Powroty nad rozlewiskiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Powroty nad rozlewiskiem
Powroty nad rozlewiskiem
Audiobook
31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Widywaliśmy popalone wsie, ostrzelane budynki, nawet trupy na wozach przygotowane do pochówku, ale szubienice?!

— Podobno kolaboranci — szepnął tatko do przewodnika. — To prawda?

— Lepiej nie wiedzieć — mruknął i popędził nas, bo zbliżała się noc.

Kolaborantów wieszali i w naszym miasteczku — gadała o tym nieraz Jakubowa z Sabiną albo mamą. Esesmani wieszali ludzi na rynku, ale Rosjanie? Za co?…

Wiecznie było mi zimno…

Później już przypominam sobie sam Pasym. Wyglądał okropnie. Popalony, wyburzony, pusty… Sprawiał wrażenie opuszczonego przez Boga i ludzi. Było już późno, szczekały jakieś wygłodniałe psy, wiało zimne wietrzysko.

Przewodnik zostawił nas, pokazał, jak iść dalej, i poszedł sobie. Z trudem odnaleźliśmy dom Jürgena.

Przywitała nas jego żona — stara i pomarszczona kobieta o czerwonych oczach.

— Witajcie, witajcie — powiedziała niemal radośnie. — Jurek leży w kaplicy. Wczoraj zmarł na serce… Mówił, że na was czeka.

Kuchnia Felicji była nagrzana, pachniało kaszą i roztopioną słoniną z puszki. Najpiękniejszy zapach świata! Suchary Jakubowej skończyły się już dawno i głodowaliśmy bardzo. Czasem w jakieś wsi ktoś się litował i dawał nam trochę mąki, którą mama gotowała na gęstą breję z solą, albo ziemniaki ohydne — przemarznięte. Słodkawe po ugotowaniu. W opuszczonych gospodarstwach trafiała się komórka z zapomnianym słoikiem jagód albo grzybków. Grzybki w occie. Jakiś absurd!

Uwielbiałam je w majątku, gdy stały w kuchni, czekając, aż Jakubowa zaniesie je na stół i postawi obok patery z wędliną, a te były okropne. Niesłone, kwaśne i szczypały w głodny żołądek boleśnie.

Najczęściej jednak nic nie było. Puste domy, komórki, spichlerze… nic!

A tu kasza!!! Felicja mimo ciężkiej straty pogodnie podała nam herbatę z ususzonej mięty i tę kaszę. W pokoju pościeliła nam prawdziwe łóżka. Tatko i mama na jednym, Hanka i ja na drugim, a Piotruś na szlabanku. Było ciepło od pieca kuchennego i błogo. Bezpiecznie.

— Umyjecie się jutro — zarządziła mama i każdemu nakreśliła krzyżyk na czole. — Da Bóg, koniec wędrówki, na ten czas — westchnęła.

Zasnęłam kamieniem.

Kilkanaście dni mieszkaliśmy u starej Felicji — wdowie po Jürgenie. Rodzice roztrząsali swoją decyzję.

— Broneczko, wybacz, to nie był dobry pomysł. Sądziłem, że Jürgen ma gotowy plan, zamysł, jak przetrwać. Zawsze był doskonały pod względem przewidywania, wiedzy i pomysłów. Nie chciałem skazywać was na exodus w niewiadome… Wszak mam przyjaciół w Monachium, Paryżu, ale i oni są uwikłani w problemy… Tam żadnego dla nas życia nie widzę. Tu jednakowoż wśród swoich jesteśmy, a da Bóg, ojczyzna wreszcie będzie wolna.

— Michale, a może tak miało być, że tracimy wszystko, ale nie siebie? Patrz — jesteśmy wszyscy z wyjątkiem Jakubowej… mamy dach nad głową, coś wymyślimy. Z Bogiem wrócimy do siebie szybciej, niż sądzisz!

Pocieszali się nawzajem, pocieszali nas — ale my byliśmy wściekli. Okropny był ten Pasym! Wcale nam się nie podobał! Mały, brzydki i bezludny… Jedzenia nie było. Żadnego!

Wkrótce Felicja znalazła dla nas mieszkanie po niemieckim piekarzu, co zmarł tuż przed zimą, a jego żona uciekła do Rzeszy. Małe, ale całe. Z ocalałym piecem.

Tam zachorowałam na świnkę i zaraz po niej na ospę wietrzną. Przeleżałam w łóżku do wiosny! Hanka opowiadała mi później, że wtedy panował straszny głód. Nie pamiętam tego, ale widać tak było.

Autobus do Warszawy i trochę wspominków


Wszystko to przypomniało mi się teraz, gdy jechałam autobusem do Warszawy zdawać na studia. Złożyć papiery na uniwersytet.

