Powtórka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Natalia Kaklińska miała brązowe włosy i orzechowe oczy. Zamiłowanie do medycyny odziedziczyła po rodzicach, bawiąc się już jako kilkulatka stetoskopem. Teraz miała trzydzieści jeden lat i sama codziennie ratowała ludzkie życia.

Położyła dziecko na boku, nie ustając z masażem klatki piersiowej. Dziecko zakasłało.

– No, dalej, oddychaj – powiedziała spod maski higienicznej. Chłopczyk zapłakał, a pępowina zaczęła się poruszać zgodnie z rytmem bijącego serca.

– Płacz, płacz! – krzyknęła, a asystent aż zaklaskał ze szczęścia. – Skóra mu różowieje, teraz potrzebuje już tylko tlenu – dodała, zsuwając maskę na szyję. Dopiero teraz widać było pot na jej zmęczonym czole, na które opadała grzywka, która musiała wysunąć się spod czepka.

– Zapisz: po jedenastu minutach resuscytacji udało się przywrócić dziecko do życia – nakazała asystentowi. Nachyliła się nad płaczącym chłopczykiem, który zakrywał buzię brudną rączką. – Po takim niedotlenieniu Nobla z fizyki może nie zdobędziesz, ale wyrośniesz na fajnego faceta. Po tym, co przeszedłeś, teraz już będziesz miał z górki.

Wyszła z sali, żeby przygotować się do kolejnego zabiegu.

Niemowlakiem zajęła się wiekowa pielęgniarka w klekoczących chodakach. Obmyła dziecko i położyła na świeżym ręczniku.

– No, to zaraz cię źwazimy – powiedziała po dziecięcemu. – A cio my tu mamy?

Pielęgniarka zaniemówiła. Podniosła dziecko i długo patrzyła na nie pod światło. Przetarła mu różową skórę na plecach kilka razy.

– Pani doktór! Pani doktór! – krzyknęła.

Natalia westchnęła ciężko, pochylona nad szerokim zlewem. Nabrała żelu dezynfekującego z dozownika, wytarła ręce o papierowy ręcznik i weszła z powrotem na salę.

– Co się dzieje?

– Pani doktór, pani patrzy. – Pielęgniarka pokazała Natalii dziecko, trzymając je pod ręce.

– Tak, żyje. Potwierdzam. – Lekarka zaśmiała się, oglądając różowego bobasa, który wreszcie przestał płakać. – Cześć, przystojniaku.

– Nie tu. Z tyłu – obróciła go.

– O mój Boże. O mój… Boże – wykrztusiła tylko, dotykając skóry dziecka.

– Tak też powiedziałam. I pomodliłam się w myślach – przytaknęła pielęgniarka, kładąc dziecko na ręcznikach. – Kto mógł zrobić coś tak okropnego?

– Daj mi chwilę pomyśleć. – Natalia przyłożyła dłoń do skroni. – Dobrze. Dokończcie mierzenie. Potem przyślij pediatrę i dermatologa. Ja muszę zadzwonić – powiedziała do zdębiałej siostry i asystenta. – I przytulcie to dziecko, na miłość boską. Trochę czułości.

I wyszła z sali. Wiele rzeczy można było o niej powiedzieć, ale na pewno nie to, że się unosi lub denerwuje. Dzisiejsza sytuacja była jednak pierwszą, kiedy było inaczej.

Natalia chwyciła za aparat telefoniczny wiszący na korytarzu. Gdy złapała słuchawkę, zauważyła, że trzęsą się jej ręce. Zamknęła oczy i kilka razy wypuściła powietrze, by uspokoić oddech.

Otworzyła oczy, wykręciła na starej tarczy numer do dyspozytorni. Telefon był równie stary, jak połowa sprzętu na piętrze, z metalowymi wagami na czele.

– Tu doktor Natalia Kaklińska, Oddział Intensywnej Terapii i Patologii Noworodka z wojewódzkiego. Poproszę z komendantem Halickim. To pilne. Chodzi o dziecko ze Sportowej.

*

Na rogu Morcinka i Sportowej zorganizowano szybki briefing prasowy.

– Marek Bener, „Echo Torunia” – rzucił facet w dłuższych włosach i czerwonych trampkach. – Czy znana jest tożsamość ofiary?

– Sytuacja jest dynamiczna i na tym etapie śledztwa nic więcej nie możemy powiedzieć – odpowiedział Halicki i zapalił papierosa.

– Czy w Toruniu grasuje morderca?

– Grasować, to może stonka ziemniaczana.

– Czyli grasuje?

– Nie mogę potwierdzić – zakończył wymianę zdań Halicki.

Tak naprawdę spotkania z prasą dla obu stron były rutyną.

