Różdżka z FersheyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Różdżka z Fershey

Copyright © Marcin Hybel, 2020

All rights reserved

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

Projekt grafi czny okładki

Kasia Cerazy

ISBN 978-83-8116-933-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Uważaj, czego sobie życzysz…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Różdżka z Fershey

***

Magnus ziewnął, przeciągnął się i uchylił powieki. Miał wielką chęć przewrócić się na drugi bok i zasnąć jeszcze na chwilę, ale przez uchylone okiennice dochodził go z ulicy coraz głośniejszy pogłos rozmów, śmiechów i przyśpiewek. Czarodziej wynajmował niewielką izbę w karczmie „Pod Rwącym Potokiem” i choć zwykle o tej porze dnia panował tam względny spokój, dziś w Fershey obchodzono Wielki Dzień Magii, a to oznaczało, że w całej mieścinie, nie wyłączając z tego ani jednej uliczki, karczmy czy rozdroża, trzeba się było przygotować na wielki gwar i harmider. Jak co roku tego dnia zjeżdżali tutaj w znacznej liczbie ludzie, gnomy, krasnoludy, a nawet znienawidzone przez Magnusa, śmierdzące szyszkami i igliwiem elfy. I nie inaczej miało być tym razem.

Mimo zmęczenia i przepracowanej nocy musiał wstać. Był młodym, niespełna siedemnastoletnim czarodziejem, choć trzeba wiedzieć, że życie doświadczyło go aż nadto już w pierwszych latach dorastania. Rodziców stracił, gdy miał siedem lat, i nader szybko nauczył się, że bez ciężkiej pracy trudno cokolwiek osiągnąć. Może i nie wyróżniał się na tle reszty rówieśników nadzwyczajną inteligencją, jednak był uparty, zawzięty i tak się akurat składało, że chciał coś w życiu osiągnąć. Poprzysiągł więc sobie, że zrobi wszystko, byle dopiąć swego, i jak do tej pory wywiązywał się z tej przysięgi śpiewająco. Najlepszym dowodem na poparcie tej tezy było choćby niedawne i jakże lekkomyślne zaciągnięcie długu u właściciela niniejszego lokalu, a dokładniej rzecz ujmując, u karczmarki, która poza prowadzeniem lokalu i życiem z wynajmu pozostawała w związku z Finleyem, szefem okolicznej bandy przestępców.

Jak życie pokazało, feralna pożyczka nie pomogła w realizacji planu, a termin spłaty nadszedł szybko i nieubłaganie, niczym mknąca ku brzegowi sztormowa fala wzburzonego morza. Sprawa wydawała się dosyć poważna, by nie rzec beznadziejna, i w tej chwili Magnus zastanawiał się, co zrobi mu narzeczony Gweny, gdy do północy nie odda jej dziesięciu funtów. Finley był specyficznym bandytą. Jak przystało na niegodziwca, miał spaczoną wyobraźnię i chore fantazje, ale poza rabunkami i morderstwami lubował się w obwoźnych teatrach. W Fershey nie odpuścił ani jednej trupie teatralnej, wszystkie sztuki takiego Szepira czy choćby Bertiego recytował z pamięci i wprost szalał, szalał bez opamiętania za wszelkiego rodzaju szwarccharakterami wystawianych dramatów. To sprawiało, że bandytą był nad wyraz niebezpiecznym, bo zainteresowania o charakterze scenicznym bezustannie pobudzały jego spaczoną wyobraźnię i popychały do niezwykle wymyślnych w swym okrucieństwie czynów. Gdyby Magnus nie zamierzał oddać Gwenie pieniędzy, mógłby wziąć za pewnik, że jego ostatnie chwile życia przybiorą okropną formę i że skończy przykładowo w sadzawce bez górnej, jakże niezbędnej do życia części ciała — wypisz wymaluj tak samo, jak jedna z ofiar wystawianej niedawno sztuki Trafiony, zatopiony.

Magnusa aż przeszły dreszcze na samą myśl o takim zakończeniu żywota. Wiedział, że musi coś zrobić, że z samego leżenia nic dobrego nie wyniknie. Miał pomysł, jak odbić się od dna, jak zarobić potrzebną sumę pieniędzy, więc złorzecząc pod nosem na swój podły los, zrzucił z siebie wysłużony koc i siadł na skraju łóżka. Podrapał się po brzuchu, ugładził z marnym skutkiem burzę kasztanowych włosów, po czym zamlaskał i zaspanym wzrokiem rozejrzał się po izbie.

