W stronę Swanna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Krystyna Rodowska

Zapis nieskończony Marcela Prousta
Proust: celebryta nieznany

Prawie sto lat po swojej śmierci (1922) Marcel Proust – jeden z największych pisarzy XX wieku – nie pozwala o sobie zapomnieć. W listopadzie 2018 roku upłynie sto pięć lat od opublikowania we Francji pierwszego tomu wielkiego cyklu powieściowego À la recherche du temps perdu i osiemdziesiąt jeden lat od ukazania się w Polsce W stronę Swanna, w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego, jak do tej pory – jedynym. W roku 1987 dzieła Prousta weszły do domeny publicznej, z czego wydawcy korzystają skwapliwie, by co jakiś czas wznawiać niezmieniony tekst tłumaczenia Boya i tłumaczy dwóch ostatnich z siedmiu tomów: Macieja Żurowskiego i Juliana Rogozińskiego. Jeszcze całkiem niedawno, na początku tego roku (2018), widziałam w księgarni Liber wszystkie siedem części Poszukiwania, bodajże w edycji MG. Za to dla użytkowników Internetu ów tekst jest dostępny od jednego kliknięcia! Internet też nie próżnuje, można tam przeczytać rozmaitej treści i jakości komentarze czytelników, w rodzaju: „Marcel Proust pisze prozą bogatą i barwną”, „Tłumaczenie Boya zasługuje na niesłychany plus” albo: „Nie ma czytelnika – a może i nie-czytelnika Prousta – który by nie wiedział o jego chorobie, światowych sukcesach” i tak dalej.

Nie przesadzałabym z radością witania „nie-czytelników Prousta”, udających znajomość rzeczy. Ot, nie tak dawno, z ust pewnej znanej i skądinąd kompetentnej dziennikarki, usłyszałam, w trakcie przekazywania przez nią aktualnych wiadomości, o kradzieży biżuterii jakiejś celebrytki ze słynnego, paryskiego hotelu Ritz, w którym „bywali swego czasu między innymi Hemingway i Proust”. Tyle tylko, że nazwisko francuskiego pisarza wymawia się: prust (ou = u), tymczasem urocza prezenterka wymówiła je w nieskazitelnej, gardłowej angielszczyźnie, czyli: prołst, co ewidentnie świadczyło o tym, że nie miała pojęcia, o kim mówi. A podobno na wydziale filologicznym miała zajęcia z historii i teorii literatury!

Na szczęście tego rodzaju „obecność” autora Poszukiwania rzadko daje o sobie znać. W ramach powtarzających się tu i ówdzie przypomnień, porównań jego twórczości z jakimś innym zjawiskiem literackim, które objawiło się w ostatnich latach, czytam na przykład w „Gazecie Wyborczej” o wielotomowej, autobiograficznej sadze norweskiego pisarza Karla Ove Knausgårda, Moja walka: „aż prosi się o porównanie do W poszukiwaniu straconego czasu”. O tym samym dziele inny pisarz i krytyk powie „język Knausgårda, w zestawieniu z rozbuchaną frazą Francuza, jest zimny jak woda w fiordach i przezroczysty jak sopel lodu”. Nie czytałam Mojej walki, ale porównanie wydaje się tyleż efektowne, co nietrafne, jeśliby odnieść siędo do zacytowanego wyżej stwierdzenia, że powieść Prousta jest „autobiograficzną sagą”. Zdarzają się też czytelnicy rozkoszujący się Poszukiwaniem, na ogół sami ściśle związani z uprawianiem literatury, którzy byliby skłonni zabrać „świętą księgę” Prousta (w translacji Boya) na bezludną wyspę.

