Pogięte bajki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Co za debil!

Adam i Ewa

Piroman

Zjazd

Pasja

Myśliwy

Może za rok, dwa…

Wybór

Awantura

Ranking

Praca

Remont

Piękna nieznajoma

Rurowaty świat

Impreza w plenerze

Show must go on

Nagranie

Rum

Dżin

Spokój grabarza

Przekleństwo Elzy

Co za debil!

Filemon przez moment przyglądał się, jak kłaczek kurzu sunie po podłodze. Niewielki przeciąg w głównej izbie kołysał nim raz w prawo, raz w lewo. Kot w tym samym rytmie, raz w prawo, raz w lewo, poruszał białym łebkiem. W pewnej chwili podjął decyzję i skoczył. Kłaczek nie miał szans, ale nie poddał się bez walki. Wystając częściowo z kociego pyszczka, połaskotał znajdujący się tuż nad nim różowy nosek.

Filemon kichnął. Zrobił to odruchowo, mocno przy tym potrząsając łebkiem. Wszystko to zdarzyło się zaś w niefortunnym miejscu – tuż przy stole. Obrazowo rzecz ujmując, kotek wyrżnął głową w masywną nogę dębowego mebla. Rozjechały mu się łapki i zamroczony uderzeniem pacnął na podłogę.

Leżący na zapiecku Bonifacy obserwował całe wydarzenie spod nieznacznie przymkniętych powiek.

– Co za debil! – westchnął zdegustowany i przeciągle ziewnął.

Jego biały kolega wstał na chwiejne nogi i niepewnie poczłapał przed siebie. Kręciło mu się i szumiało w głowie, więc nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co robił. Potknął się o kuwetę i wyłożył po raz drugi. Wypełniający plastikowy pojemnik granulat rozsypał się szeroko po izbie z cichym grzechotem. W stronę drzwi potoczyła się większa zbrylona kulka – efekt przemiany materii Bonifacego. Pech chciał, że w tym właśnie momencie drzwi uchyliły się i do izby weszła babcia. Świadectwo sprawności procesów wydalania starszego kota zostało przez nią rozdeptane.

– Skaranie boskie z tym kotem! – westchnęła starsza kobieta, krzywiąc nos z powodu ostrej woni. – Wynocha na dwór! – dodała i pogoniła Filemona miotłą.

Wciąż jeszcze nieco skołowany biały kot czmychnął przez uchylone drzwi na zewnątrz. Schował się pod ogrodową ławką i tam poczekał, aż wszystko dookoła przestanie wirować i szumieć.

Jakiś czas później na podwórze przed chatą dostojnym krokiem wyszedł Bonifacy. Niespiesznie przeciągnął się, po czym usiadł i zaczął wylizywać futro na łapie.

– Bonifacy, a co to jest? A co to jest tamto? A to? A to tam? – Filemon zalał starszego kolegę potokiem pytań.

– Moment, zaraz, po kolei – czarny kocur zastopował te zapędy. – Czego konkretnie nie wiesz?

– O! To, co leży przy stodole. – Filemon wskazał łapką.

– To jest rura od chłodnicy. Stara i dziurawa. Dziadek rzucił ją tu wczoraj po tym, jak w zestawie destylacyjnym założył nową.

– Aha, to dlatego dziadka nie widać dziś od rana – olśniło małego kotka. – Pewnie siedzi zamknięty w stodole i pędzi bimber. A tamto? To długie, czarne i poskręcane? – ciekawość była niezaspokojona.

– To są kable energetyczne – Bonifacy odpowiedział znudzonym głosem. – Dziś w nocy zabrakło prądu, więc dziadek z babcią musieli podłączyć generator. Inaczej cała uprawa by im padła.

– Uprawa? Chodzi ci o te roślinki w szopie za studnią?

– Tak.

– A co to właściwie za roślinki?

– Konopie indyjskie.

– Aha! – znów wykrzyknął młodszy kot, jakby nagle wszystkie zagadki świata rozwiązały się dzięki tym dwóm słowom.

– Co, aha? – zgryźliwie zapytał kocur. – Wiesz, co to za zioło?

– A wiem! – zaperzył się Filemon. – Z tego zioła pochodzi maruchaina.

– Sam jesteś maruchaina – ofuknął go Bonifacy.

Kociak był przyzwyczajony do protekcjonalnego tonu, więc nie obruszył się.

– Bonifacy, a dlaczego dziadek i babka parają się takim nielegalnym procederem?

Czarny kocur ciężko westchnął, zanim odpowiedział.

– Życie ich do tego zmusza.

– Życie? Ale jak to? – ciekawość Filemona zdawała się być bezkresna.