Pokoik był malutki, na jego wyposażenie składały się przede wszystkim posłanie oraz stół z krzesełkiem. Poza tymi meblami w pomieszczeniu zalegała nieprzebrana masa rupieci. Stół zawalony był całą gamą naczyń wypełnionych różnorakimi składnikami, a do ścian przybito pęki wysuszonych roślin, brudnych od ziemi korzeni, łodyg, liści, a nawet wiązek siana i gałęzi. Tych ostatnich było w izbie chyba najwięcej. Podłogę natomiast zalegała taka ilość osobliwości, że z trudem dało się dojrzeć rzeczoną podłogę. Z przedmiotów powszednich można by tutaj wymienić skrzynki, kufry i puzderka. Ponadto hałdy pergaminów podrzędnej jakości, wysłużone, pomięte i poplamione mapy, sterty beczułek, flaszek i karafek. Tu i ówdzie walały się również uczelniane sprawunki Magnusa. Pod parapetem leżała niedbale rzucona toga, a przy niej kałamarz i tanie, wysłużone, indycze pióro. Całokształtu dopełniał ustawiony pod oknem kociołek, z którego do tej chwili unosił się przykry i mdły zapach.

Gdyby w królestwie zorganizowano konkurs na największego bałaganiarza miasteczka Fershey, to Magnus z pewnością miałby szansę na podium. A kto wie, czy nie otrzymałby pierwszego miejsca, deklasując nawet stajennego miejscowej uczelni, który, jak głosiła plotka, zrobił kiedyś w stajni taki bajzel, że trudno było znaleźć w niej konia.

Magnus wstał z łóżka i klucząc pomiędzy swoimi skarbami, dotarł do krzesła, na którym stała miska z wodą. W wodzie unosił się patyk długości gęsiego pióra. Westchnął z bólem, bo ten widok tylko mu przypomniał o niedawnej porażce. Nawet pamiętał, jak rozeźlony wczoraj rzucił tym patykiem. To była chyba olchowa gałązka, twarda i gruba nie bardziej od kciuka.

Koniec końców, zignorował obcy przedmiot w misce i zanurzył w wodzie dłonie, pocieszając się w myślach, że kiedyś osiągnie swój cel i tchnie w nieożywiony przedmiot prawdziwą magię.

Nie minęła chwila, gdy nagle za jego plecami drzwi rozwarły się z takim hukiem, że zamykający je skobel przeleciał całą długość pokoju, minął o włos pochyloną sylwetkę młodego czarodzieja i wbił się pomiędzy belki w przeciwległej ścianie.

— Momencik — sapnął Magnus, który właśnie obmywał swoje zaspane oblicze, toteż nie był świadom dewastacji archaicznego zamka. — Już otwiera…

— Gdzie pieniądze?! — Usłyszał jedyny w swoim rodzaju ryk Gweny. Ryk, który można było przyrównać tylko do dźwięku, jaki wydaje tuzin blaszanych powozów wypełnionych kamieniami i pędzących brukowanym tunelem.


Magnus nie miał odwagi unieść głowy, jednakże odruchowo zacisnął dłoń na patyku, który przez cały czas unosił się w misce wody, bo w końcu, gdyby doszło do konfrontacji, chciałby się czymś bronić.

— Pytałam, gdzie pieniądze?!

— Bę… będą dziś — wydukał, nieśmiało się prostując. — Jak obiecałem.

— Obiecałeś wczoraj — wydyszała kobieta. — Obiecałeś przedwczoraj, ale ja już mam dość tych obietnic.

— Obiecałem, to prawda — odparł, celując w sufit swoim kościstym, wskazującym palcem. — Pragnę tylko przypomnieć, że te obietnice dotyczyły właśnie dnia dzisiejszego, a ten dopiero co się zaczął i…

— Przestań mędrkować!

Ryk Gweny, której kobiecość z pewnością była wielokrotnie podawana w wątpliwość, sprawił, że Magnus ponownie skurczył się nad miską wody.