Najczęściej po jednej i po drugiej stronie mikrofonu doskonale było wiadomo, jakie pytania zostaną zadane i jakie odpowiedzi zostaną udzielone. Gdyby nie przykry obowiązek dziennikarskiej rzetelności, można byłoby wszystko pisać bez udziału osób trzecich. Fabrykować, tak jak sondy uliczne w bocznych kolumnach gazet, które najczęściej są wyssane z palca, o ile jakiś student pierwszego roku dziennikarstwa nie przybiegnie z gotowym materiałem z ulicy.

Na konferencjach było jeszcze gorzej. Część oficjalna przeciągała się w nieskończoność, choć wszyscy wiedzieli, że i tak na końcu padnie sakramentalne „Czy są jakieś pytania? Jeśli nie, to zapraszamy do rozmów indywidualnych”. A wszyscy czekali zawsze na te indywidualne. Z prostego powodu: żeby rozmówca powiedział z bliska, do mikrofonu, żeby odpowiedział na pytania inne niż te z sali. Czasem też, żeby pozdrowił słuchaczy, innym razem, by złapać go na zdjęciu z mikrofonową kostką z logotypem danej redakcji.

Tak, wszyscy wiedzieli, jak to działa w Toruniu i wszyscy się na to godzili. Z czegoś przecież musieli żyć – tak rzecznicy prasowi, jak i dziennikarz.

Na szczęście briefing w terenie był bardziej dynamiczny. Naturalne tło z lokalnym kolorytem dawało dobry obraz na sprawy bliskie mieszkańcom.

Dlatego dziennikarze ucieszyli się, że mogą nagrać żywą, ciekawą rozmowę rzut beretem od miejsca krwawej zbrodni, o której od godziny trąbiono na mieście.

Halicki dopalał papierosa.

– Czy znana jest przyczyna śmierci? – dopytywał Bener.

– Przyczyną śmierci był zgon. A zgon nastąpił w wyniku śmierci – uciął Halicki, gasząc papierosa czubkiem buta, przez co jego ironiczna wypowiedź zlała się z szuraniem podeszwy o piasek na betonie.

– Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć, bo się nie nagrało… – poprosił młody dziennikarz ze studenckiej rozgłośni Radio SFERA UMK, nie odrywając wzroku od dyktafonu, przy którym majstrował. Cała grupa, łącznie z Halickim, spojrzała na siebie, i wszyscy wybuchnęli śmiechem. – Czyli najpierw zgon czy śmierć?

Reporter z serwisu „Dzień Dobry Toruń”, uśmiechnięty chłopak o czerwonym policzkach, szepnął młodemu na ucho.

– Oni sobie jaja z ciebie robią przecież. Nie daj się.

– Acha, rozumiem – odparł student, ale wiedział, że ma przeciw sobie starych wyjadaczy.

– Tośmy się pośmiali, a teraz pora do roboty – uciął Halicki.

– Może jednak jeszcze jakieś szczegóły dla radiosłuchaczy? – dopytała radiowym głosem reporterka z Radia PiK, podobna z wyglądu do Julii Roberts.

– Powinniście się cieszyć, że chociaż tyle się dowiedzieliście.

– No, niewiele tego, nie będzie z czego szyć – zmarkotniał dziennikarz o czerwonych policzkach.

– Tak? – Halicki zaśmiał się, wyjmując gumę do żucia. – To co dopiero oni mają powiedzieć? – wskazał na nadjeżdżający w tumanach kurzu wóz stacji TVN. – Briefing zakończony, dziękuję. A, i jeszcze jedno. Napiszcie wyraźnie, że żadni prywatni detektywi nie mają się w to nie mieszać. A zwłaszcza Ivo Strauss, o którego wyczynach było głośno podczas Euro 2012. Sprawy nie przejmuje na razie prokuratura. Informacji udzielam tylko ja, zrozumiano?

I Halicki podreptał w swoim za dużym płaszczu w kierunku hal przy targowisku. Kosma podniósł błękitno-białą taśmę z napisem POLICJA, pod którą komendant przeszedł.

– Jeśli spojrzeć na to z tej strony, to możemy się cieszyć – zauważył postawny dziennikarz „Gazety Wyborczej”, z okrągłą twarzą, długimi włosami i podkrążonymi oczami. – Było zamykać lokalny oddział TVN? A tak, musieli zapieprzać autostradą aż z Gdańska. I odjadą z kwitkiem.

– A was to czasem też nie czeka w „Wybiórczej?” Nie zamkną was? – zaśmiał się równie wysoki, ale szczuplejszy dziennikarz. Obaj byli braćmi, pracującymi w konkurencyjnych redakcjach.

