nim rozległ się kobiecy wrzask. Gdzieś przede mną posypało się rozbite szkło.

Kiedy wypadłem na zewnątrz, sprzed komisariatu ruszało właśnie z piskiem opon czarne bmw Wywaliłem w odjeżdżające auto cały magazynek. Bezskutecznie. Na tylnej szybie pojawiły się siatki drobnych pęknięć w miejscach, gdzie trafiły kule, a lśniąca karoseria dorobiła się kilku wgnieceń. I nic poza tym. Samochód był opancerzony i zaopatrzony w kuloodporne szyby.

– Kurwa! – zakląłem ponownie, bo jak na złość przed budunkiem nie stał żaden radiowóz. Parking dla pracowników znajdował się na tyłach komisariatu. Zanim bym tam dobiegł i włączył się do pościgu, bmw zdążyłoby bezpowrotnie zniknąć. Zresztą znając życie, fura miała takie osiągi, że mój golf, choć podrasowany, mógł się przy niej schować. Poza tym pewnie w kilku strategicznych miejscach rozlokowane były podobne auta, mające na celu zmylenie ewentualnej pogoni. Gała i jego nowy adwokat zwiali. Miałem ochotę gryźć, wyć i kopać. Wszystko na raz.

Zmieniłem magazynek na pełny, zabezpieczyłem berettę i wróciłem do komisariatu. Szkło z rozbitych drzwi chrzęściło mi pod butami. Nad leżącą przy ścianie Moniką Tokarczyk pochylała się dziewczyna z mojego oddziału. Ostatni strzał trafił aspirantkę w udo, na podłodze rosła kałuża krwi. Nowa sprawnie wybebeszyła apteczkę, założyła opatrunek, a całość ścisnęła mocno paskiem wywleczonym ze spodni rannej. Opatrunek wyszedł zgrabnie, krew przestała płynąć.

Toszko szalał w tle. Czerwony na twarzy, wykrzykiwał rozkazy na prawo i lewo. Zabezpieczono ciała, zabezpieczono nagrania z kamer monitorujących pokój przesłuchań, wezwano karetkę. Podałem model i numery rejestracyjne czarnego bmw Rozpoczął się gorączkowy ruch w sieci i w eterze, ale nie łudziłem się zbytnio co do efektów poszukiwań. Kiedy na miejsce dotarł ambulans, pojechałem z Moniką do szpitala. Kula przestrzeliła mięsień udowy. Dziewczynę czekała operacja, ale według wstępnej oceny lekarzy zabieg miał być rutynowy i mało skomplikowany. Kiedy aspirantkę zabrali na blok operacyjny, użyłem wszelkich pokładów osobistego uroku i nakłoniłem oddziałową, aby po wszystkim położyła ją w sali, w której do zdrowia wracał Łopiński. Kręciła nosem, twierdząc, że nie praktykuje się sal koedukacyjnych. Zmiękła jednak, kiedy powiedziałem, że on prawie od pasa w dół cały w gipsie, a ona z raną nogi, więc jakiekolwiek sekscesy nie wchodziły raczej w grę. Ostatecznie, gdy oznajmiłem, że mogę załatwić w tej sprawie oficjalne pismo od samego komendanta, uległa i zgodziła się zrobić wyjątek.

Wpadłem na minutę do Rafała. Powiedziałem mu, że po południu będzie miał miłą niespodziankę. Mimo iż nalegał, nie zdradziłem żadnych szczegółów. Znów odgrażał się, że mnie zabije, a ja jak zwykle w takich przypadkach zignorowałem groźby. Musiałem wrócić do komisariatu. To było ostatnie miejsce, w którym pragnąłem teraz być, ale nie miałem wyjścia. Z kwaśną miną ruszyłem na spotkanie z mało przyjemną stroną życia. Stroną z udziałem martwych policjantów, z podłogą pokrytą plamami zakrzepłej krwi i ze sprawcą tego wszystkiego, który choć niedawno aresztowany, aktualnie cieszył się wolnością.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nikt też jednak nie uprzedzał, że będziemy obrywać aż tak bardzo. Hybrydy były dla zwykłego człowieka groźne z racji swej fizycznej przewagi. Nawet jednak bez biowspomaganiania można było sobie z nimi poradzić. To była kwestia determinacji w działaniu i odpowiedniego wyszkolenia. Teraz, gdy okazało się, że za hybrydami stoi dobrze zorganizowana i mająca szerokie wpływy mafia, sytuacja stała się naprawdę niewesoła. Bandyci zyskiwali oparcie, zaplecze do działania czy chociażby opiekę prawniczą. Szanse policji w walce z takim przeciwnikiem automatycznie znacząco malały.