A przecież chodzi o twórczość tak wielowymiarową, zmieniającą się w czasie, w odczytaniach, że właściwie wciąż nieznaną! Do tej pory, w ciągu pierwszych dekad XXI wieku mnożą się odkrycia tekstów Prousta: zeszytów, notatników, szkiców, zarysów czy pierwszych wersji fragmentów Poszukiwania, odręcznych, często nieczytelnych zapisków, nawet na marginesach drukarskich „szczotek”, rzucających nowe światło na jeszcze do niedawna uważane za niewzruszone opus magnum autora. Strach pomyśleć, albo inaczej: zawrót głowy ogarnia na myśl, co jeszcze może wyskoczyć z niedoczytanego Prousta i komentujących siebie nawzajem badaczy! Żarty na bok, ale to, co się już stało i nadal dzieje z odkryciami nieznanego do tej pory Prousta, nie pozwala nam uważać tego pisarza za szacowny zabytek historii literatury, przeobraża się on bowiem stopniowo w kogoś, kto ma nam coś ważnego do powiedzenia tu i teraz. „Lekcja Prousta”? Od kilku lat można przeczytać i odsłuchać w Internecie cieszące się dużym zainteresowaniem we Francji wykłady Antoine’a Compagnona[1] o rozmaitych aspektach twórczości Prousta, kontynuujące wcześniejsze konferencje takich filozoficznych i krytycznych autorytetów, jak Gilles Deleuze czy Roland Barthes. W ten wirtualny nurt wpisują się także świadectwa pisarzy, którzy znali osobiście autora Poszukiwania, takich jak zmarli François Mauriac, Jean Cocteau, Paul Morand[2], czy wzruszające wspomnienia osoby spoza środowiska literackiego – Celesty Albaret, prowadzącej Proustowi w ciągu ostatnich ośmiu lat jego życia dom i służącej mu za sekretarkę aż do jego śmierci; jej Pan Proust – historia i świadectwo niezwykłej relacji – został wydany także w Polsce, w roku 1976. Notabene, niepokoi, intryguje zwierzenie Celesty o spaleniu – na polecenie jej chlebodawcy – sporej części korespondencji. Czy tak się rzeczywiście stało? A jeżeli tak, to z jakiego powodu? Życie pośmiertne pisarza wciąż jest utkane z tajemnic, niedopowiedzeń i luk. A także ma nieoczekiwane dalsze ciągi. Proust pośmiertnie poszerza swoje kompetencje, stając się kimś w rodzaju doradcy życiowego, supercoacha, przydatnego na osobiste kłopoty i na trudne czasy. Wystarczy wspomnieć tytuły: Comment Proust peut changer votre vie[3] czy Comment Proust peut nous rendre heureux[4].

Prawdziwym przełomem stało się odkrycie w roku 1986 przez Claude’a Mauriaca teczki z maszynopisami i rękopisami Prousta, zmieniające całkowicie sens i konstrukcję piątego tomu Poszukiwania, a w konsekwencji – wymowę całości dzieła. Maszynopis nowej wersji przygotowała do druku Nathalie Mauriac, prawnuczka Claude’a i Roberta Prousta, młodszego brata Marcela, a nowe wydanie Nie ma Albertyny (czy też: Utraconej, w przekładzie Magdaleny Tulli) wydał w grudniu tego samego roku (1986) Grasset – pierwszy wydawca Prousta. Ostatnia, kanoniczna obecnie edycja Plejady z roku 1987, pod redakcją niestrudzonego biografa i badacza dzieła Prousta, Jeana-Yves’a Tadiégo, opiera się na odnalezionych maszynopisach, ostatni tom, Czas odnaleziony – na rękopisach, a pierwszy, W stronę Swanna, odwołuje się do edycji Grasseta z 1913 roku. W świetle tych odkryć i ostatnich spostrzeżeń edytor Poszukiwania, wspomniany Jean-Yves Tadié, przestał traktować tekst całości jako ostateczny, włączając do wersji drukowanej, różnicując i analizując z pietyzmem wszystkie wspomniane znaleziska, także rozmaite warianty fragmentów powieści, niepublikowane do tej pory. W wyniku tych operacji dzieło Marcela Prousta jawi się jako tekst w ruchu, „tajemnica w pełnym świetle”, zapis nieskończony. I pomyśleć, jak daleko odbiegliśmy od tekstu Prousta po polsku, czyli tłumaczenia Boya, pozbawionego nawet niezbędnych przypisów! (Do wstępu Boya odnoszę się w Posłowiu). A przecież pierwszy tłumacz À la recherche du temps perdu, z przyczyn oczywistych, nie mógł znać ani się domyślać sekretów pośmiertnego życia nieznalezionych w porę teczek pisarza.

