Różdżka z FersheyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— No, wystaw języczek, wystaw — poprosił szyderczo Finley.

Magnus ani myślał tego robić, próbował się wyrwać i wypatrzyć u kogokolwiek ratunku, ale nawet tchórzliwy Tobias stał najdalej jak tylko mógł od swojego kramu i dawał jasno do zrozumienia, że nie chce być w nic zamieszany.

Co robić, co robić? — rozbrzmiewało w głowie Magnusa pytanie. Było jasne, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, to wyląduje w piwniczce Finleya i skończy jako inwalida.

Nie miał pojęcia, kto pozbawił Gwenę języka, ale było mało prawdopodobne, by ktoś rzucił na nią zaklęcie. Owszem, w tym świecie czarować mógł każdy, ale tylko wieloletnia nauka koncentracji pozwoliłaby na rzucenie tak silnego zaklęcia. Poza tym czary można było rzucać tylko na siebie lub na przedmioty martwe, nie dało się wpływać na kogoś wbrew jego woli. W tym przypadku jedynym wyjaśnieniem wydawało się to, że Gwena rzuciła czar sama na siebie, ta opcja jednak też nie wchodziła w grę, gdyż karczmarka nie miała stopnia czarodzieja, nigdy nie studiowała magii i siłą swojego umysłu mogła spowodować tylko najbardziej przyziemne rzeczy: podnieść wiklinowy kosz jabłek, osuszyć prześcieradło czy unosić się przez chwilę kilka cali nad ziemią.

Magnus był zdolnym studentem, koncentracji uczył się już jako kilkulatek i mógł na przykład pozbyć się swojego języka nawet na całą dobę, byle tylko wziąć tych bandytów na litość. Pytanie, czy coś by mu to dało. Prawdopodobnie oni nic by sobie z tego nie robili, a za rzucony czar natura z pewnością by go obciążyła — co w tym konkretnym przypadku polegałoby na tygodniowej niemocy w mowie. A on lubił gadać. W soboty prowadził kółko dla zainteresowanych pirotechnicznymi zaklęciami, a wieczorem miał wyjście z córką młynarza. Dziewczyna może nie była za ładna, ale z jego aparycją, cherlawą fizjonomią i wyłupiastymi oczami nie mógł wymagać zbyt wiele. Poza tym świetnie grała na lutni i jakże by to wyglądało, gdyby nie odezwał się do niej nawet jednym słowem? Aby wyjść z tej opresji cało, potrzebował więcej czasu. Musiał coś wymyślić, coś wiarygodnego, i to natychmiast!

— Tracę cierpliwość, Magnesie!

Czarodziej skrzywił się, bo nie lubił, gdy tak się do niego zwracano.

— Liczę do trzech! — zagroził Finley. — Jeden…

— Ja…

— Dwa…

— Poczekaj!

— I…

— Ja mam różdżkę!

Gwena zwolniła uścisk na szczęce Magnusa. Finley zmarszczył brwi. Odsunął sztylet, który chwilę temu wbijał w żebra chłopaka, i podrapał się ostrzem po gardle. W myślach skarcił się, że mija kolejny tydzień, w którym zapomniał się umyć. Jednak to nie było w tej chwili najważniejsze.

— Co powiedziałeś? — spytał.

— Po-powiedziałem, że udało mi się zrobić różdżkę.

— Kłamiesz.

— W… w żadnym razie. Sam wiesz, że od lat próbuję tego dokonać.

Finley wiedział o tym, bo w końcu ten niedojda brał od jego dziewczyny Gweny różne magiczne komponenty i zadłużył się na okrągłe dziesięć funtów.

— Zro-zrobiłem różdżkę — zablefował raz jeszcze zdenerwowany Magnus. — I mam ją schowaną w mieszkaniu. W każdej chwili mogę wyczarować wam tyle języków, ile chcecie.

— I pieniędzy? — spytał z nadzieją w głosie Finley.

— I pieniędzy — zgodził się z nim Magnus.

