Powtórka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czemu zabił dziewczynę w ciąży? – spytał Nowak. – To najohydniejsza rzecz… osoba, martwa, jaką widziałem.

– Musimy dopiero ustalić, co było pierwsze – zauważył Halicki. – Ale zrobił dziewczynie przysługę, w końcu żyjemy w kraju coraz bardziej kościelnym. Więc bez brzucha będzie miała chociaż pochówek – zadrwił.

– To, o czym mówiłeś, Żółtko, to podobna sprawa z dwa tysiące siódmego roku – dodał Brodzki i kiwnął do Daktyla, by przełączył na kolejny slajd. Na zdjęciu hinduska kobieta wisiała na parcianym pasku. Brodzki obiecywał sobie, że nie będzie się odzywać na komendzie, ale język go świerzbił. – W Indiach, kobieta starsza od naszej denatki o pięć lat, powiesiła się, kiedy nagle, bum, zaczęły się skurcze. Noworodek jakimś cudem wyszedł spontanicznie z ciała kobiety bez niczyjej ingerencji. Znaleziono go zdrowego na podłodze. To zdaje się, tak jak wczoraj, Żółtko?

Cała sala spojrzała na policjanta. Halicki podszedł do Tomka i zaczął klaskać.

– Należą ci się gratulacje, młody – zakomunikował komendant i podszedł do aspiranta. – Wielkie brawa dla kolegi, oto wzór dobrego policjanta.

Koledzy zaczęli klaskać i gwizdać, Żółtko się lekko uśmiechnął.

– Jakkolwiek była to z twojej strony samowolka. Myślisz, że jesteś bystry? – Komendant podszedł i zmierzył go wzrokiem, przecierając swój duży nos materiałową chusteczką. – To puść bańkę nosem, Żółtko. Bystra, to może być woda w klozecie. Pamiętaj, że to nie Dziki Zachód. Nie potrzebujemy tu szeryfów. Pamiętaj, że oni zawsze dostają w końcu kulkę w plecy. Nie ma mocnych w tym mieście.

I klepnął go po policzku, jak szef włoskiej mafii, na którego bynajmniej nie wyglądał.

– Daj spokój młodemu, nowy jest – rzucił Brodzki, opierając się jedną nogą o ścianę z tyłu pokoju. – Co z tym palcem, Daktyl? Bo to mnie najbardziej ciekawi.

– Został obcięty – odpowiedział technik.

– Ty, Żółtek – zagaił Nowak.

– Jo?

– A właściwie, to czemu Daktyl ma dwie różne gały?

– Nie słyszałeś? Kiedyś był w szkole policyjnej. Miał najlepsze oceny, prawdziwy rambo – zauważył Tomasz.

– I?

– Walczyli po pijaku na kije, jakieś kendo czy coś. I dostał tym kijem w oko. Ma ciemny kolor, ale to prawdziwe oko. Tylko, że nic na nie nie widzi. I teraz ma jedno.

– Jak ten piłkarz ręczny, jo? Daktyl też ma teraz ponoć lepszy wzrok. Jak sokół, co nie? – Nowak się zaśmiał.

– Nie przeszkadzam wam? – przerwał Daktyl. Nowak nie wiedział, w które oko patrzeć, więc, jak uczono go w szkolnym kółku teatralnym, patrzył w punkt pomiędzy.

– A więc palec został obcięty – powtórzył Brodzki. – Co w tym niezwykłego?

Daktylowi nie podobało się, że Nowak i Żółtko go nie słuchali. Naciągnął przydługie rękawy swetra na palce.

– Była kiedyś sprawa, którą prowadził Brodzki – wtrącił Halicki, po czym spojrzał na technika. – Dziękuję Daktyl. Głośny proces. Ofiara również miała ucięty palec.

– Sprawa była o tyle nietypowa, że ucięto go wtedy obcinaczem do cygar. Ofiara nazywała się Hanna Krosny. Ktoś słyszał? – zapytał Daktyl.

Nazwisko prześwidrowało głowy młodych policjantów. Uczyli się o tym w szkole policyjnej.

Ale sala milczała. Po tym, jak Komediant zrugał Żółtkę, nie było chętnych do zabierania głosu. ­Ciszę sali przeszywało tylko szuranie gąbki pocieranej o tablicę w rogu. Wszyscy spojrzeli na Kosmę, który bawił się tablicą.

– Sprawców złapano – powiedział bezosobowo Brodzki. – Naprowadziły nas na nich specyficzne ślady po cięciu. Wykonane było ono zawsze… ptasim pazurem. Dowody się zgadzały. Sprawa zamknięta.

– Jak to ptasim pazurem? – spytał Żółtko.

