Różdżka z FersheyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

***

Podczas upadku różdżka wypadła z dłoni Magnusa i z wolna poczęła wznosić się coraz wyżej i wyżej. Z czasem odbiła się od gałęzi pobliskiego drzewa, okręciła wokół własnej osi i nie zdążyła nawet spaść na ziemie, kiedy to przebiegający nieopodal pies wyskoczył i z głośnym kłapnięciem złapał ją w zęby.

— Gizmo! Gizmo! — krzyknął ktoś w oddali.

Słysząc swego pana, pies zamerdał ogonem, zignorował leżące nieopodal ciało i pobiegł w kierunku, z którego dochodziły wołania.

— Tu jesteś! Znalazłeś patyczek? Tak? Znalazłeś?

Pies warknął i z psotnym błyskiem w oczach okręcił się wokół własnej osi.

Patrick poczochrał psa po głowie, podrapał za uchem i wyrwał mu patyk z pyska. Następnie, nawet nie przyglądając mu się z bliska, wziął zamach i rzucił nim w głąb lasu.

— Aport! — krzyknął. — Dalej, przynieś patyk! Przynieś!

Gizmo rzucił się biegiem i nie minęła chwila, kiedy radośnie poszczekując, wrócił z patykiem w zębach. Gizmo był młodym, bo niespełna rocznym wilczurem i w głowie były mu tylko zabawy. Nie zamierzał oddawać chłopcu patyka. Zaciskał na nim mocno zęby i warczał, jakby chciał przestraszyć swojego pana.

— Nie chcesz dać patyka? Nie? Taki niedobry piesek? Taki niedobry?

Gizmo okręcił się wokół własnej osi jeden raz i drugi, podskoczył i głośno szczeknął, upuszczając tym samym patyk na ziemię. Chłopiec był szybszy, podniósł go, wziął zamach i rzucił nim raz jeszcze.

— Dalej! Szukaj patyka! Szukaj!

Pies zaszczekał, zamerdał ogonem i znowu rzucił się do szaleńczego biegu. Patyk był stosunkowo niewielki, ale musiał zwierzęciu przypaść do gustu, bo aportował go jeszcze przez dłuższy czas.

Patrick dostał wilczura od rodziców na początku wakacji, zdążył już go poznać i wiedział, że zwierzę jest niezmordowane. Gdyby dać mu patyk, piłkę lub cokolwiek, co można byłoby gryźć i rzucać, to mógłby za tym biegać aż do upadłego. Nie inaczej było tym razem. Dopiero gdy słońce zaczęło kryć się za konarami drzew, chłopak powiedział, że pora już wracać.

Gizmo domyślał się, że spacer dobiega końca. Zobaczywszy, że chłopiec zmierza w kierunku domu, szczeknął parę razy i podskoczył, jakby na znak tego, że jeszcze chce się chwilę pobawić.

— Wiem, że ci mało — powiedział Patrick. — Ale zaraz będzie ciemno. Obiecuję, że jutro pójdziemy wzdłuż rzeki prosto do stawu i tam będziemy biegać i pływać, aż ci bokiem wyjdzie. W porządku? Może tak być?

Pies warknął, domagając się uwagi, a chłopiec poklepał go po boku, podrapał za uchem i ruszył łagodnym stokiem w kierunku zachodzącego słońca. Przeszedł dziś z Gizmem ponad trzy mile, choć trzeba wiedzieć, że dla Patricka to nie był jakiś specjalny wyczyn. Chłopak był wysportowany, od dziecka chodził na lekcje wschodnich sztuk walki i pomimo drobnej postury, mógł się poszczycić naprawdę niezłą kondycją oraz muskulaturą.

— Chodź, Gizmo, chodź! — napominał co jakiś czas wilczura, bo ten wyraźnie się ociągał. — Zaraz się ściemni i nie trafimy do domu.

Pies usiadł, postawił uszy i głośno zaszczekał, jakby jeszcze tym zachowaniem próbował zmusić swojego pana do zmiany decyzji. Niestety, Patrick trwał w swym postanowieniu nieubłaganie, bo nawet się nie odwrócił, schodząc po łagodnym stoku. Gizmo nie kazał na siebie dłużej czekać. Chwycił w zęby patyk, który chwilę temu upuścił na ziemię, i pobiegł w ślad za swoim panem.