— Oby ci tak język odpadł — wysyczał zajadle pod nosem. Oczywiście czuł podświadomie, że powinien jej to powiedzieć prosto w oczy, ale ta cała Gwena była niemałej postury i jakoś nie miał odwagi na bezpośrednią pyskówkę. Prawdę mówiąc, w tej chwili bał się tak bardzo, że od jakiegoś czasu miał zamknięte powieki i w duchu prosił tylko o to, aby Gwena znikła z jego mieszkania i zajęła się jakimiś sprawami najlepiej na drugim końcu miasta. Był przygotowany na najgorsze. Spiął się w sobie, jakby to miały być ostatnie chwile jego życia, ale o dziwo nic się nie wydarzyło. Gwena nie złapała go za włosy, nie zasypała gradem ciosów ani nie wyrzuciła przez okno. Ona mu nawet nie naubliżała i co ciekawsze, nie powiedziała ani jednego słowa. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu w izbie zapanowała cisza, która z czasem stała się tak przeszywająca, że zaczęła Magnusa wielce niepokoić. Czy to był jakiś kawał? A może jego życzenie się ziściło i natrętna baba ot tak sobie poszła? To byłoby dziwne, bo przecież w życiu rzadko kiedy szło coś po jego myśli.

Czarodziej ostrożnie uchylił powiekę i łypnął w stronę wejścia. Drzwi były otwarte, jednakże po Gwenie nie było ani śladu.

— Co za ulga — sapnął. — Co za szczęście.

Magnus zaopatrywał się u wielu handlarzy w różnego rodzaju składniki oraz magiczne komponenty. Próbował za wszelką cenę stworzyć różdżkę i chyba było oczywiste, że tego typu badania będą kosztowne. Zakupione na kredyt u Gweny ingrediencje na niewiele się zdały, ale na śmierdzące uszy elfa, przecież obiecał jej, że razem z czynszem wszystko spłaci! Prace naukowe za każdym razem pochłaniały mnóstwo czasu oraz pieniędzy, a jakby tego było mało, wymagały jeszcze sporej dozy cierpliwości. Czekanie przez kilka tygodni na spłatę długu było niczym wobec możliwości, jakie dawałaby opracowana przez niego różdżka. Cóż jednak z tego, skoro Gwena była krótkowzroczna i nie trafiał do niej żaden argument. Magnus przeczuwał, że paskudna baba poszła zapewne po swoich znajomków, którzy mogliby jej pomóc w wyegzekwowaniu pieniężnej należności, dlatego nie zwlekając ani chwili, sięgnął po skórzaną torbę, zarzucił ją na ramię i wyszedł z mieszkania. By nie kusić losu, wyszedł jednak przez okno i skierował się w stronę rynku. Z tego też powodu nie dane mu było zobaczyć leżącego na podłodze przy drzwiach kawałka mięsa, który w rzeczywistości był językiem Gweny.

 

***

Przypadający na 30 sierpnia Wielki Dzień Magii był świętem specyficznym. Niby wszyscy bali się czarów, a jednak organizowany tego dnia jarmark w Fershey cieszył się ogromną popularnością właśnie ze względu na czary. Rok w rok przyjeżdżały tu tysiące osób, nie wyłączając z tego grona elfów, gnomów czy krasnoludów, tylko po to, aby zobaczyć popisy najodważniejszych czy może najbardziej szalonych istot kraju. Nie zważając na konsekwencje, śmiałkowie wznosili się w powietrze i lewitowali, materializowali w swych dłoniach ogromne kule ognia, a nawet przemieniali się w co bardziej wymyślne kreatury. Ci jarmarkowi kuglarze zwykle byli niedouczonymi szaleńcami, gotowymi zrobić sobie największą krzywdę, byle tylko zarobić parę groszy. Przyjemnie było na nich popatrzeć, choć w głębi serca Magnus nie pochwalał takiego zachowania, zdając sobie sprawę z tego, że wiele czarów niesie za sobą poważne konsekwencje. Jego rodzice zginęli właśnie przez magię i między innymi dlatego Magnus podchodził do niej z niebywałą ostrożnością. Czarował i czasem robił to nawet od niechcenia, byle tylko ułatwić sobie życie — a to podniesieniem zbyt ciężkiego kosza z zakupami, a to mentalnym podaniem sobie dzbana wody — ale wiedział, na co może sobie pozwolić i gdzie jest granica, której przekroczyć nie wolno.