Z perspektywy obecnego, światowego rozgłosu i wciąż rozwojowego stanu badań nad dziełem i życiem Prousta trudno wprost uwierzyć, jak bardzo wyboista, właściwie przez całe życie, była jego droga, aż do późnego wydawniczego sukcesu: prestiżowej nagrody Goncourtów w grudniu 1919 roku – przyznanej mu trzy lata przed śmiercią! – za À l’ombre de jeunes filles en fleur (W cieniu zakwitających dziewcząt) i do rosnącej stopniowo międzynarodowej sławy.

Czas terminowania

Rozpoczynające W stronę Swanna słynne zdanie: „Przez długi czas kładłem się spać wcześnie” zapowiada wieczorne oczekiwanie na pocałunek mamy, która zajęta obowiązkami towarzyskimi, nie nadchodzi. Zdanie to pojawia się u Prousta już w Jeanie Santeuilu[5], jako że repryza, wariant wcześniejszej wersji, należy do stałych technik narracyjnych autora Poszukiwania.

Marcel był chłopcem nadwrażliwym, nerwowym i chorowitym. I choć dziecięcego bohatera powieści, oglądanego z dystansu wielu lat przez dojrzałego narratora, nie można utożsamiać z autorem, niemniej charakterystyka ta odnosi się jak najbardziej do tego ostatniego. Problemy zdrowotne i wychowawcze rekompensowała niezwykła inteligencja i literackie zainteresowania realnego Marcela, zaszczepione mu przez wykształconą i rozbudzoną artystycznie matkę, uwielbianą (z wzajemnością) przez nieletniego, a później dorosłego syna. Jej śmierć (w roku 1905) stała się dla niego nieuleczalną traumą, połączoną z poczuciem winy za rozczarowania i zawody, jakich przysporzył jej i znanemu ojcu – lekarzowi o dużych zasługach naukowych, który marzył dla pierworodnego o karierze dyplomaty. Choć rodzice zarzucali Marcelowi pasywność, brak ambicji i woli, jego namiętność – od najwcześniejszych lat – do lektury i literatury wyraziła się, jeszcze w czasach szkolnych i na studiach, w pisaniu na najrozmaitsze tematy i publikowaniu na łamach wydawanych wtedy pism i pisemek. Młody Proust wyżywał się wówczas w tym, co nazwalibyśmy dzisiaj uprawianiem „publicystyki kulturalnej”, pisał artykuliki, głównie związane z literaturą i teatrem, z czasem – w związku z wejściem w krąg salonów z wyższych sfer – zainteresował się także problematyką mody i kronik towarzyskich, co bardzo przydało mu się w trakcie pisania À la recherche. Publikował także na łamach „Banquet” czy „Revue blanche” swoje rymowane wiersze, zresztą mało oryginalne, akademickie. Prawdziwym poetą miał się stać znacznie później – w swojej prozie, jeszcze przed opublikowaniem W stronę Swanna i kolejnych tomów Poszukiwania.

 

W roku 1896 wychodzi pierwsza książka: Les plaisirs et les jours (Przyjemności i dni), powstająca – jak twierdził autor – „od czternastego roku życia”, w której zebrał prawie wszystkie napisane do tej pory utwory. Jest to zbiór przeszło pięćdziesięciu tekstów, o różnej tematyce i formie, który sam Proust po latach ocenił wysoko. Oprócz krótkich opowiadań, refleksji psychologicznych w stylu La Bruyère’a i La Rochefoucaulda, znalazły się tam również wierszowane portrety malarzy i muzyków, między innymi Chopina, o którym powie „Książę rozpaczy, wielki pan zdradzony”. Zbiór został poprzedzony nader pochlebnym dla młodego autora wstępem pióra Anatola France’a – wielkiego autorytetu literackiego dla młodego Prousta; na nim to wzorowana będzie w Poszukiwaniu postać Bergotte’a.

