Wojna pod pękniętym niebem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Epilog

Tekst: MARCIN MORTKA

Ilustracje: PAWEŁ ZARĘBA

Redaktor prowadzący: AGNIESZKA SOBICH

Korekta: TERESA ZIELIŃSKA, ANNA WŁODARKIEWICZ

Projekt graficzny i DTP: BERNARD PTASZYŃSKI

Projekt i skład okładki: PAWEŁ ZARĘBA

© Copyright for text by Marcin Mortka, 2015

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2015

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7983-314-6

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Ukochanej żonie Marcie



Wendy aż podskoczyła, gdy nóż z cichym mlaśnięciem wbił się w ścięty pniak.

– Nie zrobię ani kroku dalej – oznajmił Marcus i spojrzał wyzywająco na wszystkich, głównie na Parkera.

Jego słowom odpowiedziała cisza. Joy z niemądrym uśmiechem wpatrywał się w nocne niebo, płynące powoli nad bezlistnymi konarami, Frank pokręcił leciutko głową i upił łyk herbaty z blaszanego kubka, a Parker wstał i dorzucił nieco gałęzi do ogniska. Dym buchnął żywiej, płomienie zaskwierczały.

– Jutro wracamy do Domu – oznajmił mocniejszym tonem Marcus. – Serio, ludzie. Nie widzicie bezsensu tego, co robimy? Włóczymy się po tym nieszczęsnym lesie od tygodnia! Nogi mi odpadają, a na domiar złego ten pajac – wymierzył oskarżycielsko palec w Joya – zgubił słoik z kawą!

– Tłumaczę ci od wczoraj, że niczego nie zgubiłem! – westchnął Joy i przewrócił oczami. – Włożyłem słoik do plecaka tak jak zawsze!

Chewie zacmokał i potrząsnął głową, a kosmyki włosów spadające mu na oczy zakołysały się zabawnie. Frank zamrugał oczami, jakby nagle zdecydował się poprzeć chłopaka, ale wtedy Parker demonstracyjnie wyciągnął mapę i rozłożył ją sobie na kolanie.

– Jutro przeczeszemy teren na wschód stąd – powiedział. – Potem zejdziemy do drogi numer dwanaście i spróbujemy przedostać się na drugi brzeg rzeki Southee. Mam nadzieję, że most w Stout dalej stoi.

Wendy z uwagą patrzyła na palec Indianina zakreślający kręgi nad mapą. Jej serce zabiło szybciej.

– A jeśli nie, to zrobimy jeszcze rundkę do Kolorado i wrócimy do Domu przez Nebraskę! – parsknął Marcus. – Ludzie, dajcie już spokój! Zima jeszcze nie nadeszła, a ja już odmroziłem sobie tyłek. Tu nikogo nie ma, zrozumcie to wreszcie! Ta cała Jane...

Parker wyprostował się i wbił w chłopaka ciężkie spojrzenie.

– No? – spytał cicho, lecz groźnie. – Co powiesz na temat Jane?

Wśród siedzących wokół ogniska niespodziewanie pojawiło się napięcie. Marcus odwrócił głowę, nabrał tchu, a potem śmiało spojrzał na Indianina i rzekł:

– Od dnia Końca Świata, Casey, minęło już prawie sześć miesięcy. Kupa czasu. Jane dzięki swemu talentowi zlokalizowała wielu ludzi i chwała jej za to, ale... Ostatniego wykryła przecież na początku października. Pamiętacie Reese’a?

Wszyscy doskonale pamiętali. Reese był kierowcą ogromnej cysterny i w chwili Końca Świata siedział za kierownicą, odliczając minuty, gdy znajdzie się w Marington i wróci do rodziny. Niestety, podczas trzęsienia ziemi samochód zarył w rozpadlinie, a kierowca cudem ocalał. Gdy go odnaleźli, był wycieńczony, odwodniony i na skraju poczytalności. Nawet uzdrowicielski talent Barry’ego na niewiele się zdał.

Pochowali nieszczęśnika na zboczu góry pięć dni po odnalezieniu.

Casey Parker nie spuszczał z Marcusa oczu.

– Co masz na myśli? – spytał oschle.

– To, że szansa na odnalezienie jakiegokolwiek nie-Odmienionego już dawno spadła do zera – wypalił chłopak i przełknął ślinę, jakby wystraszony tym, co właśnie powiedział. – Ludzie, którzy przeżyli ten bałagan, już dawno się zorganizowali albo zginęli.

– Nadal nie wiem, do czego zmierzasz – warknął Casey.