Doszli do rozległej leśnej chaty w niewielkiej wiosce Fershey na obrzeżach lasu, oddalonej od granic Londynu o niespełna dziesięć mil. Można powiedzieć, że dom leżał na odludziu, bo do najbliższego sąsiedztwa prowadziła dosyć wyboista droga, długa na milę. W konstrukcji domu przeważały drewniane belki oraz kamienie. Ciemne okna kontrastowały na tle szarych kamieni i jasnego obelkowania. Ze środka dachu wyrastał szeroki, masywny komin zbudowany z otoczaków, a od południowej strony, gdzie widać było leniwy nurt rzeki, znajdował się taras, na którym tak bardzo lubił się wylegiwać Gizmo.

Patrick rok w rok przyjeżdżał tu w wakacje ze swoją siostrą i rodzicami. Co prawda starsza o trzy lata Megan nie była może świetnym kompanem do zabaw, ale nie chciał narzekać, bo wolał spędzać czas z nią tutaj aniżeli w ciasnym pokoju londyńskiej kamienicy.


Chłopak wszedł na taras, przewiesił smycz przez poręcz i usiadł na bujanej ławeczce. Okolicę wypełniał cichy szum rzeki oraz stukot dzięcioła. Las żył i rozbrzmiewał kojącymi dźwiękami, ale szybko na pierwszy plan wysunął się mlaskający Gizmo, który dorwał się do miski z wodą i łapczywie zaczął ją spijać. Patrick chwilę przyglądał się wilczurowi, aż nagle zauważył leżący między jego przednimi łapami patyk. I może nie zwróciłby na niego większej uwagi, gdyby nie fakt, że jeden z jego końców otoczony był dziwną poświatą. Wstał, aby przyjrzeć mu się z bliska, gdy nagle drzwi domu otworzyły się, a w progu pojawiła się jego siostra. Megan miała siedemnaście lat i była od niego wyższa o pół głowy. Zdaniem Patricka był to sam czubek głowy, ale w gruncie rzeczy musiał stawać na palcach, aby to była prawda. Dziewczyna miała dość bujną fryzurę rudych włosów, choć w tej chwili spinała je w kucyk. Drobna buzia o jasnej, niemal mlecznej cerze obsypana była przy nosie piegami, a duże oliwkowe oczy zdawały się mieć w sobie coś elektryzującego. Megan była bardzo ładną dziewczyną, a urodę wraz z ciętym językiem i zuchwałym usposobieniem zawdzięczała, co wszyscy jej powtarzali, swojej mamie.

— Co tam, Pat? — spytała. — Jak spacerek?

Chłopak, nie do końca świadom tego, co robi, szepnął, że w porządku, po czym kucnął i zaczął skradać się w kierunku wilczura.

Megan zdziwiła się zachowaniem brata.

— A po co się skradasz do Gizma? — spytała.

Pat przewrócił oczami, bo ostatnią rzeczą, na którą miał teraz ochotę, było tłumaczenie się siostrze z tego, co robi.

— Widzisz patyk między jego łapami? — burknął. — Wydaje mi się, że jeden z jego końców się świeci.

Megan skrzyżowała ręce na piersi.

— To jakiś twój kolejny głupi kawał? — Była nieufna, bo w końcu nie byłby to pierwszy raz, kiedy brat stroi sobie z niej żarty.

— Lepiej chodź tu i sama zobacz.

— Może Gizmo go obślinił?

— Nie bądź głupia — prychnął Patrick.

— A może znowu przegrzały ci się zwoje w mózgu?

Pat skrzywił się, odgarnął z czoła grzywkę ciemnych włosów i spojrzał na siostrę tak wściekłym wzrokiem, że gdyby tylko mógł, przewierciłby ją na wylot. Postanowił jednak nie wszczynać awantury. Pies cały czas chłeptał wodę i jeśli chłopiec chciał się przyjrzeć patykowi z bliska, to lepszej okazji mógł już nie mieć. Tym bardziej, że Gizmo miał czasem głupie pomysły i w każdej chwili mógł porwać znalezisko w zęby, pobiec w las i gdzieś je zakopać.

Niemal bezgłośnie przysunął się więc do psa jeszcze troszeczkę i wychylił tak, by dojrzeć patyk w pełnej krasie. Ten na długości dwóch cali emanował ledwie widoczną, ni to błękitną, ni to zielonkawą poświatą, sprawiając wrażenie, jakby spowijała go w tym miejscu mikroskopijna zorza polarna.

— To nie jest zwykły patyk — szepnął.

Megan wyczuła w głosie brata nad wyraz poważny ton. Nie była pewna, czy to nie jest jakiś głupi kawał, ale postanowiła zaryzykować i kucnęła przy nim. Niestety, pies akurat w tej chwili przestał pić wodę i złapał patyk w zęby.

— Widzisz? — zapytał Patrick. — O, tu na końcu, widzisz, jak świeci?