„Wszystko znajduje się już tam w stadium zalążku” – zauważył we wstępie do W stronę Swanna – Jean-Yves Tadié. Przede wszystkim metoda pisania, obrana świadomie i to tak wcześnie: operowanie fragmentem, skrótem, montażem, demontażem, rekonstrukcją. W swoim wstępie France nazywa debiutanta „poetą”, co w pełni potwierdzi się w następnym utworze: Jeanie Santeuilu, nad którym Proust pracował już w chwili opublikowania Przyjemności i dni. W tej jawnie autobiograficznej, rozciągniętej na przestrzeni 886 stron prozie, pisanej w trzeciej osobie i aspirującej do miana powieści[6], trudno jednak dopatrzeć się akcji; obfituje ona w dość statyczne relacje z przechadzek, przejażdżek Jeana i jego arystokratycznego przyjaciela, u którego przebywa w gościnie, z rozmów z panią domu, księżną de Réveillon, z rodzicami, pojawiają się tu portrety matki, ojca, dziadka, splecione z refleksją o starości, rozważania o pejzażu, o życiu światowym bohatera, o miłości i przyjaźni, wreszcie o „sprawie Dreyfusa”, którą pisarz się emocjonował (oboje, wraz z matką, byli po stronie oskarżonego niesłusznie oficera żydowskiego pochodzenia). Przede wszystkim jednak fascynują wypełniające całe rozdziałki tej quasi-powieści niezrównane opisy pór roku, studia natury. Dla Prousta natura była równie ważna jak sztuka, niejednokrotnie dawał temu wyraz. W Jeanie Santeuilu zachwycają poetyckie reportaże (bo to coś więcej niż opisy), oparte na wnikliwej obserwacji tego, co się dzieje w przyrodzie: kwitnące głogi, owocujące jabłonie, „kwiaty otwarte jak gościnne pałace”, „barwne dzwonnice” pachnących bzów, opalizujące szparagi, godne pędzla mistrza – wszystkie te oraz inne zmetaforyzowane obrazy wejdą później do Poszukiwania, wszystko się przyda, nic nie zostanie zmarnotrawione, najwyżej proporcje będą inne. Urodzaj porównań, spójnika comme („jak”) będzie odtąd trwał w jego twórczości, wystarczy przypomnieć oryginalne, nigdy nienużące kontemplacje w słowie współdziałających z sobą zjawisk natury, takich jak wiatr, deszcz, słońce, tęcza, las, obecne zwłaszcza w dwóch pierwszych i w ostatniej części W stronę Swanna. Na etapie pisania Jeana Santeuila Proust uważał siebie przede wszystkim za poetę, podkreślając wagę przebudzenia się na poezję swego bohatera – alter ego.

Już na kartach tej quasi-powieści (przetłumaczonej na język polski przez Pawła Hertza) pojawia się refleksja o znaczeniu pamięci mimowolnej (mémoire inconsciente), nie tyle jako wspomnienia, ile przemiany wspomnienia w bezpośrednie, zmysłowe doznanie rzeczywistości. Zapowiada to iluminację – rozbłysk odzyskania utraconego czasu pod wpływem smaku ciastka zwanego magdalenką w finale Combray. I, pierwszej części W stronę Swanna.

Proust nie dokończył Jeana Santeuila; być może w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że autobiografia (choćby zakamuflowana narracją w trzeciej osobie) nie jest dla niego właściwą drogą. Zafascynowany poglądami na sztukę i tekstami angielskiego filozofa, estety i krytyka sztuki Johna Ruskina, zaangażował się bez reszty w ich tłumaczenie i peregrynacje śladami mistrza, głównie do Włoch, co w sumie zajęło mu prawie osiem lat. Praca ta nie tylko ukształtowała jego wybory estetyczne, lecz wzbogaciła również jego warsztat pisarski. Gwoli ścisłości, Proust znał bardzo słabo język angielski, zaledwie biernie i opierał się na filologicznych tłumaczeniach swojej matki, a później także Marie Nordlinger, angielskiej kuzynki kompozytora i śpiewaka Reynaldo Hahna, który był najbliższym przyjacielem i partnerem pisarza. Kiedy jednak zarzucano mu nieznajomość języka, z którego tłumaczył, odpowiadał krótko: „Ale znam dobrze Johna Ruskina”, streszczając w ten sposób własną teorię przekładu. Istotnie, Proust, czytając Ruskina i co się tylko dało o Ruskinie, publikując artykuły i recenzje o jego pracach, podróżując do Wenecji jego śladami, stał się nie tylko wyznawcą idei angielskiego krytyka sztuki, lecz także jego wielkim znawcą. W kwietniu 1904 roku „Mercure de France” opublikował tłumaczenie Biblii z Amiens, Henri Bergson zaś, skądinąd daleki krewny Prousta, miał okazję przedstawić publicznie to dzieło słowami: „Marcel Proust przetłumaczył je językiem tak żywym i tak oryginalnym, że czytając książkę, nie ma się wrażenia obcowania z przekładem”[7].