– Widzisz, młody… – starszy kolega rozpoczął wyjaśnienia – nasi opiekunowie całe życie mozolnie pracowali na roli. Sadzili, pielili, żęli zboże, wykopywali ziemniaki, zwozili siano i słomę dla gospodarskich zwierząt. Robili jeszcze dziesiątki innych rzeczy. Życie na gospodarstwie jest ciężkie, zwłaszcza gdy nie ma maszyn i wszystko trzeba robić ręcznie. Dziadek i babka jednak nie narzekali. Pracowali uczciwie, płacąc co miesiąc składki na ZUS i podatki. Skrycie liczyli na spokój i chwilę oddechu na emeryturze, myśleli, że ta emerytura będzie godziwa na stare lata. Cóż… – Bonifacy nieznacznie wzruszył ramionami. – W układzie człowiek–ZUS tylko człowiek ma szansę być uczciwy. Państwo systematycznie okradało naszych żywicieli. Oczywiście na starość dało im emerytury, z tym tylko, że zamiast godziwych okazały się głodowe. Dziadek i babka muszą do nich dorabiać, żeby przeżyć.

Biały kotek zasmucił się, słysząc te wyjaśnienia.

– To niesprawiedliwe! – miauknął.

– No! – enigmatycznie zgodził się z nim starszy kolega.

– A jak dziadek i babka wpadną w ręce policji, to co? To pójdą do więzienia?

– Chyba za starzy są na więzienie, ale pewnie jakiejś kary nie unikną.

– A nie mogliby powiedzieć, że to na ich własne potrzeby?

Bonifacy parsknął śmiechem.

– Pięćdziesiąt litrów bimbru tygodniowo? A paczkowanego suszu mają pewnie ze sto kilogramów. Zapomnij, młody! To by mogło starczyć na własne potrzeby całej wioski.

– Trzeba coś z tym zrobić! – Filemon był wyraźnie zły, że życie zmusiło jego opiekunów do działań poza granicami prawa.

– Całkowicie się z tobą zgadzam, młody – cynicznie odparł czarny kocur. – Mamy tylko pewien problem.

– Jaki?

– Nie bardzo wiemy, co możemy zrobić.

– Wymyślmy coś! – Entuzjazm Filemona był proporcjonalny do jego ciekawości.

– No to wymyślajmy! – zgodził się Bonifacy, po czym zwinął się w kłębek na ogrodowej ławce i usnął.

– Znalazł się myśliciel! – Kociak nie był pocieszony postawą kolegi.

Zanim jednak zdążył cokolwiek dodać, na podwórze wjechało wielkie czarne auto. Zahamowało z chrzęstem na żwirowym podjeździe, wzbijając tuman siwego kurzu. Ledwie kurz opadł, z samochodu marki BMW wygramolił się kierowca.

– Ale wielkolud! – westchnął Filemon, patrząc rozszerzonymi oczami na potężne bicepsy i szeroką klatkę nowo przybyłego. Owa klatka zdawała się przez ciągłość przechodzić od razu w głowę.

Mały kotek z przestrachem patrzył na człowieka bez szyi. Ale dziwy! A ten łańcuch! Ostre słońce prowokowało liczne refleksy odbijające się od ozdoby, która kołysała się na piersi kierowcy. Jest tak gruby, że nie zerwałaby się z niego nawet nasza Mućka.

Jakby na potwierdzenie tej oceny w pobliskiej oborze zamuczała krowa.

– Oho! – rezolutnie stwierdził Filemon. – Dziadek tak się skupił na bimbrownictwie, że nie wyprowadził krasuli na pastwisko.

Kociak z niesłabnącą ciekawością obserwował wielkoluda. Tym razem zafascynowała go jego łysina. Wszyscy, których znał, byli czymś pokryci – krówka i konik miały sierść, kurki miały pióra, indyk też, a dziadek i babka mieli włosy. Co prawda siwe i rzadkie, ale jednak. Wielkolud był zaś kompletnie łysy. Bonifacy nazwał go kiedyś BMW z ABS-em. Wytłumaczył, że skróty te oznaczają bardzo mało włosów i absolutny brak szyi. Z tym drugim Filemon się zgadzał, z tym pierwszym nie. To nie bardzo mało włosów, to był zupełny ich brak.

Wielkolud przez chwilę rozglądał się po podwórku, po czym wydarł się na całe gardło:

– Dziadeeeek!

Przestraszony Filemon skulił uszy po sobie. Wyrwany z drzemki Bonifacy uniósł głowę, spojrzał na sprawcę hałasu i standardowo westchnął:

– Co za debil!