– Do tego, że wizje Jane stają się coraz mniej precyzyjne! – Marcus nabrał śmiałości. – Mam wrażenie, że ona już dawno nie widzi kolejnych ocalonych, ale tak bardzo chce ich ujrzeć, że sama sobie pewne rzeczy wmawia. Gonimy za czymś nierealnym, tyle wam powiem.

– Chcesz powiedzieć, że Jane odbiło? – spytał oschle Parker.

– Nie... – Chłopak ponownie się stropił. – Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu te talenty... Nie wiemy do końca, jak one działają. Nie wiemy, czy się czasem nie psują. Nie wiemy nic. Jane to wspaniała babka i szczerze...

– Wiemy natomiast, że natury ludzkiej nie zmieni nawet Koniec Świata – burknął Indianin. – Zawsze będą wśród nas lenie. Jak ci zimno, Marcus, albo czujesz się zmęczony wędrówką, nie zgłaszaj się ponownie do grupy zwiadowczej.

Chłopak nabrał głęboko tchu, ale zamiast się odgryźć, spojrzał przelotnie na Wendy. Dziewczyna przygryzła wargę i wbiła wzrok w płomienie ogniska.

„Tak, rozumiem – pomyślała gorzko. – Zgłosiłeś się tylko dlatego, że i ja to zrobiłam, a teraz ci zimno. Biedaczysko. Casey ma rację. Przemyśl to sobie dobrze następnym razem”.

Frank zaczął coś opowiadać pojednawczym tonem, by rozładować atmosferę, ale Wendy nie słuchała. Wstała i nonszalancko dorzuciła nieco gałęzi sosnowych do ognia. Buchnął gęsty dym, który skierował się prosto na Marcusa.

– Hej, co ty wyprawiasz? – Chłopak zamachał rękami.

– Idę do koni – powiedziała Wendy do Caseya, który skinął głową, na powrót zatopiony we własnych myślach. – Edge jest chyba niespokojna.

Przywiązali konie do gałęzi zwalonego przez wiatr świerku, który leżał kilkanaście kroków od obozowiska. Edge, klacz Wendy, prychnęła na jej widok i trąciła ją łbem. Dziewczyna przesunęła dłoń po końskiej szyi. Któryś z koni, chyba Nightmare Marcusa, zarżał cicho, inny uderzył kopytem w ziemię. W świetle księżyca dziewczyna widziała kłęby pary wokół chrapów.

Konie w istocie wydawały się nieco zaniepokojone.

Wendy sięgnęła do rękojeści noszonego przy pasku pistoletu, ale zimny dotyk stali i plastyku wyprowadzał ją z równowagi, zamiast uspokajać. Wobec tego przytuliła się do końskiego karku, co od zawsze było dla niej złotym środkiem na wszystko.

– Och, Edge – szepnęła do długiego ucha klaczy. – Co ja tu w ogóle robię? Czy ja zwariowałam?

To samo pytanie zadali sobie mieszkańcy Domu pod Pękniętym Niebem zaledwie tydzień temu, gdy Jane oznajmiła, że wykryła obecność kolejnej osoby, a Casey Parker, niekwestionowany przywódca po zniknięciu Gordona Pratta, zadecydował o wyruszeniu na poszukiwania. Tradycyjnie poprosił o pomoc Joya, który dzięki umiejętności widzenia w ciemnościach oraz doświadczeniu grotołaza znakomicie nadawał się na zwiadowcę. Do udziału w wyprawie zgłosił się także Frank, który od czasu przybycia do Domu bardzo się z Indianinem zaprzyjaźnił. Wtedy rękę podniosła również Wendy.

Wciąż nie odpowiedziała sobie wprost na pytanie, dlaczego tak postąpiła. W każdym razie jak na tak spontaniczną decyzję potrafiła przedstawić zaskakująco spójne wyjaśnienie. Mieli skierować się w górskie rejony, co właściwie wykluczało wykorzystanie samochodów. Musieli zabrać konie, a mało kto w Domu znał się na nich tak dobrze jak Wendy.

 

„Jedyna rzecz, której nauczył mnie ojciec” – pomyślała dziewczyna i wciągnęła głęboko w płuca zapach sierści Edge. Na moment zdołała sobie wmówić, że trwa słoneczne popołudnie w Mercy, a ona właśnie zajmuje się końmi w stadninie ojca, ale potem przypomniała sobie kłótnię przy ognisku i czar prysł.

„Nie przewidziałam tylko tego, że może się w to wtrynić Marcus” – pomyślała z gniewem.