– Obcinaczem do cygar, wykonanym z ptasiego pazura. Na rynku istniał jeden egzemplarz. Przez domy aukcyjne dotarliśmy do szaleńca, który z obcinacza urządził sobie narzędzie tortur – wtrącił Halicki. – Zwłoki w czerwonym płaszczu, wiszące kiedyś pod Garbatym Mostkiem. Kosmita, przydaj się na coś i zapisz.

– Ale co zapisać, panie komendancie? – dopytywał Kosma.

– Żeby sprawdzić dowody w sprawie – zauważył Halicki. – Musimy zobaczyć, czy tamto narzędzie nie pasuje przypadkiem do naszego „paluszka Bema”. Obcinacz powinien być w magazynie dowodów. Żółtko?

– Tak jest, komendancie.

Brodzki pobladł.

– Na moje oko to nie jest ten sam przedmiot. Ruszyłbym raczej innym tropem – powiedział. Halicki spojrzał na niego podejrzliwie.

*

W gabinecie komendanta rozległo się pukanie.

– Komendancie, można? – spytał Żółtko.

Przyszedł z Daktylem. Halicki wskazał ręką, by weszli. Stanęli przed jego biurkiem, trzymając kilka kartek w rękach.

– Komendancie…

– Zaraz! – przerwał im, nie odrywając wzroku od laptopa. Kończył właśnie grę w szachy online, drapiąc się jednocześnie metalowym pajączkiem po głowie. – Jak dobrze, że w grach można cofać ruchy. Inaczej niż w życiu – spojrzał na nich. – A wy co tacy bladzi, jakbyście po kolędzie chodzili?

– Może ja zacznę – chrząknął Żółtko. – Ten obcinacz… Jakby to powiedzieć, komendancie.

– Najlepiej powiedzieć głośno i wyraźnie, aspirancie.

– Ten obcinacz zniknął. Karton w magazynie jest pusty.

– Co?! – Halicki się poderwał. – Co z inwentarzem, musi być w spisie.

– No właśnie w tym rzecz, że jest w spisie, ale nie ma nawet sygnatury. Tak, jakby jej nie nadano – zawahał się Żółtko. – Tak, jakby dowód nigdy tam nie dotarł.

– Rozumiem. – Halicki podrapał się po łysinie. – Rozumiem, świetna robota. Chyba wiem, co z tym zrobić, nie przejmuj się – zbagatelizował całą sprawę komendant.

– Ale, komendancie, to był ważny dowód w procesie poszlakowym…

– Już się tak nie interesuj. Chyba wiem, co się z nim stało. Odmaszerować.

Zdezorientowany Żółtko spojrzał na spoconego Daktyla, kiwnął głową i wyszedł.

– No dobrze, Daktyl. To teraz proszę o dobre wieści.

– No więc…

– Nie zaczyna się zdań od „no więc”, Daktyl!

– Szczegółowo przeanalizowaliśmy dane znalezione na miejscu zbrodni po ujawnieniu zwłok – zaczął, pocąc się przy tym niemiłosiernie.

– No mówże!

– Ze wstępnych ustaleń wynika, że krew znaleziona na podłodze w hali nie należała tylko do jednej osoby.

– Jesteś pewien?! – spytał, gorączkując się Halicki.

– Tak.

– No to Houston, mamy, kurwa, problem. – Komendant przetarł ręką czoło i rzucił okiem na Daktyla. – Możesz tak nie biegać tym wzrokiem?

– Przepraszam, szefie. – Teraz to Daktyl przetarł czoło w zdenerwowaniu.

– Kiedy będą szczegółowe wyniki?

– Robimy, co możemy, porównujemy z bazą. Nie jest to jednak proste.

– Dlaczego?

– Druga krew ma inną strukturę, jakby rozmrożoną.

Halicki aż podskoczył na fotelu.

*

Brodzki przypatrywał się wirującemu pod sufitem wiatrakowi. Usiadł na obrotowym krześle i próbował kręcić się w odwrotną stronę.

Z zadumy wyrwał go trzask zamykanych przez Halickiego drzwi z okrągłą klamką i dzwoniącą szybą.

– Jak to możliwe, mój kolego, co? – spytał Halicki, gdy zasłaniał żaluzje. W międzyczasie Brodzki zdążył spotkać się wzrokiem z Tomaszem Żółtką, który rozmawiał o czymś z Kosmą i Nowakiem.

– Jak możliwe, że co?

Halicki zniknął za biurkiem, szukając czegoś w szufladach. Wreszcie wyciągnął opasłe tomiszcze akt.

– Co to?

– Pogrzebałem trochę. Dziewczyna, którą znaleźliśmy dwadzieścia dziewięć lat temu, Hanna Krosny, była wykrwawiona do cna. Ktoś specjalnie upuścił z niej całą krew i uciął jej symbolicznie palec.