– Wolę lewacką prasę dla inteligentów, niż plotkarski serwis jakiegoś milionera z Włocławka – zgasił brata. – A teraz chodźmy, trzeba zanieść czytelnikom radosne nowiny. Panie i panowie, w Toruniu doszło do zabójstwa.

Wszyscy przytaknęli, po czym w ciszy rozeszli się do aut.

– Cholera, nie nagrało się! – zajęczał student.

Halicki dochodził już do czerwonego budynku, kiedy zadzwonił jego telefon.

– Jak to, na ciele? – spytał z niedowierzaniem. – Rozumiem. Niedługo przyjedziemy do szpitala, a tymczasem niech pani mi to prześle na maila. Podaję: szeryf… Tak, szeryf, jeden dziewięć sześć dwa, małpka, komenda, torun, bez „ń”. Kropka, pe-el.

*

Brodzki uważnie obejrzał każdy kąt.

– Tu ją ciągnął – wskazał na smugi na posadzce.

Żółtko przytaknął.

– A więc albo ją tu zaciągnął siłą, albo zwabił. Ale jaka ciężarna dziewczyna wchodziłaby bez powodu do starego hangaru? – rzucił w powietrze Brodzki. Trzymał ręce w kieszeniach, sprawiając wrażenie turysty, który tylko przypadkiem zamiast przy barze sałatkowym znalazł się na miejscu zbrodni.

– Może znała sprawcę.

– Jeszcze jakieś pomysły? Spójrz na jej nogi. Co widzisz?

– Są sine.

– No właśnie. A czemu widzimy, że są sine? – Żółtko długo nie odpowiadał.

– Bo nie ma butów – podpowiedział mu Halicki, który wszedł właśnie do hali. – A dlaczego nie ma butów?

– Żebyśmy widzieli jej stopy? – zasugerował Żółtko.

– Tak. Pokaleczone, jak u Jezusa na krzyżu – przytaknął Halicki i zamknął oczy w zamyśleniu. Brodzki przypatrywał się chwilę komendantowi, po czym kontynuował.

– Ale nie ma wielu obtarć, wygląda, jakby unieruchomiono ją góra kilka godzin temu. A pytań jest znacznie więcej. Choćby ten cholerny poród. Jak to dziecko się urodziło? Gdzie jest ojciec? – wyliczał Brodzki, patrząc na zwłoki. – To ciało wygląda jak ponowoczesna rzeźba. Nie sądzicie? Jedna z tych, naśladujących formy biologiczne. Zastygła ni to w tańcu, ni to w konwulsji. Autor tej instalacji miał wyczucie smaku.

 

– I palec – dorzucił Żółtko. – To od niego się wszystko zaczęło.

– Ten palec frapuje mnie najbardziej. Właściwie tylko z jego powodu tu jestem. – Komendant przyjrzał się dłoni z bliska. – Tego się obawiałem.

– Co chcesz przez to powiedzieć, Halicki? – spytał Brodzki.

– Ten palec został ucięty, ale żadnym ze znanych nam przedmiotów, prawda Leon?

– To czym, do cholery? – zirytował się Brodzki. Patrzyli na siebie chwilę w ciszy. Halicki nie wiedział jeszcze, czy Brodzki mówi prawdę, czy się zgrywa. Brodzki wiedział za to doskonale, że to drugie.

– To właśnie będziecie musieli ustalić – zawahał się komendant. – Miałem nadzieję, że nam w tym pomożesz. I ustalisz, czy na przykład ma to związek z tamtą sprawą… Wiesz, o czym mówię.

– Jaką sprawą? – spytał Żółtko.

Brodzki zamyślił się i nie odpowiedział. Miał przed oczami inną nastolatkę, której śmierć stała się przed laty głośną sprawą. Śledztwo zakończyło się złapaniem sprawców, ale nie wszystkie dowody były wiarygodne. Teraz Brodzkiemu spokoju nie dawał ucięty palec. Trzydzieści lat temu ofiara również została go pozbawiona. Podobnie, jak życia. „Czyżby?…” – spytał siebie w myślach.

– Brodzki. – Komendant kiwnął na niego. – Jedziemy do biura. Musimy pogadać z technikami. Brodzki? Przebywasz tu?

– Jestem, jestem – ocknął się detektyw. – Puszczałem właśnie wodze funeralnej fantazji i zastanawiałem się, ile człowieka jest, a ile nie ma w momencie śmierci. Ile trwa umieranie lub ile waży dusza. Jaka jest jej pojemność od palców stóp do czubka głowy…

– Sugerowałbym zostawić w cholerę te bzdury i zastanowić się, jak do tego doszło. – Halicki wskazał na ciało Laury. – Jak doszło do tego, że tę dziewczynę tu przywleczono, po ziemi, powieszono pod sufitem i pozostawiono na pewną śmierć. To nasze zadanie domowe, a palec jest wskazówką.