Stosunki z bratem, beznadziejne przed Końcem Świata, poprawiły się bardzo po bitwie o Dom, ale wciąż nie należały do wzorowych, tym bardziej że Marcus po przeprowadzce z Cracktown rozwinął w sobie niezwykle irytującą nadopiekuńczość. Wendy, która uważała się za dorosłą dziewczynę, z trudem znosiła jego obecność, a gdy zgłosił udział w wyprawie, wybuchła gniewem.

Niestety, Casey Parker zawsze myślał praktycznie i nigdy nie zaprzątał sobie głowy sprawami osobistymi. Dla niego Marcus był dobrym kandydatem ze względu na swój Dar – potrafił sprawić, że każdy człowiek, nawet dybiący na jego życie napastnik, w ogóle go nie dostrzegał – oraz na niezwykłego towarzysza. Chłopaka bowiem nie odstępował ani o krok nadludzko silny, kudłaty Odmieniony, którego nazywali Chewie.

„Szlag by to trafił – myślała rozgoryczona dziewczyna. – Brat nerd będzie mi matkować...”.

Jej plan, niewyraźny, mało sprecyzowany i bez wątpienia szalony, miał teraz mizerne szanse na powodzenie, choć z drugiej strony znaleźli się blisko...

Skrzypnęła nadepnięta gałąź.

Edge prychnęła, a Wendy błyskawicznie się odwróciła. Ponownie zacisnęła dłoń na rękojeści pistoletu.

– Spokojnie – usłyszała znajomy głos. Spomiędzy drzew powoli wyszedł Joy. – To tylko ja.

– Czemu za mną łazisz? – spytała szorstko.

– Nie łażę. – Zwiadowca wzruszył ramionami. – Wszyscy idą spać i Parker kazał mi sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku.

– Przekaż mu, że jest wręcz cukierkowo. – Dziewczyna odwróciła się od niego. – Zaraz wracam.

Joy milczał przez moment, a potem spytał cicho:

– Słuchaj, czy coś jest nie tak?

– W życiu nie słyszałam głupszego pytania – syknęła Wendy, odwracając się powoli. – Nastąpił cholerny Koniec Świata, nie ma prądu, Internetu, telewizji, nic nie ma. Nie ma moich starych, nie ma szkoły, shake’ów i kapel garażowych. Szlag trafił cywilizację, ludzie zamienili się w potwory, a mnie przyszło mieszkać z jakimiś kompletnymi szajbusami w Domku na prerii. Straszny z ciebie palant, Joy.

Grotołaz skrzywił się lekko.

– To jest coś na rzeczy czy nie?

Jego oczy błyszczały dziwnie i Wendy zadała sobie w duchu pytanie, czy oprócz legendarnej umiejętności widzenia w ciemnościach Joy nie posiadł również talentu przenikania wzrokiem dusz. Miała ogromną nadzieję, że tak nie jest. Nie chciała, by ktokolwiek poznał jej zamysł.

– Chodzi o Marcusa – powiedziała wreszcie. Nie było to do końca kłamstwo. – Otacza mnie ze wszystkich stron. Narzuca mi się ze swoją troską. Jestem już dorosła i...

– Nie jesteś – przerwał jej Joy. – I doceń to, że masz brata, i to jeszcze troskliwego. Mnie, jak zapewne wiesz, nie pozostał nikt.

Wendy chciała coś odpowiedzieć, ale Joy pokręcił głową.

– Wracaj do namiotu – rzekł głucho, bez wesołości. – Mam objąć pierwszą wartę.

Spojrzał w innym kierunku i zmarszczył brwi, jakby wydawało mu się, że coś widzi, ale po chwili ledwie dostrzegalnie pokręcił głową. Dziewczyna zrozumiała, że Joy przestał się nią tym samym interesować. Minęła go bez słowa, obeszła płonący z trzaskiem stos szczap, przy którym siedział już tylko Chewie, rozsunęła zamek błyskawiczny swego namiotu i zaszyła się w środku. Było jej nieco wstyd z powodu słów, które padły z ust Joya, ale z drugiej strony nie powiedziała mu całej prawdy. Nie mogła. Wiedziała, że nikt nie potraktuje jej poważnie. Nie po tym, co usłyszała na ostatnim wielkim zebraniu mieszkańców Domu.

Przez moment siedziała nieruchomo i czekała, aż serce przestanie bić jej jak szalone. Po dłuższej chwili sięgnęła pod materac i wyciągnęła stamtąd gruby, sfatygowany zeszyt. Otworzyła go na pierwszej stronie, a potem wyłuskała z kieszeni malutką latarkę. Niepotrzebnie. Znała jego treść na pamięć:

„Mam na imię Heather i chyba tylko to ma w tej chwili jakiekolwiek znaczenie. No, może dodam, że pochodzę z Cracktown, bo to też ważne. Heather z Cracktown, jak w jakiejś taniej powieści fantasy. Cała reszta – gdzie chodzę do szkoły, jakiej słucham muzyki, czym zajmują się moi rodzice i ilu miałam znajomych na Facebooku – nie ma właściwie żadnego znaczenia”.