– Pamiętam.

– O to właśnie chciałem spytać, Brodzki. Bo widzisz, w aktach jest napisane, że znaleziono ten obcinacz do palców u Szabańskiego.

– Skoro tak jest napisane, to tak musiało być – zbywał go Brodzki.

– I materiał, ubranie Hani ze śladami Szarego.

– Skoro tak jest napisane, to tak musiało być – zbywał go dalej Brodzki.

– Szabański zawisł. Szary poszedł za kraty, do dziś siedzi w Koronowie – wyliczał Halicki. Brodzki przytakiwał. – Tylko jakim cudem, teoretycznie istniejące dowody, w praktyce nie istnieją?

– O czym ty mówisz? – zdziwił się Brodzki, na co Halicki rzucił mu raport od Daktyla. Papier pachniał jeszcze świeżym tuszem z drukarki.

– Wychodzi na to, że niektórych dowodów nigdy nie było – zakomunikował Halicki, składając dłonie w koszyczek.

– Chodźmy coś zjeść. Pogadamy – zaproponował detektyw.

– O czym?

– O dowodach, których nie było.

– Tu do nas, na PCK? – spytał Halicki, mając na myśli bar policyjny obok komendy.

– Nie. Te ściany mają uszy. Chodźmy tam, gdzie jest gwarno.

*

W barze Małgośka był ruch jak zawsze. Mleczny przy ulicy Szczytnej cieszył się niesłabnącym zainteresowaniem i renomą dobrej jadłodajni od niepamiętnych czasów, kiedy jeszcze mieściła się tu restauracja Express, a wódkę można było pić prosto z butelki. W czasie pracy.

Zielonkawy szyld i duże szyby nie pozostawiały wątpliwości, że mamy do czynienia z klasycznym barem w starym stylu, gdzie wątróbka ściele się gęsto, a klienci nie zawahają się podać przez ladę słoika na zupę.

Duża sala, metalowe stoliki i krzesełka, odmalowane na jagodowy kolor słupy i szeroka lodówka pełna galaretek, jajek z majonezem, kompotów i bułek z pastą jajeczną były wehikułem przenoszącym klientów do czasów wody z saturatorów popijanej przy lekturze Sztuki kochania Michaliny Wisłockiej. Czaru lokalowi dodawały zaprawione w bitwach na kotlety szwajcarskie bufetowe w czepkach i fartuszkach.

 

– Co więcej, kochanieńki? – spytała szefowa lokalu, pocierając opuszki kciuka i palca wskazującego, tuż nad klawiaturą kasy fiskalnej. Był to znany odruch osób długo pracujących w tej branży.

– Wynika, że tak naprawdę Franek Brodzki nie miał żadnego obciążającego dowodu.

– Daj spokój, Halicki, wszystkie poszlaki wskazywały na Szabańskiego i Szarego – bąknął Brodzki do Halickiego.

– Wierzę, że byli winni – przytaknął komendant. – Ale nie wierzę w tamten materiał dowodowy, stary psie. Może twój ojciec wiedział coś więcej? On to przyklepał.

– Mój ojciec jest warzywem. Ale był dobrym gliną.

– A co jemy? – Halicki żachnął się, ale Brodzki go nie słuchał.

Detektyw właśnie zauważył znanego krawca, jak nazywano kieszonkowców. Chudy, wysoki chłopak w nasuniętej na głowę bejsbolówce napierał w kolejce na elegancką kobietę w zielonym szalu. Bezpardonowo chciał załatwić dwie sprawy za jednym zamachem: wyciągnąć portfel i otrzeć się o kobietę kroczem.

– Co jemy? – powtórzył Halicki, pocierając nos.

– Zaraz wrócę.

Detektyw podszedł do chłopaka od tyłu i wygiął mu rękę w łokciu tak, że ten nie mógł się ruszyć. Przysunął się do niego.

– Teraz grzecznie oddasz pani portfel, Sulecki, i przeprosisz. A potem zamówisz mi i komendantowi po dwa zraziki z buraczkami. I kompot. Zrozumiano?

– Mówią na mieście, że pan już nie ma blachy.

Brodzki szarpnął za łokieć, że aż chrupnęło.

– Ała… Niech pan puści.

– Zrozumiano?

Kobieta odwróciła się i, wachlując się serwetką, spojrzała zalotnie na obu mężczyzn.

– Szanowanko – rzucił niedbale dzieciak z szelmowskim uśmiechem.

Kobieta dygnęła i spojrzała na Brodzkiego.

– Kłaniam się – dodał Leon.

– Panowie tacy przystojni. Bracia?

Brodzki spojrzał na Suleckiego, a Sulecki na niego.

– Jestem jego aniołem stróżem. A pani ma piękne zęby.