Boże, jak ja się bałam tej podróży! Tak daleko nie jeździłam nigdy! Najdalej z mamą do Elbląga. Sama do Biskupca, do Olsztyna — proszę bardzo. Ale do Warszawy?!

— Poradzisz sobie — powiedziała mama. — Koniec języka za przewodnika. Ciotkę znajdziesz łatwo, bo to środek miasta, ta Mokotowska. A poza tym, Basiu, tam teraz wszyscy przyjezdni! No, z Bogiem, dziecko!

Nachyliłam się, żeby mama nakreśliła mi krzyż na czole, i wsiadłam do starego, rozklekotanego autobusu i teraz jadę... Aż do Przasnysza tak wspominałam to, co pamiętam z majątku. Mało tego… Takie to zamazane, nieostre, nie po kolei. Jakieś urywki, kawałki pozszywane od Sasa. Całkiem czarne dziury, jakbym powymazywała wielkie fragmenty.

Hanka pamięta wszystko. Ma pamięć jak encyklopedia. Ja — nie.

W autobusie duszno. Z tyłu ktoś wiezie gęsi w pudle. Tylko im głowy wystają. Najpierw gęgały strasznie, to im wór na głowy wsadzili. Teraz zdjęli i gęgają, ale ciszej. Zmęczone są, jak my wszyscy.

Obok mnie kobieta z metalową bańką między kolanami. Spirytus. Na pewno!

Przecież mówią, że w Warszawie za bimber można kupić, co się chce!

Gorąco mi. Kobieta poci się ostrym potem. Zaczyna śmierdzieć, bo wszyscy już są uparowani, a okienka autobusu małe i mimo że pootwierane u góry — niewiele to pomaga. I jeszcze te gęsi.

Zamykam oczy. Lepiej odpłynąć we własne myśli…

Ciągle miałam w głowie naszą ucieczkę pod prąd, do tego Jürgena, żeby tam przeczekać… A potem wrócić do majątku. Nigdy nie wróciliśmy. Polska Ludowa zabrała nasz majątek jak swój. W naszym domu otworzono szkołę, a w służbówce — mały internat.

Wozownię przerobiono na pomieszczenia administracyjne PGR-u.

Dobrze, że uciekliśmy.

Dopiero po drodze do Pasymia, czując lęk, widząc popalone domy, okaleczonych ludzi, zniszczone życie, te szubienice, naprawdę się przestraszyłam. Nie rozumiałam, dlaczego opuszczamy nasz majątek. Skoro Niemcy nas nie pozabijali, to czemu Ruscy mają to zrobić? Zresztą ci Niemcy, co u nas kwaterowali, zachowywali się bardzo przyzwoicie. Tak mówiła mama. My tylko musieliśmy się gnieździć w skrzydle dla służby, bo służby już nie było. Porozjeżdżała się do domów, bośmy im nie płacili i po co mieli się narażać? W nieszczęściu gna się do swoich.

— Chcę do domu! — płakałam ze zmęczenia podczas wędrówki.

— Przestań! — mówiła mama. — Rozpoczynamy nowe życie! Jak rozbitkowie. Jak Robinsonowie Szwajcarscy! Widzisz, ile uratowaliśmy?! Może kiedyś wrócimy?

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jak to? Porzucamy dom, stajnie ojca, ogród, park, nasze pokoje, Jakubową, Sabińcię, Rafała, Jaśka?… I mama tak sobie to mówi, lekko?

— Mamo? Tatko jest smutny, a ty?

— Kochanie moje — mama uklękła przede mną i zawiązała mi ciaśniej szal pod szyją. Jej piękny, kaszmirowy szal… — Życie jest ważne, wiesz? Rzeczy są i zaraz ich nie ma, popatrz dookoła, a my jesteśmy! Korzenie możemy zapuścić gdzie indziej, gdzie nie ma już grabieżców, wrócił spokój. Basieńko! Rozchmurz się, rybko, będzie dobrze!

Pamiętam jej brązowe wesołe oczy, szylkretowe grzebienie we włosach, warkocze zawinięte w kok, i starą jesionkę, w którą się ubrała, żeby nie wyglądać na „panią”. Ojciec, Hanka i Piotr właśnie wychodzili z lasu, do którego poszli za potrzebą, i rozmawiali lekko o wiośnie, a ja chciałam rozpaczy, darcia szat, dramatu! W końcu wojna wygoniła nas z domu!

Mama jednak nie okazywała żadnego zachwiania. Uspokajała nas wszystkich, a ojciec całował ją w rękę albo we włosy i mówił:

— Bez ciebie, Broniu, nic nie miałoby sensu! Moje serce jedyne!

— Ale mogliśmy, proszę tatki, jak wszyscy, na Zachód — wymądrzał się Piotr.

— Mogliśmy, ale tam nie mamy nikogo, a tu — choć tego Jürgena. Mamy gdzie przeczekać, żeby wrócić na swoje.