A jednak Dawid pokonał kiedyś Goliata – pomyślałem, aby choć trochę rozproszyć niewesołe myśli. Po dwudziestu minutach dotarłem na miejsce.

***

Druga odprawa z udziałem moich nowych podwładnych zaczęła się od projekcji krótkiego filmu. Niskobudżetowa produkcja z udziałem raptem trzech aktorów, za to jaki scenariusz! Jacek Czartoryski siedział przykuty i przypięty do krzesła. Towarzystwa dotrzymywał mu nowy adwokat. Obaj przeglądali jakieś papiery, a w każdym razie takie właśnie wrażenie sprawiali. Potem akcja przyspieszyła. Mecenas z drugiego dna aktówki wyjął ampułkostrzykawkę i wbił jej igłę w boczną powierzchnię szyi klienta. Gała wyprężył się gwałtownie i szeroko otworzył usta, choć nie krzyknął. Wyglądał, jakby był w ekstazie. Wyraz szczęścia z jego twarzy znikł po niecałej minucie. Po dalszych trzech mężczyzna wstał. Najzwyczajniej w świecie podniósł się z krzesła, zrywając łańcuchy kajdanek i skórzane pasy, jakby zrobiono je ze zwykłego szpagatu. Zrobił to z taką łatwością, z jaką pięcioletni urwis rozdziera papierowe kółka choinkowego łańcucha.

Stojący przy pokoju przesłuchań strażnik zaatakowany został znienacka tuż po tym, jak Gała wyrwał klamkę wraz z zamkiem i wykopał drzwi na korytarz. Policjant zginął z własnej broni, którą próbował wyciągnąć z kabury. On nie zdążył, hybryda natomiast tak. Chwilę później kamery monitoringu ukazały puste pomieszczenie, a z głośników dobiegł odgłos drugiego wystrzału.

Ciszę, która zapadła po zakończeniu projekcji, pierwszy przerwał współpracujący z naszym posterunkiem lekarz. Starszy facet z okularkami à la John Lennon ze skruchą przyznał, że pomylił się w badaniach przeprowadzonych na Jacku Czartoryskim tuż po jego zatrzymaniu. Według postawionej wówczas diagnozy porażenie prądem, które w finale krótkiej walki zafundowałem bandziorowi, zabiło biowspomagające jego ciało pseudopierwotniaki. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Sprzężone z komórkami nerwowymi i mięśniowymi włóknami mikroorganizmy pod wpływem elektrycznego wyładowania nie zginęły, lecz przeszły w stan przypominający letarg. Lekarz pospiesznie zbadał resztki substancji pokrywającej wnętrze porzuconej w pokoju przesłuchań ampułkostrzykawki. Według nowej opinii adwokat podał klientowi mieszaninę aktywatorów – związków stosowanych standardowo po każdym zabiegu biowspomagania. Z małą uwagą na marginesie – stężenie roztworu zaaplikowanego Czartoryskiemu było dziesięciokrotnie wyższe niż zazwyczaj. Zastrzyk miał za zadanie aktywować pseudopierwotniaki i jak było widać na krótkim filmie – sprostał oczekiwaniom. Nie istniała potrzeba ponownej powolnej i wieloetapowej implantacji mikroorganizmów do ciała. Podane domięśniowo aktywatory wrzasnęły „pobudka!” i w zasadzie było już po sprawie. Człowiek znów miał włączone biowspomaganie i stał się hybrydą pełną gębą. Jaką siłą i szybkością dysponował – widzieliśmy wszyscy dokładnie.