Kobieta zarumieniła się i, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć na taki osobliwy komplement, znowu dygnęła.

– Taka… Nietknięta myślą – mruknął Brodzki, po czym szarpnął kieszonkowca.

– Dobra, dobra, już! Zrozumiano – zasyczał złodziej i wsunął kobiecie portfel na powrót do kieszeni.

Brodzki poluzował uścisk, zmierzył chłopaka wzrokiem i wrócił do stolika, przy którym siedział Halicki.

– Ładnie odremontowali – powiedział Komediant.

– Ale w starym stylu.

– Niewiele jest miejsc, w których się dobrze czuję.

– To prawda. – Leon zaśmiał się. – Niewiele jest miejsc, które do ciebie pasują – dodał z ironią, której Halicki, jak sądził, nie wyczuje.

– Kucharki w czepkach, kibel na kluczyk, śledzik na talerzu w lodówce. Konsumpcja jak kiedyś. Tylko wódeczki brakuje – wymieniał komendant. – I rozumiem ironię. A teraz przejdźmy do meritum.

Zdjął płaszcz i przewiesił go przez krzesło z okrągłym, metalowym oparciem. Podrapał się po nosie, przygładził wąsy dwa razy, po czym kontynuował.

– Szary siedzi w Koronowie.

– Cały czas, o ile mi wiadomo.

– To powiedz mi, dlaczego mam wrażenie, że czegoś mi nie mówisz.

– To z głodu, komendancie, z głodu. Zaraz będą zrazy.

– Nie pierdol mi tu. – Halicki przysunął się bliżej. – Szary poszedł za kraty, Szabański zadyndał, tak jak wcześniej Hanna Krosny, ofiara. Pytam, dlaczego po latach ktoś wyciąga tego trupa z szafy? Dlaczego czytam w aktach, że był obcinacz, jak go nie było, co, brachu? Franek Brodzki nie miał tych dowodów. Pytam cię, jako jego syna i jako najlepszego gliniarza w tym mieście, gliniarza, któremu dałem cholerny dyplom za wierną służbę mieszkańcom Torunia.

Brodzki zamyślił się i powoli wypuścił powietrze. Za oknem przetoczyła się drewniana beczka na kółkach, reklama pobliskiego Browaru Olbracht, ciągnięta przez faceta z wąsami w stylu Wałęsy.

– Brodzki?

– Co mam ci powiedzieć – odparł tajemniczo, ale jego twarz zdradzała odpowiedź.

– Kurwa! – syknął Halicki. Goście baru odwrócili się. Przeważała klientela w wieku emerytalnym, mieszkańcy Starówki. – Myślisz, że będę świecić za Brodzkich oczami?! To, że pracowałem i z tobą, i z Frankiem, nie znaczy, że na wszystko przymykam oko. Co, jeśli przeoczył dowody?

– Dwa zraziki, buraczki i kompot – rzucił z uśmiechem Sulecki. Halicki spojrzał pytająco na Brodzkiego. Złodziej poprawił czapkę i wyciągnął rękę w oczekiwaniu na zapłatę.

– Jak ci jebnę… – warknął Brodzki. Kieszonkowiec zaśmiał się i wybiegł. Halicki walnął pięścią w stół. Detektyw wystraszył się i spoważniał. Komendant ściszył głos i nachylił się nad stolikiem.

– No dobrze… – przyznał Brodzki. – Krwi nie znaleźli, okej? Obcinacza też nie. Ale Szabański był winny.

– A Szary?

– Szary był pedofilem.

– A mordercą?

Brodzki nie odpowiedział.

– Kurwa, chcesz mi powiedzieć, że od trzydziestu lat w izolatce siedzi niewinny człowiek?

– Winny, winny. Winny różnych zbrodni – bronił się Brodzki. – Wsypał w końcu Szabańskiego.

– Bo go nastraszyli dziurą w dupie – zirytował się Halicki i nadział mięso na widelec. – Tylko dlatego jeszcze facet żyje, bo w więzieniu nikt nie wie, że lubił zły dotyk. Pedofile żyją w celach najkrócej. Ale Krosny nie zamordował.

– Ale ją przeleciał.

– Za to nie dostaje się dożywocia – zauważył Halicki, po czym przeżuł kęs mięsa. Gdy otworzył usta, Brodzki zauważył, że jego wargi układają się w mały okrąg i komendant, wkładając porcję do buzi, wysuwa język, na który nakłada jedzenie. Zamrugał oczami, biorąc to za omam i kontynuował:

– A powinno się dostawać. Dzieciaki są bezbronne. Ten, kto myśli inaczej, powinien gnić w pierdlu – urwał, wypuszczając powietrze.