XXX

Poranek okazał się mglisty, wilgotny i nieprzyjemny. Podobne były nastroje grupy zwiadowczej, tym bardziej że nikt nie miał ani łyżeczki kawy. W minorowych nastrojach zjedli kilka sucharów i suszonych owoców, popili wodą i zabrali się do zwijania obozu, nie szczędząc przy tym kpin w kierunku Joya, aż Parker kazał wszystkim się zamknąć. Wkrótce każdy wsiadł na konia – Wendy ze swobodą, Marcus z niechęcią, Parker i Joy z obojętnością, a Frank z serią wymruczanych pod nosem skarg – i wyruszyli powoli w drogę. Za nimi szedł Chewie, który za nic w świecie nie rozumiał idei jazdy konnej i czuł się szczęśliwy na własnych nogach.

Przez resztę dnia nie wydarzyło się nic, co mogłoby komukolwiek poprawić humor. Jechali wolno drogą numer 12, usiłując przeniknąć wzrokiem mgłę, która uparcie wisiała między drzewami i całkowicie uniemożliwiała widoczność. Jej sinobiałe opary wypaczały wszelkie dźwięki i zniekształcały obrazy. Powgniatana maska ogromnej ciężarówki z naczepą, na którą natknęli się na poboczu drogi, przypominała pysk szczerzącego kły potwora, a powybijane okna wyglądały jak ciemne ślepia. Nietrudno było sobie wyobrazić, jak pojazd z łoskotem zjeżdżał na pobocze, taranował drzewka i wreszcie zarył w darni, aż zgasł jego silnik.

Nie było ani śladu kierowcy, ale Wendy miała jak najgorsze przeczucia. Z trudem opanowała dreszcze i poklepała Edge po szyi, choć klacz, szczęśliwie pozbawiona wyobraźni, zupełnie nie zareagowała.

Joy, jak zwykle zuchwały, wspiął się do szoferki, żeby ją przeszukać.

– Jakiejś kawy tam nie ma? – burknął Marcus. – Porządny tirowiec nie rusza w trasę bez termosu. Może będzie jeszcze ciepła.

– Porządny tirowiec zatrzymuje się w knajpie, gdy ma ochotę na kawę – oznajmił Casey i wyprostował się w siodle. – Umiałbyś nalać sobie kawy za kierownicą osiemnastokołowca?

– Pewnie nie. – Marcus odwrócił wzrok. – Ale ja mało co umiem. Nawet zimna i trudów nie znoszę tak jak należy.

Indianin pokręcił głową, a Wendy przewróciła oczami. Chciała kopnąć Edge piętami i podjechać do brata, by powiedzieć mu szeptem parę słów do słuchu, gdy Joy otworzył drzwi szoferki z drugiej strony i wyskoczył na błotnik ciężarówki.

– Ten samochód rozbił się tu po Końcu Świata – oznajmił i wysypał coś na spękany asfalt.

– Niedopałki? – zdziwił się Marcus. – Nie wiem, kiedy chodziłeś do szkoły, Joy, ale mnie uczono, że niedopałki ulegają degradacji po dziesięciu latach. Koniec Świata zaś nastąpił...

– Są stosunkowo świeże – przerwał mu Joy. – Nawet nie są wilgotne pomimo braku szyb w szoferce.

– Może Jane ujrzała w swej wizji kierowcę tej ciężarówki? – zasugerował Frank. Zazwyczaj nie przestawał gadać, ale tego dnia od rana powiedział zaledwie kilka słów.

– Niewykluczone – zgodził się Casey. – Joy, co jeszcze widziałeś?

– Nie ma śladów krwi ani nic takiego – rzekł grotołaz. – Drzwi od strony kierowcy były niedomknięte. Ktokolwiek jechał tym samochodem – spojrzał wymownie na gruby pień świerku, na którym zatrzymał się zderzak – mógł przeżyć.

– A jak wytłumaczysz wybite okna? – parsknął Marcus. – Moim zdaniem ktoś wyleciał przez nie na zewnątrz.

Parker zgromił chłopaka wzrokiem, a potem zeskoczył z konia.