– Dlaczego on tak krzyczy? Przecież stodoła jest kilka kroków dalej i można tam pójść, zamiast się wydzierać. – Postępowanie człowieka było niezrozumiałe dla kociaka.

 

Starszy kot pokręcił zdegustowany łebkiem i powiedział:

– Nie spodziewaj się po tym młocie logicznego postępowania. Spójrz na tęsknotę za rozumem malującą się na jego twarzy! Od razu widać, że ma pustkę w głowie. Jakby mu do środka przez ucho wepchnąć kilka kamyków i kazać podskakiwać, to byłaby z niego śmieszna grzechotka.

Filemon przez moment skupił się na roztoczonej przed chwilą wizji, ale doszedł do wniosku, że taka grzechotka byłaby niepraktyczna ze względu na duże rozmiary.

– A dlaczego ten człowiek ma pustkę w głowie? – Znów do głosu doszła jego nienasycona ciekawość.

– Żarł za dużo sterydów, a wtedy komórki nerwowe z głowy przemieszczają się w niższe partie ciała i przekształcają w mięśniowe. Tak właśnie powstaje wewnątrzgłowowa próżnia – oznajmił Bonifacy tonem wszechwiedzącego nauczyciela akademickiego.

– Sterydy? Chodzi ci o anaboliki i testosteron? – zapytał kociak.

– O! A skąd ty znasz takie trudne słowa? – zdziwił się czarny kocur.

– Słyszałem, jak babka rozmawiała z dziadkiem na ten temat wczoraj wieczorem. Zastanawiali się, czy nie poszerzyć dotychczasowej działalności o handel prochami. Dziadek był za, zwłaszcza za handlem jakimiś niebieskimi tabletkami, ale chyba nie podjęli w tej kwestii żadnej decyzji.

– Dziadeeeeeek! – O ile to możliwe, po podwórku przetoczył się jeszcze głośniejszy wrzask wielkoluda.

– Co za tępy burak! – prychnął Bonifacy.

Łysol spojrzał na miauczące przy ogrodowej ławce koty, ale zignorował je. Z przejmującym skrzypieniem otworzyły się drzwi do stodoły i stanął w nich staruszek w watowanej kufajce i słomianym kapeluszu na głowie.

– Nie drzyj tak ryja, bo zaraz pół wioski się tu zlezie! – warknął.

Filemon wiedział, że choć w głębi duszy dobry i poczciwy, dziadek potrafił być także zgryźliwy. Zwłaszcza wtedy, gdy męczył go kac. Wczoraj miała miejsce wymiana chłodnicy w aparaturze pędzącej bimber, więc pewnie trzeba było sprawdzić efekty pracy nowego podzespołu. Przekrwiony nos i zaszklone oczy dobitnie świadczyły o tym, że dziadek sprawdzał owe efekty długo i wnikliwie. Najwyraźniej zależało mu na wysokiej jakości wyrobu, a to z kolei wymagało wielokrotnego powtarzania prób. W każdym razie do takich właśnie wniosków doszedł biały kotek.

– Masz towar? – bez ogródek zapytał Łysol.

– A masz pieniądze? – Dziadek był równie bezceremonialny.

– Nie bój żaby! Forsa będzie.

– Jak będzie forsa, to będzie towar.

– Co? – Łysol przybrał na twarz czerwony kolor i teraz rzeczywiście, zgodnie z wcześniejszą oceną Bonifacego, przypominał buraka.

– Jajco! – dziadek nie dał sobie w kaszę dmuchać. – To nie instytucja charytatywna. Ja tu na godne życie zarabiam i nie daję na krechę. Przyjdziesz z pieniędzmi – dostaniesz towar. Bez pieniędzy możesz co najwyżej dostać w ryj za zakłócanie spokoju.

Trzeba przyznać, że dziadek prowadził negocjacje w bezkompromisowy sposób. Filemon był świadkiem, jak drobny i lekko przygarbiony staruszek postawił się napakowanemu sterydami bykowi. Jego gospodarz miał jaja, choć jak kiedyś podsłuchał komentarz babki, były one nieco obwisłe.

– Ty dziadzie pierdolony! – warknął wkurzony Łysol. – Będziesz mi tu fikał? – Równocześnie z pytaniem zza paska wyszarpnął teleskopową pałkę. Rozłożył ją błyskawicznie z suchym trzaskiem i uniósł w górę w groźnym geście.

– A będę! – hardo odparł dziadek, sięgając w głąb stodoły i chwilę później wydobywając z niej na dzienne światło trójzębne widły. Ich ostre końce po niedawnym sprzątaniu obory nadal uwalane były gnojem.