– Czyli nie był mordercą – wyszeptał Halicki w złości tak głośno, że kucharka, nakładająca kulkę ziemniaków, zastygła w bezruchu. Mówiąc, aż wypluł z ust kawałki jedzenia, jak to bywa przy ożywionej dyskusji w lokalu gastronomicznym tej klasy. – Musisz się tego dowiedzieć. Tylko tak dotrzemy do sprawcy zbrodni na Laurze Mostowicz.

– Podaje pani, czy nie? – zirytowała się kobieta w zielonym szalu.

– Już, już, kochanieńka, bo mi się tu placki palą. Placki raz!

– Może był, może nie – dywagował Brodzki. – Hanna Krosny była ostatnia. Sprawa się potem nie powtórzyła.

– Aż do dziś. Kurwa, Brodzki! Co twój ojciec najlepszego narobił… Boję się myśleć, co się stanie jeśli na stryczku też zawisł nie ten facet.

– Ten, ten. A Szary był jego wspólnikiem.

– Leon. – Halicki pokręcił głową. – Mamy grasującego w Toruniu mordercę, który wysyła jasny sygnał, że jest kopistą i nawiązuje do dawnej sprawy, z którą miał związek Franek Brodzki i poniekąd ty, bo go złapałeś. Prezydent miasta mnie ciśnie, opinia publiczna żąda ukarania sprawcy. Tylko ty możesz go dopaść.

– Nie wrócę, Halicki. Co ci tak zależy na tej Laurze? Od początku się strasznie zaangażowałeś w tę sprawę.

– Ja cię nie proszę. Ja cię informuję.

– Czy to groźba?

– Sprawdź w słowniku zakres tego słowa i sam sobie odpowiedz.

– Szachowe powiedzenie mówi, że groźba jest silniejsza od wykonania.

– Więc tak to potraktuj.

– Albo?

– Będziesz to jadł? – Halicki wskazał na talerz detektywa. Nie czekając na odpowiedź, podrapał się po swoim dużym nosie i przełożył jedzenie. – Albo pożegnasz się z emeryturą i przywilejami.

– Nie zrobisz mi tego, przyjacielu.

– Od tej pory nie jesteśmy przyjaciółmi. Jeśli nie znajdziesz świra, bekniesz za to i za tamtą sprawę. Skoro twój ojciec jest warzywem, to ty się będziesz za karę grillować na stosie, nie ja. Nie wiedziałem, że Brodzcy zamiatali tyle spraw pod dywan.

– Ależ dobrze o tym wiedziałeś.

– Nie słyszałem tego – uciął Halicki.

– A więc nie chodzi już tylko o mnie, ale też o mojego ojca? To cios poniżej pasa.

– Poniżej pasa, to dyndało dzisiaj dziecko na pępowinie. Jeśli nie przekonałem cię, niech przekona cię to – wyjął z kieszeni szarą papierową kopertę. Położył ją na stole i puknął w nią wymownie wskazującym palcem. – Od teraz przejmujesz tę sprawę. Zgłoś się po blachę i klamkę. I bierzesz Żółtkę do pomocy, niech się dzieciak wykaże.

Komendant przetarł swoje wąsy chusteczką, zostawiając na niej czerwień buraków, założył swój przydługi płaszcz i ruszył do wyjścia. Skręcił po drodze do łazienki, ale po naciśnięciu klamki zreflektował się, że zamykana jest na kluczyk. Odwrócił się w stronę kas. Widząc dużą kolejkę, przygładził swoje wąsy, machnął ręką i wyszedł.

Dzwonienie sztućców i stukot talerzy dobiegł teraz do uszu Brodzkiego wyraźniej – tak, jakby detektyw wrócił do pomieszczenia z dalekiej, astralnej podróży.

Za oknem nawracał właśnie mężczyzna w wąsach, ciągnący wielką, dębową beczkę na olbrzymich, drewnianych kołach.

Detektyw dopił kompot duszkiem, syknął, jak po zjedzeniu czegoś bardzo słodkiego, i powoli postawił dwoma palcami szklankę na stole.

Pobębnił palcami w blat. Halicki mignął za szybą i zniknął.

„O co mu chodzi” – myślał. „Co to za sceny z tym całym «już nie jesteśmy przyjaciółmi» i tajemniczą kopertą, jak we francuskim filmie. Ja pierdolę. Cholerny Alain Delon z wiecznie zasmarkanym nosem”.

Położył wskazujący palec na kopercie i powoli przysunął ją do siebie. Druga jego ręka zwisała bezładnie, a tułów odgięty był do tyłu. Ręka przez chwilę bawiła się kopertą, ale w końcu odchyliła jej daszek. W środku było zdjęcie.

– Co jest, do diabła?! – powiedział pod nosem, patrząc na fotografię. Było na niej jego nazwisko i podpis autora. Wytatuowane na czyjejś skórze.

Brodzki pobladł.