Megan już miała obejść psa z drugiej strony, kiedy jej uwagę zwrócił podjeżdżający pod dom samochód.

— Nareszcie! — krzyknęła, po czym bezceremonialnie wstała i zeszła z tarasu.

Pat z rezygnacją pokręcił głową, bo z jego siostrą za każdym razem było podobnie. Gdy już dała się przekonać do czegoś fajnego — nieważne, czy to było śledzenie zdziwaczałego sąsiada, czy zatykanie rur wydechowych samochodów bananami — ona zawsze dosłownie w jednej chwili nudziła się tym i szukała całkowicie innego zajęcia.

Pies zdążył położyć się nieopodal swojej miski, a patyk umieścił na podłodze i przykrył go łapą. Pat postanowił nie poddawać się tak łatwo i nawet nie wstał z kucek.

Z samochodu w tym czasie wyszedł tata. Był niski, miał zmierzwioną czuprynę i okrągłe oprawki okularów. Mimo że trwały wakacje, on jak zwykle miał na sobie nienagannie wyprasowaną koszulę i granatową muchę, w której chodził tak często, że zdaniem najbliższych niedługo miał zacząć w niej sypiać.

— Co to za zamieszanie? — spytał. — Czyżby głód wygonił was z domu?

— Nie — odparła Megan. — Chociaż gdy teraz o tym wspomniałeś, to naprawdę zrobiłam się głodna.

— I bardzo dobrze, bo dziś na kolację będą ziołowe polędwiczki.

Megan zacisnęła piąstki i machnęła nimi w niebo, jakby wygrała jakąś nagrodę. W końcu zaraz po pizzy i frytkach to była jej ulubiona potrawa. Szybko jednak spoważniała i spytała przejmującym tonem:

— Ale zrobi je mama, prawda?

Tata się zaśmiał, tak że aż zadrżała nad jego czołem grzywka włosów. Szybko się jednak uspokoił, poprawił na nosie okulary i sięgnął po siatkę z zakupami, którą miał na tylnym siedzeniu.

— Tak, zrobi je mama, więc nie masz się czego obawiać.

Megan odetchnęła, jakby spadł jej wielki kamień z serca. Wiedziała aż za dobrze, że w gotowaniu jej tata nie był zbyt biegły i prawdę mówiąc, sporą przesadą byłoby obarczać go choćby ugotowaniem parówek. Nie chciała mu jednak dokuczać, więc spytała:

— Mama przyjedzie z ciocią i wujkiem?

— Tak — odparł tata, zamykając drzwi od samochodu. — I wydaje mi się, że powinni tu już niedługo być.

— To dobrze, bo od tego gadania naprawdę zrobiłam się głodna.

 

Tata znowu się zaśmiał, objął Megan ramieniem i skierował się w stronę domu. Zrobił raptem dwa kroki i zatrzymał się, bo coś przykuło jego uwagę.

— A Pat co znowu wyrabia? — spytał.

Megan westchnęła bezradnie, bo dostrzegła, że chłopak się nie poddał i nadal próbował podejść Gizma.

— To tylko Patrick i jego skrzywiona wyobraźnia — mruknęła.

— Czy mi się zdaje, czy on skrada się do psiej miski?

— Trudno powiedzieć, ale przypominam ci, że kilka dni temu wycisnął mi do pustej butelki po szamponie keczup z musztardą i majonezem.

Tata parsknął, ale gdy tylko córka rzuciła mu wściekłe spojrzenie, przybrał nader poważną minę. Cóż mógł poradzić na to, że kawał z szamponem bardzo mu się podobał. On sam za młodu lubił robić różne psikusy, ale nigdy nie wpadłby na pomysł wykorzystania sosów do mycia włosów.

— Patrząc na twego brata — rzekł, ruszając przed siebie — dochodzę do wniosku, że wy chyba naprawdę jesteście głodni.

— On złapałby się każdej padliny — parsknęła Megan pod nosem. — Ej, Pat! — dodała, gdy byli już prawie przy tarasie — może ci podgrzać to jedzenie? Gizmo na pewno się z tobą podzieli!

Nie wiedziała, czy Patrick to usłyszał, czy nie, ale coś musiało się stać, bo nagle chłopak odskoczył od psa, potknął się na schodach i omal na nią nie wpadł.

— Patrz, jak łazisz! — krzyknęła.

— Ja… ja..

— Patrick? — Tata sprawiał wrażenie lekko zdezorientowanego. — Co się stało?

Chłopak zbladł, jakby zobaczył ducha. Nawet się nie obejrzał na nich, ale po drżących rękach i bladej skórze, łatwo można było zrozumieć, że coś się stało.

— Patrick?