Wielkolud zbladł nieco i zatrzymał się w pół kroku. Wobec takiego układu sił ochota na konfrontację wyraźnie się z niego ulotniła. Staruszek parsknął śmiechem i kpiącym głosem zapytał:

– Co ty chciałeś, dzieciaku? Już kilku takich jak ty pływa w gnojówce za stodołą. Na wiosnę rozwiozę ich resztki na pole. Będzie dobry nawóz pod kartoflisko.

Łysol po chwili zawahania odzyskał jednak rezon. W trzech susach dobiegł do samochodu i z bagażnika wyjął bejsbolową pałkę.

– Już ja cię urządzę! – krzyknął. – W dupę ci te widły wsadzę!

Konflikt narastał w błyskawicznym tempie. Filemon postanowił, że najwyższy czas na jakąś interwencję. Ile sił w łapkach pobiegł do obory. Skoczył w górę najwyżej, jak potrafił, i uwiesił się na skobelku. Przez moment kołysał się na nim, aż wreszcie udało mu się go przesunąć. Drzwi stanęły otworem.

– Mućka! Mućka! – zamiauczał. – Gospodarz w opałach. Pomóż!

Poczciwej krasuli nie trzeba było powtarzać. Kołysząc pełnymi mleka wymionami, wypadła na podwórze i ruszyła z kopyta na intruza. Tego Łysol zupełnie się nie spodziewał. Stanął jak wryty, upuścił pałkę i rozdziawił w niedowierzaniu gębę. To była ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobił. Mućka wpadła na niego z impetem, obaliła na ziemię, a kiedy już leżał, stratowała wszystkimi czterema kopytami. Jedno z nich rąbnęło łysą głowę, wgniatając ją jak pingpongową piłeczkę.

Był wielkolud i nie ma wielkoluda, filozoficznie pomyślał Filemon.

Dziadek podrapał się po tyłku, po czym podszedł do krasuli i poklepał ją z wdzięcznością po szyi.

– Moja Mućka! – powiedział. – Moja prywatna krowa bojowa!

Mućka zamuczała zadowolona z pieszczoty.

Filemon podszedł do martwego Łysola i obwąchał go. Mokra plama w okolicach krocza okropnie śmierdziała.

– Bonifacy! Bonifacy! – zamiauczał. – Dlaczego ludzie sikają po śmierci?

Czarny kocur nie odpowiedział. Spał w najlepsze, w głębokim poważaniu mając niedawne wydarzenia. Dziadek pochylił się nad trupem i odsunął kociaka na bok.

– Zmykaj stąd! – powiedział. – To nie jest miejsce dla maluchów.

Wprawnie obszukał kieszenie skórzanej kurtki i wydobył z nich kluczyki do auta, telefon i portfel. Przez chwilę próbował odblokować iPhone’a, ale nie potrafił odgadnąć kodu i po kilku nieudanych próbach poddał się.

– Babka! – zawołał. – Daj no mi moją komórkę! Trzeba do Mareczka zadzwonić.

Filemon miauknął z zadowolenia. Lubił Mareczka, bo ten zawsze, gdy przyjeżdżał, głaskał go i rzucał piłeczkę. Bonifacy powiedział mu kiedyś, że to lokalna gwiazda paserstwa, ale kociak nie poznał jeszcze znaczenia tego słowa, więc nie miał w tej kwestii własnego zdania. Ważne było to, że ktoś go dzisiaj pomizia za uszkami.

Babka wyszła na podwórze i podała mężowi telefon. Przez chwilę stała, spoglądając na ciało Łysola i leżącą obok drewnianą pałkę. Wreszcie zdegustowana pokręciła głową i westchnęła pod adresem trupa:

– Co za debil!

– Oho! – rezolutny Filemon od razu podchwycił zbieżność. – Już wiem, od kogo swoje powiedzenie ściągnął Bonifacy.

Dziadek przyłożył aparat do ucha i po chwili przywitał się:

– No cześć, Mareczku! Mam dla ciebie nowe autko. Tym razem terenówka, nowa beemka. Tak, tak, standardowy zestaw z komórką i złotym łańcuchem. Jaki łańcuch? – Dziadek pochylił się nad Łysolem. – Powiem ci, że solidny. Mućka by się z niego nie zerwała. O której będziesz? Dobrze, świetnie! Do zobaczenia o szesnastej!

Filemon był zachwycony perspektywą popołudniowego głaskania i zabawy z piłką. Z radości miauknął i podskoczył. Zapomniał, że przed chwilą ponownie usiadł pod ogrodową ławką. Drugi raz w tym dniu wyrżnął głową w coś twardego. Obudził tym samym Bonifacego. Czarny kocur leniwie otworzył oczy i z niesmakiem spojrzał na młodszego kolegę.