Gwena o wiele bardziej sceptycznie podeszła do obietnic młodego czarodzieja. Pociągnęła go za kaftan, złapała za ramię i dała znak ruchem głowy, aby szedł blisko niej i prowadził prosto do karczmy, w której wynajmował izbę.

Nagle panującą wokoło wrzawę zagłuszyły głośne dźwięki trąb i bębnów. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tłum zamilkł, a na podium wkroczył dostojnym krokiem szambelan, by obwieścić rychłe nadejście króla. Po jego słowach okolicę znowu przeszyły dźwięki trąb i werbli. Podium rozbrzmiało mnogością kroków, ludzie zaczęli wiwatować, a niebo zasypało mrowie kwiatów i kolorowych wstążek. Gwena z Finleyem łypnęli jeden raz i drugi w kierunku podium, a Magnus zdecydował się wykorzystać tę chwilę i gdy tylko jego prześladowcy popatrzyli w tamtym kierunku raz jeszcze, momentalnie uniósł siłą woli dwa gliniane dzbany stojące przy kramie Tobiasa i grzmotnął ich prosto w głowy. Finley był wątłej postury i padł jak długi, ale Gwena, choć puściła jego ramię i zachwiała się na nogach, nie straciła, niestety, przytomności.

Magnus ani myślał czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Zdecydował się podjąć jeszcze raz ryzyko i pomimo panującego w królestwie zakazu na publiczne czarowanie, rzucił na siebie czar szybkości i zniknął w tłumie.

Na szczęście po drodze nie natknął się nigdzie na straże, więc z czaru zrezygnował dopiero, gdy dostrzegł szyld karczmy „Pod Rwącym Potokiem”. Zawahał się, czy nie wejść drzwiami głównymi, ale postanowił obejść karczmę naokoło, przejść przez podwórze i wskoczyć do izby przez okno. W końcu nie robiłby tego pierwszy raz w życiu. Jak pomyślał, tak też zrobił i równo z wybiciem przez dzwony południa znalazł się w swoim mieszkaniu. Zziajany i roztrzęsiony, począł nerwowo chodzić pośród gratów i rupieci, przeklinając w duchu Gwenę, czary i cały ten nieszczęsny świat,

Czary miały w sobie coś fascynującego, ale zdecydowana większość rozumnych istot bała się z nich korzystać, bo częstokroć wiązały się z bolesnymi następstwami. Magia miała swoją cenę i po każdym zaklęciu natura domagała się równowagi w przyrodzie. Owszem, zdarzało się, że czary uratowały komuś życie. Jeśli ktoś potknął się nad przepaścią i zdążył rzucić na siebie zaklęcie lekkości jak piórko, to nic mu się nie stało, upadek był łagodny. Niestety, niedługo potem osoba taka traciła gwałtownie na wadze, tak że nawet co większy wiatr bywał dla niej niemałym utrudnieniem.

Gdy Magnus podejmował decyzję o rzuceniu zaklęć, wiedział, czego się spodziewać. Jeszcze zanim uniósł mentalnie gliniane dzbany, czuł, że wskutek tego niedługo popadnie w całkowity bezruch. Taka była cena owego zaklęcia. Tego domagała się natura. Gdy natomiast rzucał na siebie czar szybkości, miał świadomość, że już wkrótce jego ruchy dziesięciokrotnie się spowolnią. W tym konkretnym przypadku Magnus mógł się cieszyć, bo przy odrobinie szczęścia obie dysfunkcje mogły nałożyć się w czasie.

Młody czarodziej z szacunkiem podchodził więc do kwestii magii, bo wiedział, jak była potężna i jak bardzo mogła być niebezpieczna. Na rynku, gdy złapała go Gwena, działał pod wpływem chwili, ale też czy był w stanie postąpić inaczej? Można by tę kwestię roztrząsać, gdyby nie fakt, że w tej chwili ważniejsza była najbliższa przyszłość. Z dużym prawdopodobieństwem mógł założyć, że ta nieobliczalna baba wpadnie tu zaraz i wespół ze swoim żądnym krwi chłoptasiem stłucze go na kwaśne jabłko.

— Muszę uciekać — jęknął pod nosem. — I to jak najdalej!