W tym świecie każdy mógł czarować, ale tylko ten, kto wytrwale studiował magię, miał szansę na ujarzmienie potężniejszych zaklęć i tylko on mógł się szczycić tytułem czarodzieja. Niespełna siedemnastoletni Magnus uczył się dopiero drugi semestr, a wybrany przezeń kierunek dotyczył alchemii i ogólnie pojętej magii praktycznej. To był chyba najtrudniejszy, a już na pewno najniebezpieczniejszy kierunek, jaki można było studiować na angielskim uniwersytecie magii, bo wymagał od ucznia nader częstego korzystania z zaklęć. Chętnych było niewielu, lecz Magnusa to nie zrażało, bo magia od zawsze była jego pasją. Już jako dziecko interesował się tajemnymi sztukami, odgrażając się, że kiedyś dokona wielkich rzeczy i odbuduje zaufanie ludzi do czarów. Śmierć jego rodziców tylko wzmogła w nim chęć spełnienia tych górnolotnych obietnic.

Od dłuższego czasu próbował wynaleźć różdżkę — artefakt, dzięki któremu można by było rzucać czary bez jakichkolwiek konsekwencji. Gdzieś w głębi serca wierzył, że z pomocą tak potężnego instrumentu mógłby dokonywać cudów, jednak póki co starał się nie bujać w obłokach i trzymać trzeźwo faktów. Ludzie bali się magii, zwłaszcza że każdy czar powodował niekorzystne implikacje, ale Magnus wierzył, że można nad tym zapanować, tak jak nad ogniem czy wodą. Magia była fascynująca, trzeba było tylko znaleźć sposób na to, by ją sobie podporządkować. W tym mogłaby pomóc różdżka, której stworzenia — Magnus bardzo mocno w to wierzył — był już bardzo, bardzo bliski.

Zły na siebie, przygryzł dolną wargę, bo znów poniosły go marzenia. Rozmyślał o różdżce, choć przecież o wiele bardziej palącym problemem było dla niego w tej chwili zobowiązanie finansowe wobec Gweny. W końcu z jego pracy, nauki i doświadczeń nic by nie było, gdyby wylądował na dnie pobliskiej sadzawki.

Magnusowi na samą myśl przeszły ciarki po plecach. Wiedział, że ta baba jest zdolna do wszystkiego. Obracała się w przestępczym światku, kolegowała się z przebiegłymi gnomami, nie peszyła się w towarzystwie elfów, no i była narzeczoną Finleya — rzezimieszka, którego psychika była ponoć tak spaczona, że w swoim domu hodował pająki. Magnus przeraźliwie bał się pająków i wiedział, że Gwena nie jest wymarzonym partnerem do jakichkolwiek interesów, ale prawda była taka, że tylko ona miała tak trudne do pozyskania składniki. Szpony kapika, nasiona fiszki czy łapy bagiennego imucha pozostawały w sferze marzeń większości alchemików. A skoro pozbawiony jakichkolwiek środków finansowych Magnus potrzebował tych rzeczy do badań, to nie miał innego wyjścia, jak tylko zaopatrzyć się w nie na kredyt. A w tej chwili jedynym wyjściem z sytuacji było po prostu oddanie długu.

Gdy wyskoczył przez okno swojej izby i przebiegł podwórzem, jego kroki jeszcze przez jakiś czas rozbrzmiewały cichym echem. Na jednej z głównych ulic szybko znikł w tłumie. Z centralnej części miasta dochodziły do niego śpiewy, dźwięki piszczałek oraz krzyki przekupniów. Przed karczmą rozłożono kilka kramów, ale stali przy nich tylko ci najbiedniejsi handlarze, których nie było stać na wykupienie miejsca na rynku. Prawdę mówiąc, Magnusa również nie byłoby na to stać, ale dzięki uprzejmości kuzyna, który był cukiernikiem, mógł korzystać z części jego straganu za darmo.

Uliczka, którą szedł, była wąska, brukowana i wiodła wzdłuż urokliwych kamieniczek po niewielkim łuku. Panoramę miasta tworzyły strzeliste dachy kryte czerwoną dachówką i okazała wieża ratuszowa, na której w tej chwili zegar wskazywał godzinę dziesiątą trzydzieści. Oznaczało to, że do oficjalnego otwarcia jarmarku zostało tylko pół godziny.

Magnus był ciekaw inauguracyjnego przemówienia króla oraz towarzyszących otwarciu popisów akrobatów, choć aby być uczciwym, należy wspomnieć, że jego pośpiech wynikał przede wszystkim z potrzeby zarobienia pieniędzy. W tych godzinach na jarmarku można się było spodziewać największego ruchu, a odwiedzający przyjezdni właśnie wtedy najchętniej sięgali do mieszków. Jeśli miał zarobić dziesięć funtów i uratować swoją skórę, to tylko w tych godzinach.