— Słyszał tatko, co ludzie mówią? Że Ruscy niczego i nikogo nie oszczędzają, że zabierają wszystko i nie oddają. A jak zrobią tu radziecką republikę?

— Nie zrobią — mruczał ojciec niepewny tego, co mówi.

Słabo to wszystko pamiętam.

Ta wędrówka w zimnie i poniewierce trwała prawie trzy tygodnie, bo czasem z powodu pobliskich walk nosa nie wystawialiśmy z miejsc popasu, choć może lepiej — z ukryć? Z tych stodół, cudzych domów, plebanii różnych.

To było wielkie, przykre przeżycie i mama często nam powtarzała: „Zapomnisz, zaleczy się serduszko, będzie lepiej!”. Zapominałam szybko. Życie dziecka jest pełne ciekawostek, które umieją wypierać z pamięci złe chwile.

Felicja pocieszała nas, trzeźwo myśląca, choć stara:

— Tu, w Pasymiu — mówiła — będzie wam spokojnie i dobrze. Ruscy już poszli, został tylko komisarz. Szczytno zniszczone strasznie, panie Michale, ale Pasym się jakoś w miarę ostał, widzicie… Przeczekacie. Mnóstwo mieszkańców wywieziono, dużo ludzi wyjechało.

Właśnie jakoś wtedy, w kwietniu już czy maju, ojciec wybrał się z tamtym przewodnikiem, który nas przeprowadzał przez front do Pasymia, do naszego majątku — zobaczyć, co z niego zostało. Wrócił szary na twarzy i w kuchni upadł na podłogę. To było serce — jak stwierdził miejscowy lekarz i zalecił ojcu spokój i wypoczynek. Nasz majątek był w rękach Rosjan, zniszczony okropnie. Mieściła się tam siedziba komisarza i szkoły… O powrocie nie było mowy.

Felicja wzruszyła ramionami.

— Aleście cali i zdrowi! I nie majtacie się na sznurku z napisem „Kułak”!

Fakt…

Z miejsca się zaprzyjaźniły — mama i Felicja. Po tygodniu mieszkania u niej zajęliśmy to opuszczone mieszkanie koło cmentarza, później po dwóch latach dom, co nam go zapisał za Kaśkę kowal, który spłonął w swojej kuźni, zapiwszy się na śmierć, a wreszcie zamieszkaliśmy tu, nad rozlewiskiem, dwa kilometry za Pasymiem.

Miasteczko było bardzo wyludnione, brzydkie i rozwalone, popalone przez Ruskich. Byłam zawiedziona. No i bieda była straszna. Mieliśmy worek żytniej mąki i nic więcej. Mama z Felicją pojechała po niego daleko, aż za Wielbark, na jakąś kolonię.

 

Przez miesiąc jedliśmy właściwie tylko kluski z ohydnej, szarej mąki wymieszanej z otrębami. Dobre i to, inni i tego nie mieli.

— Mamo? Co dziś na obiad? — ćwierkałam, po powrocie ze szkoły, z nadzieją, że nie kluski.

— Makaron — mówiła mama wesoło.

A następnego dnia na moje pytanie odpowiadała, że kluski, i tak na przemian. Do dziś nie lubię kluch i makaronów…

Późną wiosną już było lepiej, bo pojawił się na polach szczaw, lebioda na szpinak, a w obejściach młoda pokrzywa, z której mama robiła zupę. Czasem zdobywała kilka kartofli, pasternak, kapustę. Mleko też było rzadkością. Najczęściej, jeśli już się pojawiało, to w proszku, z przydziałów. Rzadko. Zdarzały się transporty z chlebem, ale nie dla wszystkich starczało, aż wreszcie ruszyła piekarnia. Przy drodze do lasu rosły dzikie jabłonie, więc jesienią zbieraliśmy jabłka i mama robiła z nich dżem z melasą, a kompoty z mirabelek, co rosły koło kościoła.

W czterdziestym szóstym, czy jakoś tak, okazało się nagle, że nasz Pasym to wieś. Że już nie jest miastem, bo zabrali mu prawa miejskie. Pani nam to w szkole powiedziała, zaciskając usta.

Wpadłam do domu jak bomba:

— Mamo! Tatku! Pasymowi zabrali prawa miejskie! Jesteśmy wieśniakami! Czy oni powariowali?! Ślepi są czy co?!

— Basiu, nie krzycz tak — uciszał mnie tatko.

— Mamo, ale jak jest kościół i ratusz, to chyba widać, że to miasto?

— Ciiicho, serce moje! Tak już jest, a z władzą się nie polemizuje! Popatrz, tatko jest tu zwykłym chłopem, a przecież ma arystokratyczne pochodzenie. Ale o tym lepiej nie mówić! Wszak wiesz. Ważne są maniery, kultura, a nie tytuł. Dla nas to „nasze miasteczko”, i już! Prawa miejskie może mu zwrócą…

I zwrócili po wielu, wielu latach.