„A więc moje przeczucie nie myliło mnie” – pomyślał. „Co ja tu do cholery robię? Znów komenda, znów wszystko od początku. Akurat wczoraj był już koniec, koniec raz na zawsze z tym bagnem. W co ten Halicki mnie wpakował. Czy to przypadek, że mnie wezwał? I czy to przypadek, że ta sprawa…”.

Szachowe powiedzenie wróciło do niego ze zdwojoną siłą. Groźba była silniejsza od wykonania.

*

– Pani doktor, niech to zostanie między nami, dobrze? – poprosił komendant Halicki, a Natalia Kaklińska skinęła głową.

– To dziecko przeżyło więcej niż my, zanim tak naprawdę zaczęło swoje życie – powiedziała, spinając swoje grube włosy z tyłu głowy.

Siedzieli przy podjeździe dla karetek w szpitalu na Bielanach. Wiatr wprawiał w ruch zieleń otaczającą budynki.

Brodzki do nich dołączył.

– Dzień dobry, Leon Brodzki.

Kaklińska spojrzała na niego przeciągle. Tak jak lekarze, którzy od lat muszą tłumaczyć wszystkim dookoła, jak niezwykle cennym darem jest ludzkie życie. Jak lekarze, którzy to życie wielokrotnie już uratowali. Na podjazd zajechała karetka na sygnale, z holu wysypała się ekipa pielęgniarzy i lekarz, zakładający w biegu stetoskop na szyję. Drzwi „erki” otworzyły się i ratownicy wyjechali ze środka z noszami, na których leżała starsza, intubowana kobieta. Gdy przejął ją lekarz, Kaklińska odwróciła się do policjantów.

– W życiu nie widziałam czegoś takiego.

– Ja również – rzucił chłodno Brodzki.

On i Halicki nie patrzyli na siebie, ale czuć było między nimi napięcie. Komendant wydmuchał nos w swoją zmechaconą chusteczkę i ruszył za Kaklińską.

– Pani doktor… – zaczął Brodzki, gdy szli korytarzem. – Rozumiem, że na razie zostanie to między nami?

Kaklińska zatrzymała się i westchnęła, patrząc na obu policjantów.

– Widzę, że kiepsko się między sobą panowie komunikujecie, więc powtórzę raz jeszcze. Tak. Po to ślubowałam tajemnicę lekarską, żeby takie rzeczy zabierać ze sobą do grobu. Trochę się ich już nazbierało i, szczerze mówiąc, nie wiem, czy się wszystkie ze mną do trumny zmieszczą – zaśmiała się, nie składając jednak ust do uśmiechu. – Proszę – wskazała na oddział noworodkowy.

Dziecko nie chciało spać. Słychać je było już z daleka.

– Najgłośniejszy na sali. Jak policyjna syrena. Bardzo cieszy się z życia, które mu dziś podarowaliście.

– To pani zasługa. My tylko zabieramy trupy – uciął Halicki.

– Policjanci i te ich nieludzkie określenia – mruknęła.

– Obejrzyjmy go – zasugerował Halicki.

I podeszli do łóżeczka, w którym leżał spokojnie ocalony od śmierci chłopiec. Natalia przyłożyła mu rękę do czoła, po czym delikatnie odwróciła na brzuch.

Halicki, Brodzki i Kaklińska pochylili się nad inkubatorem.

– Nie chcę bawić się w detektywa, ale jak na moje oko, ktoś przyjął ten poród, jeśli mogę tak to nazwać, a potem – wskazała na plecy dziecka – zrobił to. A następnie je tam zostawił. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co musiała czuć jego matka.

 

– Jeśli żyła – zauważył Brodzki. – Może to był poród post mortem?

– Raczej nie. Moim zdaniem ktoś ten poród odebrał.

Kaklińska spojrzała na Halickiego, a potem razem z nim na Brodzkiego. A ten stał jak zahipnotyzowany i patrzył na ciało malucha, który miał na plecach napisane ciemnym atramentem: BRODZKI JEST WINNY. I poniżej podpis: HERAKLIT.

– Okej. Możemy to uznać za wiadomość od mordercy – wymamrotał Brodzki.

– No co ty powiesz – odpowiedział Halicki.

Kaklińska odwróciła dziecko na plecki i spojrzała wymownie na policjantów.

*

– Jak dzieciak? – spytał Żółtko, gdy na komendzie wpadł na zasępionego Leona.

– Już ci mówiłem, młody. Im szybciej zabijesz dzieciaka w swojej głowie, tym będziesz lepszym gliną – uciął detektyw. Żółtko zagryzł wargi. – Czy to jest odpowiedź? Tak, nie?