Gdy dotarł na obrzeża rynku, był już spocony i dostał zadyszki. Kondycja nigdy nie była jego silną stroną. Na domiar złego panował tu taki ścisk, że w pokonaniu tłumu mógłby chyba pomóc jedynie czar latania. Oczywiście nie wchodziło to w grę, bo nie dość, że publiczne czarowanie bez urzędowej zgody było surowo zabronione, to jeszcze wiązało się z późniejszymi, jakże uciążliwymi dla organizmu konsekwencjami, które były Magnusowi nie w smak. Koniec końców, przycisnął torbę do piersi, po czym dał się ponieść tłumowi.

— Pyszne budynie! — wypalił do niego nagle jakiś człowiek zza pleców — Waniliowe, czekoladowe i…

— Są zbyt ładne — rzucił przez ramię młody czarodziej. — Zakładam, że niejadalne.

— No co też mówicie — zaperzył się kupczyk. — Świeżutkie, pachnące, a smaczne, że palce lizać! Jedyne ćwierć funta!

— Ćwierć funta?! Taki majątek ostatnio miałem w ręku ponad tydzień temu. Spasuję.

Niepocieszony kupczyk mówił coś jeszcze, ale Magnus, niesiony wraz z tłumem niczym łódka na falach, zniknął mu z oczu.


— Może chrupiącego precelka? — usłyszał nagle z drugiej strony.

— Nie mam ochoty.

— Kiedy jest smaczny, młodzieniec spróbuje!

Wyschnięty na wiór bajgiel uderzył nagle Magnusa prosto w zęby. Nawet nie zdążył zaprotestować, kiedy to, znów niesiony z tłumem, znalazł się daleko, daleko z przodu.

— Piankowy garniec piwa? — usłyszał przed sobą.

— Nie trzeba, odejdź, bo się spieszę.

— To może trochę cydru?

— W żadnym razie — zbył go pośpiesznie czarodziej. — Czas nagli…

— Masz dziś szczęście! — huknął mu do ucha kolejny natręt. — Ograj mnie w karty lub kości, a wygrasz fortunę!

Magnus skrzywił się i dojrzał kątem oka, że to jakiś obwoźny kuglarz. Zza przepaski na czapce wystawało mu piórko i wachlarz kilku kart, a w ręku kołysał się kubek z drewnianymi kośćmi, którym w tej chwili lawirował nad głowami kłębiącej się tuszy.

— Tak się składa, że się śpieszę… — zaczął Magnus.

— Chcesz przejść koło majątku obojętnie? — zdziwił się kuglarz.

— Przyznam szczerze, że w tej chwili tak. Wolałbym.

— No co też ty, chłopcze — zaperzył się niby wielce urażonym tonem. — Może tego nie wiesz — dodał konspiracyjnie — ale widać po tobie, że się urodziłeś pod szczęśliwą gwiazdą…

— No cóż… Na pewno pod gwiazdą — odparł uprzejmie czarodziej. — Resztę informacji ma pan raczej błędną.

— Masz odwagę zignorować szansę na wielką wygraną? Przecież od ciebie aż bije aura pomyślności, sukcesu i niespełnionej fortuny! Uwierz mi, ja się nie mylę.

— W takim wypadku tym bardziej nie mam śmiałości na hazard z kimś, kto się nie myli.

— Ale…

— Żegnam!

Magnus jeszcze przez bite dziesięć minut musiał się odganiać od napotkanych kupczyków, kanciarzy, sztukmistrzów i innych ulicznych szulerów. W końcu dotarł niemal do samego centrum rynku, na którym po okręgu gnieździły się dziesiątki kramów. Pośrodku było podium udekorowane kolorowymi wstążkami i bukietami kwiatów, a od zachodniej strony ciągnął się drewniany pomost pilnowany przez halabardników. Platforma została zbudowana specjalnie na dzisiejszy dzień i już za chwilę miała nią przejść grupa najznamienitszych dostojników dworu, z królem na czele. Ten surowy, choć sprawiedliwy i oszczędny w słowach staruszek stronił od tłumów, rzadko kiedy pokazywał się publicznie, większość spraw, nawet tych o zasięgu międzynarodowym, zwykle załatwiał, wysługując się swymi doradcami, jednak podczas Wielkiego Dnia Magii lubił zaszczycić tłum swoją osobą. Podobno fascynowała go magia i Magnus dostawał aż wypieków na samą myśl o tym, że ktoś o tak wysokiej pozycji społecznej może podzielać jego pasje. Czarodziej jeszcze nigdy w życiu nie był tak blisko króla i ciekawiło go, czy dziś uda mu się przyjrzeć władcy nieco dokładniej. Stragan kuzyna, do którego właśnie dotarł, oddalony był od centrum rynku o kilkanaście jardów, na drodze do podium znajdowały się jeszcze inne stoiska, jednak miejsce nie było złe i Magnus cieszył się nie tylko z tego, że będzie niemal w samym środku wydarzeń, ale również z tego, że będzie miał szansę zarobić tu naprawdę duże pieniądze.