Ludności przybywało, a więc i kolegów, i koleżanek też. Mama od razu zatrudniła się w szkole. Była bardzo dobrze wykształcona. Później przesunięto ją do świetlicy i biblioteki. Miała pracę!

Autobus zatrzymał się na kolejnej stacji. Wysiadłam, bo krzyż mnie bolał i nogi cierpły od tej podróży. Stanęłam w kolejce do toalet, śmierdzących na odległość. Już nawet maminej herbaty z termosu nie piję, żeby nie siusiać za często… Czemu wybrałam tę Warszawę?! Czemu dałam się namówić na uniwersytet? Tak daleko od domu…

Wychodek obesrany nieludzko, śmierdział i powodował mdłości. Jednak nie było innego wyjścia, bo jeszcze kawał drogi przede mną.

Gęsi w pudle chłop wystawił na zewnątrz. Były już ledwo żywe. Nie gęgały…


— Pan je napoi — powiedziała ta kobieta, co siedziała koło mnie.

— Się pani nie wtranca — burknął, paląc papierosa.

Poczułam jednak pragnienie i poszłam po herbatę. Na siedzeniu przede mną kobieta przewijała dziecko, rozkapryszone i spocone jak my wszyscy. Teraz naprawdę żałowałam, że dałam się namówić na tę biologię. Może lepsza byłaby polonistyka w Olsztynie? Autobus ruszył. Boże, jak gorąco…

Z dzieciństwa najlepiej pamiętam zimy. Może dlatego, że całkiem nie przywiązywałam uwagi do zimna? Mogłam całymi dniami biegać po mrozie i nic mi nie było. Wpadałam na chwilkę na siusiu, mama wmuszała we mnie łyk ciepłego mleka albo wodę z sokiem z brzozy, napar z bzu, i na podwórko!

Miałam na sobie wyrośnięty już, granatowy płaszcz wełniany i wielką chustę zawiązaną wokół, jak wszystkie dzieciaki. Na nogach filcowe botki po Hance. W majątku nie mogłam tak całymi dniami latać po wsi. Tu jak najbardziej!

Wkrótce nasza rodzina powiększyła się o Kaśkę, bo któregoś lata mama odebrała kowalowi pijakowi osieroconą córeczkę Kasię. Znała jej matkę — Mariannę, co się utopiła z teściową w jeziorze.

Byłam jej opiekunką, a ona moją żywą lalką. Siostrą. Po wojnie został nam wielki, żółty wózek z dykty, w którym wiozłam rzeczy, uciekając z majątku tu, do Pasymia. W tym wózku woziłam Kaśkę, lulałam do snu i spuszczałam z małej górki, ku jej wielkiej uciesze. Aż się rozwalił i zrobiliśmy z niego małą platformę do wożenia chrustu.

Nasza Kaśka późno nauczyła się mówić. Wszystkiego nauczyła się późno. Była inna niż my. Duża, z grubymi wargami i grubym głosem. Włosy miała czarne i gęste, kręcone, lśniące. Oczy wielkie i ciemne. Dobrą duszę, jak mawiała mama.

Pamiętam jeszcze ten dom po kowalu — ojcu Kaśki, w którym mieszkaliśmy w miasteczku nad jeziorem. Ciepły był, bo malutki, ale ja i tak pół dnia biegałam po dworze. Doskonale się zjeżdżało na samą taflę jeziora po ubitym śniegu z małej górki za domem, na dykcie albo podeszwach! Z nowymi kolegami biliśmy się na kule i robiliśmy wielkie bałwany. Pamiętam, że w słońcu śnieg na jeziorze błyskał ostro, chrzęścił. Jezioro ogromne, płaskie jak stół nakryty białą serwetą. Było bezpiecznie, dobrze, bo między takimi samymi jak my. Cieszyłam się, bo miałam nowe towarzystwo i wszyscy mieszkaliśmy blisko.

Latem w ogrodzie pyszniły się warzywa — mamy szczęście, pielęgnowane przez mamę, starą Felicję i małą Kasię, co jadła, krzywiąc się okropnie, rabarbar. W ogródku przed domem pojawiły się kwiaty.

Po paru latach mama sprzedała dobrze dom po kowalu i kupiła gospodarstwo nad rozlewiskiem. Dalej, za miasteczkiem pod lasem, ziemi sporo, chociaż zaniedbanej i w bardzo marnej klasie. Podmokłe łęgi i suchorośla na piachu, za domem. Może dlatego nie zabrał jej PGR?

Dom stary, z czerwonej cegły — poniemiecki, z dwiema werandami — małą od podwórka i większą od ogródka i drogi. Ta mała, z jednym schodkiem, to zadaszenie z betonową podłogą i ceglaną ścianką, taką jakby do połowy, żeby można było latem siadać na ławeczkach, obierać ziemniaki i patrzeć na obejście.