– Muszę jechać do córki, obiecałem jej.

Brodzki wiedział, że nie chce wziąć tej sprawy. Sprawy, która łudzącą przypominała mu inną, z przeszłości. Rozwiązaną – jak wszyscy sądzili.

Tylko on wiedział, że było inaczej. I powracającej prawdy o tym obawiał się najbardziej. Podobnie, jak zaangażowania, jakie, nie wiedzieć czemu, udzieliło się Halickiemu.

*

Sierżant Jacek Nowak wspiął się niechętnie po schodach z lastryko i doszedł do bloku pod numerem osiem­nastym.

– Ale niemiłosiernie praży – zasapał pod nosem. – Oby w środku było chłodniej.

Klatka schodowa była nagrzana niczym toster. Nowak natychmiast dopadł windy.

– Nie działa. No pewnie, po co ma działać, jak się mogę spocić do reszty, co nie? – irytował się. – Pierdolę to.

Wszedł schodami na pierwsze piętro. Zastukał do wszystkich drzwi.

– Ale tu śmierdzi… – wymamrotał.

Przytłumione kroki, wreszcie szczęk zamka i skrzypienie zawiasów. Oczom Nowaka ukazała się szczupła kobieta z dzieckiem na rękach. Miała spięte, rude włosy i jasną cerę.

– Dzień dobry, Jacek Nowak, komenda policji Toruń Śródmieście – przywitał się, a kobieta wyjęła pierś i wpakowała dziecku sutek do ust. – Czy… czy widziała pani coś dziwnego? – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety.

– Słucham? A pan?

– Słucham?

– A pan, widzi coś dziwnego? – spytała zmęczona.

– Ależ skąd, tylko… – zawahał się. „Lubię rude” – pomyślał. – Przesłuchujemy właśnie mieszkańców okolicznych bloków na okoliczność zdarzenia, jakie miało miejsce w pobliżu.

– Nie wychodzę z domu od dwóch tygodni. Piorę, gotuję, większość dnia spędzam na stojąco i czuję się jak drzewo z przyklejoną hubą, trzymając w kółko tego bachora przy sobie – ucałowała dziecko w rudą czuprynę. – Ale nie wiem, czy dla pana będzie to wystarczająco ważne, żeby zapisać.

– Racja. Przepraszam za najście – skinął głową i ruszył dalej.

Przesłuchania na piętrach pierwszym, drugim i wszystkich kolejnych nie przyniosły nic, prócz strug potu i wielkich plam pod pachami niebieskiego munduru. Dlatego, kiedy doszedł do piętra ostatniego, musiał oprzeć się o poręcz, żeby nabrać oddechu. Był to wysiłek za duży nawet dla amatora crossfitu i siłowych treningów.

Miał właśnie zastukać do mieszkania na dwunastym piętrze, kiedy piętro niżej usłyszał krzyk.

– Orzesz-ku, otwórz! – krzyczał pijany głos.

– A nie będziesz mnie bił? – spytała kobieta, po czym dał się słyszeć szczęk klucza w zamku.

– Ożeż kurwa, żartowałem.

Nastąpił rumor.

Nowak pognał na dół, mijając na schodach jakiegoś chłopaka w przeciwdeszczowym płaszczu.

Obdrapane z farby drzwi do mieszkania, których balkon wychodził na ulicę Morcinka i Sportową, pozostały zamknięte. Kto za nimi się skrywał, tego się Nowak nie dowiedział.

*

– Pożegnałam się z ojcem – powiedziała do słuchawki Sara Brodzka.

Była młodą dziewczyną o kasztanowych włosach opadających na ramiona z równo przyciętą grzywką. Miała drobną, delikatną buzię z małym niepretensjonalnym nosem, przyozdobionym diamentowym kolczykiem, i uśmiechniętymi, zielonymi oczami.

Studiowała na drugim roku sztuk pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, a jej specjalnością była grafika.

Jej artystyczna dusza uzewnętrzniała się w przestrzeni, w której żyła – jej kawalerka na Osiedlu Sztuk Pięknych pełna była nowoczesnych projektów, przemieszanych z reprodukcjami klasyków. Centralne miejsce nad kanapą zajmowała reprodukcja obrazu Caspara Davida Friedricha Wędrowiec przed morzem mgły w antyramie. Wąski korytarz prowadził do podłużnego pokoju, oddzielonego od aneksu kuchennego małą wyspą. Na jego końcu, obok wychodzącego na ulicę Broniewskiego okna, znajdowała się jeszcze mała wnęka, która w zamyśle projektantów musiała być chyba przewidziana na trzymanie poćwiartowanych zwłok lub weków: nie mieściła się w niej żadna szafka ani stolik.