— S-s-spójrzcie na miskę Gizma — wydukał chłopiec.

Ojciec oraz Megan spojrzeli w tamtym kierunku i spostrzegli, że miska wilczura była wypełniona nieprzebranymi ilościami mięsa. Tu i ówdzie wystawały soczyste kości, pachnące kiełbasy i grube kotlety.

— Co to za głupie żarty? — spytał zdziwiony tata.

— To zrobił Gizmo — wypalił drżącym głosem Patrick. — Przysięgam, że to nie ja!

— Z szamponem też przysięgałeś — burknęła Megan.

— Ale teraz mówię prawdę! Nie kłamię!

Megan z tatą rzucili krótkie spojrzenie psu, który jak gdyby nigdy nic siedział obok swojej wypełnionej po brzegi miski i z charakterystycznym wzrokiem mówiącym „ja nic nie zrobiłem” wpatrywał się w swoich opiekunów. Uszy kładły mu się na głowie, a w zębach tkwił obśliniony nieduży patyk.

— Widzicie ten świecący koniuszek patyka? — szepnął chłopiec. — Gizmo znalazł go w lesie i myślę, że on może być z innego świata.

— A wiesz, co ja myślę? — spytała śmiertelnie poważnym tonem dziewczyna.

— No co?

— Że ty też jesteś z innego świata.

— Zaraz cię…

— Przestańcie — uspokoił ich tata. — Pat ma rację. Z tym patykiem naprawdę coś jest nie tak. Spójrzcie, jak błyszczy jego koniec.

— To pewnie ślina psa…

— A ja wam mówię, że to różdżka! — krzyknął zaaferowany chłopak. — To musi być różdżka! Magiczna różdżka elfów! Albo…

— Nonsens — burknęła Megan, która już dawno temu przestała wierzyć w czary.

— Różdżka elfów, powiadasz? — zagaił ojciec do Patricka. On sam oczywiście również nie wierzył w czary, ale przecież mógł zapewnić synowi chwilę frajdy. Poprawił na nosie okulary i zaczął powoli podchodzić do wilczura. — Pozostaje nam tylko jeden sposób, aby to sprawdzić — wyszeptał.

— Co chcesz zrobić? — spytał drżącym głosem Patrick.

Tata powoli wyciągnął rękę w stronę wilczura. Pies siedział nieruchomo, był zaskoczony i czuł się trochę nieswojo, bo jeszcze nigdy nie patrzyło na niego tak uważnie tyle osób naraz. Przejęty Patrick wytarł o spodnie spocone ręce, a tata powoli podsuwał rękę pod pysk wilczura. Gizmo cofnął się nieco. Z początku chciał uciec, ale potem przez jego niewielki ośrodek mózgowy przeszła myśl, że tak naprawdę zawsze chciał być taki, jak pan Christopher. Bardzo go lubił i pomyślał sobie, że może fajnie byłoby poudawać go przez jakiś czas. Życzenie, które pomyślał sobie pies, nie było zbyt precyzyjne, ale różdżka nie pozostała obojętna na te myśli i wykorzystała swoje przedostatnie zaklęcie, by połączyć ich w jedną postać.

Mężczyzna poczuł nagle, że coś jest nie tak. W pierwszej kolejności uderzył go z niebywałą siłą zapach mięs, które leżały w psiej misce, do ust momentalnie napłynęła mu ślina, a zaraz potem jego wyostrzony słuch dał się we znaki, bo usłyszał przebiegającego w oddali jelenia.

Doszły go dźwięki i zapachy, na które wcześniej w ogóle nie zwróciłby uwagi. Do tego ten nieodparty apetyt na myśl o psiej misce pełnej jedzenia wydawał mu się nie do wytrzymania. Chciał podejść w jej kierunku, ale nagle coś mu opadło na oczy i otoczyła go ciemność. Usłyszał krzyki swoich dzieci, więc czym prędzej uniósł tylną łapę i nerwowymi szarpnięciami zaczął ściągać ze swojej głowy to, co przesłaniało mu widok… Zaraz, zaraz… Tylną łapę?

Zamrugał i wreszcie zdarł ze swojej głowy to, co mu przeszkadzało w widzeniu. To była koszula. Ale jak ona mogła zsunąć mu się na oczy? Dlaczego Patrick oraz Megan byli teraz wyżsi od niego? I czemu patrzyli na niego tak, jakby był z innej planety?

Krzyknął, ale usłyszał szczeknięcie. Spróbował jeszcze raz coś powiedzieć, i jeszcze raz, ale z jego krtani wydobywały się tylko szczeknięcia.