Druga, ta od drogi — to letnia weranda, też z ławeczkami. Wyższa, cała drewniana. Obok wielki orzech, ogródek i ogrodzenie. Poprzedni właściciel, co dostał przydział po wojnie na ten dom, zostawił w tym ogródku mnóstwo skrzyń, papierów i śmieci. To wszystko poprzerastało łopianami, ostem i dziką bylicą i wcale nie wyglądało na ogród. Podobno prowadził tu lewe interesy, i wreszcie rzucił to wszystko i przeniósł się na Ziemie Odzyskane. Przed wojną, mówili w miasteczku, było nad rozlewiskiem ładnie.

— Michale! Popatrz, jaki piękny widok! I ten las ogromny, będzie nam zastępował park! Dom duży, wygodny, czy może być lepiej?

Nachylała się nad ojcem siedzącym w fotelu i zaglądała mu w oczy, a on jakby nic innego nie widział, uśmiechał się melancholijnie i mówił:

— Wszystko mi jedno, Brońciu, byle z wami! — i całował mamę w dłoń.

Kilka lat później jakimś cudem mama załatwiła hipotekę na ten nasz dom. Nic nie powiedziała, że poszedł też na to jej zaręczynowy pierścionek, zegar z kurantem i taty sygnet rodowy, na który uparł się notariusz.

W prawej części domu ci szabrownicy mieli chyba magazyny. W jednym z nich był oberwany narożnik i zniszczony sufit. Tam też zostawili mnóstwo tektury, pustych skrzynek, desek, gazety i zardzewiałe gwoździe. Za to sień i lewa strona domu była dobra, i to z wielkim piecem ciągnącym się od kuchni na trzy pokoje. Dla nas — akurat! Zostawili też trochę mebli. Fotel, kredens, dwa taborety, dwa krzesła, duży stół i podstawkę z miednicą wielką jak jezioro. Szorowałyśmy je wodą z mydłem cały dzień! Później mama natarła je terpentyną i naftą i schły znów dobę.

W pokojach były dwa żelazne łóżka. Pogięte, ale dało się na nich spać. Później, w oborze, znaleźliśmy jedno, drewniane. Tatko je naprawił i po umyciu Hanka je wzięła. Materace po tamtych mama spaliła, bo mówiła, że pewnie po takich brudasach zawszone i zapluskwione. Porobiła sienniki i już! Do wielkich wsyp naładowaliśmy mnóstwo słomianej sieczki i na tym spaliśmy kilka lat, aż wreszcie na targu kupiliśmy porządne, czyste i prawdziwe materace. Pamiętam je. Wielkie i w niebieskie paski. Nareszcie wygodne, bo w sienniku zawsze robiło się zagłębienie, sieczka rozsuwała się na boki i czasem spało się na desce! Ze słomą było podobnie.

Zamieszkaliśmy nad rozlewiskiem wszyscy — moja mama Bronisława, tatko — Michał, ja — córka mamy i tatki, Hania i Piotr właściwie też, ale na krótko, bo pojechali się uczyć do Torunia, oraz nasza Kaśka.

Moja mama była niewysoka, zgrabna i szczupła, znacznie młodsza od taty. Włosy zawsze rano rozczesywała i zaplatała w warkocz, który skręcała w kok, podpinając go szpilkami i grzebieniami. Była piękna, o oliwkowej cerze i brązowych oczach, skupionych i dobrych. W kącikach — kurze łapki, bo często się uśmiechała, a wtedy oczy chowały jej się w fałdce… Od ust ku dołowi miała szramę, co dodawało jej niewątpliwie uroku. Mówiła, że to jeszcze z dzieciństwa, ale mnie stara Jakubowa, nasza kucharka w majątku, mówiła, że to Julek, jej pierwszy mąż, tak ją pchnął, że rozcięła tę wargę.

Ojciec średniego wzrostu, siwiutki i zawsze ładnie pachnący. Był pięknym mężczyzną — jak mówiła Jakubowa, wzdychając. Średniej tuszy, spokojny, mądry. Często siadałam mu na kolanach, żeby pokazać, jak pięknie czytam. Zawsze słuchał uważnie. Miał błękitne oczy pełne miłości i ciepła, kochał nas wszystkich i dbał, dokąd sił mu starczyło.

Ja raczej drobna, włosy miałam marne, krótkie, byłam szczupła i chorowita, ale żwawa i skora do psot. Moje przyrodnie rodzeństwo, Hania i Piotr — bliźniaki — już z nami właściwie nie mieszkali nad rozlewiskiem. Bardzo krótko, na początku. Jak tylko stało się to możliwe, pojechali do Torunia do szkoły, a później uczyli się na nowo powołanym Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i mieszkali tam u dalekiej rodziny. U swoich chrzestnych. Wpadali do nas czasem, ale rzadko.