Lekarz skończył przedstawianie swojej nowej opinii i tytułem usprawiedliwienia dodał, że biowspomaganie jest obecnie bardzo dynamicznie rozwijającym się zjawiskiem w sektorze usług prywatnych. Państwowa służba zdrowia porusza się na razie w tych zagadnieniach jak krótkowidz w gęstej mgle – po omacku. Komendant zapewnił doktora, że nikt nie ma do niego pretensji za nietrafną diagnozę. Lekarz nie wyglądał jednak na pocieszonego. Skłonił głowę na pożegnanie i z kwaśną miną opuścił salę odpraw.

Trudno też było mieć zastrzeżenia do policjanta, który rewidował nowego mecenasa Gały. Na filmie wyraźnie było widać, że skrytka z ampułkostrzykawką została dobrze zamaskowana, poza tym nie trzeba dużo miejsca do ukrycia takiego drobiazgu. Sprzętu do prześwietleń na komisariacie zwyczajnie nie było. Rzucono co prawda w kierunku pechowego funkcjonariusza kilka ponurych spojrzeń, ale skoro szef nie wieszał na nim psów, pozostali nie robili tego również.

Kiedy usprawiedliwiono już wszystkich i wszystko, co możliwe, gdy skończyła się i tak bardzo krótka lista tak zwanych nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, komendant oddał głos mnie. Innymi słowy – czas na porządny zjeb. Cóż, ma się podwładnych, ma się obowiązki.

– Jestem wami kompletnie rozczarowany – zacząłem bez owijania w bawełnę. – Gała i tak pewnie by uciekł, zabijając po drodze tych, którzy nawinęliby się mu pod lufę… – Zrobiłem pauzę i z ponurą miną przebiegłem wzrokiem po zebranych. – Ktoś wobec tego mógłby zapytać, o co mi chodzi. Chodzi mi o wasz brak reakcji. I to jakiejkolwiek. Padł strzał, a wy siedzieliście jak dupy wołowe! Jakbyście pierwszy raz w życiu usłyszeli taki odgłos i nie potrafili określić, z czym się wiąże. Co wam się wtedy zalęgło w pustych łbach? Przeciąg trzasnął niedomkniętymi drzwiami? W gabinecie komendanta obraz spadł ze ściany? Albo może pani Jadzi, która sprząta komisariat, akurat wypadła spirala? Gówno mnie to obchodzi, jeśli mam być szczery. Jesteście w jednostce specjalnej, a nie na wczasach. Zachowaliście się jakby to był wasz pierwszy dzień w mundurze, a nie jak profesjonaliści świeżo po gruntownym przeszkoleniu.

W sali odpraw panowała grobowa cisza. Słuchający mieli nietęgie miny. Nie zamierzałem nikomu niczego ułatwiać, wiec kontynuowałem:

– Cokolwiek sobie wówczas pomyśleliście – zapomnijcie o tym! W tej robocie zdarzają się czasami takie chwile, że aby przeżyć, trzeba nie myśleć. Trzeba działać błyskawicznie, odruchowo. Na chwilę obecną nie macie żadnych odruchów, z samozachowawczym włącznie. W Komendzie Głównej Policji w Warszawie podpisano rozkaz i świeżo wypromowani absolwenci szkoły w Szczytnie przydzieleni zostali do pewnego komisariatu w Łodzi. Tu i teraz zapewniam każdego z was, że nie ma obowiązku służby w tym oddziale. Jeśli nie widzicie siebie w takiej roli, bierzcie dupy w troki i wynocha jeszcze dziś. Papiery o przeniesienie komendant Toszko podpisze wam bez zwłoki. Ręczę, że nikt nie będzie robił wam w tej kwestii żadnych problemów. Przenieść się możecie zaś dokądkolwiek. Opierając się na waszych reakcjach na odgłos strzału, proponuję Saint-Tropez.

 

– Ha, ha! Bardzo śmieszne! – usłyszałem pełen przekąsu głos. – Boki zrywać! – Ostrzyżony na jeża, barczysty blondyn wydął pogardliwie usta i kpiąco przez nie prychnął. Spojrzałem na papiery, odczytując jego dane.

– Cezary Kupczyński, tak?

– Zgadza się, panie żandarmie! – Kpina w jego głosie była jeszcze wyraźniejsza.