– Tak. Chyba tak – odpowiedział aspirant, chcąc wyglądać najpoważniej, jak tylko mógł. Brodzki mierzył go chwilę wzrokiem. Żółtko wytrzymał spojrzenie.

– Dobra. Jest temat… – zaczął detektyw i wziął go na stronę. – Musimy trochę nagiąć czasoprzestrzeń i wygrzebać parę faktów z przeszłości. Komendant zasugerował, żebym zaprzągł cię do roboty. Jesteś gotowy?

– Byłem na to gotowy, odkąd…

– Dobra, dobra, nie czas na romantyczne deklaracje – ostudził zapał aspiranta. – Pojedziesz do Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Laura mieszkała u nich. Wybadaj grunt, zorientuj się, czy wiedziały coś o ciąży. Sprawdź papiery, może będzie jakiś adres kontaktowy.

– Myślałem, że jej szukaliście… Nie sprawdzaliście tego tropu?

– Żółtko. Niech jajo nie będzie mądrzejsze od kury, okej? – obruszył się Brodzki. Wziął go pod rękę i ściszył głos. – Dziewczyna była pełnoletnia. Nie będziemy biegać za każdym, kto po skończeniu osiemnastu lat zaczyna żyć na własną rękę. To nie przestępstwo.

– Wiadomo coś o niej?

– Podobno tańczyła na rurce, widziano ją na mieście, ale była nieuchwytna. Halicki cisnął, sam nie wiem czemu, może potrzebował tego, żeby odbębnić sukces. Wiesz, jak jest. Zaginieni to zawsze medialny temat. Myślisz, że czemu taki Ivo Strauss albo detektyw Rutkowski uganiają się za takimi widmami?

– Dla splendoru.

– Otóż to. Więc przyklepałem sprawę, żeby mieć porządek w papierach. Ruszaj w teren, jutro powiesz mi, co znalazłeś.

Żółtko skinął i wyszedł na parking, a Brodzki miał już ruszyć do biura, kiedy zatrzymał go Kosma z dzwoniącym telefonem w ręku.

– Komendant Halicki do pana.

– Do mnie? – przejął komórkę. – Ja nie mam komórki, więc ten telefon nie może być do mnie. Chociaż… wygląda jak ten sam telefon, którego używałem do wczoraj.

– I teraz znów będziesz – zadźwięczał w słuchawce Halicki. – Musisz być dostępny, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Odebrałeś gnata i odznakę?

– Tak.

– Widzimy się jutro. Przynieś mi coś – zakończył komendant i się rozłączył.

Brodzki obejrzał urządzenie. Małe, prostokątne, z gumowymi przyciskami. Komórka starego typu. Bez bajerów. Służąca do dzwonienia. Znów nie da mu spać.

Wsadził rękę do kieszeni i czegoś w niej intensywnie szukał. Po chwili wyjął kilka papierków. Na jednym z nich miał zapisany numer telefonu. Aparat, który dał mu Kosma, był tym samym, którego używał przez ostatnie lata służby. Jego numer znali wszyscy na komendzie i kilka osób spoza – Sara, Dagmara, Heniek. Sam numerów nigdy w nim nie zapisywał, z wrodzonej przezorności. Wstukał dziewięć cyfr, które ciągle mu się myliły.

– Halo, Sara? Tu ojciec. Co? Nie, jeszcze mnie nie zabili. Tak. Też mi przykro.

*

Wlokę ten ból przez Włocławek, kochając cię, jak ­Irlandię… – śpiewał przebój zespołu Kobranocka ­Tomasz Żółtko, kiedy radiowozem zjeżdżał z Autostrady Bursztynowej na bramkach Włocławek Zachód, na wysokości drogi krajowej numer 62. Przejechał przez Pikutowo, Smólsk i dotarł do osiedla Michelin.

Do domu dziecka musiała już dotrzeć smutna informacja o tragicznej śmierci ich wychowanki, bo na dziedzińcu było pusto, a w oknach paliły się świece. Wchodząc do budynku, Żółtko zauważył w jednym z okiem dziewczynę, która uważnie mu się przypatrywała. Miała spięte, grube włosy i szarą bluzę z kapturem.

– To pan do nas dzwonił? – spytała niska zakonnica przed pięćdziesiątką, gdy policjant wszedł do jej gabinetu. Miała alabastrową cerę i żadnych zmarszczek. Usiedli przy dębowym stole, kobieta złożyła dłonie w koszyczek, ściskając między palcami różaniec. – Siostra Klementyna, dzień dobry panu. Ach, jaka straszna tragedia.

– Aspirant Tomasz Żółtko. Siostro, proszę przyjąć najszczersze wyrazy współczucia. Wiem, że Laura Mostowicz była waszą podopieczną.

– Była, była. A potem wyfrunęła z gniazda, jak wszystkie młode ptaki. Mieliśmy nadzieję, że odnajdzie się żywa.