Tatko, znacznie starszy od mamy, był już w podeszłym wieku, i miał chore serce, więc mama robiła wszystko ze mną, Kaśką i starą Felicją — wdową. Nam zawsze robota paliła się w rękach.

Początkowo tylko remontowaliśmy dom. Czyściliśmy, zamiataliśmy reperowaliśmy okna i drzwi. Później mama, Felicja i ja założyłyśmy ogród. Ogrodziłyśmy go i skopałyśmy na czas przed zimą. Wypieliłyśmy też sad i mama pod okiem Feli podcięła drzewka.

— Jest sad, ogród, to z głodu się nie zginie! — mówiła wesoło babka Fela.

Dopiero później, kiedy poznałyśmy sąsiadów z lasu — młode małżeństwo Karolaków — ci pomogli nam w gospodarstwie.

Karolak oprócz pracy w tartaku hodował ze swoim ojcem konie i zajmował się ciesielką. Pani Czesia, jego żona, ciągle chodziła w ciąży. Konie były wówczas na wagę złota. Polubili się z tatkiem, bo on był wielkim znawcą i miłośnikiem koni.

— UNRRA nie musiałaby nam koni słać, gdyby Ruscy tyle ich nie nakradli! — złościł się, czytając gazetę.

W naszym gospodarstwie budynki stały, i to nawet nie poniszczone. Obora duża i ceglana, kryta dachówką — jak dom, w środku bałagan i brud, ale przecież zawsze można wysprzątać!

Stodoły już nie było, spaliła się i zostały po niej tylko fundamenty porosłe zielskiem. I ściana narożna. Znakomite miejsce do zabawy w dom! Tatuś sklepał nam daszek na czterech nogach, więc nawet w deszcz była zabawa. Był vis à vis obory niewielki składzik — gumno, jak mówiła mama. Też ceglany, bez dachu. W końcu wyburzyliśmy ścianę po stodole. Cegła była nam potrzebna do zrobienia ścianki w nowej łazience. Był i wychodek obok stodoły. Nowy, bo stary widać spłonął razem ze stodołą. Mama sarkała, że trzeba zrobić w domu normalną ubikację, bo to ciemnogród latać do wychodka. W majątku taty była łazienka i woda…

W słomie znalazłam łopatę, obuch od młotka, widły z ułamanym trzonkiem i saperkę. Prawdziwą! Poprosiłam mamę, żeby to była tylko moja łopatka, i obiecałam, że ogród będę kopać bez dąsów. I kopałam!

Początkowo bawiło mnie pomaganie przy remoncie. Później zrobił się z tego obowiązek na całe lato. Najpierw paliliśmy śmiecie. To była zabawa! Naturalnie wraz ze śmieciami piekły się ziemniaki i jedliśmy je z solą i kompotem z rabarbaru, tego wielkiego, który rozrósł się pod orzechem. Przez trzy dni bawiłam się świetnie, potem mi się znudziło.

Piotr i Hanka jeździli latem na OHP i przyjeżdżali tylko na miesiąc — do nas, do domu. Włączali się w pomoc, ale jakoś tak marnie im szło.

Autobus znów się zatrzymał, na przystanku Maków.

Popatrzyłam na zegarek. O mamo! Tyle drogi przede mną jeszcze. Wysiadłam, żeby zjeść kanapki i rozprostować się. Już pół dnia jestem w podróży i końca nie widać. Po tych kanapkach poczułam się lepiej, tym bardziej że babsko ze spirytusem przesiadło się na wolne z przodu miejsce, a koło mnie usiadła dziewczyna taka jak ja i okazało się, że też jechała do Warszawy na uniwersytet! Nie była jednak zbyt chętna do rozmowy, tylko czytała i czytała.

 

— Pani do Warszawy? — zagadnęłam, bo usłyszałam, jak kupowała bilet.

— Tak, do Warszawy — odparła.

— Ja również… Na uniwersytet, złożyć papiery. Na biologię! — chwaliłam się, modląc się w duchu, żeby mi powiedziała, że dobrze robię, że to doskonały pomysł, bo ja sama miałam wątpliwości.

— A… ty skąd? — przeszła dość naturalnie na „ty”.

— Z Pasymia!

— A gdzie to? — zdziwiła się.

— W tę stronę, trzydzieści osiem kilometrów od Olsztyna! Miasteczko niewielkie. Najstarsze na Mazurach! Niedawno odebrano mu prawa miejskie… Ale mieliśmy swój uniwersytet! Nad Kalwą w Rudziskach! To jezioro takie! Piękne!

— Te Rudziska?

— Nie. Kalwa to jezioro, a w Rudziskach Karol Małłek otworzył uniwersytet ludowy, nastawiony na krzewienie polskości.