– Musimy przeszukać okolicę – rzekł i ściągnął czapkę z daszkiem, by przetrzeć czoło. – Ja spróbuję się zająć tą mgłą. Frank i Joy, zbadajcie lewą stronę drogi, a Wendy i Marcus prawą.

– Serio? – Dziewczyna wpatrywała się z niechęcią i lękiem w kłęby mgły.

– Serio. – Na twarzy indiańskiego przewodnika nie było ani śladu wesołości. – O ile dobrze pamiętam, upierałaś się, by wziąć udział w wyprawie. Pora więc, byś się wykazała.

Wendy westchnęła i z niechęcią ześlizgnęła się z grzbietu Edge. Przywiązała konia do zderzaka ciężarówki i nie czekając na nikogo, powoli zanurzyła się w las, rozglądając się ostrożnie na wszystkie strony. W jej ręku znalazł się pistolet. Mgła wydawała się cofać z każdym krokiem, jakby bała się broni, ale gdy dziewczyna odwróciła się, kontury wielkiej ciężarówki były już rozmyte. Ujrzała natomiast twarz Marcusa, który uśmiechnął się do niej nieśmiało.

– Zabawne, ale to chyba pierwszy moment od opuszczenia Domu, w którym jesteśmy sami – powiedział, siląc się na dowcipny ton.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Uważnie przyglądała się mchom, trawie, pobliskim krzewom, wilgotnej korze. Wszystkiemu, byle nie patrzeć na brata.

– Słuchaj, przepraszam za tę kłótnię przy ognisku – szepnął Marcus. – Widziałem, że cię to dotknęło. Może trochę przesadziłem, ale naprawdę myślę, że powinniśmy już wracać. Nie ma sensu narażać się, a ty jesteś...

– Daj mi spokój – powiedziała ledwie słyszalnym głosem Wendy.

– Co?

– Daj mi spokój! – warknęła dziewczyna i odwróciła się ku niemu. – Jeśli nie podoba ci się ta wyprawa, nie pisz się na kolejną, a mnie zostaw w świętym spokoju. Wbrew temu, co wszyscy myślicie, potrafię o siebie zadbać i nie mam zamiaru skarżyć się na otarte stopy, jak wtedy, gdy wszyscy szliśmy do Fallville! Zajmij się sobą, Marcus.

Chłopak odwrócił gwałtownie głowę, jakby ktoś uderzył go w twarz.

– Sęk w tym, Wendy, że nie potrafię – rzekł zduszonym głosem. – Przed Końcem Świata nie przepadaliśmy za sobą. Jasne, ja byłem nerdem uzależnionym od World of Warcraft, a ty gothzołzą, próbującą ze wszystkich sił zwrócić na siebie uwagę. Nic dziwnego, że nie mogliśmy się dogadać. Ale teraz? Nasi rodzice znikli, a wraz z nimi szkoła, Internet, wszystko, w czym mogłem się wykazać. Barry i Casey kazali mi opuścić centrum kryzysowe w Cracktown, bo szkoda paliwa do generatorów, i tak oto wylądowałem w Domu. W osiedlu rozbitków na zboczu góry.

– I co w tym złego? – warknęła Wendy.

– W sumie nic, ale ja jakoś nie potrafię zaangażować się w wypas owiec czy budowę szklarni. Nie mam tam nic swojego poza... – zawahał się. – Poza tobą. Szkoda, że... Że nie rozmawiamy ani nic, ale w porządku, pogodzę się z tym. Zależy mi tylko na tym, by nic ci się nie stało.

Wendy przełknęła ślinę i zamrugała oczami, niebezpiecznie załzawionymi. Przyjrzała się bratu raz jeszcze. Urósł przez ostatnich kilka miesięcy, zmężniał, zhardział. Pucułowate niegdyś policzki pokrywał tu i ówdzie lekki zarost, rysy wyostrzyły się, wyszczuplały. Zgubił gdzieś okulary i bez przerwy mrużył oczy, ale błyszczały one odwagą i zdecydowaniem. W przeciwdeszczowej panterce i szarozielonej czapce z daszkiem Marcus wyglądał jak młody mężczyzna, a nie jak potykający się o własne nogi komputerowiec.

Jak brat, o którym wiele sióstr mogłoby tylko pomarzyć.

„Nie! – ofuknęła się w myślach. – Nie ma mowy. Nie powiem mu ani słowa”.

– Nic mi się nie stanie – wykrztusiła. – Spoko, Marcus. Dzięki.

Machnęła przy tym ręką, mając nadzieję, że gest okaże się nonszalancki i lekceważący.

– Potem pogadamy, jeśli ci tego trzeba – skłamała. – A na razie...

Urwała w pół zdania i zatrzymała się jak wryta.