Zaczął pakować co ważniejsze rzeczy. Znalazł cynowy rondel, drewniany kubek i wysłużoną patelnię — kto wie, czy nie będzie musiał żywić się w lesie — i nie zastanawiając się długo, złożył te przedmioty na swoim kocu, świadom tego, że będzie musiał zrobić tobołek, bo torbę zostawił na jarmarku. Następnie wziął nóż, małą poduszkę i księgę o sztuce alchemii. Postukał chwilę palcami po brodzie. Rozejrzał się po izbie i stęknął:

— Skrytka.

Skrytka znajdowała się w podłodze, a była tak sprytnie pomyślana, że nawet Magnus czasami miał problem z jej zlokalizowaniem. Niby ukryta pod jedną z desek, ale tutaj wszystkie deski bez trudu się podnosiły, a podłoże stanowił dywan rzecznych kamieni i nawet demontując całą podłogę, trudno było wypatrzyć małą brunatną szkatułkę. Czarodziej chował w niej najrzadsze ingrediencje oraz dziennik, w którym skrupulatnie prowadził notatki ze wszystkich swoich badań. Musiał ją wziąć ze sobą, lecz w pierwszej kolejności wczołgał się pod łóżko, gdzie chował kluczyk otwierający szkatułkę. Chwilę mu tam zeszło, a gdy sięgnął po kluczyk, jego wzrok przyciągnął podejrzany kawałek mięsa. Leżał na podłodze pośród map i pergaminów.

Z niekłamanym trudem wyczołgał się spod łóżka, podszedł tam, przyjrzał się z bliska…

— Niech mnie krasnoludzki oddech powali na łopatki! — ryknął zdumiony. — To naprawdę jest język!

***

Roztrzęsiony doskoczył do krzesła, na którym stała miska z wodą, pochylił się nad nią niczym stara babuleńka i zmarszczył czoło, bo zawsze tak robił, gdy nad czymś intensywnie myślał. W wodzie przez cały czas unosił się kawałek olchowej gałązki.

Pomruczał pod nosem i zaczął obgryzać paznokieć. Pamiętał dobrze, że Gwena wpadła do jego mieszkania, gdy się mył. Groziła mu, a on tak w sumie bez powodu chwycił ten kawałek patyka, w który wczoraj tak usilnie próbował tchnąć magię, i… I pomyślał o tym, by odpadł jej język, a potem o tym, by zniknęła z jego mieszkania i zajęła się swymi sprawami na obrzeżach miasta. To były jego życzenia… To… to były zaklęcia! To musiały być zaklęcia!

Blade na co dzień oblicze młodzieńca nabrało rumieńców, ciemne, hebanowe oczy wyraźnie zaiskrzyły, a spierzchnięte usta zadrżały. Powoli sięgnął drżącą ręką w kierunku miski, przełknął ślinę i z nabożną czcią chwycił zanurzony w wodzie patyk. Z bijącym jak kowalski młot sercem uważnie mu się przyjrzał. Niepozorny patyk grubości kciuka był długi na trzy palce, ale tym, co przykuło uwagę Magnusa, był ledwie zauważalny blask, jaki pokrywał go niemal na całej długości. Czy to była różdżka? Czy naprawdę udało mu się zrobić to, co próbowało tak wielu przed nim? Jeśli z pomocą tego właśnie przedmiotu sprawił, że Gwenie odpadł język, to oznaczało, że mógł zrobić wszystko. Nawet cofnąć pechowe zaklęcie, którym w gruncie rzeczy nieumyślnie skrzywdził Gwenę. Wystarczyłoby, żeby powiedział: „Niech Gwena ma z powrotem język”. Zresztą zgodnie z naukami o sztukach magicznych on nawet nie musiałby tego mówić na głos. Wystarczyłoby, aby trzymał w ręku różdżkę tak jak teraz i skoncentrował myśl na dowolnym życzeniu. Na przykład na tym, aby Gwena nie tylko odzyskała język, ale by również cieszyła się zdrowiem smoka i żeby, na przykład, miała brodę krasnoluda. Magnus parsknął na myśl o tym ostatnim życzeniu. Nawet nie wiedział, czemu przyszło mu to do głowy. Chwilę później spoważniał jednak, bo poświata otaczająca różdżkę skurczyła się nieco, a to mogło oznaczać, że jego ostatnie myśli zostały naprawdę urzeczywistnione. Magnus aż się zapowietrzył, gdy tylko wyobraził sobie Gwenę, która przechadzając się pomiędzy kramami, zatrzymała się nagle, bo ni stąd, ni zowąd — trach! — broda urosła jej do pasa.