Mieszkanie nie było zapuszczone, ale trudno byłoby się połapać, które powierzchnie są zagracone, a które pełnią funkcję wystawy. Prawdę mówiąc, Sara również tego nie wiedziała. Od zawsze zbierała różne pamiątki i przedmioty, nadając im magiczne znaczenie. Stary manometr przerobiony na zegar, koszyk na klucze z przetopionej płyty winylowej, kolekcja origami i cała galeria kubków, zwiezionych z różnych miejsc świata.

Za pomarańczową kanapą stało kilka nieodpakowanych antyram, zaś na pojemnej szafie z Ikei piętrzyły się zdjęcia i plakaty, które od kilku miesięcy czekały na powieszenie.

Na dużym blacie przy oknie stało w ramce zdjęcie dwójki dorosłych i dziecka – Leona i Dagmary oraz ich córki, Sary. Zdjęcie wykonano dziesięć lat temu w Darłowie, skąd pochodziła matka dziewczyny.

– Mamo. Chcę zamieszkać z tobą – mówiła do słuchawki, kiedy stała w żółtych majtkach na balkonie, paląc skręta.

– Tu, u dziadków nad morzem?

– W Toruniu.

– Saro, przecież wiesz… – zaczęła Dagmara.

– Mamo, tylko bez tego rodzicielskiego tonu – wtrąciła córka.

Dagmara po drugiej stronie słuchawki zamilkła na chwilę. Sama nigdy nie lubiła słuchać tego tonu i obiecywała sobie, że nigdy nie będzie go używać względem córki, która teraz była już przecież dorosłą kobietą.

– Jesteś samodzielna. Jeśli nie liczyć czynszu, do którego ci dokładam.

– Coś przerywa – poirytowała się córka i zaczęła z premedytacją pocierać telefonem o ścianę. – Coś szumi. Może to morze? Halo? Halo? – krzyczała z przekąsem. Zwróciło to uwagę przechodniów na chodniku pod blokiem. Sara pokazała im język.

– Sara. Wiesz dobrze, że nie wrócę do Torunia. Co się dzieje?

– Już mówiłam. Pożegnałam się z ojcem.

– A gdzie pojechał?

– Rzecz w tym, że nawet nie przyjechał. Pożegnałam się z nim mentalnie. Rozstraja mnie ta relacja – wyrzuciła z siebie i podpaliła przygasającego skręta.

– Miał wpaść na obiad, prawda?

– No właśnie, mamo. Miał. – Sara rzuciła okiem do kuchni, w której stały dwa talerze makaronu z czerwonym sosem. – A ja się nagotowałam – spojrzała na opróżnione słoiki z Biedronki. – Naprawdę się nagotowałam. Sama zrobiłam makaron, natarłam pomidorów…

– Sara…

– Nie nabijaj się już. I nie przyszedł, jak zawsze… – powiedziała, nasłuchując matki. Po drugiej stronie słuchawki słyszała śmiechy i krótkie uciszania. – Mamo?

– Ekhm, tak, Saro, nie przyszedł jak zawsze – odpowiedziała Dagmara, ale słychać było, że jest zajęta czymś innym.

– Co ty tam robisz? Mamo! – krzyknęła dziewczyna, czym ponownie zwróciła uwagę przechodniów. Kiedy spojrzeli na nią, pokazała im środkowy palec. – Z kim tam jesteś?

Dopiero teraz zorientowała się, że wszyscy na ulicy na nią patrzą.

Balkony bloku Osiedla Sztuk Pięknych, wychodzącego na Broniewskiego, od dawna były obiektem kpin i uwag torunian. Sprawa przeniosła się nawet na łamy prasy, a poszło o to, że wielki blok przy ruchliwej ulicy przypomina wyglądem suszarnie i składziki. Wszystko przez przezroczyste szyby eleganckiej skądinąd budowli. W efekcie tego, wielka, biała konstrukcja mieszkalna prezentowała wylegujących się w pełnej krasie emerytów, suszące się majtki i skarpety, wędki, stare sedesy, rowery, zepsute pralki i fotele. Oraz pośladki studentek w żółtych majtkach.

– Z nikim, córuś. A właśnie. Spotykasz się z kimś?

– Jak to „a właśnie”? – spytała Sara, gdy weszła do mieszkania i rzuciła się na pomarańczową kanapę.

– Widziałam jakieś zdjęcia na Facebooku. Pochwal się, tak mało rozmawiamy.

– No dobrze – westchnęła. – Na imię ma Daniel. Lubi czytać książki. Stosunkowo spokojny, jak dla mnie, ale bardzo opiekuńczy. Nadrabiam brak męskiego autorytetu z dzieciństwa.