Między wilgotnymi konarami drzew przemknął wiatr, bez wątpienia stworzony przez Parkera. Zaszeleściły nieliczne zeschłe liście, rozstąpiły się najbliższe tumany mgły, zatańczyły dalsze. Zaryta na poboczu ciężarówka niespodziewanie stała się wyraźna, a wtedy uwagę zwróconej w stronę drogi dziewczyny przykuł leżący na mchu słup, złamany zderzakiem rozpędzonego samochodu.

Na płycie przybitej do słupa wypisano wielkimi, zgrabnymi literami: „Znalazłeś się na terenie kontrolowanym przez Radę Ocalenia Ludzkości. Twoje problemy wreszcie dobiegły końca!”.



Casey wpatrywał się w znalezisko przez dłuższą chwilę, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. W jego rękach natychmiast pojawił się myśliwski sztucer, a na twarzy, zazwyczaj obojętnej, wręcz pozbawionej emocji, malowała się teraz zaciętość. Gdyby Wendy nie uznała, że to zgoła niemożliwe, pomyślałaby, iż Indianin usiłuje zamaskować strach.

 

Członkowie grupy zwiadowczej otaczali teraz przewrócony znak szerokim kręgiem.

– A niech mnie! – stęknął Frank. – Cholerna Rada! Przeklęta banda polityków! Skorumpowane sępy, które próbują odbudować ten nieszczęsny...

– Czy to możliwe? – Ochrypły głos Parkera ciął niczym zardzewiały nóż. – Dotarli aż tak daleko na wschód?

– A skąd ja mam to wiedzieć? – Tramp wzruszył ramionami. – Trzeba założyć, że dotarli, no bo jak inaczej? Ten cały znak sam tu przywędrował?

Casey Parker wpatrywał się w niego przez moment twardym wzrokiem, jakby się zastanawiał, czy zarzucić mu kłamstwo. Serce Wendy biło bardzo, bardzo szybko.

„Dotarliśmy na skraj wpływów Rady! – myślała gorączkowo. – Rany, jest lepiej, niż myślałam!”.

Naraz uświadomiła sobie, że policzki ją pieką z emocji. Podciągnęła szal aż powyżej nosa, próbując zamaskować rumieniec. W tej samej chwili Casey oderwał wzrok od zaniepokojonego trampa.

– Wracamy na drogę – warknął. – Do koni. Joy, przepatrz okolicę.

– Tak jest! – Grotołaz wyprężył się na baczność i zasalutował, ale nikogo to nie rozbawiło.

Stworzony przez Parkera wiatr przycichł i fantastyczne kłęby mgły na powrót rozlały się między czarnymi, wilgotnymi konarami. Grupa powróciła na drogę, gdzie czekał Chewie wraz z końmi, skubiącymi trawę rosnącą w pęknięciach asfaltu. Wysoko nad koronami drzew płynęło białe słońce i karoseria ciężarówki lśniła.

Marcus podszedł do Chewiego i ściągnął mu słuchawki z uszu – Odmienionemu obce były ludzkie lęki i każdą wolną chwilę spędzał na słuchaniu muzyki – a potem stanął przed szoferką tira i zaczął się jej bacznie przyglądać. Wendy ukucnęła przy Edge i pogrążyła się w rozmyślaniach tak intensywnych, że na chwilę straciła kontakt z rzeczywistością. Z zadumy wyrwał ją dopiero głos Joya:

– Teren czysty, wodzu!

– Mógłbyś się przymknąć? – ofuknął go Indianin. – Po co się drzesz?

– A dlaczego by nie? – Joy ujął się pod boki. – Od tygodni nie widzieliśmy żadnych Odmienionych. Znikli. Jak kamień w wodę, podobnie jak...

– I może właśnie dlatego nie powinieneś się wydzierać! – syknął Frank i spojrzał na zachmurzone niebo. – To, że nie spotykamy żadnych Odmienionych, na pewno ma związek z działalnością Rady! Nie pamiętasz, co wraz z Heather widzieliśmy w Marington?

Joy przechylił lekko głowę i zmierzwił włosy niczym zaspany uczeń wywołany przez nauczyciela do tablicy.

– Pamiętam, tylko wciąż nie wiem, dlaczego mam z tego powodu szeptać.

– Rada dysponuje technologią amerykańskiego rządu! – pieklił się Frank. – Mają drony, urządzenia nasłuchowe, łączność z satelitami i Bóg jeszcze wie co! Jestem pewien, że słyszą każde nasze słowo, a ty im to ułatwiasz!