Wreszcie spojrzał na swoje nogi i krzyknął:

— Ja mam łapy?! Jestem psem?! Jak to się mogło stać?! Jak?!

Niestety, dzieci słyszały tylko nieustannie ujadającego wilczura.

— Nie może być — wydukała Megan.

— Ale numer! — krzyknął Patrick.

— To… to chyba naprawdę była różdżka — powiedziała roztrzęsionym głosem dziewczyna.

Patrick spojrzał na swoją siostrę, a potem na psa, który z wyraźną paniką w oczach rozglądał się na wszystkie strony, warczał, szczekał i przebierał łapami.

***

Magnus z przerażeniem w oczach obserwował to, jak różdżka wypada mu z ręki i niknie za niewielkim pagórkiem. Słyszał ujadającego psa, przez chwilę widział nawet, jak ten wyskakuje w górę i chwyta jego bezcenny artefakt. A on nie mógł zrobić nic. Absolutnie nic. Bezwzględna natura magii dała o sobie znać i sprawiła, że wykorzystane na jarmarku czary zemściły się na nim akurat teraz. Jego ciało poddało się spowolnieniu, a następnie znieruchomiało na blisko godzinę. W tym czasie Magnus słyszał poszczekiwania, przez moment dochodziły go nawet nawoływania jakiegoś chłopaka, ale cóż z tego, skoro nie mógł nawet kiwnąć palcem. Gdy tylko odzyskał czucie w kończynach, zerwał się z ziemi i zaczął szukać zagubionej różdżki. Zaglądał pod okoliczne krzewy, odgarniał leśną ściółkę, patrzył pod każde drzewo i leżącą gałąź, lecz po różdżce nie było ani śladu.

— Nie ma — cedził przez zęby. — Niech to elfia zaraza…

Poirytowany i bezradny, w pewnym momencie przetarł spoconą twarz i usiadł na ziemi. Wokoło niego pięły się strzeliste choinki i prawdę mówiąc, nie miał zielonego pojęcia, gdzie się znajduje. Ostatnie miejsce, w jakim był, to zapuszczona dzielnica biedoty, a dokładniej rzecz ujmując, Zaułek Oparów. Skoro przeniósł się w czasie, to nadal powinien być w tym samym miejscu.

Magnus podciągnął nogi i wsparł brodę na kolanach. A jeśli przeniósł się nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni? Miejsce, w jakim teraz się znajdował, najbardziej przypominało porośnięte kniejami południowe stoki Fershey, które znał jak własną izbę. Chodził tu przecież kilka razy w tygodniu i pamiętał, że większość drzew miała pozdzieraną korę, wokoło roiło się od krzaków jeżyn, które o tej porze roku nie miały ani jednego owocu, a na ściółce trudno było o znalezienie choć jednej suchej gałązki, bo wszyscy zbierali je na opał. To musiał być zatem inny las i jedynym wyjaśnieniem było to, że podczas rzucania zaklęcia coś musiało pójść nie tak. Pytanie tylko, co?

Naszły go złe przeczucia, poczuł przechodzące po plecach dreszcze. Poprawił skórzaną kamizelkę, bo owiał go chłód, i wstał, aby zajrzeć za jeszcze jeden pagórek. Łudził się, że dojrzy zarysy miasteczka lub chociaż okolicznej wsi, która mieściła się na południe od Fershey, ale przed nim ciągnął się tylko gąszcz drzew.

— Niedobrze — mruknął. — Niedobrze.

Nagle zmrużył oczy i pochylił się, bo jego uwagę przykuł nader wyraźny ślad buta na ściółce. Tam, skąd przyszedł, ziemia przesłonięta była namokniętymi liśćmi paproci i niewiele można było w nich dojrzeć, ale tutaj podłoże było gliniaste i ślady butów wyraźnie się na nim odznaczały. Czyżby to były ślady tego samego chłopaka, którego słyszał, gdy leżał spętany magicznym unieruchomieniem? Co prawda Magnus mógł się wspomóc zaklęciem, zwłaszcza że był słabym tropicielem, ale dopóki widział wyraźnie trop, postanowił nie ryzykować z czarami.

Schodził łagodnym pogórzem, mijając strzeliste choinki i gęsto rosnące krzewy. Zbliżał się zachód słońca i trzeba było dosłownie chwili, aby na niebie zagościł sierp księżyca. Magnus bał się, że poszedł w złym kierunku, że jak zwykle szczęście mu nie dopisało, ale wkrótce natknął się na sporych wielkości zabudowę. Dom charakteryzował się ogromnym kominem i dziwnymi w ocenie Magnusa oknami. W jego mieścinie otwory okienne zwykle zabudowywano drewnianymi okiennicami lub przesłaniano błonami zwierząt, te tutaj natomiast odbijały promienie zachodzącego słońca i były całkowicie przezroczyste.