– Lubisz go?

Sara zamyśliła się, drapiąc palcem w reprodukcję Wędrowcem przed morzem mgły. Uśmiechnęła się i przetarła nos.

– Tak, mamo – zawiesiła głos. – Będą z tego dzieci!

– Sara! – Dagmara się zaśmiała.

– Ale nic nie mów ojcu, bo znów się będzie wpieprzać i Daniela wystraszy. Tak, jak poprzednich.

– Dobrze. Będzie to nasza tajemnica. Ale bądź dla niego wyrozumiała. Chyba ma coś do załatwienia na komendzie.

– Przyzwyczaiłam się. Zawsze ma coś do załatwienia. Dlatego na wszelki wypadek postanowiłam zapomnieć, że istnieje.

*

Miasto stało nad wodą gładką, jak tafla lustra. Teraz na jej zwierciadle pojawiły się pierwsze rysy.

Z wysokości wieżowca na Bema, tak jak z wieży Ratusza Staromiejskiego, roztaczał się widok na miasto, w którym zasiano ziarno niepokoju.

Spokojny był tylko siewca.

Błyskawice miały dopiero nadejść. Bo to one, jego zdaniem, kierować miały wszystkim.

– Wojna jest matką wszystkich rzeczy i wszystkich królową. A ludzie nie znaliby miana sprawiedliwości, gdyby nie istniały rzeczy niesprawiedliwe – wyszeptała niewyraźna postać, a głos jej, niczym jeden z niewidocznych w powietrzu pierwiastków, uniósł się z podmuchem ku wszystkim osiedlom.

*

Toruń liczył niemal dwieście tysięcy mieszkańców i nazywany był Miastem Aniołów. To anioł w herbie Torunia strzegł jego bram, wychodzących na Wisłę. Leżał sto sześćdziesiąt kilometrów na południe od Gdańska i sto sześćdziesiąt kilometrów na północ od Łodzi. Dwieście kilometrów na północny zachód od Warszawy.

Dzieliło go również dwieście sześćdziesiąt kilometrów od Darłowa. Dokładnie tyle, ile Leona Brodzkiego od jego byłej żony, Dagmary.

Toruń nazywano miastem pierników, Kopernika i Radia Maryja, „małym Krakowem” północy. To pierwsze skojarzenia, jeśli spytać o to miejsce kogokolwiek w Polsce. Czy oceny te miały jednak coś wspólnego z rzeczywistością?

Receptury piernikowych ciastek ginger bread znane były od czasów średniowiecznych. Kształt zaś najsłynniejszych „Katarzynek” – ciastek w formie obłoku – według legendy wziął się od odciśniętych na cieście pośladków pewnej niewiasty. Może stąd są takie pikantne i korzenne… I to tyle, jeśli chodzi o bajkową rzeczywistość. W praktyce, pierników jako znaku towarowego strzegła jedna firma, niepozwalająca na używanie nazwy „piernik” nikomu, nawet zawodowym piernikarzom, których w Toruniu – nawet w dwudziestym pierwszym wieku – nie brakowało.

Mikołaj Kopernik? Tutaj się wychowywał, ale astronomem został gdzie indziej. Mimo to jego imię nosił uniwersytet (stojący przy ulicy kosmonauty Gagarina, której nazwie zagroziła ustawa o dekomunizacji przestrzeni publicznej), galeria handlowa (w której w dniu otwarcia ogłoszono alarm bombowy) czy hotel, na miejscu którego mieściło się niegdyś wielkie kąpielisko Wodnik. Kopernik wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię, a w dwudziestym wieku – także turystykę miasta zwanego „perłą gotyku”.

 

Czy Toruń był „miastem Ojca Tadeusza”? „Rydzykowem”? Aksamitny głos kleru rozbrzmiewał na cały kraj za sprawą wielkiego masztu, stojącego przy ulicy Żwirki i Wigury. Mieszkańcy okolicznych kwartałów doskonale wiedzieli, że sygnał Radia Maryja jest na tyle silny, że można go złapać chociażby odpalając gitarowy wzmacniacz. Wiedzieli o tym również taksówkarze i policjanci, korzystający z radioodbiorników. Dlatego miejscowi tym bardziej deprecjonowali znaczenie katolickiego radia, im bardziej ktoś im fascynację tym zjawiskiem przypisywał. Na przykład, gdy radio obchodziło urodziny i policja była desygnowana do zabezpieczenia tego zdarzenia – pochodu moheru i transparentów na cześć Ojca Rydzyka.

Każdy miałby dość.

Czym zatem żył Toruń?