 

— Muszę uważać na to, czego sobie życzę — powiedział do siebie, wpatrując się jednocześnie w kawałek zaczarowanego patyka.

Jeśli faktycznie udało mu się stworzyć różdżkę, to mógł być najpotężniejszym człowiekiem w Fershey. Znowu spoważniał, bo właśnie dotarło do niego, że on naprawdę mógł być najpotężniejszym człowiekiem nie tylko w Fershey, ale i na całym świecie! Wystarczyłoby zażyczyć sobie, aby pozbawić magii wszystkie żyjące stworzenia, i…

Choć Magnus nie wypowiedział ostatniego życzenia na głos, to z impetem przyłożył dłoń do ust, bo był świadom tego, że jeśli dalej będzie tak paplał w myślach od rzeczy, to niedługo sam sobie wyrządzi jakąś krzywdę. Doszedł do wniosku, że lepiej nic już nie będzie zmieniał, a już na pewno nie będzie odbierał Gwenie tego, co przed chwilą jej życzył. No, może poza brodą. Brodą, która na nieszczęście skoncentrowała jego myśli na niedawnych czarach i raz jeszcze zepchnęła go na tory szalonych przemyśleń i głupkowatych teorii. No bo czy świat bez magii na pewno byłby smutny? Gwena z pewnością by się złościła, gdyby straciła magiczne umiejętności. Magnus zresztą też byłby niepocieszony, gdyby nie mógł czarować i gdyby magiczne przedmioty, które posiada, jak choćby różdżka, straciły nagle moc. Jednakże, z drugiej strony, czy reszta świata nie mogłaby się obejść bez czarów? I czy w ogóle magiczne rasy, jak choćby elfy, smoki, kendery bądź krasnoludy, potrzebne były komuś do szczęścia? Poświata na różdżce już któryś raz z kolei zamigotała i nieco się zmniejszyła, a to mogło oznaczać, że bezsensowne bajdurzenie w myślach mogło w jakiś sposób wpłynąć na otaczającą go rzeczywistość.

— Niech to elfia zaraza — zaklął pod nosem, bo sam już się pogubił w tym, które życzenie się spełniło, a które nie.

Musiał się uspokoić i raz, a porządnie sprawdzić, w jaki sposób stworzona przez niego różdżka działa. Zdecydował się zacząć od czegoś prostego.

— Chcę, aby w mojej ręce pojawiła się druga magiczna różdżka — powiedział.

Niestety, poza zmniejszeniem się poświaty okalającej różdżkę nic się nie stało. Czarodziej przeczuwał, że tak będzie. Jako pilnie studiujący szkolarz wiedział, że nie da się wyczarować przedmiotu, który kumulowałby w sobie magię. Gdyby tak było, to już dawno temu ludzie po prostu wyczarowywaliby sobie takie różdżki, szastaliby zaklęciami na lewo i prawo, a to poważnie zagroziłoby równowadze świata i doprowadziło do chaosu. Nie przekreślał jednak stworzonego przez siebie artefaktu. Na razie udowodnił tylko znaną wszystkim zasadę, że nie da się wyczarować czegoś, co miałoby w sobie magię. Jeśli natomiast jego przypuszczenia były słuszne, to z pewnością mógł rzucić każde inne zaklęcie. Mógł ot tak zażyczyć sobie, aby być wysokim, przystojnym i charyzmatycznym mężczyzną. Mógł żyć jak król, mieć piękne konie i zastępy rycerzy. Gdyby miał taki kaprys, mógłby sprawić, aby komuś wyrosła na czole ręka, a nawet… gdyby tylko chciał, samą myślą mógłby kogoś zabić. I to bez żadnych konsekwencji! Stworzona różdżka wydawała się niezwykle potężnym narzędziem i aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wpadła w czyjeś niepowołane ręce. Pytanie tylko, czy w rękach Magnusa była bezpieczna?