Podszedłem do niego i bez ostrzeżenia zdzieliłem go w gębę. Po sali odpraw rozeszło się mokre chlaśnięcie. Kupczyński zerwał się rozjuszony. Był wielkoludem i wyraźnie przewyższał mnie wzrostem. W jego oczach błyszczała żądza odwetu. Wziął szeroki zamach, ale na tym się skończyło, bo zanurkowałem pod ramieniem i przyłożyłem mu dwukrotnie – raz w środek brzucha, raz w wątrobę. Stęknął, sapnął, po czym zgiął się w pół i ciężko usiadł na krześle. Cała jego twarz w jednej chwili zrobiła się czerwona.

– Funkcjonariusz Kupczyński Cezary spróbował mnie uderzyć – powiedziałem zupełnie spokojnym głosem. – Zrobił to odruchowo, sprowokowany i zaatakowany przeze mnie. Nie myślał o tym, że jestem wyższy stopniem i że to złamanie kilku punków regulaminu służby. Znalazł się w opresji i przeciwstawił się jej. Nieskutecznie, ale jednak zrobił to. Z Kupczyńskiego może jeszcze będzie dobry policjant, jeżeli schowa cynizm w kieszeń, przełknie gorycz dzisiejszego upokorzenia i zostanie w oddziale. – Patrząc na jego wciąż czerwoną twarz, pozwoliłem sobie na małą złośliwość: – Mógłby mieć na przykład ksywę Purpura. Decyzja jest w jego rękach.

Poturbowany przed momentem olbrzym spojrzał na mnie spode łba, po czym przez zaciśnięte zęby wycedził:

– Zostaję! Purpura mi się podoba.

Skinąłem głową z uznaniem i wyciągnąłem do niego rękę. Z pewnym wahaniem, ale w końcu ją uścisnął. Facet miał charakter, a takich właśnie potrzeba w tej robocie.

– Na koniec tej najdłuższej tyrady, jaką kiedykolwiek ode mnie usłyszycie, muszę przyznać, że powyższy opieprz nie dotyczy jednej osoby. Z całej dziesiątki tylko aspirantka Anna Rożek zrobiła coś, zanim otrzymała rozkaz. Nawiasem mówiąc, pomoc, której udzieliła rannej policjantce, była fachowa.

Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie i skinęła głową. Z całego oddziału ona miała największe jaja. Tego jednak głośno nie powiedziałem. Wiedziałem, że zostanie, i choć wciąż miałem zastrzeżenia do pracy w terenie z kobietą u boku, postanowiłem nie skreślać jej na starcie. Miałem nadzieję, że nie będę kiedyś żałował tej decyzji.

– Koniec odprawy – zarządziłem. – Jutro w tym samym miejscu o ósmej rano. Jako lekturę na wieczór polecam raport z akcji zatrzymania Czartoryskiego.

Chyba rzeczywiście była to najdłuższa przemowa, jaką dotąd uskuteczniłem. Ważne, że miałem to już za sobą. Nowi wychodzili z sali. Dwoje ostatnich podeszło do mnie. Najpierw zrobił to postawny blondyn – znany od paru minut jako Purpura.

– Nigdy nie widziałem kogoś tak szybkiego w bezpośrednim starciu – powiedział.

– No i? – mało grzecznie zasugerowałem, żeby przeszedł do sedna sprawy.

– Jestem pod wrażeniem, ale równocześnie zastanawiam się, czy ta szybkość nie jest czasem efektem biowspomagania?

Przed pierwszym ciosem się uchylił, drugi zablokował przedramieniem. Trzeci dotarł jednak do celu. Przyłożyłem mu w splot słoneczny. Wiedziałem, że nie mówił poważnie i że chciał mnie jeszcze raz wypróbować, mimo to walnąłem naprawdę mocno. Nikt bezkarnie nie będzie mnie wyzywał od hybryd. Nieważne – czy nazywając to po imieniu, czy też w zawoalowany sposób.

– Musisz się jeszcze dużo nauczyć, Kupczyński! – powiedziałem do leżącego na podłodze wielkoluda, który na podobieństwo wyjętej z wody ryby łapczywie chwytał powietrze, naprzemiennie otwierając i zamykając usta.

Drugą osobą, która do mnie podeszła, była jedyna kobieta w oddziale.