U jego steru od trzech kadencji stał niezmiennie ten sam prezydent – człowiek nie do ruszenia, jak w większości średniej wielkości miast po okresie transformacji. Ostatnie lata przeszły do historii z racji ukończenia nowego mostu drogowego, otwarcia wielkiej sali koncertowej czy walk o dyrektorskie stołki w miejskich instytucjach kultury, odbijające się echem w całej Polsce.

Jak wiadomo, przykład idzie z góry, zatem odwieczne były również walki kibiców Elany Toruń i Apatora Toruń – dwóch toruńskich zespołów, reprezentujących to samo miasto, choć zupełnie inne dyscypliny sportu. Obie nazwy wzięły się od wielkich zakładów przemysłowych i obie miały podobne barwy. Mimo to z jakiegoś powodu fanatycy piłki nożnej i żużlu nie pałali do siebie miłością.

Wrogiem w żartach i rozgrywkach politycznych pozostawała oddalona o trzydzieści kilometrów Bydgoszcz. Mieszkańców miasta nad Brdą nazywano tu pogardliwie „tyfusami”, a wśród torunian krążył żart o Neronie, który Rzym spalić miał tylko dlatego, że nie było jeszcze Bydgoszczy. Bydgoszcz nie mogła Toruniowi wybaczyć, że siedziba Urzędu Marszałkowskiego jest nie u nich, a w mieście nad Wisłą.

Sypialnią nazywano osiedla Rubinkowo i Na Skarpie – z racji blokowisk, pokrywających je siatką porozrzucanych budynków z wielkiej płyty. Klimatyczne, ale niebezpieczne było Bydgoskie Przedmieście – pełne zabytkowych kamienic, ale nieprzypominające w niczym kurortu z początku dwudziestego wieku. Wizytówką miasta była Starówka – osiedle reprezentacyjne, a zamieszkałe w dużej mierze przez ludzi ubogich. Odwieczny kontrast między złotymi witrynami, a brudnymi podwórzami widoczny był tu aż nadto. To nic jednak w porównaniu z Dębową Górą – trójkątem bermudzkim, osiedlem zbudowanym na dziko, zamieszkanym przez dzikich lokatorów uprawiających samowolkę budowlaną. Osobną historię stanowiła tak zwana lewa strona miasta – włączona w administracyjne granice Torunia stosunkowo późno. Od zawsze „ta gorsza”, „gorzej skomunikowana”, „daleko od miasta”. Ale to właśnie tu był główny dworzec kolejowy – Dworzec Główny.

By do niego dojechać, należało odbyć przeprawę przez rzekę. Prędzej czy później – czekała ona każdego.

*

Zgodnie z obietnicą, po południu Brodzki zameldował się na komisariacie, z którym jeszcze dzień wcześniej się żegnał. „Nic się tu nie pozmieniało” – zaśmiał się w myślach, zapalając papierosa.

Budynek mieścił się na rogu Grudziądzkiej i Polskiego Czerwonego Krzyża, vis a vis nieużywanego już cmentarza garnizonowego, na którym podczas drugiej wojny światowej chowano jeńców.

Komisariat składał się z głównego, ośmiopiętrowego wieżowca oraz niższej części, przedzielonej wjazdem na policyjny parking, który okalały od zewnątrz jego ściany. Jedno z bocznych wejść prowadziło ponadto do baru mlecznego. Przed jego płotem stał stary obelisk z wciąż widocznym napisem: „W służbie narodowi”.

Zgodnie z wytycznymi w holu przy dużurce wywieszone były dziesiątki informacji i materiałów promujących kampanie społeczne: „Nie kupuj alkoholu z niepewnego źródła”, „Aplikacja mobilna Moja Komenda”, „Krajowa Mapa Zagrożeń Bezpieczeństwa”. Obok rysunków stworzonych przez dzieci wisiały alarmujące apele: „W ciągu ostatniego miesiąca w Polsce upiło się trzydzieści dziewięć procent piętnastoletnich chłopców i dwadzieścia trzy procent piętnastoletnich dziewcząt. Zadzwoń na pomarańczową linię”, „Zadzwoń na niebieską linię”. Gdyby komuś tego było mało, do dyspozycji petentów i interesantów pozostawał automat z napojami i stare gazety komputerowe, nie wiedzieć czemu rozłożone na ladzie.

Nad plakatem informującym o będących w obiegu banknotach, wisiała przytwierdzona do ściany granatowa tablica informacyjna Komisariatu Policji Toruń Śródmieście. Znaleźć można było na niej numery pokojów sekcji kryminalnej, sekcji prewencji i sekcji dochodzeniowo-śledczej.