— Taak? — udawała zainteresowanie. — To czemu do Warszawy?

— Bo ten uniwersytet to szybko zamknęli i biologii tam nie było… Mama uważała, że powinnam w Warszawie, bo tam jest doskonały wydział i ciotkę mam na…

— Przepraszam cię, to bardzo ciekawe, ale ja muszę, muuuuszę, to doczytać!

I pochyliła się nad książką.

Szkoda, że ja nie wzięłam żadnej…

Znów zatopiłam się we wspominkach o tym, jak byłam mała i jak wszystko dookoła mnie było Wielkim Światem.

To było kilka lat po wojnie, cztery, może więcej?

W lesie odkryłam fantastyczne miejsce na zabawy w wodzie. Leśną strugę, tę, co wpływała w rozlewisko. Za młodniakiem, na leśnej polanie rozlewała się w lekkie zakole, i piaszczystą plażę. Małą, ale moją! Latem spędzałam tam z Kaśką i moimi nowymi przyjaciółmi Wandą i Wieśkiem, rodzeństwem, masę czasu.

Mieszkali w Pasymiu opodal wieży ciśnień. Pierwszego dnia szkoły usiadłam z Wandzią i tak już zostało! Ich ojciec już nie żył, gdy ich poznałam, matka nie miała pracy i ciągle rozpaczała po mężu. Przykleili się do nas i tak miałam na stałe towarzystwo. Wanda była ładną szatynką, większą ode mnie i poważniejszą. Wiesiek był szczupły, zwinny i piegowaty. Gdy skończył trzynaście lat, nagle zaczął tak ciągnąć się w górę, że można było usiąść i patrzeć, jak rośnie. Przez jedno lato spodnie zrobiły mu się ledwo do kolan… Spędzaliśmy razem właściwie cały czas i w szkole, i po. Trochę pomagali swojej mamie w obejściu, ale ona sama dawała radę i była ciągle smutna, więc woleli być u nas.

Razem robiliśmy wszystko. Lekcje i porządki, kąpiel w strudze i pielenie ziemniaków, zaganianie kur do kurnika, noszenie drewna, bieganie po zakupy i bitwy śnieżne. „Trójca nieświęta” — śmiała się Felicja.

Poszliśmy kiedyś daleko za Pasym, w stronę Elganowa, polami i pastwiskami, na pieczarki. Ja, Wanda, Wiesiek, Irenka, Zdzisiu i Franek z naszej klasy. W oddali zobaczyliśmy kępę drzew i ślady po siedlisku. Stara stodoła waliła się już ku upadkowi, a przy niej stał murowany, lichy… dom, nie dom, kurnik? Wszystko ogrodzone dookoła byle jakim płotem.

Franek, jako miejscowy, od razu powiedział:

— O, wyszlim na dom Siawianki.

— Jezu! To ona TU mieszka? — spytała Wanda przestraszona.

— A co? — dopytywałam się. — Co za „Siawianka”?

— To ta wiedźma — powiedział Franek poważnie.

— Wiedźma? No co wy? — parsknęłam.

— Ciii — Franek był poważny.

Stanęliśmy zdesperowani, zżerani ciekawością. Nie było jej widać. Drzwi zamknięte, więc chyba jej nie ma?

— Nie ma. Jak drzwi zaparte, poszła na pola albo w las, na zioła — Franek wiedział, co mówi.

Rzeczywiście było cicho, gdy podeszliśmy pod płot. Usiedliśmy zmęczeni i rozmawialiśmy o Siawiance. Podobno, tak mówili we wsi i w miasteczku, pojawiła się tu we wojnę, jak zbombardowano Warszawę. Jak uciekała z tej Warszawy, to na jej oczach zginęły od bomby jej dzieci. Pięcioro! Najmłodsze malutkie. Tak je blisko rozerwało, że wstała z kolan cała w ich krwi. Podobno wyła jak zwierzę. Ludzie ciągnęli ją dalej, na siłę. I tak lazła po Polsce i lazła, bo się jej w głowie pomieszało z tego wszystkiego, a jeszcze mówili, że podobno i męża w obozie zakatowali.

Jak tu, do Pasymia, przyszła, już była pomylona. Nigdy nic nie mówiła, tylko że jest „Siawianka”.

— Chyba od warszawianki, nie? — kombinował Wiesiek.

— Ale jak ona żyje? — dopytywałam się.

— Ano sama, samiutka tak od powojnia. — Franek wczuł się w rolę informatora wszechwiedzącego i objaśniał poważnie. — Mówią ludzie, że nie chce żadnej pomocy, każdego, kto się zbliży, opluwa, a raz na miesiąc złapie dzieciaka i wysysa z niego trochę krwi, bo musi.

— Ale gadasz! — krzyknęłam. — Nikt nie pije cudzej krwi, wiesz?