Czarodziej w nerwowym geście zaczesał włosy, oblizał usta i uspokoił oddech. Musiał w jakiś prosty, a zarazem szybki sposób sprawdzić działanie tego niesamowitego przedmiotu. Na szczęście chyba wiedział, jak to zrobić, bo nie minęła chwila, kiedy skoncentrował myśli i krzyknął, wyraźnie akcentując każde słowo:

— Chcę mieć koło swoich stóp dziesięć funtów!

Blask emanujący z różdżki stracił na sile jeszcze bardziej i w tej chwili okalał różdżkę na niewiele ponad połowie jej długości. Co ważniejsze, zaklęcie się udało, bo przy szpiczastych ciżmach Magnusa pojawiło się dziesięć funtów. Młodzieniec kucnął, wziął jedną monetę do ręki, ugryzł w celu sprawdzenia jej autentyczności i aż klapnął z wrażenia na ziemię. Dotychczas wyczarowywanie pieniędzy mijało się z celem, bo w myśl zasady, że wszechświat domaga się równowagi, szybko popadało się w długi. Z różdżką kwestia rzucania zaklęć wyglądała jednak zupełnie inaczej. W tym przypadku natura nie obarczała czarującego żadnymi konsekwencjami. Co prawda różdżka miała określoną ilość ładunków i mogła się wyczerpać, ale przecież Magnus skrzętnie notował proces jej tworzenia i wiedział, że będzie mógł sobie zrobić takich różdżek nieprzebrane ilości. Magnus czuł się tak, jakby oszukał cały świat. Jakby oszukał bogów.

— Chcę być bogaty! — ryknął na całe gardło. — Chcę mieć mnóstwo pieniędzy! Chcę, aby monety mnożyły się w moim mieszkaniu! Abym… abym wreszcie pławił się w luksusie!

Pieniądze zaczęły się materializować przy jego stopach. Z początku kopczyk złota nie był duży, ale rósł w zastraszającym tempie i nie minęła chwila, kiedy sięgał mu prawie do kolan.

— Tak! Tak! Tak! — wydzierał się uradowany Magnus.

Czuł się tak, jakby trafił do smoczego skarbca. Złoto mieniło się we wszystkich odcieniach, odgłos brzęczących monet ciągnął się w nieskończoność, a pieniędzy cały czas przybywało. Magnus, zanosząc się od śmiechu, wspinał się po nich i przewracał.

— Kupię całą karczmę z wszystkimi pokojami! Kupię to miasto! Stać mnie na wszystko!

Monety wysypywały się już przez okno, ale w pewnej chwili mnożyły się w tak zatrważającym tempie, że zaczęły wypełniać niemal całe mieszkanie. Magnus z coraz większym trudem unosił się na ich powierzchni. Nagle poczuł się tak, jakby znalazł się na środku bagna, które go wsysa i wciąga. Chciał krzyknąć, aby pieniądze przestały się pomnażać, ale garść monet zapchała mu usta, dłoń, w której trzymał różdżkę, znieruchomiała pod naporem bogactwa, a ciało wypierane przez rosnącą górę złota nagle przywarło do stropu. Belki dachowe zatrzeszczały, a Magnus spanikował, czując, że zaczyna mu brakować powietrza.

— Ne… nie chse byś bogaty — stęknął, wypluwając monety. — Niech… niech te pieniąse sni-snikną — dukał, ściskając w ręku różdżkę… — Niech snikną!

Niech te przeklęte pieniądze znikną! — powtórzył po chwili wyraźnie w myślach. I jak chciał, tak też się stało. W okamgnieniu po pieniądzach nie było już śladu, a Magnus z hukiem runął na podłogę.

— A niech mnie — stęknął, podnosząc się z ziemi. Trochę kręciło mu się w głowie, więc oparł się o drzwi wejściowe i głośno odetchnął.