– Tu nie wolno palić – zwrócił mu uwagę Kosma. Chudy posterunkowy z mocnymi brwiami i wąskimi ustami wychodził właśnie z dyżurki.

– A to od kiedy?

– Od dzisiaj rana. Komendant wydał oświadczenie. O, pan zobaczy, nawet w gablotce jest – wskazał na szklaną szafkę przy wejściu do głównej sali na pierwszym piętrze. Wisiało w niej zdjęcie Brodzkiego z czarnym paskiem na oczach i papierosem w zębach. Podpis głosił: ALKOHOL I PAPIEROSY TO NAJWIĘKSZY WRÓG POLICJANTA.

– Zawsze wiedziałem, że jestem dobrym przykładem dla młodzieży – odpowiedział z autoironią Brodzki i, puknąwszy papierosem o paczkę cameli, schował go do środka. Chciał coś jeszcze rzucić do Kosmy, ale ten zniknął równie szybko, jak się pojawił.

– Dobrze, że jesteś – krzyknął do niego Halicki z końca korytarza. – Właśnie zaczynamy.

*

– Możemy potwierdzić, że to Laura Mostowicz – zakomunikował Daktyl, jak nazywano głównego technika komendy Toruń Śródmieście, Karola Daktylowicza.

Był to gruby facet przed trzydziestką. Miał zwisający przyduży sweter – z wyszytymi rybkami i wodą – oraz jasną czuprynę, która opadała mu na oczy. Jeśli się im dobrze przyjrzeć, miały różne kolory. Uważany był za dość skrytego, ale metodycznego w pracy gliniarza. Nie był niesympatyczny, raczej trzymał się na uboczu – większość czasu spędzał w samotności, analizował materiał dowodowy, a czasem przypatrywał się sekcjom zwłok na oddziale patomorfologii w szpitalu na Bielanach, gdzie mieściło się także prosektorium. Ciężko też było patrzeć w te różne oczy Daktyla, ponieważ wiecznie opuszczał wzrok. A ponadto nadmiernie się pocił.

– Zmarła na skutek wykrwawienia. Liczne obrażenia ciała, odwodnienie, trochę narkotyków we krwi. Zgon nastąpił około jedenastej czterdzieści pięć.

– Co z dzieckiem? – spytał Żółtko i wszyscy spojrzeli na niego. Także Brodzki, oparty o ścianę z tyłu sali.

– Nie wiadomo – zdecydowanie uciął Halicki i zmarszczył czoło, jak ktoś, kto zmyśla. – Nie dzwonili ze szpitala.

Żółtko przygryzł wargi i zmarszczył czoło.

„Za bardzo się podpala” – pomyślał Brodzki. „Jest bardzo emocjonalny. Zupełnie, jak ja kiedyś”.

– Słyszeliście kiedyś, panowie, o porodzie pośmiertnym? – spytał Daktyl.

Na rzutniku pojawiły się zdjęcia zwłok Laury. Przez salę przetoczył się odgłos zniesmaczenia.

– Ja słyszałem… niestety – wyrwał się Nowak. – Czy chodzi o pogrobowców?

– Ciepło – przytaknął Daktyl, podciągając sweter. – A właściwie, zimno, trupio zimno. Chodzi o poród, który następuje po śmierci matki.

– Mówiłem ci – wytknął Nowakowi Żółtko.

– Czy ja panom przeszkadzam? – zirytował się spocony Daktyl.

– Nie. Rozmawialiśmy po prostu już o tym – wytłumaczył Żółtko. – W szkole policyjnej mówili kiedyś o kobiecie, która się powiesiła i urodziła.

– Do tego właśnie zmierzam – przytaknął Daktyl. – Poród trumienny – pokazał kości na czarno-białym zdjęciu. – Kiedy się przyjrzycie, zauważycie drobne szczątki dziecka, pod łonem matki. Dziecko przyszło na świat najpewniej martwe, w trumnie.

– Boże święty… – Kosma złapał się za głowę.

– Z tym Bogiem, to tak nie do końca – zauważył Halicki. – Dzięki, Daktyl. Ciężarne kobiety nie mogły być pochowane, zgodnie z chrześcijańskim obrządkiem. Chyba, że najpierw usunięto z nich płód.

Komendant wskazał Daktylowi, by przełączył na zdjęcie Laury Mostowicz.

– Zaryzykuję stwierdzenie, że w tym wypadku możemy mówić po prostu o porodzie post mortem – dodał komendant Halicki. – W przypadku trumiennego chodzi o wydalanie z ciała różnych gazów, w wyniku czego płód zostaje wypchnięty na zewnątrz. Tu jednak mamy do czynienia z czymś innym: z narodzinami żywego dziecka, jakby… w trakcie zgonu – zawiesił głos i spojrzał po sali.