Proust przywiązywał wielką wagę do tłumaczenia. Uważał, że pisarz (artysta) ma obowiązek tłumaczenia widzialnych znaków świata na język sztuki, gdyż „świat jest symbolem, który trzeba umiejętnie odczytać, by odkryć samego siebie”[8]. Tak więc tłumaczenie wiązało się dla Prousta nierozerwalnie z własnym pisaniem, było koniecznym ćwiczeniem ekspresji i doświadczeniem inicjacyjnym etapu przejścia. Po przetłumaczeniu i opublikowaniu Biblii z Amiens, Sezamu i lilii (1904, 1906), uwalniając się od wpływu swojego mistrza, Proust zaczął powoli dojrzewać do pisania powieści.

Przeciwko Sainte-Beuve’owi (Contre Sainte-Beuve) okazuje się konfrontacją eseju i powieści. „Czy zrobić z tego powieść, czy studium filozoficzne; czy jestem powieściopisarzem?” – Proust przeżywa ponownie rozterki związane z wyborem formy przyszłej książki. Zwycięża, ale nie do końca, powieściowy pomysł rozmowy ze zmarłą niedawno matką, z którą autor dzieli się przemyśleniami, związanymi z analizowaną w formie eseistycznej twórczością pisarzy takich, jak: Sainte-Beuve, Nerval, Balzac, Tołstoj, Flaubert, Baudelaire, odwołując się od czasu do czasu do osobistych wspomnień, czułych dialogów i wspólnych lektur. Na książkę złożyło się kilkaset stron rękopisu i mnóstwo luźnych kartek. Amerykański biograf Prousta, George D. Painter, nazwał ten projekt „świetną porażką”. O „uroku fastrygi” mówi w swoim brawurowym wstępie do polskiego wydania Anastazja Dwulit, polska tłumaczka i komentatorka Contre Sainte-Beuve[9], zamieniając, nie bez sporej dozy ironii, braki i słabości dwóch wersji książki[10] w możliwe do przyswojenia atuty w oczach czytelnika, nawykłego do posługiwania się lakonicznymi postami na Facebooku, do tweetowania i – paradoksalnie! – do nałogowego oglądania seriali. I bardzo dobrze, że ten opasły, choć nieukończony utwór ukazał się po polsku niedawno w tym kształcie, z inteligentnym, dowcipnym i jakże potrzebnym komentarzem! Toruje on bowiem drogę dalszej wydawniczej ekspansji „nowego” Prousta… Wyrobiony czytelnik, wychowany na intertekstualnych igraszkach postmodernizmu, nie będzie się zżymał na niekonsekwencje autora, który raz się zapuszcza w gąszcz krytycznego spojrzenia na literaturę Sainte-Beuve’a, przeceniania przez niego wpływu życia na twórczość, skandalicznego niedocenienia na przykład Baudelaire’a czy choćby Balzaca; innym razem autor dryfuje w stronę zwierzenia, listu miłosnego do matki czy wyjawia – po raz pierwszy – że ma młodszego brata, Roberta (co w Poszukiwaniu, korzystającym z praw fikcji, zostało zatajone), lub wciąga czytelnika w kontrowersyjne rozważania na temat związków homoseksualizmu z antysemityzmem w eseju Przeklęta rasa.