— Dzień dobry, Tobiasie! — wysapał, przekrzykując tłumy kłębiących się ludzi i nieludzi.

Jego kuzyn, cukiernik, liczył dwadzieścia cztery lata i chlubił się żałosnym wąsikiem, który, jeśli wierzyć plotkom, zapuszczał już trzecią zimę. Niegrzecznie byłoby drwić z jego zarostu, toteż wystarczy, jeśli się powie, że gęściejsze owłosienie miał tutejszy kowal na palcach u dłoni.

— Witaj, kuzynie! — odkrzyknął Tobias. — Czyżbyś trochę zaspał?

— Nawet szkoda gadać…

Tobias zaśmiał się i zakręcił końcówkę żałosnego wąsa.

— Sierpniowe upały chyba ci nie służą, co?

— Mi już chyba nic nie służy — odparł od niechcenia Magnus. Wiedział jednak, że nie przyszedł tutaj biadolić, toteż począł wyciągać ze swojej torby woreczki nasion i pięknie zdobione ryciny, które przedstawiały wielobarwne krzewy, kwiaty i rośliny.

Magnus szczerze wierzył, że w tym roku wkupi się w łaski mieszczan i w przeciwieństwie do minionego roku, sprzeda zadowalającą ilość swych produktów. Ostatnio handlował alchemicznymi dekoktami własnej produkcji, ale finał był taki, że zamiast podbić swymi wyrobami rynek, to inni podbili mu oko i złożyli skargę. Bednarz z drugiego końca miasta utrzymywał, że po zastosowaniu jego specyfiku na bezsenność spał cięgiem przez dziewięć dni oraz nocy i nawet wylewane na jego głowę kubły zimnej wody nie mogły go wybudzić. Po tym wszystkim nabawił się kataru i uporczywego bólu gardła. Tutejszy zaś myśliwy z kręgu łowieckiego po wypiciu specyfiku na porost włosów podrósł o dwie stopy, pozostając łysym, a szynkarz po spożyciu domniemanego eliksiru odchudzającego stracił coś na wadze, ale wciąż ma tak srogą biegunkę, że przy najmniejszym kichnięciu w jego portkach robi się prawdziwy bałagan.

W tym roku miało być jednak inaczej. Magnus postawił na nasiona egzotycznych kwiatów, które mogły nie tylko nadać blasku najbardziej ponurej izbie, ale również stanowić ozdobę okolicznych ogrodów, parków czy witryn sklepów. Pomysł wydawał się trafiony i młody czarodziej był przekonany, że zdoła zachęcić okolicznych przechodniów do skorzystania z jego oferty. Do tej pory życie niemal na każdym kroku doświadczało go dotkliwymi porażkami, toteż miał chyba prawo wierzyć, że wreszcie los zacznie mu sprzyjać.

 

— Los ci chyba nie sprzyja — mruknął nagle posępnym tonem Tobias.

Magnus zagryzł wargę, złorzecząc przy tym w duchu, że zawsze musi sobie wykrakać najgorsze.

— A o co chodzi? — spytał z niesmakiem.

— Spójrz tam. To Gwena… Chyba idzie do nas, a jak znam życie, to sprawę ma pewnie do ciebie.

Magnus spojrzał w kierunku, który wskazywał Tobias, i ni stąd, ni zowąd jego duże oczy zrobiły się jeszcze większe, a serce poczęło bić tak szybko, jakby chciało wypaść z piersi i pognać gdzieś hen daleko, najlepiej za granice kraju.

***

Nie zważając na nic, Gwena spychała wchodzących jej pod nogi ludzi, sapiąc przy tym jak parowa kolejka gnomów. Jej tłusta twarz była tak czerwona, że można byłoby pomyśleć, iż ktoś zabronił jej dziś zaczerpywać oddechu.