– Panie kongresmenie! – Joy nachylił się nad pęknięciem w asfalcie. – Chciałem bardzo przeprosić za to, że załatwiłem się do dziupli, która ma bezpośrednie połączenie z Pentagonem i...

Frank chciał ruszyć w stronę chłopaka, ale zatrzymała go stalowa dłoń Parkera.

– Joy, przestań się wydurniać – syknął. – A ty nie ekscytuj się tak bardzo, Frank. Poza tym teraz to ty wrzeszczysz.

Tramp zakrył wielkimi dłońmi spękane usta oraz nieogolone policzki. Rozejrzał się dookoła. W jego oczach widać było lęk tak wielki, że nawet na kamiennej twarzy Parkera pojawił się cień uśmiechu.

– Uszy do góry, Frankie! – zawołał Joy. – Ta twoja Rada wcale nie jest taka straszna. Zresztą sam się możesz niebawem przekonać. Za zakrętem jest ich kwatera.

Z tymi słowami odwrócił się i złapał uzdę swego konia.

– Co takiego? – spytał Parker.

– Nie ma się czym przejmować! – krzyknął Joy przez ramię. – Jest pusta jak mój łeb po całonocnej balandze.

Casey westchnął z dezaprobatą.

– Ruszamy! – burknął.

Wendy z wdziękiem wskoczyła w siodło i obejrzała się na Marcusa, który stanął na zderzaku i przyglądał się lakierowi na masce ciężarówki.

– Ja i Chewie zaraz was dogonimy! – Machnął ręką, nie przerywając oględzin.


Miejsce, które Joy eufemistycznie nazwał kwaterą Rady Ocalenia Ludzkości, przed Końcem Świata zapewne było jednym z tysięcy amerykańskich zajazdów. Oczom grupki poszukiwaczy ukazał się szeroki betonowy parking z wyznaczonymi miejscami dla ciężarówek i samochodów osobowych. Za nim ciągnął się pasaż niskich budynków z przeszklonymi frontami, nad którymi wznosiły się dawno nieczynne neony. Wendy odruchowo odczytała: „Best Buritos”, „Ted’s Coffee”, „18-wheeler” i kilka innych. Na uboczu znajdował się motel z boiskiem do koszykówki.

Wzdłuż barierki na piętrze motelu zamocowano litery układające się w słowa: „Rada Ocalenia Ludzkości”.

– A nie mówiłem? – odezwał się zadowolony z siebie Joy. – Martwota jak na zjeździe rodzinnym dodo.

Frank, który nigdy długo nie rozpamiętywał urazy, wpatrywał się w budynki z niedowierzaniem i kręcił głową, jak gdyby nie mógł zdecydować, czy się cieszyć, czy smucić.

– Powinniśmy się temu przyjrzeć – powiedział z wahaniem Parker. – Być może Jane wychwyciła któregoś z tych ludzi.

Marcus, który dołączył do grupy z zamyśloną miną, spojrzał na Indianina z zagadkowym uśmiechem.

„Tylko nie to – pomyślała Wendy. – Tylko nie kolejna kłótnia!”.

– Chodźmy! – szepnęła i popędziła Edge. – Może któraś z tych knajp ma generator i uda nam się zrobić coś do jedzenia?

Nikt nie miał nic przeciwko. Kopyta koni kląskały na mokrym asfalcie. Gdzieś wrzeszczał ptak. Kłęby mgły leniwie przetaczały się po spękanej nawierzchni, przesłaniając niekiedy fronty knajpek. Cisza wierciła w uszach.

– Przeczeszmy cały kompleks razem – zaproponował Parker. – Do zmroku zostało jeszcze sporo czasu i nie ma co się spieszyć.

„Jasne – pomyślała Wendy. Tym razem nie miała już wątpliwości. – Boisz się, Casey. Trzęsiesz portkami, a mimo to masz w sobie tyle przyzwoitości, by do końca wypełnić zadanie”.

Pierwszy lokal, ozdobiony ogromną kalkomanią brzuchatego, wąsatego kucharza na szklanych drzwiach, nie miał już nic wspólnego z jakąkolwiek kuchnią. Stoły i krzesła znikły, a w to miejsce ustawiono rzędy kartonów wypełnionych odzieżą i kocami. Drzwi do „Best Buritos” zostały zamknięte na klucz, ale w „Ted’s Coffee” wędrowcy ujrzeli przerażającą scenę.