W stronę czasu utraconego

W oszałamiającej liczbie notatników i zeszytów towarzyszących Poszukiwaniu można by się pogubić, gdyby nie zastępy proustologów, interpretujących związki między tymi tekstami, ustalających daty i chronologię ich odnajdywania, włączania lub nie do bloku publikacji, a także hierarchię ważności. Tak więc, na szczególną ich uwagę zasłużył na przykład Zeszyt z 1908 roku, świadczący o pojawieniu się w umyśle pisarza „globalnej intuicji na temat przyszłego dzieła”. Chodzi o moment, w którym – jak notuje Proust – „wyświetlił mi się nagle sens nie tylko dawnych poszukiwań po omacku, ale także cel mojego życia i może także sztuki”[11]. W kolejnych latach: 1909, 1910, 1911 powstają nie tylko rękopisy wszystkich części W stronę Swanna (Combray, Miłość Swanna, Imiona krain: imię). Istnieje już także – od Zeszytu 39–49 – wersja Strony Guermantes w licznych brulionach z roku 1911 – jak donosi w swojej liczącej przeszło 950 stron biografii pisarza Jean-Yves Tadié[12]. W tym czasie Proust dysponuje też materiałem do ostatniego tomu, który nosi tytuł Le temps retrouvé (Czas odnaleziony), jako odpowiedź na Le temps perdu (Czas utracony). Nowa edycja Plejady z roku 1987, obowiązująca do tej pory, podwaja liczbę stron, modyfikując w efekcie relację szkiców rękopiśmiennych z tekstem drukowanym, tak że tekst „ostateczny” przybiera charakter kolejnego wariantu, który może jeszcze ulec dalszym przemianom. Informacje te pozwalają wyrobić sobie pewne pojęcie o metodzie organizowania przez Prousta materii splątanych wątków Poszukiwania, metodzie niemającej nic wspólnego z linearnością, lecz ogarniającej od razu wizję całości, modyfikowaną później w nieskończoność.

Pisarz prowadzi finezyjną grę relacji między bohaterem – narratorem – autorem, zastawiając przy tym pułapki interpretacyjne na czytelnika, wynikające także z migotliwości perspektyw czasowych. Nie wystarczy czytać tomów Poszukiwania po kolei; warto wracać do już przeczytanych, porównywać opisane wydarzenia, postacie, z ich przyszłymi losami w dalszych segmentach cyklu. Posłużę się tylko jednym z przykładów: zaraz na samym początku W stronę Swanna cierpiący na bezsenność dorosły narrator, w przywoływanym często w Poszukiwaniu stanie pół-snu, pół-jawy, wspomina swoje pobyty u „pani de Saint-Loup”, nocne przechadzki z nią w Tansonville, przebieranie się we frak przed wspólną kolacją w salonie. Autor, w ramach strategii narracyjnej, sygnalizuje tylko, że „wiele lat upłynęło od czasów Combray”, czasów jego dzieciństwa. Ale kim jest „pani de Saint-Loup”, wspomniana dwukrotnie w tym akapicie z dystansem należnym osobom traktowanym oficjalnie lub słabo znanym? Jedynym tropem jest nazwa „Tansonville”, rozpoznawalna i tak dopiero po zapoznaniu się na dalszych stronach z opisem rozmów rodziców Marcela o właścicielu rezydencji wiejskiej noszącej to miano, czyli o Swannie. W drugiej części Combray nastoletni narrator zapuszcza się do ogrodu w Tansonville, gdzie widzi po raz pierwszy rudowłosą dziewczynkę Gilbertę, córkę Swanna i Odetty i ulega na dłużej jej urokowi, bawiąc się z nią i jej koleżankami jakiś czas później w Paryżu, na Polach Elizejskich. Jeszcze wtedy nie śniło się nikomu, że zostanie ona kiedyś „panią de Saint-Loup” i wejdzie do arystokratycznego klanu Guermantów, awansując najpierw, po śmierci Swanna i powtórnym małżeństwie matki, do statusu „panny de Forcheville”! Dorosły narrator zasiadający do wspomnianych kolacji z „panią de Saint-Loup”, która pociesza się jego towarzystwem podczas nieobecności męża (zdradzającego żonę, często osamotnioną) pamięta to wszystko, przeżył wszak przed laty młodzieńczą, pełną frustracji miłość do Gilberty, przerzucając później platoniczne afekty na „panią Swann”, jej wciąż ponętną matkę. Ale narrator tę wiedzę i pamięć zachowuje dla siebie, bo tak chce autor. O tym epizodzie czytelnik może się dowiedzieć dopiero w części trzeciej (najkrótszej) W stronę Swanna, podczas gdy Robert de Saint-Loup pojawia się po raz pierwszy w tomie drugim Poszukiwania – jako młody arystokrata i kochanek podrzędnej aktorki – byłej prostytutki Racheli, zaprzyjaźniając się z narratorem w czasie jego pierwszego letniego pobytu wraz z babcią w Balbec.