– Co za debil! – mruknął i poszedł dalej spać.

Adam i Ewa

Już od dłuższego czasu unosiłem się cudownie nieważki i rozkoszowałem w pełni tym odczuciem. To było naprawdę niesamowite wrażenie! Od zawsze o czymś takim marzyłem. Masa mojego ciała wynosiła średnio siedemdziesiąt pięć kilogramów, w porywach osiągała osiemdziesiąt. W chwili obecnej nie ważyłem nic. Wszechświat majestatycznie wirował dookoła mnie, widziałem wszystko jak na zwolnionym filmie. Na idealnie czarnym tle przesuwały się olbrzymie słońca, kolorowe planety, ich księżyce i najróżniejsze, próżniowe wytwory ludzkiej cywilizacji. Było w tym wszystkim coś zadziwiającego. Kosmos był przecież nieskończenie wielki, jego pustka nie miała granic, a tu, gdziebym nie rzucił okiem, coś właśnie się działo.

Poruszyłem nieznacznie rękami i przestałem w końcu obracać się dookoła własnej osi. Spróbowałem przyjąć moją ulubioną pozycję – leżeć na wznak z dłońmi pod głową i założonymi na siebie nogami. Z rękoma udało mi się bez problemu. Z nogami niestety nie. Mój próżniowy skafander ograniczał nieco swobodę ruchów. Przyjrzałem się mu przez moment, zastanawiając się, skąd go mam, ale zaraz potem szybko wzruszyłem ramionami. Nieważne skąd. Ważne, że działał i mogłem w nim spokojnie oddychać. Szkoda mi było czasu na poświęcanie mu uwagi, gdy dookoła działy się te wszystkie cuda i osobliwości.

Spojrzałem nieco w prawo i aż oniemiałem z zachwytu. Dwie duże, idealnie okrągłe i identycznie błękitne planety wirowały wokół siebie w niewielkiej odległości. Dokoła nich po eliptycznej orbicie poruszał się maleńki, także błękitny księżyc. W życiu nie widziałem czegoś równie pięknego! Patrzyłem na ten niesamowity taniec przynajmniej kilkanaście minut i doszedłem do wniosku, że mógłbym to robić do końca życia. Wcale by mi się to nie znudziło. Obiecałem sobie, że za jakiś czas wrócę do kontemplacji tego niezwykłego, błękitnego układu, i przeniosłem wzrok jeszcze bardziej w prawo.

Majestatyczna, ciemnoszara planeta wpłynęła dostojnie w moje pole widzenia. Ona też mi się podobała. Przypominała pod pewnym względem Saturna z Układu Słonecznego – miała pierścień, tylko że jej pierścień był o wiele piękniejszy. Iskrzył się wprost tysiącem kolorów i odcieni. Ta niespotykana feeria barw aż raziła w oczy intensywnością. To, że planeta była olbrzymia, nie miało już dla mnie żadnego znaczenia. Liczył się tylko jej cudowny pierścień. Brakowało mi słów, żeby go opisać. Nie pamiętałem, ile czasu minęło, zanim w końcu udało mi się oderwać od niego wzrok.

Przekręciłem się jeszcze bardziej w tym samym co uprzednio kierunku i kolejny raz oniemiałem z zachwytu. Znowu widziałem olbrzymią, szarą planetę, taką jak przed chwilą, ale tym razem miała ona aż trzy wielobarwne pierścienie, przecinające się pod różnymi kątami. Ten widok przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Przy nim nawet układ wirujących dookoła siebie błękitnych planet z okrążającym je księżycem był mało ciekawy. I niech mi ktoś powie, że wszechświat nie jest piękny!

Dla odmiany spojrzałem przez lewe ramię. Olbrzymi wahadłowiec o wdzięcznej nazwie Stokrotka zmierzał prosto, w sobie tylko wiadomym kierunku. Jego ostry dziób łagodnie przechodził w część pasażerską, upstrzoną licznymi, okrągłymi okienkami widokowymi. Przez moment wydawało mi się, że ktoś się w nich porusza, i zastanowiłem się, czy lecący wahadłowcem podróżni są w stanie mnie zauważyć. Odległość co prawda była dość duża, ale to niczego nie wykluczało, więc na wszelki wypadek, nie chcąc uchodzić za niekulturalnego kosmonautę, pomachałem im ręką.