— Nie wygląda mi to na Fershey — mruknął pod nosem.

Pełen obaw i złych przeczuć, podszedł nieco bliżej. Gdy był już niedaleko, dostrzegł na tarasie dwoje młodych ludzi oraz mężczyznę z psem. Magnus był niemal pewny, że to ten sam pies, który pochwycił jego różdżkę. Ten najstarszy człowiek sprawiał wrażenie ich zwierzchnika, ale ci młodsi wcale nie wydawali się mniej groźni. Może i wyglądem przypominali nastolatków z Fershey, ale kto wie, czy w rzeczywistości nie byli bezwzględnymi łotrzykami. Przecież o tej porze, kiedy słońce kryło się za konarami drzew, po gościńcach kręciło się ich nader dużo. Lepiej było zachować wszelkie środki ostrożności, tym bardziej że stroje nieznajomych wydawały się niezwykle ekscentryczne, by nie rzec zdziwaczałe, a fryzury przywodziły na myśl pokazy Najgłupszych Fryzur Świata, na które rok w rok z początkiem maja Magnus jeździł na drugi koniec kraju. Styl prowadzonej rozmowy również był osobliwy i żeby nic mu nie umknęło, postanowił rzucić na siebie czar wspólnej mowy. Dzięki niemu rozmowa tutejszych osób powinna być dla niego jasna, a gdyby doszło do wymiany zdań, to i on byłby przez nich w pełni rozumiany. Magnus nie zdołał jednak dobrze przysłuchać się nieznajomym, bo jego uwagę przykuł pies trzymający w pysku patyk, którego koniec lśnił delikatną poświatą. Było bardziej niż pewne, że to właśnie poszukiwana przez niego różdżka.

Młody czarodziej miał zły nawyk obgryzania paznokci w chwilach stresu i w tym momencie złapał się na tym, że trzyma w ustach cztery palce od prawej ręki. Skrzywił się i wytarł ją o swój skórzany kaftan. Niestety, nadal nie miał pomysłu, co powinien zrobić.

Najprościej byłoby uśpić nieznajomych i zabrać to, co należało do niego, ale magia nie działała na tych, którzy mieli wolną wolę. Nie można było zażyczyć sobie, aby na przykład ktoś umarł albo zaczął latać. Aby to się udało, obiekt, na który miał zostać rzucony czar, powinien wyrażać chęć współpracy, a oczywiste było, że stojąca przed domem zgraja dzikusów takiej chęci wyrażać raczej nie będzie.

Magnus mógł skorzystać z czaru telepatii, innymi słowy mógł siłą woli przyciągnąć różdżkę do siebie i uciec, ile sił w nogach. W zależności od wagi przedmiotu i pokonanego przezeń dystansu, korzystający z zaklęcia czarodziej jest potem skazany na chwilowy bezruch. Dzisiejszego dnia Magnus jednak wykorzystał już to zaklęcie, gdy uciekał z rynku, i teraz, rzucając ten sam czar kolejny raz, skazałby siebie na bezruch natychmiastowy, który trwałby o wiele, wiele dłużej. Nawet gdyby więc przyciągnął do siebie różdżkę, ogarnęłoby go natychmiastowe odrętwienie i tylko bogowie wiedzą, co by go spotkało z rąk tych nieznajomych barbarzyńców. Musiał wymyślić coś innego, coś, co nie ściągnęłoby na niego ani cienia podejrzeń… Z początku wpadł na pomysł, aby zamienić się w psa, ale kto wie, jak ludzie zareagowaliby na obcego czworonoga. Pewnie zostałby stąd przepędzony. Poza tym tak radykalna przemiana niosłaby ze sobą bardzo poważne konsekwencje. Jego znajomek zamienił się kiedyś w krzesło. Czar transmutacji był naprawdę krótki, a mimo to przekorna natura zmieniła go potem na ponad tydzień w dębowy stolik. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że pewnego dnia siedzący przy nim marynarz grał w kości i po przegranej z impetem wbił w jego blat potężnych rozmiarów kordelas. Magnus nawet nie chciał sobie przypominać chwili, w której ów nieszczęśnik odzyskał swą postać z raną kłutą w plecach. Magnus zdecydował się w końcu na przemianę w najstarszego osobnika z grupy nieznajomych, bo nie dość, że wyglądał na ich zwierzchnika, to chyba był właścicielem tego dziwacznego domostwa.