 

W Poszukiwaniu kryje się wiele możliwych powieści, postacie, ewoluując, odsłaniają z tomu na tom swoje niepodejrzewane wcześniejsze oblicza i aspekty, analiza psychologiczna kapituluje wobec ich nieprzewidywalności. Kim właściwie jest Odetta? Poznajemy ją przecież jedynie w odbiciu krzywego „lustra” wyobraźni Swanna i jego udręk zazdrości, znacznie później – poprzez fascynację narratora dojrzałą kobiecością „pani Swann” i jej legendą byłej „kokoty”, przez ogląd „towarzystwa” – czyli wciąż poprzez stronniczy, męski, dziś powiedziałoby się „patriarchalny” punkt widzenia. Autor czy narrator ani razu nie dopuszczają czytelnika do jej wnętrza, a przecież jest to kobieta, która wiele przeżyła i musiała zapewne także wycierpieć. Ale właśnie takie, arbitralne spojrzenie, mimo ujawnienia pewnych rysów groteskowych, widocznych choćby w snobowaniu się Odetty na angielszczyznę, w ignorancji maskowanej pretensjonalnością, zapewnia jej naddatek tajemnicy.

Ucieleśnieniem tragizmu istnienia jest przewijający się na wielu stronach Poszukiwania, w różnych odsłonach czasu, prowincjonalny kompozytor Vinteuil, poddawany za życia psychicznym torturom przez córkę lesbijkę i jej partnerkę (po śmierci zaś – sadystycznej profanacji swego zdjęcia przez obie kobiety); nikt z otoczenia nie podejrzewa tej w sumie żałosnej postaci o iskrę muzycznego geniuszu, jakby autor Sonaty, słuchanej z zachwytem w mieszczańskim, snobistycznym salonie Verdurinów i w arystokratycznym margrabiny de Sainte-Euverte, nie miał z tamtym Vinteuilem nic wspólnego. Oddana bezgranicznie swoim państwu i rodzinie charakterna służąca Franciszka, wzruszająca się nieszczęściami całego świata, zachowuje się jak zimna sadystka w stosunku do cierpiącej, ciężarnej dziewczyny kuchennej (podobnie jak do zarzynanego na obiad kurczaka). Powołując do życia postacie utkane z szokujących sprzeczności, ukazując je w różnych okolicznościach i przedziałach czasowych, Proust dokonuje aktów transgresji, wybiera tajemnicę osobowości przeciwko uzurpacjom powierzchownego psychologizowania. Uwaga ta dotyczy także fantastycznego studium snobizmu i hipokryzji, wcielonych w postać Legrandina z drugiej części Combray w tomie W stronę Swanna; niezwykłość analizy Prousta polega tu na osiągnięciu efektu ostrej groteski środkami poetyckimi, na co nie zdobyłby się Balzac.

Światem powieściowym Prousta rządzi „furia punktów widzenia”, jak to fantastycznie określił Pietro Citati, włoski pisarz i eseista w swoim Gołębiu zasztyletowanym[13]; narrator w jego ujęciu, bardziej niż osobą, jest „siedliskiem namiętności”. Citati, analizując ewolucję artystyczną Prousta, zwraca także uwagę na proces stopniowego eliminowania rysów autobiograficznych i kumulacji tych wymyślonych w Poszukiwaniu. Zasadnicza różnica między narratorem a autorem w À la recherche polega na tym, że narrator – jeszcze na początku siódmego tomu (Czas odzyskany) – wciąż marzy o zostaniu pisarzem, ale wątpi w swój talent i powołanie, rozmienia się na drobne, bawi na salonach, jednak wiemy o tym przede wszystkim dlatego, że autor cały czas pisze („je suis très travailleur” – jestem bardzo pracowity, wyznaje Proust). Ostatnim szczeblem piekła wątpienia jest także – na szczęście przez chwilę – kwestionowanie wartości literatury, jej związku z życiem.