— Ależ potęga drzemie w tym patyku — mruknął, przyglądając się różdżce. Mieniąca się poświata zmniejszyła się jeszcze bardziej i Magnus skonstatował, że jeśli faktycznie odzwierciedlała ilość możliwych do rzucenia zaklęć, to w tej chwili zostało ich już raptem kilka. To go jednak nie martwiło, bo recepturę stworzenia podobnej różdżki miał zapisaną w swoim dzienniku i w każdej chwili mógł to powtórzyć. W tej chwili ważniejsze było to, aby nie ściągnąć na siebie uwagi osób trzecich. To i tak był cud, że nikt w południe przy tym całym rwetesie nie zauważył wysypujących się z okna pieniędzy.

— Gdzie te pieniądze, które wysypywały się z okna?! — krzyknął nagle ktoś z ulicy.

Magnus zrobił skwaszoną minę. Dlaczego za każdym razem musiał sobie coś wykrakać? Dlaczego?!

— Zniknęły!

— Wysypywały się z tamtego okna! — wrzasnął ktoś inny.

— Dalej! Sprawdźmy, kto tam mieszka!

Magnusa zmroziło. Przecież jeśli ludzie dowiedzą się, że stworzył magiczną różdżkę, to wyrwą mu ją siłą, zakrzyczą, zadepczą i stratują. Musiał coś zrobić, musiał coś wymyślić i to natychmiast. Nie mógł w nieskończoność ryzykować z czarami, bo w końcu przeciąży organizm i straci przytomność (co było powszechne przy korzystaniu z magii), nie chciał też niepotrzebnie eksploatować różdżki, toteż póki co zdecydował się na karkołomną ucieczkę. Wybiegł na korytarz i z paniką w oczach zaczął się rozglądać. Chciał pobiec w kierunku głównej sali bawialnej, która sąsiadowała z kuchnią. Potem mógłby skryć się w miejskich kanałach i opuścić miasto, lecz chmara mieszczan wpadła właśnie do korytarza, odcinając mu drogę ucieczki. Co gorsza, w tej nadbiegającej tłuszczy Magnus dojrzał Gwenę oraz Finleya, więc nie zastanawiając się długo, pobiegł w przeciwnym kierunku, wyskoczył przez okno na nieduży dziedziniec, a stamtąd zacienionym podwórzem wybiegł na jedną z głównych alei miasta. Było tu trochę ludzi i na nieszczęście niektórzy z nich zaczęli krzyczeć:

— Magnusie, zaczekaj!

— Zatrzymaj się!

— Biegnie w stronę potoku!

— Niech to elfia zaraza — zaklął, bo łudził się, że nikt go nie zauważy. Nie poddając się jednak, odbił w wąską alejkę, potem skręcił w lewo, następnie w prawo, zbiegł pogórzem i z niemałą zadyszką schował się za stertą beczek. Znajdował się w miejscu zwanym Zaułkiem Oparów. Okolica była dość niefortunna, a swą nazwę zawdzięczała niedalekiemu wysypisku śmieci, przez które wszystko spowijały śmierdzące i odpychające opary.

— Dziennik — wydyszał nagle z nieskrywaną zgrozą w oczach. W podłodze mieszkania miał schowany dziennik z notatkami z badań. Jeśli obecna różdżka straci moc i będzie musiał zrobić nową, to bez wczorajszych zapisków nie zdoła tego dokonać. Co prawda składników nie było wiele i nawet pamiętał chyba ich proporcje, ale to, w jakich odstępach czasu mieszał ze sobą kolejne komponenty i do jakiej podgrzewał je temperatury, ulotniło się z jego pamięci. Przy tworzeniu kolejnej różdżki na pewno czułby się bezpieczniej z notatnikiem.

— Muszę wrócić do swojej izby — jęknął bezgłośnie pod nosem. — Po prostu muszę…

Nagle dotarł do niego odgłos zbliżających się kroków. Przytknął dłoń do ust, bo jego zadyszka była równie głośna co krasnoludzie chrapanie, i zamarł w bezruchu.