 

Czarodziej był przekonany, że interesujący go człowiek z pewnością nie będzie cały dzień stał na zewnątrz i że kiedyś wejdzie z młodymi do domu. Wówczas on pod postacią pana domu bez żadnych podejrzeń mógłby podejść do psa i zabrać swoją własność. Plan wydawał się genialny, choć nie wolno było zapominać o tym, że zmiana wyglądu nastręczała pewnych trudności. Po odzyskaniu swojego wyglądu w ciągu godziny natura, dbająca o zachowanie równowagi, obarczała czarującego kolejną zmianą wyglądu, który nader często bywał losowy. Magnusowi to jednak nie przeszkadzało, nawet gdyby miał paradować po Fershey jako nielubiana przez wszystkich Gwena. Utrzymywanie zaklęcia, tak by w każdej chwili można je było przerwać, wymagało ciągłej koncentracji, dlatego też Magnus postanowił przybrać wygląd nieznajomego na ściśle określony czas prawie trzech godzin. Uważał, że to w zupełności wystarczy, aby los się do niego uśmiechnął i pozostawił sam na sam z psem oraz różdżką.

Niestety, na razie los z niego zakpił, bo gdy tylko przemienił się w nieznajomego, na tarasie stało się coś strasznego, coś, co wycisnęło z płuc czarodzieja niepohamowany jęk bezsilności, strachu i rosnącej histerii.

***

Chwilę trwało, nim Magnus doszedł do siebie. Był świadkiem niecodziennego zjawiska i musiał dokładnie przemyśleć, co robić dalej. Pies, który przez cały czas stał na tarasie domu i trzymał w zębach różdżkę, nagle zniknął i pojawił się w miejsce mężczyzny, tego samego mężczyzny, w którego czarodziej przed chwilą się zamienił.

— Ale bajzel — warknął rozeźlony.

Z miejsca, w którym się chował, nie widział wszystkiego, ale łudził się, że jego różdżka nadal gdzieś tam jest. Jeśli chciał ją odzyskać, to nie miał za bardzo wyjścia i musiał zakraść się bliżej.

Znajdujące się przed domem osoby wyglądały na młodych ludzi, ale kto wie, czy to nie były przebiegłe elfy? Rzucił na siebie zaklęcie cichego poruszania. Mógł co prawda rzucić na siebie zaklęcie niewidzialności, ale wiedział, czym to grozi. Jego znajomek z Fershey szastał tym zaklęciem na lewo i prawo, doprowadzając do tego, że po dziś dzień ma problemy z pochwyceniem zwykłego dzbanka wody (jego dłoń przenikała przez przedmioty, jakby wcale jej nie było), Zaklęcie cichego poruszania na szczęście nie ciągnęło za sobą aż tak drastycznych następstw. Ceną za rzucenie takiego zaklęcia jest bardzo ciche mówienie, co, owszem, może się wydawać uciążliwe, ale zwykle, gdy zaklęcia nie eksploatuje się zbyt często, trwa około dwóch godzin.

Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, Magnus nie musiałby zamieniać z nikim ani słowa, toteż bez wahania rzucił na siebie czar cichego poruszania i zaczął bezszelestnie zakradać się do tajemniczego domu. Szło mu nie najgorzej, a w połowie drogi zatrzymał się, by odsapnąć. Poruszanie się nastręczało mu pewnych problemów. Miał teraz większą masę ciała, na nosie uwierały go jakieś przezroczyste szkiełka oprawione czarnym tworzywem, w szyję gniotło go coś, co przypominało kokardkę, a tors opinała mu krępująca ruchy koszula. Wierzyć mu się nie chciało w to, aby ktoś, kto przebywa w dziczy, chciał chodzić w taki sposób ubrany. Już toga uczelnianego prefekta szkoły magii była wygodniejsza, choć każdy szkolarz drwił z niej, bo miała powłóczyste rękawy i kaptur, którego czubek sięgał ziemi. Co by jednak nie mówić, w tej chwili Magnus miał ważniejsze sprawy na głowie, toteż korzystając z czaru cichego poruszania, ruszył w dalszą drogę. Szedł pochylony, klucząc pomiędzy drzewami. Szkiełka oprawione czarnym tworzywem zsuwały mu się ze spoconego nosa, a grzywka ciemnych, kręconych włosów co chwila spadała mu do oczu. Co prawda do tej pory jego własne włosy również nader często spadały mu do oczu, ale to były jego włosy i z natury rzeczy nie irytowały go tak bardzo. Gdy wreszcie dotarł do tarasu, schował się za rozłożystym krzewem jałowca. Mógł sobie pogratulować, bo faktycznie nikt go nie usłyszał, ale niestety, na niewiele to się zdało, bo pies momentalnie wyczuł go węchem i zaczął ujadać.