Za ogonem wahadłowca, na cieniutkiej jak włos lince poruszał się jeszcze jeden pojazd. Oczywiście linka ta miała średnicę przynajmniej dziesięć razy grubszą niż ludzkie ramię, ale z mojego punktu obserwacyjnego była ledwo widoczna. Holowany na niej pojazd był automatyczną kapsułą ładunkową przewożącą bagaże pasażerów. Uśmiechnąłem się lekko, gdy uzmysłowiłem sobie, co mi ten widok przypomina. Przypominał mi mianowicie olbrzymiego pana, który wyprowadził na spacer swojego malutkiego pieska.

Kiedy tylko sylwetka Stokrotki opuściła moje pole widzenia, znowu ujrzałem coś, co swoim pięknem odjęło mi zupełnie mowę. Wokół żółto-zielono-czerwonej planety krążyły jeden za drugim cztery śnieżnobiałe księżyce. Ustawione były na tej samej orbicie, a ich wielkość malała ku ostatniemu. Można było odnieść wrażenie, że pierwszy księżyc ciągnie za sobą warkocz złożony z trzech mniejszych. To było niesamowite! Nigdy nie sądziłem, że coś takiego może w ogóle istnieć. Moja wymarzona wyprawa w próżnię sprawiała mi tak fantastyczne niespodzianki, że to, iż nie wiedziałem, w której części kosmosu się znajduję ani skąd akurat właśnie tu się wziąłem, przestało być istotne. Kto w takiej chwili zawracałby sobie głowę jakimiś drobiazgami?

Zmieniłem pozycję na leżącą na brzuchu. Teraz mogłem obserwować tę część przestrzeni, która do tej pory znajdowała się pode mną. Ujrzałem kolejne mrowie światów, pojedynczych i mnogich, w najprzeróżniejszych układach i kombinacjach. Wprost nie mogłem się na nie napatrzeć!

Nieco z boku intensywną zielenią emanowała kosmiczna stacja przekaźnikowa. Nigdy bym nie przypuszczał, że będzie tak śmiesznie wyglądać z góry. Talerze jej anten stały się płaskimi, białymi kółkami, które z powodu swojego chaotycznego na pierwszy rzut oka rozmieszczenia oraz dzięki różnej wielkości mogłyby komuś głodnemu skojarzyć się z oczkami tłuszczu pływającymi w jakiejś zielonej zupie. Znowu uśmiechnąłem się do swoich skojarzeń. Jedno wiedziałem na pewno – nie byłem głodny. Nawet jeślibym był, to nie zamierzałem niczego jeść. Szkoda mi było czasu na jedzenie. Teraz? Przy tych wszystkich cudach dookoła? Mowy nie ma!

 

Nie byłem pewien, czy przez przypadek nie zakłócam swoją obecnością jakości nadawanych i odbieranych przez stację sygnałów, więc na wszelki wypadek postanowiłem oddalić się. Zamachałem trochę nieporadnie rękami i nogami i zauważyłem, że wszechświat przesunął się w tył.

Tak jakbym płynął, pomyślałem i kolejny raz uśmiechnąłem się do siebie.

– O rany! – wykrzyknąłem, gdy w końcu to do mnie dotarło. – Ja pływam!

Tym razem sprawniej niż poprzednio poruszyłem kończynami, naśladując ruchy pływania, i przyniosło to jak najbardziej spodziewany efekt. Śmiejąc się na głos ze szczęścia, zacząłem rozcinać otaczającą mnie czarną niby-toń, zmieniając co chwila style. Raz płynąłem żabką, raz kraulem, co jakiś czas naśladowałem styl grzbietowy lub delfina i znowu wracałem do mojej ulubionej żabki. To było cudowne! Pływałem w próżni! Guzik obchodziło mnie to, że jest to teoretycznie niemożliwe. Nie wiem, w jaki sposób, ale praktyka na szczęście rozminęła się w tym przypadku z teorią, a ja tym szczęściem byłem prawie pijany. Leniwie unosząc się w otaczającej mnie pustce, co jakiś czas wybierałem na chybił trafił jeden kierunek i płynąłem tam w poszukiwaniu nowych, wspaniałych wrażeń.

Gdzieś pode mną uchwyciłem niewielki ruch. Spojrzałem w dół i zobaczyłem całe mrowie statków wojennych. Ciężkozbrojne krążowniki ustawione były w idealnie równym szyku bojowym, a dookoła nich w błyskawicznym tempie uwijały się myśliwce, torpedowce oraz dwu- i trzyosobowe ścigacze. Cały szyk zamykały opasłe cielska pancerników przestrzennych. Imponująca armada, nie da się ukryć.