— Na pewno gdzieś tu jest! — powiedział Finley. Ten tubalny, głęboki głos Magnus rozpoznałby w każdych okolicznościach.

— Widziałam, jak tu wbiegał — dodała Gwena.

Magnus zaklął szpetnie i ugryzł się w język, bo pewnie było tylko kwestią czasu, kiedy zajrzą za beczki i potraktują go jak elf zgniłą borówkę. Instynktownie się cofnął, natykając się plecami na murek, który przewyższał go niemal czterokrotnie. Wspięcie nań zdawało się raczej niemożliwe. Kucnął i zagryzł pięść z nerwów. Czuł się jak szczur złapany w pułapkę i jakby nie kombinował, pozostało mu tak naprawdę tylko skorzystanie z czarów.

— Pobiegnij w dół ulicy — usłyszał dudniący głos szczurowatego Finleya — a ja sprawdzę za beczkami.

Tego było już nadto. Przecież jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to ten wyzbyty uczuć barbarzyńca zatłucze go tutaj jak psa i wrzuci do rzeki. Co robić? Co robić? — rozbrzmiewało bezustannie w jego umyśle. Korzystać z różdżki czy może polegać na własnych magicznych umiejętnościach? A jeśli czary, to w jakim zaklęciu szukać ratunku? Powinien dodać sobie siły i stanąć do walki, sprawić, aby stał się niewidzialny, czy może… Nagle Magnusa oświeciło. Zrozumiał, że cofnięcie czasu powinno nie tylko uratować mu skórę, ale również przywrócić ładunki w różdżce. Oczywiście tego typu zaklęcie było zbyt potężne, aby mógł je rzucić siłą własnego umysłu, ale od czego miał różdżkę?

— Jesteś tu, ty mała, włochata kanalio?

Magnus zastygł w bezruchu, bo Finley był już tak blisko, że niemal dało się słyszeć jego nierówny, świszczący oddech. Musiał rzucić zaklęcie cofnięcia czasu i jeśli chciał przeżyć, musiał to zrobić w tej chwili. Po szybkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że najlepiej dla niego byłoby cofnąć się w czasie do momentu, w którym budzi się rano, a w misce pływa w pełni naładowana różdżka. Pozostawało tylko skoncentrować się, zwizualizować myśl, a w chwilach stresu wcale nie było to łatwe.

Ścisnął mocniej różdżkę i…

— Tu jesteś! — usłyszał.

Muszę się skoncentrować! — zganił się w duchu. Zacisnął powieki jak małe dziecko, które zasypiając, boi się nocnego koszmaru, i skupił się na tym, aby przenieść się w czasie. Niestety, nim zdołał dokończyć myśl, Finley go popchnął i mimo że Magnus krzyczał: „Czas! Chcę zmienić czas!”, jedyne, co zdołał jeszcze zauważyć, to spadające na niego beczki. I otoczyła go ciemność.

 

Czyżby zaklęcie się udało? Tego młodzieniec nie wiedział, choć czuł, że spada w jakąś czarną, zimną i przeszywającą strachem otchłań. Chciał krzyknąć, chciał wydobyć z siebie choć jedno krótkie słowo, jednak pęd powietrza zdawał się tak silny, że nie mógł nawet zaczerpnąć powietrza. Z poruszaniem się też nie było łatwiej, bo każdy, nawet najmniejszy ruch kończyną przywodził mu na myśl brodzenie w gęstym i galaretowatym bagnie. Co się ze mną dzieje? — myślał spanikowany. — Czy ja jeszcze żyję?

Wreszcie uderzył o twarde podłoże. Wszechogarniająca czerń nieco pojaśniała. Tu i ówdzie dało się dostrzec krzewy oraz drzewa. W górze na ciemnoniebieskim tle zarysowały się kredowobiałe smugi chmur. Magnus chciał wstać, bez trudu podparł się nawet ręką o zaścieloną leśną ściółką ziemię, lecz jego ciało zastygło w całkowitym bezruchu. Powieki znieruchomiały, oddech się zatrzymał, a wszystkie kończyny przywiodły na myśl upiorną i odlaną z wosku postać.

Inne książki tego autora