— Żeby cię tak elf nawiedził — syknął rozzłoszczony Magnus. Chciał uciec, ale wilczur był szybszy, zeskoczył z tarasu i rzucił się na niego z kłami. Czarodziej krzyknął rozpaczliwie, próbował umknąć. Jego wysiłek okazał się jednak daremny, bo tamten zdążył powalić go masą swego ciała na łopatki.

— Kim jesteś, draniu!? — krzyczał przemieniony w psa Christopher. — Dlaczego zakradasz się pod nasz dom? Odpowiadaj! — Niestety, z uwagi na przybraną postać wilczura jego krzyki były słyszane jako zwykłe powarkiwania i szczeknięcia.

— Zabierzcie tego psa! — wydzierał się czarodziej. — Pomocy! — krzyczał nie na żarty przerażony. Chciał rzucić czar, ale w chwilach utrudnionej koncentracji graniczyło to z cudem. Szamotał się więc bez opamiętania i wołał o ratunek.

— Spokój! Zostaw! — krzyknął nagle Patrick do zwierzęcia. — Gizmo, nie!

Niestety, pies ani myślał zostawiać Magnusa w spokoju i kto wie, jak skończyłoby się to wszystko, gdyby nagle nie ujrzało zwierzę twarzy czarodzieja. Widok okazał się dla niego tak szokujący, że w pierwszej chwili odskoczył do tyłu i zawył, a raczej zakwilił, jakby ktoś nadepnął mu na ogon. Zaraz potem opamiętał się, postawił uszy na sztorc i podszedł niepewnie, z obawą tak wielką, jakby skradał się do jeża. Pełen złych przeczuć zaczął obwąchiwać intruza. Pachniał jakoś tak dziwnie, obco, ale jednocześnie przyjaźnie. To, co jednak nie dawało mu spokoju, to fakt, że wyglądał jak jego brat bliźniak. Jakby tego było mało, miał na sobie to samo ubranie, w którym on, Christopher McGawin, szanowany profesor medycyny, paradował od rana.

— Nie może być — warknął, oblizując wyschnięty z nerwów nos. — Jakim cudem wyglądasz jak ja? Dlaczego jesteś w moich ubraniach? I czemu, u diabła, jestem psem? Odpowiadaj!

Magnus ani myślał podnosić się z ziemi. Skulił się w obawie, że pies znowu go zaatakuje, ale na szczęście w porę zareagował Patrick, podbiegł do psa i chwycił go za obrożę.

— Spokojnie, piesku — powiedział, odciągając go od leżącego mężczyzny. — Spokojnie.

Wilczur nie sprawiał jednak wrażenia spokojnego.

— Ale to jest jakiś oszust! — gorączkował się na pełne gardło. — On… on wygląda jak ja, ale to oszust! Dzwońcie na policję! Niech tu przyjadą i…

— Gizmo, dosyć! — krzyknął Patrick, a tym razem zrobił to tak donośnie, że przestraszony wilczur podkulił ogon. Trudno było powiedzieć, jak wiele z Chrisa było w umyśle psa, ale w tej chwili wydawało się, że zwierzęce instynkty zdominowały pana domu całkowicie. Po tej reprymendzie wilczur usiadł przy nodze Patricka, zaskomlał i wycelował w chłopca przepraszające spojrzenie. Miał tę charakterystyczną psią minę, mówiącą o tym, że to, co przed chwilą się stało, nie jest jego winą. On tylko sobie tutaj posłusznie siedzi, a że ma wielkie, przepraszające oczy i uszy położone niemal na płask, no cóż… to już nie jego wina.

Megan zbiegła w ślad za bratem z tarasu.

— Proszę pana? — odezwała się niepewnie, bo sama jeszcze nie widziała, kim tak naprawdę jest nieznajomy. — Czy wszystko w porządku?

Magnus z niekłamanym trudem wstał wreszcie z krzaków i otrzepał ubranie. Był cały obśliniony i brudny od ziemi oraz igliwia.

— Ta-tato? — wydukał chłopiec, gdy tylko zauważył jego oblicze.

— O Boże… — jęknęła nie mniej zszokowana Megan. — Co robiłeś tutaj w krzakach? I dlaczego nic nie mówisz?

Magnus wzruszył ramionami, bo nawet nie wiedział, od czego tu zacząć. Poza tym miał na głowie ważniejsze sprawy: odnalezienie różdżki i opuszczenie tej bądź co bądź dziwacznej krainy.

— Przez chwilę myślałam, że zamieniłeś się w psa! — krzyknęła z ulgą w głosie Megan.

Inne książki tego autora