– Mój brat służył z panem – oznajmiła, patrząc mi prosto w oczy. Jej były intensywnie niebieskie. Przez moment zastanawiałem się, ilu facetów zdążyło już w nich bezpowrotnie utonąć. Do rzeczywistości szybko przywróciły mnie kolejne zdania wypowiedziane przez aspirantkę Rożek: – Zawsze powtarzał, że Czarny to wyjątkowo twardy i wredny sukinsyn. Muszę przyznać, że miał całkowitą rację.

Dziwne! – pomyślałem. Kobieta przed chwilą nazwała mnie sukinsynem, okraszając to na dodatek przymiotnikiem wredny, a ja miałem wrażenie, że właśnie usłyszałem komplement.

– Nie służyłem z nikim, kto miałby na nazwisko Rożek – odpowiedziałem, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją.

– Mówiłam o ciotecznym bracie, Rafale Łopińskim.

Tym mnie zaskoczyła. Rafał nigdy nie wspomniał, że ma siostrę, a zwłaszcza o tym, że owa siostra pracuje w policji.

– Wybierasz się do niego? – zapytałem, orientując się po fakcie, że w dość obcesowy sposób przeszedłem na „ty”.

– Tak.

– Powiedz mu, że gdy zobaczymy się następnym razem, to go zabiję. – Widząc, że dziewczyna zbladła i zrobiła niewyraźną minę, dodałem szybko: – Nie dosłownie! On będzie wiedział, o co chodzi.

Stojący z boku i jak dotąd dotąd milczący komendant Toszko parsknął śmiechem.

***

Wsiadając do auta, niechcący uderzyłem się w głowę. Westchnąłem ciężko.

– Nie ma to jak miły dzień w pracy! – mruknąłem pod nosem. Odpaliłem silnik, włączyłem radio. Wyjeżdżając z parkingu, marzyłem o kąpieli z drinkiem w ręce i zalegnięciu w łóżku na jakąś godzinę lub dwie z książką. W grę ewentualnie wchodził też telewizor, jeśli nie mógłbym skupić się na czytaniu. Jadąc środkowym pasem, najpierw Piłsudskiego, potem Mickiewicza, zastanawiałem się, czy Mała jest jeszcze w moim mieszkaniu. Naprawdę miała na imię Ewa, bardziej jednak przywykłem do jej przezwiska. Dziewczyna sprawiała zresztą wrażenie, że wcale jej to nie przeszkadza. Z podbitym okiem wyglądała okropnie. Kiedy przyglądałem się fioletowej plamie na jej twarzy, zaczynałem żałować, że tak lekko potraktowałem jej sprawcę. Dziewczyna zdała już wszystkie egzaminy z letniej sesji i w zasadzie mogła już wracać na wakacje do domu, do jakiejś małej wsi pod Kielcami. Śliwka pod okiem byłaby jednak trudna do wytłumaczenia rodzicom. Jej akademik pustoszał z każdym dniem, ale nie dotyczyło to koleżanek, z którymi mieszkała. Dwóm idiotkom, jak je dosadnie określała, nie spieszyło się ze zdawaniem egzaminów. Im też nie chciała pokazywać się w takim stanie, bo plotom i kpinom nie byłoby końca. Zapytała, czy mogłaby zatrzymać się na parę dni u mnie. Tym razem dla odmiany ja miałem okazję zrobienia czegoś dla niej. Zgodziłem się, dałem jej nawet komplet zapasowych kluczy.

W duchu z pewnym rozbawieniem wyobrażałem sobie miny różnych znajomych, w tym komendanta, gdyby dowiedzieli się o całej sytuacji. Policjant mieszkający z prostytutką – skandal obyczajowy rodem z pierwszych stron gazet dla ociężałych umysłowo. Jadąc pod wiaduktem przy dworcu Łódź Kaliska, przypomniałem sobie, jak wczoraj Mała zrobiła mi okład z lodu na spuchniętą stopę, a potem przyniosła piwo. Nie miałem nic przeciw, aby to ostatnie powtórzyło się także i dziś. Kiedy mijałem stadion, zadzwonił telefon. No to sobie pomarzyłem! Przyszła pora na powrót do rzeczywistości – dzwonił mój połamany kolega.

– Przyjeżdżaj! – usłyszałem, gdy tylko odebrałem. – Bez koguta, po cichu. Tylko szybko!