– Niestety. To naprawdę straszna tragedia. Dlatego właśnie chciałem z siostrą osobiście porozmawiać.

– Pan wie, że tu już byli policjanci od was? Ostatnio latem. Mówili, że Laura podobno przebywa zagranicą.

– Istniała taka teoria.

– Ach. Czy to się potwierdziło? – dopytywała, choć w jej pytaniach pobrzmiewała nie tyle ciekawość, ile chęć potwierdzenia proroctwa o nieuchronności boskich praw…

– Nie wiem, siostro, przyznam, że nie pracowałem wtedy w toruńskiej komendzie. Są pewne przypuszczenia, gdzie mogła przebywać.

– Dopiero co była tu, jak inne dzieci. Rozmawialiśmy. Marzyła o założeniu sklepiku z biżuterią – powiedziała Klementyna, patrząc w dal.

– Czy wie pa… Siostro, czy słyszała pani od Laury, żeby utrzymywała jakieś bliskie relacje z kimś z zewnątrz?

– Ależ panie władzo, to nie więzienie. Dzieci wychodzą, mają przepustki, przyjaciół.

– Rozumiem, ale czy był ktoś… Może jakaś sympatia? Ktoś z dalekiej rodziny? Ktoś, do kogo mogłaby pójść?

– Zwyczajowo przed opuszczeniem ośrodka przeprowadzamy wywiad środowiskowy, pomagamy w nauce, zdobyciu pracy, internatu. Czasem dajemy pod opiekę zaprzyjaźnionych zakonników. Co do Laury też były takie plany, ale po prostu zniknęła.

– Tak po prostu? Nie zostawiła żadnego listu? – dopytywał Żółtko, przypatrując się fotografiom na ścianach gabinetu. Były to zdjęcia grupowe: z wyjazdów, wycieczek, spotkań.

Na dwóch z nich dojrzał Laurę. Stała na nich uśmiechnięta, obok grubszej dziewczyny, z którą przylegały do siebie policzkami.

– Opowiadałam już to wszystko pana kolegom, naprawdę… Kontakty rodzinne, to sprawy poufne. W archiwach są papiery, akta dziecka, ale bez odpowiedniego pozwolenia nie mogę ich panu pokazać. Dane wrażliwe, rozumie pan.

– Czyli nie było nikogo?

– Zrobiła raz coś, co wyprowadziło nas z równo­wagi i musiała za to zostać ukarana.

– Ukarana…? – zawiesił głos Żółtko. Przed oczami stanęło mu martwe ciało dziewczyny, która nie mogła już otrzymać wyższej kary ponad cierpienie, jakie ją spotkało. – Co takiego się stało?

– Podczas jednej z przepustek wróciła z tatuażem. Starała się go ukryć, ale przed panem Bogiem nic się nie ukryje.

– Węże.

– Skąd pan wie?

– Czytałem w raporcie – odpowiedział wymijająco. Wolał uniknąć drażliwego tematu wyglądu zamordowanej Laury. – To był wąż, prawda?

Zakonnica przeżegnała się.

– Tak, wąż zjadający własny ogon, na nadgarstku. Jak niekończący się grzech pierworodny.

– Skoro przy grzechach jesteśmy… – Żółtko się zawahał. Przypomniał sobie przestrogę Brodzkiego. – Laura… Laura Mostowicz, gdy została znaleziona, była w ciąży.

– Ach, Matko Boska, Najczystszego Serca Maryjo! Co za tragedia.

– Chodzi mi o to, czy pani, to znaczy… Siostro. Czy tu jest, to znaczy… było możliwe, żeby Laura… Żeby mogła zajść w ciążę, będąc jeszcze w ośrodku?

– W ciążę? Jak pan śmie zarzucać takie rzeczy? To porządny ośrodek! – grzmiała opiekunka. – I coś panu powiem, panie z Torunia. Bieda czy sieroctwo nie determinuje zaraz patologii…

– Proszę pani… – próbował wtrącić.

– Błogosławiony Honorat Koźmiński już w dziewiętnastym wieku chciał coś zmienić w tym kraju, jeszcze pod zaborami. Dlatego powołał do życia nasze zgromadzenie. Prawdziwa miłość nie czeka okazji do wielkich ofiar i poświęceń, mówił, ale korzysta z każdej nawet najmniejszej sposobności, by świadczyć bliźnim pomoc. I to właśnie tu robimy. Widzi pan ten budynek? – pokazała na meble i wykończenie sufitów. – Jeszcze dziesięć lat temu to była mała leśniczówka. Tak, leśniczówka. Bez względu na to czy była to trójka dzieci, czy dwudziestka, każde kochaliśmy tak samo i żadnego nie pozwolilibyśmy skrzywdzić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?