— A wampiry?

— Wampir to ty sam jesteś!

Wanda stanęła na palcach i popatrzyła w dal, czy nigdzie nie widać Siawianki, ale zobaczyła co innego.

— O, ile tam pieczarek! Kto pierwszy! — pobiegli wszyscy oprócz mnie.

Zostałam pod płotem. Siedziałam i oglądałam swoje ręce. Od niedawna ja też miałam kurzajki. Jak wszyscy. Największe bąble miał Mietek z naszej klasy. Okropne, takie popękane, wielkie, na całej dłoni z osiem, a niektóre podwójne, potrójne. U mnie pojawiły się kilka tygodni wstecz. Małe, ale za to dużo. Zaczęłam je liczyć i ciągle się myliłam. Czterdzieści jeden? Czterdzieści trzy? Nagle poczułam nad sobą cień. Odwróciłam się i omal nie umarłam. Nade mną, z drugiej strony płotu, stała Siawianka. Patrzyła mi na ręce. Była lekko rozczochrana, w chustce zsuniętej na tył głowy. Ciemna, mocno opalona, oczy miała bladoszare, jakby przezroczyste, na sobie wielki, szary fartuch, taki jak magazynier w paszarni koło młyna. Patrzyła mi na ręce z jakąś troską.

Powoli dotknęła mojej dłoni. Byłam tak przerażona, że nie mogłam się ruszyć.

Pociągnęła mnie w górę i powiedziała coś w rodzaju „Oć”!

Jak we śnie przelazłam przez drut, który mi przytrzymała tuż nad ziemią, i poszłam z nią. Szła ze mną w kierunku kupy kamieni. Po co? Odwróciła się i popatrzyła na mnie tak, że z miejsca przestałam się bać. Miło tak jakoś. Nic nie mówiła. Zatrzymałam się koło tych kamieni, a ona stanęła za mną i położyła mi na głowie dłoń. Poczułam przyjemne mrowienie, jakby mi się w głowie lekko kręciło. Później uklękła przede mną i zerwała roślinę, z której łodygi wyciekł żółtopomarańczowy płyn. Wzięła moją rękę i powoli, na każdej kurzajce stawiała kroplę. Gdy skończyła, uniosła palec do góry i zamknęła oczy, a po chwili splunęła za siebie.

— Sczezną! — powiedziała dobitnie.

Jakbym się obudziła. Popatrzyłam dookoła. Moich kolegów nie widziałam. Siawianka popchnęła mnie w kierunku płota.

— Idź!

Sama poszła dziarskim krokiem do swojego kurnika i zatrzasnęła drzwi.

Stałam otumaniona. Po jakimś czasie nadbiegła moja gromada. Pokazałam im ręce pełne brązowych kropek i opowiedziałam o Siawiance.

Nie uwierzyli mi. Dopiero Wanda, po drodze do domu, szepnęła mi:

— Naprawdę ONA ci to zrobiła?

— Mówiłam ci. Tak mi się w głowę ciepło zrobiło, jak mnie dotknęła.

Mama wysłuchała wszystkiego ze spokojem. Obejrzała mi dłonie i powiedziała:

— Skoro zrobiła to prawdziwa wiedźma, muszą zginąć!

I zginęły następnego dnia. A dwie największe zlazły po trzech.

Jakieś dwa dni później mama sama wybrała się do Siawianki.

— To bardzo nieszczęśliwa kobieta. Lubi być sama. Postaraj się, żeby twoi koledzy nie rozpowiadali więcej bzdur o tym wypijaniu krwi. To wstrętne.

W szkole, na godzinie wychowawczej, pani zabroniła nam niepokoić tę kobietę. Rozmawialiśmy o nieszczęściach wojennych i ludzkich przeżyciach. Czułam, że mama maczała w tym palce! A kurzajki poznikały mi na dobre. Jaskółcze ziele do dziś rozpoznaję zawsze i umiem nim leczyć.

Moja mama była dzielna i pomysłowa. To był jakiś… pięćdziesiąty drugi rok? Brakowało wciąż wszystkiego, chociaż w Pasymiu dawno ruszyła już piekarnia, wodociągi, cegielnia i stale coś się robiło, otwierało, zaczynało. W sklepach było marnie, a i pieniędzy było mało.

Wyzbieraliśmy wszystkie gwoździe, bo było ich wszędzie mnóstwo, a najwięcej w popiele po ognisku, mama dała nam obcęgi i tym znaleźnym młotkiem prostowaliśmy je na obuchu od siekiery. Byłam dumna, bo w pudełku było ich coraz więcej, a to były czasy, kiedy nawet gwoździe stanowiły problem. Mieliśmy ich całe pudło! Czułam się taka potrzebna! Chleb czerstwy mama kroiła na kromki i suszyła na blasze, później pakowała do lnianych woreczków i wieszała na strychu.