Każdy z nich przywykł już do widoku wnętrz, w których kurz, pleśń i niepamięć powoli zakrywały pozostałości strasznych chwil Końca Świata. Nikogo nie wzruszały przewrócone krzesła, roztrzaskane okna pokryte tu i ówdzie rdzawymi plamkami czy odkopnięte pod ścianę noże kuchenne bądź pistolety, z których nikt nie zdołał wystrzelić. Rzadko kiedy natomiast widywało się ślady walki, która miała miejsce właściwie przed chwilą.

Przełamana potężnym uderzeniem ścianka z płyty gipsowej, zakrywająca stół. Ciemnobrązowa plama na kafelkach, otoczona okruchami szkła. Długopis obok niedokończonej krzyżówki. Zerwana z szyny firanka, kołysząca się wraz z przeciągiem. Dziury w ścianach.

Casey podszedł i dotknął jednej z nich palcem.

– Strzelano tutaj – stwierdził oczywistą rzecz. – Ciekawe do kogo.

– Naprawdę cię to ciekawi? – wybuchnął Frank. Przysiadł na kontuarze i tak długo klepał się po kieszeniach wojskowej kurtki, aż znalazł paczkę pomiętych papierosów. Trzęsącymi się dłońmi potarł zapałkę o zaryskę. – Casey, do licha, czy ja mało klarownie wam to wytłumaczyłem? Wszystko, co robi ta nieszczęsna Rada, jest złe! Powinniśmy się trzymać jak najdalej od tego miejsca i cieszyć się w duchu z tego, że ktoś spuścił im łomot.

– Nawet jeśli byli to reptilianie, jak nazwała ich Heather? – spytała Wendy i natychmiast tego pożałowała, gdyż przeszyły ją spojrzenia obu dorosłych – chłodne, wyważone Parkera oraz rozgorączkowane, przestraszone Franka. Wyprostowała się hardo i dodała: – Z jej pamiętnika wynika, że ów nowy gatunek ludostworów może być zagrożeniem dla całej ludzkości.

– To nie jest nasze zmartwienie – rzekł Casey. – Spędzimy tu noc, a rano wyruszymy z powrotem do Domu.

– Radziłem, żeby już wczoraj to zrobić – oznajmił złośliwie Marcus. Chłopak kucał przy wybitej w szybie, całkiem okrągłej dziurze i z zadumą badał jej brzegi oraz wszelkie ślady na szkle. – Oszczędziłbym Frankowi kilku nowych siwych włosów.

Tramp nie dosłyszał.

– Chcesz tu zostać? – jęknął.

– Nie – odparł Casey. – Nie tu. Kilkanaście metrów dalej, przy kwietniku, gdzie przywiązaliśmy konie, znajduje się motel. Prześpimy się w łóżkach, jak ludzie, a rano ruszymy w drogę do Domu.

– Kto z nas powie Jane, że jej talent już nie działa? – spytał Marcus. Pochylał się nad pożółkłym menu i coś rysował z zapałem na jego odwrocie, nie zaszczycając reszty spojrzeniem.

Odłamki szkła zachrzęściły pod podeszwami ciężkich butów Caseya, gdy ten odwracał się w stronę chłopaka.

– Jeśli próbujesz być dowcipny, Marcus, to wiedz, że ci to raczej nie wychodzi – wychrypiał.

– Nie próbuję. – Chłopak nie uniósł nawet głowy. – Żartowanie przy was rozmija się z sensem. Ty dowcipów nie rozumiesz, Frank w każdym z nich widzi kolejną teorię spiskową, Joy chichocze, choć przypuszczalnie z innych powodów, niż chciałbym, a Wendy sądzi, że kogoś uraziłem, i robi jej się przykro. Bywają chwile, kiedy wprost uwielbiam jasne, nieskomplikowane reakcje Chewiego. Nie chcę jednak wszczynać awantury, wodzu. Jak sam wiesz, również chcę wracać do Domu, choć z innych powodów niż ty czy Frank.

Obrzucił przy tym przelotnym spojrzeniem Wendy, która z trudem poskromiła narastający gniew.

„Nie mieszaj się w żadne awantury – przykazała sobie surowo. – Pod żadnym pozorem!”.

– Cieszę się, że wreszcie chcemy tego samego – powiedział ponuro Casey. Ze zgrzytem przyciągnął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko chłopaka. – Skorzystam więc z okazji i uświadomię ci coś, Marcus. Odkąd opuściliśmy Dom, przez cały czas powtarzasz „ja”. „Ja sądzę”, „mnie się wydaje”, „odnoszę wrażenie”, bla, bla, bla. Podważasz mój autorytet, siejesz ferment, krytykujesz i obrażasz. Mam już tego po dziurki w nosie, chłopcze. Skoro stałeś się jednym z nas, działaj w zespole, a nie przeciwko niemu! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?