— Niedobrze — syknął wystraszony czarodziej. Przełknął ślinę, w nerwowym geście zaczesał włosy i cofnął się o krok, bo tak rozjuszonej Gweny chyba jeszcze nie widział. — Nic tu po mnie, Tobiasie…

Nie chciał ryzykować ponownego spotkania, już miał odejść od kramu, by wtopić się w tłum, kiedy nagle ktoś zaszedł go od tyłu i złapał za pasek.

— Mam go, Gwen! Mam go!

Magnus obejrzał się i dostrzegł szczurowatego Finleya. Blada cera, wystające zęby, zezowate oczy i ostra z profilu facjata były niejako wizytówką tego paskudnego bandyty, a zapach niemytego ciała stawiał przysłowiową kropkę nad „i” i potwierdzał, że o żadnej personalnej pomyłce nie mogło być mowy. Ten mikrus był narzeczonym Gweny i doskonałym przykładem na to, że miłość potrafi być ślepa.

— Puszczaj! — syknął Magnus. — Mam jeszcze czas, żeby oddać pieniądze!

Finley uśmiechnął się z pogardą i splunął na ziemię. Zrobił to dokładnie w ten sam sposób co szalenie przystojny Istwud w wystawianej nie tak dawno sztuce Bez przebaczenia.

— Tu nie chodzi o pieniądze, synku… — mruknął tak samo sennym jak u wspomnianego aktora, ale zarazem jakże zatrważającym tonem

— A o co?

Finley lubował się, gdy ofiary motały się w swoich zeznaniach i próbowały go przekonać, że tak naprawdę nie mają pojęcia, o co może chodzić.

— Nie wiesz, o co chodzi, tak? — warknął, żałując przy tym, że nie ma w ustach wykałaczki. — Naprawdę nie wiesz, czego możemy od ciebie chcieć?

Magnus patrzył to na Finleya, to na Gwenę i gdyby nie strach ściskający go za gardło, to mógłby przysiąc, że czuje się jak podczas rozgrywek w gnomskiego tenisa.

— Nie mam bladego pojęcia, czego możecie ode mnie chcieć — pisnął Magnus. — A teraz proszę, dajcie mi pracować, abym mógł przed północą oddać wam pieniądze.

Twarz Finleya już po raz drugi dzisiejszego dnia wykrzywił grymas pogardliwego uśmiechu.

— Pieniądze — westchnął, celując spojrzenie prosto w bezchmurne niebo, dokładnie tak jak robił to Bonson w Pewnego razu na brudnym podwórzu. — A brak języka u mojej Gweny to nie twoja sprawka?

— Oczywiście, że nie moja sprawka!

— A jeśli wezmę cię do swojej piwniczki na spytki, to nadal będziesz twierdził, że to nie twoja sprawka?

Magnus przełknął ślinę, bo o piwniczce Finleya krążyły po mieście legendy. Ponoć poza pająkami znajdowały się tam przerażające urządzenia, jak krzesło najeżone kolcami, koło do łamania kończyn i liny do… do… Magnus nie pamiętał już, do czego były liny, ale był święcie przekonany, że i one robiły niewyobrażalnie przykre rzeczy.

— Ja… ja przysięgam, że nie urwałem Gwenie języka — wydyszał, próbując ostatkiem sił zachować spokój i opanowanie. Czuł, że powoli brakuje mu powietrza. Nie dość, że na rynku panował zaduch, to jeszcze Gwena z Finleyem osaczyli go tak bardzo, że niczego tak naprawdę poza nimi nie widział. — Słuchajcie, dlaczego nie usiądziemy gdzieś i na spokojnie…

Reszta słów ugrzęzła mu w gardle, bo Gwena uniosła nagle rękę grubą jak baleron, chwyciła go za poły szat, podniosła i przysunęła do siebie z taką werwą, że aż zetknęli się czubkami nosów. Chciała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko głuchy pogłos stęknięć i pomruków. Albo udawała, albo ktoś faktycznie pozbawił ją języka.

— Spuścimy ci lanie — syknął mu do ucha Finley, a żeby to zrobić, niestety musiał stanąć na palcach. Wzrost był niemałym kompleksem tego rzezimieszka, potrójne wkładki w butach niewiele dawały, ale mężczyzna i tak dzielnie to znosił, pocieszając się w myślach, że nie można mieć przecież wszystkiego. Zresztą niski wzrost nadrabiał głębokim — jego zdaniem interesującym, iście scenicznym — głosem i dość niezłym profilem.