Czy Marcel Proust to pisarz odpowiedni na takie czasy jak nasze, zorientowane głównie na konsumpcjonizm, karierę, zysk, stawiające na operatywność w działaniu? Czy rzeczywiście popularne dziś hasło Proust plus que jamais! (Proust bardziej niż kiedykolwiek!) może mieć u nas rację bytu? Myślę, że na zasadzie kontrastu ten wielowymiarowy pisarz uczy nas dostrzegać walor cierpliwości, spowolnienia w działaniu, uważności w patrzeniu, pokazuje, jak delektować się zmysłową stroną świata i jak odczytywać jego znaki zapisane w sztuce.

Pisząc o cyklu powieściowym Prousta, używam skrótu tytułu, także dlatego, że nie chcę powtarzać tytułu użytego przez Boya, powielanego później automatycznie przez wszystkie polskie edycje. W świetle wszystkiego, o czym była mowa powyżej, wprowadzam w przekładzie tytułu całości cyklu zmianę pozornie nieznaczną, lecz dla mnie istotną: W poszukiwaniu utraconego czasu. Naczelnym tematem siedmioksięgu Prousta jest – jak to przedstawia, nie szczędząc dowodów, Jean-Yves Tadié – historia dojrzewania bohatera i narratora do pisarskiego powołania, a w tej historii nie ma czasu spisanego na straty, zmarnowanego, zmarnotrawionego na frywolności, albowiem – paradoksalnie – ten aspekt czasu buduje czas utracony z perspektywy czasu w finale odzyskanego, wytrąconego z piekła efemeryczności i przeniesionego w pozaczas przez wielokrotnie przeżywany cud analogii, rozpoznanych między innymi w smaku magdalenki, w potknięciu się narratora o nierówne płyty na dziedzińcu pałacu Guermantów (podobnie jak niegdyś w baptysterium Świętego Marka w Wenecji). Chodzi o „czas utracony”, któremu wagę i powagę nadaje dźwięczna samogłoska u w miejscu słabo słyszalnej spółgłoski s. Dopiero jego przeciwwaga – „czas odnaleziony”, nadaje Sens wszelkim przeszłym wydarzeniom, cierpieniom, złudzeniom, perwersjom, wszystkiemu, co zostało „utracone”, wydawałoby się bezpowrotnie. „Czas” wreszcie „odnaleziony” to spełnienie się w Sztuce, najważniejsze dla Prousta i tak długo dlań niedostępne, dotarcie – poprzez doświadczenie, chciałoby się powiedzieć: poprzez łaskę „pamięci mimowolnej” – do owej jedności czasów, w której śmierć – towarzyszka wielu lat jego życia, wraz z chorobą – przestaje być straszna.

W poszukiwaniu utraconego czasu – wersja przekładu tytułu, którą wybieram – ma jeden minus: nie pozwala uniknąć elizji, czyli powtórzenia w wygłosie samogłoski u, co lekko zaburza w wymowie rytmiczność tego zwrotu. A jednak „czas stracony” byłby – w moim odczuciu – straconą okazją do oddania w przekładzie całego potencjału semantycznego, emocjonalnego i metafizycznego zawartego w „czasie utraconym”. Francuski pisarz był w tej wygodnej sytuacji, że nie musiał wybierać. Czasownik perdre to jeden z poręcznych „worków na wszystko”, podobnie jak faire, prendre, mettre, tenir, które to czasowniki obsługują całą masę znaczeń, co wystarczy sprawdzić w Wielkim Słowniku Francusko-Polskim. Imiesłów przymiotnikowy perdu (le temps perdu) zawiera w sobie wszelkie możliwe niuanse utraty i straty, bo tak to urządził duch języka (francuskiego).