Tknięty nagłym przeczuciem, odwróciłem głowę w drugą stronę i zobaczyłem, jak z przeciwnego kierunku nadlatuje równie wielka flota wojenna. Ach, ci ludzie! Ciągle o coś walczą. Wszechświat jest taki wielki, taki piękny, tyle nowego można w nim odkrywać każdego dnia, a im tylko jakieś kosmiczne bitwy w głowach.

Nie byłem zainteresowany oglądaniem jednej z nich, więc czym prędzej opuściłem ten obszar przestrzeni. Na przemian kraulem i żabką popłynąłem w stronę niedalekiego pomarańczowego słońca. Takie całkiem niedalekie to ono znowu nie było i zmęczyłem się gdzieś w połowie drogi. Skierowałem się ku pobliskiej, całkiem sporej asteroidzie. Po chwili wgramoliłem się na nią i rozsiadłem wygodnie, żeby trochę odpocząć. Z boku śmignęła przepiękna, czerwona kometa, ciągnąc za sobą zdumiewająco długi ogon. Czułem się jak ktoś, kto poszedł do kina i widzi właśnie najlepszy film w życiu. Jak ja żałowałem, że nie mam kamery, jakiegoś aparatu fotograficznego albo czegokolwiek, co pozwoliłoby mi uwiecznić te wszystkie widoki! To jednak i tak był maleńki, nic nieznaczący minus w całym tym bezkresnym oceanie plusów.

Pomachałem przelatującemu nieopodal pocztowemu liniowcowi. Byłem prawie pewien, że ktoś mi odmachał. Chwilę później równie szybko jak niedawna czerwona kometa przemknął jaskrawy pojazd policji międzygwiezdnej. Policjantom nie pomachałem. Nie dlatego, że ich nie lubię. Lecieli po prostu tak szybko, że pewnie by tego nie zauważyli.

Podniosłem się ze swojego miejsca, stanąłem na szczycie asteroidy i dałem ostrego nura głową w dół. Przez chwilę przemknęło mi przed oczami morze gwiazd w postaci cienkich, świecących kresek. Wytraciłem powoli prędkość i rozejrzałem się dookoła. W tej części przestrzeni jeszcze nie byłem. Właśnie z zapartym tchem obserwowałem fantastyczny wybuch odległej supernowej, gdy kątem oka wyłowiłem niewielki ruch. Spojrzałem w tamtym kierunku i ujrzałem… ją. Miała na sobie taki sam skafander jak ja. Przyciemniona bańka hełmu utrudniała mi dokładne zobaczenie jej twarzy, ale i tak skądś wiedziałem, że jest to najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu spotkałem.

Nie miałem pojęcia, jak ma na imię, a ponieważ ani ja, ani ona nie posiadaliśmy na wyposażeniu skafandrów żadnych układów umożliwiających nam komunikowanie się, nadałem jej imię Ewa. Podpłynęliśmy do siebie i przez chwilę zwyczajnie unosiliśmy się naprzeciw, nic nie robiąc. Wreszcie złapaliśmy się za ręce i pełni szczęścia zawirowaliśmy dookoła w cudownym tańcu. Zakochałem się w Ewie w mgnieniu oka i skądś wiedziałem, że ona zakochała się we mnie równie szybko. Wiedziałem też, że nadała mi imię Adam. Czemu nie? Prawdę mówiąc, nie pamiętałem swojego imienia, a Adam było całkiem niezłe.

Mocno przytuleni, oddzieleni jedynie próżniowymi skafandrami, przyciskając do siebie bańki hełmów, przemierzaliśmy czarną toń kosmosu, nie bacząc na nic. Nauczyłem Ewę pływać w próżni i pokazałem jej najładniejsze planety, jakie do tej pory widziałem. Ona pokazała mi jeszcze piękniejsze. Byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi we wszechświecie i nic prócz nas i piękna tego wszechświata po prostu nie istniało.

I nagle ktoś wyłączył światło. Wszystko gwałtownie pociemniało i zniknęło.

– Dzień dobry, panie Wolański! – usłyszałem kobiecy głos. Wystraszony otworzyłem gwałtownie oczy i zobaczyłem pochyloną nade mną kobietę. Miała krótkie, lekko kręcone, ciemnorude włosy i czarne oczy. Była ładna, nawet bardzo ładna, ale do Ewy się nie umywała. Skądś ją chyba znałem. Uśmiechnęła się do mnie i zapytała: – Jak się pan czuje?

– Sam nie wiem – odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą.