— Ale ja nic nie zrobiłem! — wystękał Magnus. Wierzgał przy tym co sił nogami, bo za wszelką cenę chciał wreszcie dotknąć z powrotem ziemi.

— To przez ciebie Gwena nie ma języka — cedził przez zęby rzezimieszek. — I nie mogę się doczekać, aż złoję ci za to skórę!

— To jakaś pomyłka!

— Pomyłkę poczyniłeś, pozbawiając moją narzeczoną języka.

— Kiedy to… to naprawdę nie ja.

Gwena warknęła, a Finley raz jeszcze przybliżył się do ucha Magnusa. Powoli zaczynały go boleć stopy od tego ciągłego stawania na palcach.

— Cierpliwość nie jest moją mocną stroną — przestrzegł go lodowatym tonem. — Jeśli zaraz nie zdradzisz, co zrobiłeś z językiem Gweny, to pożałujesz, że się urodziłeś.

— Ale ja już żałuję, że się urodziłem!

Finley zrobił kwaśną minę, bo nie bardzo wiedział, jak się ustosunkować do takiej odpowiedzi. Gwena wykazała się większą lotnością umysłu. Postawiła na ziemi przestraszonego Magnusa i otworzyła przed nim szeroko usta. Poza postępującą próchnicą i nieprzyjemną wonią niestrawionej cebuli Magnus skonstatował, że karczmarka faktycznie pozbawiona została języka.

— T-to niemożliwe! — wydukał zszokowany. — O-ona nie ma języka…

— A nie ma — powtórzył teatralnie Finley. — Ale ty sprawisz, że znowu będzie go miała, prawda?

— Ale jak? — pisnął nie na żarty przerażony czarodziej. — Przecież nie da się wpływać na kogoś czarami! Na studiach…

— Nic mnie nie obchodzi, co robicie na studiach! — wypalił poirytowany Finley. — To przez ciebie ona straciła język i przez ciebie teraz go odzyska! Rozumiemy się?

Magnus wysilił się na nerwowy uśmiech. Może to był jakiś dowcip? Zbliżał się drugi rok studiów magicznych i kto wie, czy grupka jego znajomych szkolarzy nie postanowiła sobie z niego zażartować. Odrzucił jednak ten pomysł, gdy tylko Finley przytknął mu do żeber czubek sztyletu.

— Czyżbym brzmiał mało przekonująco? Mam ci zrobić dziurkę pod żebrami? Chcesz sikać spod pachy?

Magnus przełknął ślinę z taką miną, jakby to był kłębek kolczastego pędu. Zerknął jeszcze raz w usta Gweny i poczuł, że po plecach przechodzą mu dreszcze. Jak to było możliwe, żeby nie miała języka? Kto mógł jej wyrządzić taką krzywdę? Mało kto lubił Gwenę, ale Finley, jej narzeczony, przewodził podziemnej szajce złodziei, więc chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby zachodzić jej za skórę. Kupno rzadkich ingrediencji na kredyt akurat u tej kobiety wydało się nagle Magnusowi najgłupszą rzeczą, jaką w życiu zrobił. Nawet głupszą niż podrzucenie świni do łóżka śpiącemu preceptorowi. Wtedy groziło mu co najwyżej wydalenie z uczelni, teraz groziło mu wydalenie z tego świata. Sprawa niewesoła, by nie rzec — beznadziejna.

— Pójdziesz grzecznie z nami — odezwał się chłodno Finley — i bez niepotrzebnych świadków sprawisz, by Gwena miała język z powrotem. Rozumiemy się?

— Ja… ja… poczekajcie… dajcie mi pomyśleć…

— Mogłeś myśleć wcześniej.

— Ale ja…

Łotrzyk wetknął ostrze sztyletu pod żebra Magnusa tak mocno, że reszta słów ugrzęzła mu w gardle. Gwena zaś naparła na niego całym swoim ciałem. Była dość potężnej postury, tak że młody czarodziej przywarł plecami do drewnianej konstrukcji straganu i błagał w myślach o cud.

— A może najpierw odetniemy twój język, co? — spytał nagle z upiornym błyskiem w oku rzezimieszek. — Oglądałeś kiedyś Milczącego z owcami?

Gwena wybuchła potokiem nieartykułowanych dźwięków, wśród których prym wiodły spazmy oraz chichoty. Chyba spodobała jej się wizja odcięcia magowi języka, bo nie minęła chwila, kiedy to złapała go stalowym uściskiem za szczękę i ruchem głowy dała znak, by otworzył usta.

Inne książki tego autora