– Och! Proszę się tym nie przejmować, to normalna reakcja – powiedziała kobieta, a ja przypomniałem sobie nagle, że była lekarką. – Właśnie wybudził się pan z narkozy. Mam dla pana same dobre wieści. – Jej szeroki uśmiech powiększył się jeszcze bardziej. – Operacja udała się, usunęliśmy guz w całości i nie stwierdziliśmy nigdzie przerzutów. Tego oczywiście nie możemy zagwarantować ze stuprocentową pewnością. Sądzę jednak, że może być pan dobrej myśli i że niedługo będzie pan mógł opuścić szpital całkowicie wyleczony.

Guz? Szpital? – przemknęło mi przez myśl. A gdzie te wszystkie planety i księżyce? A kosmiczne statki? Gdzie jest moja Ewa?

Pani doktor nieustannie trajkotała jak nakręcona, a ja powoli dochodziłem do siebie i niestety wracała mi pamięć. Poddałem się operacji w związku z wykrytym niedawno nowotworem żołądka, a teraz wróciłem do normalnego świata. Życie jest niesprawiedliwe!

Zostałem dokładnie osłuchany, opukany i nawet obmacany po tkliwym brzuchu przez paplającą wciąż panią doktor, która w końcu pobrała mi krew na jakieś badania i dzięki Bogu wyszła. Stojąc w progu, zdążyła mi jeszcze powiedzieć, że jeżeli nie wystąpią jakieś komplikacje, a takowe były według niej mało prawdopodobne, to za dwa dni zostanę przeniesiony z sali pooperacyjnej na zwykły, szpitalny oddział. Uśmiechnęła się na sam koniec tak szeroko, jak to tylko było możliwe, i wreszcie zostawiła mnie samego.

Cisza, jaka zapadła po jej wyjściu, przerywana była jedynie rytmicznym pikaniem i szumem jakiegoś aparatu. Rozejrzałem się dookoła mojego łóżka. Nie byłem do niczego podłączony. Odgłosy te dochodziły zza stojącego obok parawanu. Ostrożnie wyciągnąłem rękę i pokonując ostre ukłucia bólu w brzuchu, odsunąłem na trochę jego białe płótno. Na sąsiednim łóżku w otoczeniu najróżniejszych medycznych urządzeń leżała moja Ewa. Miała bladą i wymizerowaną twarz, ale i tak była to najpiękniejsza twarz, jaką w życiu widziałem. Nawet jakieś paskudne rurki wystające z ust i nosa nie były w stanie przyćmić jej urody. Patrzyłem na nią przez chwilę i wtedy w mojej głowie zrodził się pewien pomysł.

Posykując z bólu, usiadłem na łóżku. Czułem ostre pieczenie w ranie, ale zignorowałem je. Sięgnąłem po wiszącą z boku swoją kartę informacyjną i rzuciłem okiem na wypisane na niej leki. Wykaz uwzględniał całkiem sporo pozycji, a ich nazwy były dla mnie co najmniej niezrozumiałe i trudne do wymówienia. Tylko jedna brzmiała znajomo. Po olbrzymim wysiłku, równie wielkim bólu brzucha i fali upiornych zawrotów głowy udało mi się w końcu wstać i drobnymi kroczkami podejść do łóżka Ewy. Wziąłem do ręki jej kartę informacyjną. Znów cała masa leków i znów jedna jedyna, znajoma nazwa – morfina. Może jednak życie nie jest takie niesprawiedliwe, jak mi się wcześniej wydawało?

Ściągnąłem prześcieradło ze swojego łóżka, owinąłem nim pięść i nie zwlekając, uderzyłem w szybę szafki z lekarstwami zamkniętej na nieosiągalny dla mnie klucz. Mimo że byłem znacznie osłabiony, udało mi się ją zbić. Przypłaciłem to kolejną porcją potwornego bólu i nudności. Kiedy przestało mi być niedobrze i gdy znów zacząłem widzieć w miarę wyraźnie, zauważyłem, że mój opatrunek na brzuchu przesiąknięty był świeżą krwią. Nie przejąłem się tym za bardzo.

Odszukałem w szafce odpowiednie pudełko. Z półki niżej wygrzebałem jakąś strzykawkę i założyłem na nią igłę. W strzykawce zmieściło się sześć ampułek morfiny. Podszedłem do Ewy, podwinąłem rękaw jej szpitalnej koszuli i zrobiłem zastrzyk. To był pierwszy i zarazem przedostatni zastrzyk w moim życiu. Ponownie napełniłem strzykawkę i powtórzyłem wszystkie czynności sprzed chwili, ale tym razem na sobie. Dowlokłem się do swojego łóżka i zwaliłem bezwładnie na jego brzeg. Byłem potwornie zmęczony. Silnie pulsujący ból zaczął po chwili słabnąć, a kontury widzianych przeze mnie przedmiotów zaczęły się powoli rozmazywać.